NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

Bardugo, Leigh - "Język cierni"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki



Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Opowieść o Shikanoko
Tytuł oryginału: Emperor of the Eight Islands
Tłumaczenie: Anna Reszka
Data wydania: Marzec 2017
ISBN: 978-83-7480-734-0
Oprawa: twarda
Liczba stron: 400
Cena: 39,00 zł
Rok wydania oryginału: 2016
Tom cyklu: 1



Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

1. Kazumaru

– Widziałeś, co się stało?
– Gdzie jest twój ojciec?
Stali nad nim dwaj mężczyźni. Ich ciemne postacie rysowały się na tle wieczornego nieba. Jednym był jego stryj Sademasa, drugim Nobuto, którego Kazumaru nie lubił.
– Usłyszeliśmy śmieszny hałas. – Chłopiec pokazał układanie kamieni na planszy. – Stuk, stuk, stuk. Ojciec kazał mi tu zaczekać.
Mężczyźni trafili na siedmiolatka ukrytego w wysokiej trawie, w zagłębieniu, które dla swoich młodych wydeptał jeleń. Konie omal go nie nadepnęły. Kiedy stryj podniósł go z ziemi, na twarzy chłopca widniały głębokie odciski po źdźbłach trawy. Musiał tu leżeć przez wiele godzin.
– Kto zabiera dziecko na zwiad? – zdziwił się Nobuto.
– Mój brat nie potrafi się z nim rozstać.
– Nigdy nie widziałem równie zakochanego ojca!
– Albo tak zepsutego dziecka – burknął Sademasa. – Gdyby był mój...
Kazumaru nie podobał się ich ton. Wyczuwał w nim drwinę. Nie odezwał się, ale postanowił o wszystkim opowiedzieć ojcu, kiedy go zobaczy.
– A co z jego koniem? – zapytał Sademasa.
Starszy mężczyzna popatrzył w stronę drzew.
– Ślady prowadzą tam.
Na zboczu wulkanicznej góry rósł mały zagajnik skarlałych drzew. Niektóre umierały, z innych zostały tylko pnie. Powietrze cuchnęło siarką, para z sykiem wydobywała się ze szczelin w ziemi. Mężczyźni ze znużeniem ruszyli naprzód, z łukami w rękach. Kazumaru powlókł się za nimi.
– Przeklęte miejsce – wymamrotał Nobuto.
Pnie większych drzew były poznaczone słabo widocznymi przecinającymi się liniami. Na ziemi leżało kilka czarnych kamieni i garść białych muszelek.
– Krew. – Nobuto pokazał rozbryzg na jasnej skale. Ukucnął i dotknął go palcem. – Jeszcze mokra.
Plama była ciemna, niemal fioletowa.
– To jego? – zapytał szeptem Sademasa.
– Nie wygląda mi na ludzką. – Nobuto przysunął palec do nosa. – I nie pachnie jak ludzka. – Wytarł dłoń o skałę. Wstał. Potem rozejrzał się i wykrzyknął: – Panie Shigetomo! Gdzie pan jest?!
– Jest, jest, jest! – odpowiedziało mu echo.
I jeszcze inny dźwięk, jakby łopot ptasich skrzydeł.
Kazumaru spojrzał w górę. Nad ich głowami przelatywało stado dziwnych istot ze skrzydłami, dziobami i pazurami, ale w ubraniach: czerwonych kurtkach i niebieskich rajtuzach. Patrzyły na niego, pokazywały go sobie i śmiały się drwiąco. Jedna z nich trzymała w jednej ręce miecz, a w drugiej łuk.
– To jego broń! – wykrzyknął Nobuto. – Ameyumi.
– A więc Shigetomo nie żyje – stwierdził Sademasa. – Nigdy nie oddałby łuku.
Później Kazumaru nie był pewien, co naprawdę widział, a co mu się przyśniło. Jego ojciec i bystra dowcipna matka często grali w go podczas długich śnieżnych zim w Kumayamie. On dorastał przy dźwięku ich głosów, cichego stukotu kamieni na planszach, grzechotania w drewnianych miseczkach. Tamtego dnia usłyszeli je obaj. Wysforowali się daleko przed innych. Tata zawsze lubił prowadzić, a jego silny i niecierpliwy czarny koń był darem od pana Kiyoyoriego, którego byli wasalami i z którego rozkazów dotarli tak daleko na północ.
Ojciec ściągnął wodze, zsiadł z wierzchowca i zdjął Kazumaru z siodła. Koń zaczął się paść, a oni ruszyli przez wysoką trawę. Omal nie nadepnęli na jelonka skulonego w wydeptanym legowisku. Zwierzę zerwało się i pobiegło przed siebie dużymi susami. Kazumaru zdążył jeszcze zobaczyć jego ciemne oczy i delikatny pyszczek. Wiedział, że inni ludzie na ich miejscu zabiliby jelonka, ale ojciec tylko się roześmiał i pozwolił mu uciec.
– Szkoda czasu Ameyumi – powiedział.
Takie imię nosił jego łuk, rodzinny skarb, ogromny, idealnie wyważony, zrobiony z wielu warstw sprasowanego drewna z misternymi łączeniami.
Ruszyli bezszelestnie w stronę drzew, skąd dochodziły odgłosy. Pamiętał wrażenie, że to skradanie się na palcach przez trawę wyższą od niego jest zabawą.
Nagle ojciec przystanął, wstrzymując oddech, jakby coś go zaniepokoiło. Potem schylił się i wziął go na ręce. W tym momencie Kazumaru pod drzewami dostrzegł tengu grających w go. Zobaczył skrzydła, dzioby i pazury.
Ojciec zaczął się cofać do miejsca, gdzie znaleźli jelonka. Kazumaru czuł, jak serce głośno bije mu w piersi.
– Zaczekaj tutaj – powiedział, kładąc go na udeptanej trawie. – Bądź jak dziecko jelenia. Nie ruszaj się.
– Dokąd idziesz?
– Idę zagrać w go – odparł tata ze śmiechem. – Jak często ma się okazję zagrać w go z tengu?
Kazumaru nie chciał, żeby ojciec tam szedł. Słyszał różne historie o tengu, o górskich demonach, bardzo sprytnych i bardzo okrutnych. Ale jego ojciec nie bał się niczego i zawsze robił to, co chciał.
Mężczyźni znaleźli ciało Shigetomo jeszcze tego samego dnia. Kazumaru nie pozwolono go zobaczyć, ale on słyszał przerażone szepty i dobrze pamiętał dzioby i pazury lecących nad nim tengu. Oni mnie widzieli, pomyślał. Znają mnie.
Kiedy wrócili do domu, Sademasa ogłosił, że jego starszy brat został zabity przez dzikie północne plemiona, ale Kazumaru wiedział, że ojciec zginął dlatego, że grał w go z tengu i przegrał.

***

Wieść o śmierci męża pogrążyła matkę Kazumaru w tak wielkiej rozpaczy, że wszyscy się o nią obawiali. Sademasa błagał ją, żeby za niego wyszła. Obiecywał, że wychowa Kazumaru jak własnego syna, składał nawet przysięgę na święty talizman z głową byka.
– Obaj przypominacie mi o nim przez cały czas – powiedziała wdowa. – Nie. Muszę ściąć włosy i zostać mniszką jak najdalej od Kumayamy.
Gdy tylko zima się skończyła, matka wyjechała bez pożegnania, przykazując jedynie synowi, żeby słuchał stryja.
Rodzina miała z nadania pana Kiyoyoriego trochę ziemi na zboczu góry znanej jako Kumayama. Na posiadłość składały się strome urwiska i głębokie doliny bez światła słonecznego, gdzie po obu stronach rzek spadających z gór między lasami cyprysów i kryptomerii, pełnych niedźwiedzi, wilków, serauów, jeleni i dzików, oraz bambusowymi zagajnikami będącymi domem dla przepiórek i bażantów, wyciosano na stokach kilka tarasów pod uprawę ryżu. Miejsce to znajdowało się siedem dni drogi na wschód od stolicy i cztery dni w przeciwną stronę od Minatogury, twierdzy rodu Miboshi.
W miarę jak mijały lata, stawało się oczywiste, że Sademasa nie dotrzyma przysięgi. Przyzwyczaił się do tego, że jest panem Kumayamy, i nie miał ochoty z niej rezygnować. Posiadana przezeń władza w połączeniu z niepokojem z powodu wiarołomstwa sprawiła, że do głosu doszła jego brutalna natura. Sademasa traktował swojego bratanka surowo pod pretekstem zmieniania go w wojownika. Gdy Kazumaru skończył dwanaście lat, uświadomił sobie, że każdy dzień przynosi jego stryjowi rozczarowanie, że chłopak jeszcze żyje.
Niektórych wojowników, szczególnie Naganoriego, którego syn był o rok starszy od Kazumaru, martwiło surowe traktowanie sieroty po ich dawnym panu. Inni, jak Nobuto, podziwiali Sademasę za bezwzględność. Pozostali wzruszali ramionami, zwłaszcza kiedy nowy pan się ożenił i sam spłodził dzieci. Uważali, że Kazumaru i tak nie będzie miał szansy dorosnąć, nie mówiąc już o odziedziczeniu posiadłości. Większość była zaskoczona, że jakoś przeżył ciężkie dzieciństwo i nawet pod pewnymi względami rozkwitł, ponieważ obsesyjnie ćwiczył strzelanie z łuku, a z napadów wściekłości wzięła się jego nadludzka siła. W wieku dwunastu lat raptownie urósł i wkrótce potrafił naciągać cięciwę jak dorosły mężczyzna. Był jednak nieśmiały i dziki jak młody wilk. Tylko syn Naganoriego, który podczas ceremonii inicjacji dostał imię Nagatomo, mógł uważać się za jego przyjaciela.
Był jedyną osobą, z którą pożegnał się szesnastoletni Kazumaru, kiedy jesienią stryj oznajmił, że zabiera go na polowanie w góry.
– Jeśli nie wrócę, będziesz wiedział, że on mnie zabił – uprzedził Kazumaru. – W następnym roku osiągnę pełnoletność, ale on nigdy nie ustąpi mi miejsca. Za bardzo mu się spodobało bycie panem Kumayamy. Zamierza się mnie pozbyć w lesie.
– Chciałbym pojechać z tobą – powiedział Nagatomo. – Ale twój stryj wprost mi tego zabronił.
– To dowodzi, że mam rację – stwierdził Kazumaru. – Ale nawet jeśli mnie nie zabije, nie wrócę. Nic tu po mnie. Zostały mi tylko mgliste wspomnienia, jak było kiedyś. Pamiętam, że nie bałem się cały czas, że byłem kochany i podziwiany. Czasami sobie wyobrażam, jak mogłoby być, gdyby mój ojciec nie zginął, a matka nie wyjechała, gdyby więcej ludzi pozostało lojalnych wobec mnie. Nie mogę tak dalej żyć. Modlę się codziennie, żeby jakoś uciec... i jeśli jedynym sposobem jest śmierć, niech tak będzie.


2. Kazumaru/Shikanoko

Letnie burze ustały, na górskich stokach z każdym dniem powiększały się plamy czerwieniejących liści. Roczne jelenie prawie osiągnęły wielkość dorosłych osobników, ale nadal podążały za matkami przez cienisty las.
Sademasa od dawna pragnął upolować pewnego starego samca o pięknych rogach, ale stworzenie było tak sprytne i ostrożne, że nigdy nie pozwoliło się okrążyć. W tym roku, zapowiedział stryj Kazumaru, ten jeleń mu ulegnie.
Na wyprawę zabrał ze sobą bratanka, swojego ulubionego sługę Nobuto i jeszcze jednego człowieka. Szli pieszo, bo teren był zbyt nierówny nawet dla koni pasących się niżej na stokach Kumayamy. Żyli jak dzicy ludzie, zbierali orzechy i jagody, strzelali do bażantów, zastawiali wnyki na zające, z każdym dniem zapuszczali się coraz głębiej w las pozbawiony ścieżek. Od czasu do czasu widzieli swoją zdobycz, tracili ją z oczu, potem znowu trafiali na tropy w miękkiej ziemi albo na brązowe kupki odchodów. Kazumaru spodziewał się, że stryj straci cierpliwość, ale Sademasa niemal poweselał, jakby wkrótce miał zrzucić z siebie ciężar, który od dawna dźwigał. W nocy mężczyźni opowiadali historie o duchach, o tengu, górskich czarownikach i o tym, że wciąż znikają młodzi chłopcy. Kazumaru przysiągł sobie, że nie pozwoli, by go zabili razem z jeleniem. Nie miał odwagi zasnąć, ale czasami zapadał w sen na jawie. Słyszał wtedy stuk kamyków na planszy do go i widział zwrócone na siebie orle oczy tengu.
Gdy pewnego popołudnia dotarli na szczyt stromego urwiska, przed nimi stał jeleń z rogami lśniącymi w promieniach zachodzącego słońca. Robił bokami po wspinaczce. Mężczyźni sapali. Na chwilę wszyscy znieruchomieli. Potem Sademasa i Kazumaru sięgnęli po łuki. Dwaj pozostali myśliwi przygotowali noże. Sademasa dał znak bratankowi, żeby zaszedł zwierzę od lewej strony. Chłopiec wycelował łuk prosto w serce jelenia, a wtedy ten popatrzył na niego oczami wielkimi z wysiłku i strachu. Potem wzrok samca pomknął ku Sademasie. Kazumaru podążył za tym spojrzeniem i zobaczył, że stryj celuje nie w jelenia, tylko w niego. W tym momencie zwierzę skoczyło w jego stronę w rozpaczliwej próbie ucieczki. W powietrzu świsnęła strzała, jeleń z impetem wpadł na Kazumaru i strącił go w przepaść.
Ciało zwierzęcia złagodziło upadek. Przez chwilę obaj leżeli bez ruchu, wyczerpani. Kazumaru czuł pod sobą szalone bicie serca. W końcu zebrał siły, chwycił za rozłożyste rogi i wstał, sięgając po nóż. Jeleń był ranny, miał złamane nogi. Patrzył na niego bez mrugania. Chłopiec odmówił szybką modlitwę i poderżnął mu gardło. Gorąca krew trysnęła z rany, zabierając ze sobą życie.
Gęste krzaki ukryły go przed wzrokiem myśliwych wypatrujących go z góry. Kazumaru słyszał ich nawoływania, ale się nie odzywał. Przez chwilę zastanawiał się, czy chęć zdobycia rogów jest na tyle duża, że stryj spróbuje zejść z urwiska. Ale jedynym sposobem, żeby znaleźć się na dole, był skok albo upadek. Kiedy wróciła cisza, Kazumaru zaciągnął jelenia najdalej, jak zdołał. Znalazł pod nasypem małe zagłębienie pełne suchych liści. Leżał z martwym zwierzęciem w ramionach, gasił pragnienie jego krwią i odtwarzał w myślach wydarzenia na urwisku. Łatwo mógłby sobie wmówić, że to był wypadek, ale uznał, że lepiej jest stawić czoło prawdzie. Stryj mierzył do niego, ale jeleń przyjął na siebie strzałę i uratował mu życie. Znowu poczuł własny upadek, gwałtowny lot, ręce ściskające łuk, jakby kawałek drewna mógł go uchronić przed runięciem w przepaść, zbyt młody, by uwierzyć we własną śmiertelność, ale przekonany, że zaraz umrze.
Przez całą noc czuł krążące w pobliżu dzikie zwierzęta zwabione przez zapach krwi. Słyszał ciche stąpanie, szelest liści. ­Niebo było usiane gwiazdami, Rzeka Niebios jarzyła się srebrzystym blas­kiem.
O świcie jeleń wystygł. Kazumaru zawlókł go na polanę i wziął się do skórowania. Ostrożnie odciął czaszkę z rogami, żałując, że nie potrafi przywrócić życia tym oczom, a jednocześnie pełen wdzięczności.
Znalazł krzemienie i przez cały ranek skrobał skórę do czysta. Nad doliną pojawiło się słońce i przez kilka godzin było gorąco. Wczesnym popołudniem Kazumaru wyciął z boków kilka pasów mięsa, cienkich, żeby szybko wyschły, i nadział je na dębowy patyk, przekładając liśćmi. Resztę zostawił lisom i wilkom i ruszył na północ.
Szedł prawie przez całą noc. Księżyc zbliżał się do pełni, zapowiadając pierwsze przymrozki. W dzień Kazumaru kilka razy krótko spał, a po zmiękczeniu skóry jelenia wodą i własnym moczem rozciągnął ją do wyschnięcia. Nie widział nikogo. Dopiero trzeciego dnia zorientował się, że idzie za nim jakieś zwierzę. Słyszał stąpanie i szelest liści, widział zielony błysk oczu. Kilka razy nasadzał strzałę na cięciwę, ale oczy znikały, a on opuszczał łuk. Nie chciał tracić pocisku w ciemności.
Wydawało się, że zwierzę go prowadzi, albo raczej, uświadomił sobie z niepokojem, zagania. Kiedyś już myślał, że zniknęło na dobre, ale po zapadnięciu nocy zawsze wracało. Gdy raz dostrzegł je w przelocie, ocenił po wielkości i umaszczeniu, że to wilk zwabiony zapachem skóry i mięsa. On i stryj gonili jelenia do granic wyczerpania, a teraz wilk robił to samo z nim. Zapędzał go coraz dalej w las, żeby skoczyć mu do gardła, kiedy chłopiec będzie wyczerpany i osłabiony głodem. Kazumaru próbował go przechytrzyć, udając, że śpi, a potem wstając bezszelestnie i zmieniając kierunek marszu, ale zwierzę jakby z góry przewidziało jego zamiary. Znowu zobaczył zielone oczy jarzące się w mroku.
Pewnego ranka o świcie zatrzymał się przy strumieniu, który wypływał ze źródła znajdującego się wyżej w górach i przecinał polanę. Dzień wcześniej zjadł ostatni pasek suszonego mięsa. Zobaczył ścieżkę wydeptaną w trawie i ślady na brzegu. Odczytał z nich, że do wodopoju przychodzą tutaj jelenie, lisy, wilki. Sam ostrożnie ugasił pragnienie, pijąc szybko ze stulonych dłoni. Potem ukrył się w zaroślach ze strzałą nasadzoną na łuk.
Musiał się zdrzemnąć, bo obudził go nagły ruch. Pomyślał, że śni, gdy zobaczył dwoje zwierząt idących niezdarnie bok w bok z głowami zwróconymi ku sobie. Niosły coś między sobą w pyskach. Szły dziwnie, jakby nie były żywymi istotami. Zamiast głów miały lakierowane czaszki, zęby ostre i lśniące, oczy z kawałków lapis‑lazuli, pod skórą nie zwykłe ciało, tylko chrust i słomę. Kazumaru poczuł bijący od nich zapach dymu i rozkładu. Żołądek podszedł mu do gardła, wnętrzności się skręciły.
Kiedy stworzenia się zbliżyły, zobaczył, co niosą w pyskach: dzban o dwóch uchach. Stanęły przy sadzawce i opuściły naczynie do strumienia. Kiedy się napełniło, zawróciły i poszły ścieżką chwiejnym krokiem, rozchlapując wodę.
Kazumaru podążył za nimi jak we śnie, bez wahania, ale ze strachem. Słyszał dudnienie własnej krwi w czaszce i piersi. Wiedział, że zbliża się do kryjówki górskiego czarownika, znanej mu z opisów sług Sademasy. Chciał uciec, ale pchały go do przodu nie tylko ciekawość i głód, ale również wilk, który teraz otwarcie kroczył za nim.
Kazumaru minął skałę, przypominającą trochę niedźwiedzia, a potem kikut drzewa z dwoma poszarpanymi konarami podobnymi do uszu zająca. Bliżej małej chaty, która stała pod osłoną paulowni, zobaczył bardziej precyzyjnie wykonane rzeźby z drewna i kamienia, niemal jak żywe, z takimi samymi lakierowanymi czaszkami, odziane w skóry, udekorowane rogami. A oprócz nich sowy, orły i żurawie z piórami, nietoperze ze skórzastymi skrzydłami.
Dach chaty był zrobiony z kości, ściany ze skór. Z dużego wiadra stojącego przy drzwiach dochodził silny zapach uryny. Przez głowę Kazumaru przemknęła myśl: pewnie używa jej do garbowania skór, tak jak on sam zrobił, żeby zmiękczyć skórę jelenia. Dwa małe lisy, prawdziwe, warczały na siebie nad martwym królikiem. Wilk siedział, lekko dysząc. Dwie bestie, za którymi podążał Kazumaru, zatrzymały się przed chatą i zawyły. Po chwili wyszedł z niej czarownik. Wyjął dzban z ich pysków i gestem kazał im usiąść, jakby były psami. Miał skórę ciemną jak wygarbowaną, długie włosy i krzaczastą brodę, jedno i drugie czarne, bez śladu siwizny. Wydawał się jednocześnie stary i młody. Ruchy miał zwinne i naturalne jak u zwierzęcia, ale głos, kiedy odezwał się do Kazumaru, bez wątpienia należał do człowieka.
– Więc wróciłeś do Shisoku?
– A byłem tu wcześniej? – zdziwił się chłopiec.
Siedzący za nim wilk zawył.
– W tym życiu albo w innym.
I może rzeczywiście kiedyś tutaj był. Kto wie, gdzie wędrowała jego dusza, kiedy ciało spało? Może stąd się brały sny?
– Przyniosłeś łopatki? – spytał raptem mężczyzna zwany Shisoku.
– Nie, ja... – zaczął się jąkać Kazumaru, ale czarownik mu przerwał.
– Mniejsza o to. Na pewno do mnie trafią któregoś dnia. Daj mi rogi. Jeszcze mamy czas.
– Czas na co?
– Żeby zrobić z ciebie dziecko jelenia. Po to przyszedłeś.
– Co to znaczy?
– Twoje życie nie należy do ciebie. Umrzesz w jednym, a narodzisz się w innym, żeby stać się tym, kim miałeś się stać.
W tym momencie Kazumaru odwrócił się, żeby uciec, ale czarownik wymówił słowa w nieznanym mu języku, a potem dodał:
– Zostań!
Kazumaru miał wrażenie, że wokół niego zamknęły się kraty. Poczuł na ramionach kościste ręce, choć czarownik stał w pewnej odległości od niego. Shisoku cofał się powoli, wciągając go do chaty.

***

Nie był pewien, czy znalazł się w domu, warsztacie czy kaplicy. Wonie lakieru, kamfory i kadzideł nie maskowały odoru martwych istot. W piecu płonął ogień, nad którym w żelaznym kociołku coś bulgotało. Na ławie poczerniałej od dymu leżały dłuta i pędzle. Podłoga była z ubitej ziemi, ale w jednym końcu, przed czymś w rodzaju ołtarza, zaścielały ją dywaniki i poduszki otoczone migoczącymi lampami i świecami. Na ołtarzu i wokół niego stały rzeźbione postacie bóstw, wszystkie z lakierowanymi, pomalowanymi twarzami, na ścianie wisiały liczne maski, głowy zwierząt i skóry. Kazumaru dostrzegł co najmniej dwie ludzkie czaszki. Uświadomił sobie, że przybył do jednego z tych miejsc, gdzie mieszają się światy, jak tamto z jego dziecięcych snów, w którym ojciec spotkał tengu. Zaczął drżeć, ale nie było stąd ucieczki. Na zewnątrz chatę otaczały zwierzęta, prawdziwe i sztuczne. W środku znajdował się czarownik.
Kazumaru nie wiedział, jak to się stało, ale stwierdził, że leży przed ołtarzem, nagi, przykryty jelenią skórą. Spojrzał na Shisoku takimi samymi oczami jak tamten samiec, rozszerzonymi i zrezygnowanymi w obliczu śmierci. Shisoku dał mu do picia napar z grzybów i igieł sosnowych zmieszanych z lakierem i cynamonem, co normalnie zabiłoby człowieka, ale Kazumaru wprowadziło w głęboki trans. Czas się zatrzymał.
Chłopiec obserwował, jak czarownik bierze czerep z rogami i zaczyna tworzyć maskę, śpiewając przy tym jakąś tajemniczą sutrę, której Kazumaru nigdy wcześniej nie słyszał. Na zewnątrz zwierzęta się poruszyły i zawyły. Kazumaru wydawało się, że obok niego leży kobieta. Przepełniał go strach, bo nigdy wcześniej nie był z kobietą. Unikał znaczących spojrzeń pokojówek w Kumayamie, podejrzliwy wobec wszystkiego, co mu proponowały, ostrożny i nieufny. Ale ona pokierowała nim, wiele razy tamtej nocy i w kolejne, a jego okrzyki mieszały się ze zwierzęcymi głosami. Wiedział, że jego ciało, siła i męskość są wykorzystywane w celach, których nie rozumiał, wbrew jego woli. Mimo to jego żądza się wzmagała, a on ją zaspokajał.
W dzień leżał niezdolny do ruchu i patrzył, jak Shisoku pokrywa maskę kolejnymi warstwami lakieru, mieszając go z białymi i czerwonymi płynami wytwarzanymi przez kochanków. Suszył je potem nad dymem z kadzideł, za każdym razem śpiewając inną pieśń. Zrobił usta i język z wyprawionej skóry pomalowanej cynobrem, wyżłobił otwory na oczy i zwieńczył je czarnymi rzęsami z kobiecych włosów. Wypolerował rogi, aż lśniły jak obsydian. Księżyc urósł do pełni, potem całkiem zniknął. W następnej kwadrze maska była gotowa.
Shisoku nałożył ją na twarz Kazumaru. Pasowała jak rękawica do dłoni. Chłopiec poczuł, że wlewa się w niego siła jelenia i cała prastara mądrość lasu. Nieznajoma przyszła do niego po raz ostatni. Jego krzyki rozbrzmiały echem, jak jesienią rozbrzmiewają ryki samców. Kobieta objęła go czule i wyszeptała:
– Teraz twoje imię brzmi Shikanoko, Dziecko Jelenia.
Nawiedziło go odległe wspomnienie – jelonek, głos ojca – i Kazumaru zrozumiał, że już nigdy nie przybierze innego imienia. Potem zapadł w głęboki sen. Kiedy się obudził, znowu był ubrany, kobieta zniknęła, maska jelenia leżała na ołtarzu w sakwie z siedmiowarstwowego brokatu. Wydawało się niemożliwe, że zmieściła się w worku tej wielkości, ale był to jeszcze jeden aspekt czarów, które rzucił na nią Shisoku.

***

Shisoku praktykował dość przypadkową, niedbałą magię. Wykonywał nieokreślony gest w stronę ognia, a ten ożywał w siedmiu wypadkach na dziesięć, a w pozostałych trzech dąsał się i ledwo tlił. Cztery lisy i wilki pojawiały się czasami, kiedy je wzywał, ale częściej prowadziły własne dzikie życie, jakby czarownik nie istniał. Czasami sztuczne zwierzęta robiły to, czego od nich oczekiwano, przynosiły wodę w dzbanie, zbierały chrust, ale skorupy na brzegu strumienia świadczyły o tym, jak często zawodziły. Shikanoko sam gromadził drewno na opał, a w miarę jak trwała zima, wyprawiał się na polowania, żeby zdobyć pożywienie dla nich obu. Zrobił nowe strzały i wyposażył je w lotki z piór orła, jednakże choć tropił wiele jeleni, nigdy żadnego nie zabił.
Shisoku jadł bardzo mało. Całe dni spędzał na wyprawianiu skór kamforą i rutą, gotowaniu czaszek i kości, żeby pozbawić je resztek mięsa. Potem drobiazgowo odtwarzał martwe zwierzęta, jakby był stwórcą, wypychał ich skóry gliną i słomą, budował szkielety z bambusa i wiązał je sznurkiem. Jego wytwory stojące rzędami pod okapem zasypywał śnieg. Przez wiele tygodni hartował je mróz, ale wraz z wiosną wróciły też owady. Z jaj wykluły się gąsienice i większość stworzeń opanowanych przez czerwie trzeba było spalić. Jedno czy dwa przetrwały dzięki łutowi szczęścia, umiejętnościom czarownika albo magii, ożyły i dołączyły do kolekcji Shisoku.
Wysoko w górach stopniały śniegi i wezbrane strumienie spłynęły prawie pod drzwi chaty. Kiedy woda się cofnęła, polanę porosły dzikie kwiaty i trawa. Co noc Shisoku nakładał maskę na twarz Shikanoko i uczył go tańca jelenia.
– Ten taniec odkrywa sekrety lasu i uwalnia jego błogosławieństwa. To potężna więź między trzema światami: zwierząt, ludzi i duchów. Kiedy opanujesz wszystkie ruchy, dzięki masce zdobędziesz wiedzę o wydarzeniach na świecie, w snach ujrzysz przyszłość i spełnią się wszystkie twoje pragnienia.
Kroki obudziły w chłopcu coś, za czym tęsknił i czego jednocześnie się bał, ale pomyślał, że ten taniec jest równie niepewny i zawodny jak cała magia Shisoku, i tylko częściowo wierzył w jego słowa.

***

W równonoc tuż po pełni księżyca na polanę wjechała grupa dziesięciu jeźdźców.
– To Król Góry, Akuzenji – powiedział Shisoku.
Nie wydawał się zaniepokojony.
Mimo to Shikanoko sięgnął po łuk. Był pewien, że kobieta, która z nimi przyjechała, jest tą, która towarzyszyła mu w czasie inicjacji i procesu tworzenia maski, ale teraz nie dała żadnego znaku, że go rozpoznaje. W jej obecności Shikanoko raptem ogarnęła nieśmiałość. Jednocześnie przepełniała go ciekawość. Chciał zadać jej setki pytań, ale nie potrafił znaleźć słów, żeby sklecić choć jedno.
Akuzenji zsiadł z konia i oddał mocz do wiadra Shisoku, mówiąc:
– Mój wkład w twoje dzieła. Na pewno ma magiczne właściwości.
Był przysadzistym, krępym mężczyzną ze zmierzwionymi włosami i brodą. Nosił wyświechtaną zbroję z płatów skóry połączonych wyblakłymi zielonymi sznurkami i ogromny miecz. Obie rzeczy wyglądały jak ukradzione wojownikom, którzy wpadli w zasadzkę.
– Przyjechałem, żeby sprawdzić, jak pilnujesz skarbu, który ci powierzyłem – rzekł.
– Rzuciłem na niego zaklęcie wiążące – odparł Shisoku. – Mam go uwolnić?
– Jeszcze nie. Na razie nie ma takiej potrzeby. Ale chciałbym na niego zerknąć.
Shisoku ukłonił się na swój niedbały sposób i gestem pokazał przybyszowi chatę. Następnie wszedł za Akuzenjim do środka, a tymczasem pozostali jeźdźcy zsiedli z koni, kolejno oddali mocz do wiadra, po czym ukucnęli przy ogniu. Po jakimś czasie Akuzenji wyszedł z chaty z uśmiechem zadowolenia na twarzy i wolnym krokiem zbliżył się do Shikanoko.
– A ty kim jesteś?
– Dawniej Kumayama no Kazumaru, teraz Shikanoko.
– Chłopak, który w zeszłym roku spadł z urwiska? Sądzono, że nie żyjesz.
– Przyszedłem tutaj i czarownik się mną zajął.
– Tak? – Chytre spojrzenie rozbójnika przesunęło się po łuku i pierzastych strzałach. – Nie przypuszczam, żeby twój stryj zapłacił za ciebie okup, co?
– Bardziej prawdopodobne, że zapłaciłby za potwierdzenie mojej śmierci – odparł Shikanoko, zastanawiając się, czy przypadkiem nie sprowokował Króla Góry, żeby go zabił.
– A pan Kiyoyori? On chyba jest twoim panem lennym, co? Zapłaciłby za ciebie?
– Nie sądzę. Jaki miałby ze mnie pożytek?
– Zakładnik bywa bardzo przydatny, ale tylko wtedy, gdy jest żywy – odezwała się kobieta.
To była ona. Rozpoznał jej głos. Obudziły się w nim strach i gniew z powodu tego, jak ona i Shisoku go wykorzystali, ale jednocześnie ukłucie tęsknoty za głęboką intymnością, która połączyła ich ciała, kiedy powstawał piękny i magiczny przedmiot.
Akuzenji zmarszczył brwi i podrapał się po głowie, badawczo przyglądając się Shikanoko.
– Ile masz lat? – zapytał.
– Skończę szesnaście w nowym roku.
– Potrafisz używać tego łuku?
– Potrafię, ale nie zabiję jelenia.
– A ludzi?
– Nie mam oporów przed zabijaniem ludzi – odparł chłopiec.
– Więc zwiążesz włosy, przysięgniesz mi lojalność i pojedziesz z nami.
Shikanoko spojrzał w oczy Shisoku. Miał odjechać czy zostać? Czarownik nie odwrócił wzroku.
Nie takiej ceremonii osiągnięcia pełnoletności się spodziewał. Do tej pory myślał, że uklęknie przed panem Kuromori w obecności swojego stryja i wszystkich wojowników, a zamiast tego grubiański pan przyjął go na służbę na leśnej polanie, z dymem szczypiącym w oczy, w otoczeniu na pół żywych i martwych zwierząt. Na koniec chłopak schował trochę strzał do kołczanu, resztę zawiązał w tobołek i wziął łuk. Shisoku poszedł do chaty i wrócił z workiem zawierającym maskę. Podał go Shikanoko.
Kobieta zdjęła z jednego z koni worki ze zbożem, ryżem, prosem i pastą z fasoli i zaniosła je do chaty. Mężczyźni zgarnęli wszystkie skóry nadające się do użytku i pióra. Akuzenji zmierzył wzrokiem brokatową sakwę.
– Co to jest?
Shisoku nie odpowiedział.
– Pokaż mi – zażądał Akuzenji, a Shikanoko po chwili wahania wyjął maskę w worka i mu ją podał.
Akuzenji zrobił krok do tyłu, milczący i zły. Kiedy się opanował, stwierdził, zwracając się do czarownika:
– To właśnie taka rzecz, jaką zawsze chciałem od ciebie dostać. Kiedy mi dasz podobną? Od lat cię proszę o poświęconą czaszkę, żeby była moją wyrocznią, żeby wszystko mi mówiła. Znasz tajemne techniki i rytuały. Dlaczego mi wciąż odmawiasz?
– To nie ja ci odmawiam – wymamrotał czarownik, ale Akuzenji jakby go nie usłyszał.
– Przyniosłem ci wiele czaszek. Z pewnością od nikogo tylu nie dostałeś. A co przyniósł ci ten chłopak? Dlaczego go faworyzujesz?
– Przyszedł do mnie we właściwym czasie – odparł Shisoku. – Przykro mi.
– Więc kiedy jest ten właściwy czas?
– Wtedy, kiedy jest właściwy. Czaszki, które przynosisz, są bezwartościowe: nudni wieśniacy, zdesperowani przestępcy albo wojownicy skąpani we krwi. Dostarcz mi głowę mądrego człowieka, chytrego ministra, ascety albo wielkiego króla.
– Czy to właśnie przyniósł ci chłopak? – spytał z niedowierzaniem Akuzenji. – Jak?
– On jest Dzieckiem Jelenia, Shikanoko. To, co przyniósł, jest przeznaczone tylko dla niego.
Akuzenji przygryzł wargę i zmrużył oczy.
– A czaszka Kiyoyoriego? Co będzie, jeśli ją przyniosę?
– Kiyoyori bez wątpienia jest wielkim człowiekiem – odparł Shisoku. – Ale nie pozwoli ci, żebyś zabrał mu głowę.
– Czaszka Kiyoyoriego nie jest dla ciebie, Akuzenji – odezwała się kobieta. – Jeśli spróbujesz ją zabrać, stracisz swoją.
Ona i Shisoku wymienili krótkie spojrzenie oraz przelotny uśmiech, a Shikanoko zadrżał, kiedy dostrzegł sekretne światy, w których oboje się poruszali, światy, do których teraz on również należał.
Ukląkł w podzięce przed czarownikiem, a ten uśmiechnął się lekko i odprawił go bez słowa.
Shikanoko obejrzał się, kiedy odjeżdżali. Czarownik stał przed chatą, trzymając dłoń na łbie jednego z wilków.
Jeździec jadący obok niego roześmiał się i powiedział:
– Stary Czworonóg! Nauczyłeś się od niego jakichś użytecznych sztuczek? – Pomachał czterema palcami przed twarzą Shikanoko. – Ciebie też zmienił w czworonoga?
Raptem niebo przecięła błyskawica, trzasnął piorun, sosna rosnąca przy ścieżce rozpadła się na pół, dymiąc. Konie wierzg­nęły i stanęły dęba, omal nie zrzucając ich z grzbietów.
– Upewnij się, że jesteś daleko, zanim powiesz coś złego o czarowniku – poradziła kobieta.
Mężczyzna zrobił zawstydzoną minę, a Shikanoko był zadowolony, że choć raz magia Shisoku okazała się skuteczna. Jechał za kobietą, wiedząc, że naprawdę wiele razy brał ją w objęcia, że razem zrobili tę maskę, choć jednocześnie nie rozumiał, jak to możliwe. Co noc odbywałaby taką podróż? Miała magiczne moce? A może on kładł się z duchem wzywanym przez Shisoku? Spał z demonem?




Dodano: 2017-04-13 10:57:23
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS