NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Podbój"


 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Nagata, Linda - "W stronę mroku"

Linki

Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"
Wydawnictwo: SQN Imaginatio
Tytuł oryginału: Vilko valanda
Tłumaczenie: Laurynas Candravičius
Data wydania: Lipiec 2017
ISBN: 978-83-65836-10-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 210 mm
Liczba stron: 480
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2013



Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

Rozdział I

Sankt Petersburg
marzec 1870 roku

Marszałek Rady Państwowej imperium rosyjskiego wielki książę Konstanty Nikołajewicz ciężko westchnął. Ściągnąwszy binokle, potarł ściśnięty przez nie nos, odwrócił się od okna i spojrzał na mężczyzn siedzących w miękkich fotelach.
– Co jeszcze, Dymitrze Martynowiczu? – zwrócił się do sekretarza państwowego, długobrodego Solskiego. – Muszę się śpieszyć na posiedzenie Rady, już się niecierpliwią.
– Ostatnie pytanie, Wasza Imperatorska Wysokość – pośpieszył z odpowiedzią Solski – ostatnie, ale najbardziej… – Doświadczony dyplomata w samą porę się zamknął i nie wypaplał czegoś niepotrzebnego. Skierował wzrok na Michaiła Christoforowicza Reiterna, ministra finansów imperium, beztrosko bawiącego się srebrnym otwieraczem do listów. Lepiej, żeby on mówił.
Minister Reitern podniósł głowę, odłożył srebrną zabawkę i poprawił białą muszkę dopasowaną do swojej śnieżnobiałej koszuli.
– Wciąż nieomówione pozostało zagadnienie przekazania miast, Wasza Imperatorska Wysokość – przemówił spokojnym głosem. – A to ważne, już dłużej tego odkładać nie możemy.
– Czyżby? – zagrzmiał groźnie wielki książę, ciężko siadając na krześle. – My, imperium, czegoś nie możemy? Ktoś nam, imperium, nie pozwala? Wstrzymuje naszą rękę? I kto jest tym nikczemnikiem?
Poza Konstantego Nikołajewicza wskazywała, że jest bardzo niezadowolony. Jakby przytakując gospodarzowi, ukochany spaniel księcia, przeciągnąwszy się na miękkim perskim dywanie, uniósł łeb i szczeknął.
Siedzący w fotelach mężczyźni drgnęli z niepokojem. Jedynie minister Reitern zachował spokój. Już prawie dwadzieścia lat był jednym z najbliższych i najbardziej zaufanych ludzi wielkiego księcia i wiedział, kiedy należy milczeć, a kiedy można otworzyć usta.
– Ruble, Wasza Imperatorska Wysokość, ruble – powiedział. – A jeśli pozwolicie sprecyzować, to ich brak nie pozwala nam działać. Wszyscy tu obecni doskonale wiedzą, że reformy ekonomiczne Jego Imperatorskiej Mości Cara Aleksandra II, niech go chroni Bóg, kosztowały kraj całkiem… niemało. Nasz handel chyli się ku upadkowi i jeśli szybko nie wspomożemy rubla, wkrótce nic z niego nie zostanie. Dług państwowy jest nie do udźwignięcia. Póki co zagraniczne banki jeszcze udzielają nam pożyczek, ale do rąk własnych otrzymujemy jedynie połowę sumy, a procent płacimy od całości. Produkcja…
– Ykhm… – chrząknął z niezadowoleniem minister spraw wewnętrznych Aleksander Jegorowicz Timaszew. W przeciwieństwie do Reiterna nie odznaczał się ani taktem, ani skromnością. I obecnie, naśladując wielkiego księcia, siedział w fotelu z piersią obwieszoną migoczącymi orderami. – Pozwólcie spytać, Wasza Imperatorska Wysokość, kto jest za to odpowiedzialny? – Timaszew skrzywił się półgębkiem. – Czyż nie minister finansów? Czy to nie on miał zadbać, by w skarbcu nie zabrakło pieniędzy?
Reitern puścił tę uwagę mimo uszu.
– Możliwości produkcyjne maleją – powiedział spokojnie. – A nasze przereklamowane koleje żrą pieniądze jak chłop, który nie jadł od trzech dni.
– A co nie będzie żreć, gdzie nie będą! – przerwał mu znów Timaszew i podskakując długimi susami, zaczął przemierzać gabinet.
Wielki książę Konstanty Nikołajewicz podążył wzrokiem za stawiającym wielkie kroki mężczyzną. Sekretarz państwowy Solski schował się za stosem papierów, tylko Reitern wydał z siebie jakikolwiek dźwięk – delikatnie zakaszlał i przyłożył do ust serwetkę, tym samym pokazując, iż jego przemowę przerwał napad kaszlu, a nie ten parweniusz, minister spraw wewnętrznych.
– A gdzie nie będą, jeśli każdy urzędas jest akcjonariuszem jakiejś kompanii i pobiera państwowe pieniądze – zaryczał Timaszew. – Co tam urzędas! – Zatrzymał się naprzeciw Reiterna. – Może zapomnieliście aferę Łamańskiego, ministrze? Przewodniczący Banku Państwowego staje się jednym z założycieli w kilku przedsiębiorstwach kolejowych, następnie rozdziela im kredyty państwowe. Tak zachowuje się głowa Banku Państwowego! Któż to widział? W kilku firmach się urządził, prawda? W pięciu? W siedmiu?
Reitern ukradkiem spotkał się spojrzeniem z przewodniczącym Państwowego Departamentu Gospodarki, uczestnikiem spotkania, który póki co nie zabrał głosu. Obaj mężczyźni zanurzyli łapy w rwącej rzece pieniędzy, jak zresztą wielu innych urzędników. Dlatego ze skarbca wypływały setki milionów rubli przeznaczonych na przedłużanie trakcji kolejowej, skup zbóż z urodzajnego Krasnodaru i tym podobne priorytetowe inwestycje. Grupa zgromadzona przez Reiterna i Abazę zwinnie dzieliła koncesje państwowe i dbała o budowę osiemnastu nowych linii kolejowych. Jednak wystarczyło im rozumu, by działać za pośrednictwem protegowanych, a niejaki Łamański, kompletny gamoń, nie zechciał się dzielić pieniędzmi, postanowił na wszystkim położyć łapy sam – i wpadł.
– Złodziej, bez wątpienia, będzie gnić w więzieniu – znalazłszy okazję, dumnie odrzekł Reitern. – A kto jest za to odpowiedzialny? Czyż nie wy sami, ministrze? Zresztą nie zbaczajmy z tematu… Jak już mówiłem, skarbiec jest pusty.
– A pieniądze z Alaski? – zaburczał Timaszew. – Od mateczki Rosji oderwali część ziem i sprzedali jankesom. Gdzie zaprzepaściliście zarobione wtedy dolary? Całe siedem milionów!
Reitern zacisnął zęby i uśmiechnął się kącikiem ust. Aktywnie uczestniczył w sprzedaży Alaski, jednak powrót do tego tematu nie był mu na rękę.
– Dolary zyskane i już wydane – odparł oschle. – I nie zapominajmy o państwowych projektach. Nowa rezydencja rodziny carskiej jedynie w tym roku uszczupliła skarbiec…
Wielki książę Konstanty Nikołajewicz poruszył się w krześle.
– Dość, dość, wszystko jasne – zaburczał, zupełnie jakby sam narzekał na przepych, choć osobiście zatroszczył się o budowę swojej rezydencji. – Co mam więc powiedzieć Radzie?
Minister finansów wstał. Znalazł się bardzo blisko największego sukcesu swojego życia. Wszystko zostało już omówione, postanowione i uzgodnione, ale jeśli wielki książę chciał jasności… Reitern zakaszlał i przemówił:
– Kilka lat temu, gdy była mowa o zaciągnięciu nowych kredytów dla imperium rosyjskiego, korporacja Rothschildów zaproponowała ciekawy sposób finansowania. Uwzględniono nasze doświadczenie z… – zerknął na Timaszewa i znów zwrócił się do wielkiego księcia – z Alaską. Rothschildowie pielęgnują dziwną ideę, chcą złączyć kilka miast w sojusz, Alians, i tam prowadzić badania naukowe, zajmować się alchemią i inną abrakadabrą. Szaleństwem, krótko mówiąc. Interesują ich Rewel i Wilno. W zamian za nie obiecują wymazanie wszystkich długów imperium i gwarantują zerowe oprocentowanie od kredytów przez najbliższe trzydzieści lat. Rothschildowie planują połączyć Rewel i Wilno z Krakowem, który i tak uznaje się za wolne miasto. Z Austriakami już się dogadali co do Pragi, a z Imperium Osmańskim co do możliwości częściowego panowania nad Konstantynopolem.
Minister Timaszew zmarszczył brwi.
– Mówiłem to już nie raz i jeszcze powtórzę: to NIE-MOŻ-LI-WE! – ryknął przez cały pokój. – Jeśli uwolnimy te miasta, będzie to równoznaczne z otwarciem drogi do rewolucji.
– Jeszcze kilka lat posiedzimy tak bez pieniędzy i rewolucja wybuchnie sama z siebie – odrzekł Reitern, a Abaza przychylnie skinął głową. – Jakich miast tak bronicie, Wasza Wysokość? Komu potrzebny Rewel, gdy nad morzem mamy Petersburg? Po co nam Kraków, gdy jest Warszawa? Po co nam wynędzniałe Wilno z zamkniętym uniwersytetem i szlachtą w walących się chatach? Alaskę sprzedaliśmy jankesom i nic złego się nie stało. Alaskę, panowie! A tu co? Dwa marne miasta. – Odwrócił się do ministra spraw wewnętrznych. – Może obawiacie się tego tworu Żydów, Aliansu? Przecież obiecali zadbać o to, żeby w Wilnie i Krakowie nie wybuchły zamieszki. Wcale nie tak dużo czasu minęło od ostatniego powstania Polaków. I może zapomnieliście, że wszystkie ziemie dookoła tych miast są nasze? Nie mnie was pouczać, Aleksandrze Jegorowiczu, ale jeśli będzie trzeba, ściągniecie wojsko i otoczycie ten cały Alians żelaznym pierścieniem, tak że nawet nie pisną. Odetniecie wszystkie drogi, wszystkie tory. Pozwólcie, że spytam, jak oni wtedy będą się przemieszczać do innych miast czy państw? Może w powietrzu? – Reitern roześmiał się demonstracyjnie.
Abaza poparł go milczącym gestem, poruszyły się wąsy wielkiego księcia. I nagle ta jeszcze przed chwilą oburzająca myśl stała się już możliwa do zaakceptowania. W końcu Rosji (i wielkiemu księciu) pieniądze są bardzo potrzebne. Bardzo!
Timaszew nieco rozwarł usta, ale zaraz je zamknął, runął na krzesło i chusteczką do nosa zaczął polerować order. Domyślał się, jaka decyzja zostanie podjęta, ale chciał dogryźć Reiternowi, swojemu znienawidzonemu konkurentowi, i jeszcze raz mu pokazać, że on, Timaszew, zawsze jest nastawiony przeciw niemu i chronionym przez niego układom. „A żeby tylko Reitern się potknął, już ja zadbam, by wyszedł na głupka”, pomyślał Timaszew.
– Niech będzie – rzekł wielki książę. – Najpierw zatwierdzimy tę sprawę w Radzie, następnie dam ją do podpisania carowi. On i tak ma teraz co innego na głowie.
Sekretarz państwowy Solski, do tej pory siedzący cicho za papierami, nagle ożył.
– Wszystkie dokumenty są już przygotowane, Wasza Imperatorska Wysokość – przemówił cienkim głosem. – Przedstawiciel Rothschildów Chaim Rivkind czeka na dole. Gdy tylko Rada zatwierdzi decyzję Waszej Wysokości, będzie można go zaprosić, żeby odebrał…
– Na pewno nie będzie można! – zagrzmiał Konstanty Nikołajewicz i tak mocno uderzył pięścią w stół, że podskoczył nawet masywny granitowy kałamarz. – Być może lizusy Rothschildów liczą na to, że zagoniły Rosję w kozi róg, ale Rosja nigdy się nie poniża! – Wstał i spojrzał na portrety ojców państwa w złotych ramach zawieszone na ścianach. – Nikt, kto popiera Żydów, nigdy nie wkroczy do sali Wielkiego Ermitażu. Sień to wszystko, co zobaczy. Jego miejsce jest w stajniach! – Książę odwrócił się do sekretarza państwowego. – Decyzję zatwierdzimy, a papier niech mu ktoś ciśnie w ryj!
Zawsze zachowujący zimną krew Reitern o mało nie złapał się za głowę, nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji – wielki książę znany był jako wyśmienity dyplomata. W mgnieniu oka zapomniawszy o niezgodzie, ministrowie spojrzeli po sobie zmieszani. Niespodziewanie na pomoc przybył sekretarz państwowy Dmitrij Martynowicz.
– Jeśli Wasza Imperatorska Wysokość pozwoli, znam doskonałe miejsce, gdzie moi czynownicy mogliby przekazać dokumenty posłańcowi Rothschildów. – Solski podkreślił słowo „czynownicy” i zrobił odpowiednią pauzę. – Myślę, że do tego najlepiej się nada Pałac Aleksandrowski.
Wielki książę przez kilka chwil wpatrywał się w sekretarza, próbując zrozumieć, co ten ma na myśli, po czym gromko się roześmiał.
– Może i jest z ciebie gryzipiórek, Dmitriju Martynowiczu, ale głowę na karku masz z pewnością – pochwalił mężczyznę, z lekka odzyskując dobry nastrój. – Naszemu ukochanemu carowi Aleksandrowi ta myśl bardzo się spodoba. – Zachichotał. – Niech chłopczyk Rothschildów poczuje, czym pachną pieniądze. No dobrze, wyrzuć go stąd, niech idzie do Pałacu Aleksandrowskiego. Tylko zadbaj o to, by dokumenty przekazała mu jakaś miernota.
Sekretarz Solski ukłonił się, pokazując, że wszystko świetnie zrozumiał. Wielki książę wstał i poprawił wiszące na piersi ordery.
– Cóż, panowie, wszystko dla Rosji i dla Jego Imperatorskiej Wysokości – bąknął. – Wy jesteście wolni, a na mnie czeka Rada. – Obrócił się w stronę sekretarza. – Solski, bierz papiery i idziemy!
Na te słowa mężczyźni podskoczyli, ukłonili się, a wielki książę udał się do Białej Sali, gdzie z niecierpliwością wyczekiwali go członkowie Rady. Za księciem, niosąc stos papierów, pośpieszył sekretarz Dmitrij Martynowicz.
Gdy wyszli, minister spraw wewnętrznych wbił wzrok w Reiterna, który z trudem ukrywając radość, wpatrywał się w portrety przodków księcia.
– No, Michaile Christoforowiczu, wygraliście bitwę – chrząknąwszy, przerwał ciszę Timaszew.
– Jaka tam wygrana, Aleksandrze Jegorowiczu – odpowiedział Rei-
tern. – Po prostu okoliczności zmuszają wybierać mniejsze zło. Jak powiedział wielki książę, to dla Rosji i dla Jego Imperatorskiej Wysokości – rzekł, ale pomyślał coś innego: „Chciałeś sobie ogrzać ręce, gołąbku, oj chciałeś, ale rozum zbyt mały. Umiesz tylko anarchistów za kołnierz trzepać, nic więcej”.
Ministrowie spojrzeli jeden na drugiego, prawie niezauważalnie przytaknęli i jednocześnie ruszyli ku drzwiom, które usłużnie niczym lokaj otworzył na oścież Aleksander Abaza, ziemianin mołdawski, przewodniczący Departamentu Gospodarki Państwowej, który przez całą rozmowę nawet nie otworzył ust. Chwilę później w gabinecie siedział już tylko spaniel wielkiego księcia. Leniwie ziewnął, okazując tym samym całkowitą obojętność na wydarzenia wagi państwowej, których był właśnie świadkiem. Wskoczył na fotel, zwinął się w kłębek i błogo zasnął.
Gdy ministrowie opuścili salę obrad, doskoczyli do nich adiutanci, do tej pory cierpliwie oczekujący w przestronnym, wyłożonym marmurowymi płytami holu Wielkiego Ermitażu w Sankt Petersburgu.
Minister Timaszew, w obstawie dwóch ordynansów, skierował się do potężnych drzwi prowadzących na wewnętrzne podwórze, gdzie zostawił karetę. Póki przemierzał korytarze, ciężko rozmyślał, ale znalazłszy się na podwórzu, machnął jednemu ze swoich adiutantów i szepnął mu coś na ucho. Ten stanął na baczność i stuknął piętami.
– Tak jest, Wasza Dostojność!
– W Petersburgu nie jest zbyt bezpiecznie dla przybyszów – dodał sucho Timaszew. – Umowy już nie odwołasz, ale przynajmniej na świecie będzie o jednego żydka mniej. Tylko pamiętaj, to ma wyglądać na nieszczęśliwy wypadek.
– Oczywiście, Wasza Dostojność!
Minister spraw wewnętrznych kiwnął podkomendnemu i wślizgnął się do karety.
Reitern i Abaza postanowili zatoczyć koło i zejść innymi schodami, znajdującymi się po tej samej stronie, gdzie ulokowała się Rada Państwowa.
– Gratuluję, Michaile Christoforowiczu – zamruczał Abaza, stawiając niemal bezszelestne kroki.
– Dziękuję, mój drogi – rzekł Reitern i spojrzał na przewodniczącego Departamentu Gospodarki Państwowej. – Sam też mogłeś zabrać głos zamiast odgrywać postać z teatru mimów. – Zobaczywszy, że Abaza z poczuciem winy wlepił wzrok w buty i o mało nie zahaczył o dywan, dodał z pobłażaniem: – Dobrze, było, minęło. Jak najprędzej przekaż wiadomość Rothschildom. Powiedz, że wszystko idzie według planu, pociąg ruszył. Przypomnij im, żeby się pośpieszyli i oddali nam naszą część. I jeszcze ostrzeż tego miernotę, jak mu tam… Chaima, że Pałac Aleksandrowski jest… – Minister nagle zamilkł i machnął ręką. – Nieważne, wystarczy, nie zawracaj sobie głowy.
Dwaj najpotężniejsi przedstawiciele rosyjskiej gospodarki zeszli po schodach ozdobionych marmurem i kolumnami, wyszli z Wielkiego Ermitażu, nawet nie spojrzawszy na samotną postać siedzącą u dołu schodów i podpierającą twarz na dłoniach.
Poseł Chaim Rivkind zdążył się już przyzwyczaić do czekania. Zajmując się sprawami korporacji Rothschildów i układając mozaikę Aliansu, przyszło mu czekać wszędzie – i w Pałacu Beylerbeyi w Konstantynopolu, i w wiedeńskim Ballhaus przy rezydencji Habsburgów, i w poczekalni w Londynie, u sekretarza państwowego hrabiego Granville’a. Cichy, przygarbiony człowieczek, podobny do wymęczonego kruka, cierpliwie czekał na odpowiedź – czasami przez wiele godzin, a niekiedy nawet kilka dni. Tak więc teraz, w Ermitażu, umościł się w kąciku holu, obok, na krześle, położył czarny melonik i zmrużywszy oczy, zachwycał się szerokimi dwustronnymi schodami z białego marmuru ozdobionymi potężnymi kolumnami wydrążonymi z czerwonego porfiru, podziwiał grube purpurowe dywany, poręcze wykute przez wspaniałych mistrzów, antyczne rzeźby na szczycie i po bokach schodów.
Zobaczywszy przewodniczącego Departamentu Gospodarki i ministra finansów schodzących po schodach, uniósł głowę, ale ani trochę się nie zraził, gdy ci dwaj przeszli obok, nawet nie spoglądając w jego stronę. Obu rosyjskich finansistów poznał jako obszarpańców i starał się przypomnieć sobie, kiedy i ile pieniędzy zostało przelanych na osobiste konto ministra Reiterna w szwajcarskim banku, a ile jeszcze trzeba będzie przelać.
Owych płatności było wcale niemało, dlatego w trakcie liczenia Chaim nieco stracił poczucie czasu. W głowie posła z początku układały się sumy rzędu dziesiątków tysięcy, następnie setek tysięcy, ale nagle ćwiczenia pamięci przerwało suche kaszlnięcie. Chaim Rivkind wzdrygnął się i podniósł wzrok. Stał przed nim sekretarz Solski.
– Kancelaria Państwowa cieszy się, mogąc poinformować, że zgadza się na waszą prośbę – wystrzelił Solski. – I jednocześnie żałuje, że nie może zaprosić was do siebie. Rada i jej przewodniczący są bardzo zajęci. – Solski pomachał Rivkindowi przed nosem papierkiem, który trzymał w ręce. – Dokumenty zatwierdzające naszą decyzję zostaną wam przekazane w miejscu szczególnie odpowiednim dla takiego szanownego gościa. Oto adres.
Solski wypuścił papierek z ręki, a ten, powiewając, spadł Rivkindowi na połę marynarki. Sekretarz zwinnie obrócił się na pięcie i bez pożegnania udał się w swoją stronę.
Chaim odprowadził go wzrokiem i nie spiesząc się, przeczytał adres. Wstał, poprawił surdut, założył melonik, po raz ostatni zerknął na wytworne schody i przez stróżówkę wyszedł na plac Pałacowy; dopiero wtedy cicho zachichotał. Rosjanie wydawali mu się jeszcze śmieszniejsi od Turków czy Austriaków.
Chaim Rivkind rozejrzał się i skręcił w lewo. Miał niespotykaną pamięć wzrokową. Wystarczało mu pół godziny dokładnego studiowania mapy nieznanego miasta, by po przybyciu do niego czuć się jak w domu. Osłaniając się od dość ostrego wiatru wiejącego od Newy, skierował się Nabrzeżem Pałacowym w stronę mostu Troickiego. Celem posła był budynek znajdujący się na skrzyżowaniu prospektów Kamiennoostrowskiego i Kronwerskiego.
Po niedługim czasie Rivkind doszedł do zielonego skweru, gdzie powinien się znajdować Pałac Aleksandrowski, i nagle stanął jak wryty. Pałac był wytworny, ale w porównaniu z innymi wręcz miniaturowy, nad głównymi drzwiami widniał napis: „Willa wspólnego użytku”, jak określano publiczną toaletę.
Oprzytomniawszy, zachował się dokładnie tak jak w Ermitażu: wszedł do małej poczekalni, rozejrzał się i usiadł w kąciku na twardym krześle. Zapachy nie należały do najprzyjemniejszych, w tę i z powrotem biegali mężczyźni w kapeluszach, lecz poseł nie zwracał na nich uwagi. Nigdy wcześniej nie był w tym budynku. Dopiero teraz przypomniał sobie krążące o nim plotki.
Przed kilkoma laty petersburska arystokracja, pokładając się ze śmiechu, dyskutowała o romansie Aleksandrowa, kupca pierwszej gildii, niezwykle bogatego człowieka, właściciela między innymi domu uciech. Aleksandrow po uszy zakochał się w baronowej Gonczarowej i obsypywał ją podarunkami. Ona zaś chętnie przyjmowała prezenty, ale zakochanemu kupcowi pozwalała tylko pocałować swą rączkę. Aleksandrow długo skakał wokół pociągającej kobiety, lecz koniec końców cierpliwość mu się skończyła. Przycisnął damę do muru – zażądał szczególnej uwagi względem własnej osoby. Gonczarowa odrzekła na to: „Tyś prostak, a ja baronowa. Możesz pocałować rękę, nic więcej”. Wściekły kupiec obiecał się zemścić na grymaśnej pani. Niedługo potem pod oknami pałacu baronowej wyrósł śliczny zameczek z wieżyczkami i ozdobnymi daszkami – kopia letniej willi Gonczarowej, do której baronowa wpuszczała tylko gości z najwyższych sfer. W tym miniaturowym pałacyku Aleksandrow urządził publiczną toaletę, którą nazwał „Willą wspólnego użytku”. Dogłębnie urażona baronowa przeprowadziła się do innego pałacu, lecz za sprawą kupca w nowym miejscu również wyrosła identyczna willa. Gonczarowa przeprowadziła się po raz trzeci, jednak Aleksandrow nie odpuszczał – postawił trzeci szalet. Jak zakończyła się ta historia, tego Chaim nie wiedział, ale dopiero teraz pojął, że Pałac Aleksandrowski to owa publiczna toaleta. Do takiego miejsca sekretarz Solski skierował jego – posła Rothschildów.
Do tego przyszło mu znowu długo czekać. Gdy do willi zawitał rejestrator kolegium w towarzystwie żandarma, za oknami zapadał już zmierzch. Urzędnik podszedł do posła Rothschildów, ale nawet nie raczył się przywitać. Chaim Rivkind nie spieszył się więc, by wstać.
– Fuj, ale miejsce sobie wybraliście. – Rejestrator wykrzywił się, rozwiązując sznurki grubego skoroszytu. Puścił oczko do żandarma i obaj mężczyźni głośno się roześmiali. – Ale waćpan chyba już przyzwyczajony – dodał. – Jak to się mówi, pachnie domem, czyż nie?
Rivkind uśmiechnął się delikatnie.
– Pecunia non olet – wypowiedział cicho.
Rejestrator zmarszczył brwi.
– Słucham? – Wysunął ku posłowi skoroszyt z dokumentami. – Proszę, weźcie. Podpiszcie, że otrzymaliście, i przypieczętujcie.
Chaim wziął papiery i niespiesznie zaczął je czytać, przesuwając palcem po papierze, sprawdzał każde słowo, każdą linijkę, niemal wodząc nosem po tekście, badał każdy podpis i każdą pieczęć.
– Panie, można szybciej? – Rejestrator nie wytrzymał. – Trochę tu, że tak powiem, cuchnie.
Jednak Chaim sprawiał wrażenie, jakby w ogóle Rosjanina nie usłyszał. Dopiero gdy się upewnił, że wszystko zostało spisane poprawnie, a niezbędne podpisy znalazły się na swoich miejscach, wyciągnął zza pazuchy pudełeczko z pieczęcią, podmuchał na nie i niespiesznie zaczął składać pieczęć z herbem Rothschildów – pięść na czerwonej tarczy ściskającą pięć strzał. Skończywszy, schował pieczęć ponownie za pazuchą. Dopiero wtedy wstał i zwrócił Rosjaninowi umowy, zostawiwszy dla siebie ich kopie.
– Pecunia non olet – powtórzył. – Pieniądze nie śmierdzą. Tak mawiał cesarz rzymski Wespazjan. Ten, który opodatkował rzymskie toalety publiczne – dodał z uśmiechem, po czym odwrócił się i zostawił osłupiałych Rosjan samych w Pałacu Aleksandrowskim.
Zatrzymał się w motelu Zorza Polarna znajdującym się nieopodal, nad Małą Newą. By się tam znaleźć, musiał przejść niewielki odcinek przez Park Aleksandrowski. Nadeszła już noc, park wydawał się pusty i nieprzyjazny, ale poseł pewnym krokiem, nie oglądając się na boki, maszerował żwirową ścieżką. Ledwo zdążył wkroczyć do parku, z jednej z bram wyłoniły się cztery ciemne postacie.
– Trochę się zasiedział – wyszeptał któryś z nadchodzących mężczyzn.
– Dobrze, że już się ściemniło – wymamrotał drugi. – Dobrze dla nas. Widzisz, jak jakiś głupek spokojnie sobie idzie przez park. Bierzemy go, a potem do kanału, koniec, kropka.
– Tylko nie zapomnijmy zabrać papierów – przypomniał trzeci typ. – Działajmy po cichu.
– Panowie, rozdzielamy się – odezwał się znów pierwszy. – Spotykamy się w środku parku.
Postacie znacząco po sobie spojrzały, rozproszyły się w różne strony i zniknęły w cieniach drzew.
„Rosjanie są jeszcze bardziej prymitywni niż Turcy”, pomyślał Chaim, zmierzając w głąb parku. Zatrzymał się. Schylił się, po czym podniósł z ziemi bryłkę gliny i zaczął ją obracać w dłoni. „Tamci przynajmniej zachowali się elegancko: wykwintna uczta, zatrute wino, a ci… Ech, jaskiniowcy. Bandytów z nożami wysłali. Dziki kraj. Czego się spodziewałem po barbarzyńcach?”
Chaim Rivkind był doświadczonym posłem: z jednej strony domyślał się, co go czeka, ale z drugiej sam lubił reżyserować wydarzenia. Dlatego przybywszy do Petersburga, każdemu, kto się nim zainteresował, tłumaczył, że mieszka w Zorzy Polarnej i lubi spacerować po Parku Aleksandrowskim. Odsiadka w „Willi wspólnego użytku” była mu na rękę – w ciemności napastnicy mogli jeszcze bardziej uwierzyć w swoje siły.
Skręcił odrobinę w lewo i po chwili znalazł się w zmierzającej do środka parku alei obrośniętej gęstymi, wysokimi krzakami. Mgła delikatnie się wzniosła, otuliła blado świecące gazowe latarnie. Rivkind popatrzył na nie z zachwytem i się uśmiechnął.
Nagle krzaki zaszeleściły, a zza nich wyszły dwie postacie. Pochyliwszy głowę, Chaim zauważył dwie kolejne. Jeśli spróbuje ratować się ucieczką, zastąpią mu drogę. Cienie niespiesznie się zbliżały. Samotny podróżnik w parku tonącym w półmroku wydawał im się łatwą zdobyczą.
Chaim zatrzymał się i westchnął. Rozkruszył w dłoni bryłkę gliny, po czym wymówił cicho:
– Im ba l’hargekha, hashkem l’hargo.
Krzaki znów zaszeleściły. Napastnicy zatrzymali się wstrząśnięci. Oczy rozszerzyły im się z podziwu, a szczęki jednocześnie opadły.
Zza drzew wyłoniły się dwie olbrzymie postacie, zbliżyły się do posła i stanęły po obu jego bokach. Były całkiem nagie, nie posiadały jakichkolwiek cech płciowych, a ich skóra miała kolor ochry. Na ciałach błyszczało po kilka metalowych płytek, które z daleka wyglądały jak łaty. Nie miały ani nosów, ani ust, tylko oczy jarzyły im się czerwonym ogniem. Golemy – prezent dla Rothschildów od praskich wskrzesicieli.
– Im ba l’hargekha, hashkem l’hargo – powtórzył Chaim. – Jeśli ktoś przychodzi, by cię zabić, wstań wcześniej i zabij go pierwszy.
Wreszcie jeden z napastników oprzytomniał, doskoczył do olbrzyma chroniącego Chaima i wbił mu nóż w klatkę piersiową. Ostrze z łatwością wbiło się aż po sam trzonek, ale golem stał, jakby tego nie zauważył. Podniósł ogromną pięść z wykutymi z metalu knykciami i uderzył bandytę prosto w głowę. Dłoń potwora w mgnieniu oka zanurzyła się w przesiąkniętą krwią kaszkę zmiażdżonych kości i mózgu. Golem odwrócił się w stronę kolejnych dwóch drabów próbujących podkraść się od tyłu i wyciągnął rękę. Coś grzmotnęło i niewielki iskrzący się pocisk, który wyleciał z przytwierdzonego do ręki miniaturowego działa, trafił w jednego z napastników. Ten zaskoczony łypnął na otwierającą się w klatce piersiowej dziurę wielkości pięści i nie zdążywszy nawet jęknąć, osunął się na ziemię. Golemy zwróciły się w stronę dwóch pozostałych mężczyzn i zaczęły kroczyć w ich kierunku. Gdy stawiały kroki, żwir rozpryskiwał się na boki jak woda. Bandyci nie czekali chwili dłużej, puścili się biegiem, skąd przyszli, i zniknęli w ciemności, pozostawiając po sobie jedynie szelest liści.
Kiedy park na powrót otuliła cisza, golemy wróciły do Rivkinda. Jedyne, co im pozostało, to odprowadzić posła na koniec parku, kryjąc się w cieniach, a następnie – zastygnąć między drzewami. Rano służący Chaima zapakują je w wielkie skrzynie, które opiszą czerwoną farbą „Ostrożnie! Szkło!”, i wyślą do Pragi.
Rivkind zerknął na dwa leżące na ścieżce zmasakrowane trupy.
– Petersburskich żandarmów czeka zagadka nie do rozwiązania, mnie podróż do domu i krótki odpoczynek, a Rothschildów największa awantura stulecia – zamruczał do siebie.
Rothschildowie od dawna marzyli, by przyłączyć Wilno i Rewel do Aliansu, stworzyć wielki łuk miast: Rewel – Wilno – Kraków – Praga – Konstantynopol.
– Abducet praedam, qui occurrit prior – szepnął Chaim Rivkind i ruszył w stronę motelu Zorza Polarna.




Dodano: 2017-06-27 15:50:51
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS