NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kress, Nancy - "Ogień krzyżowy"

Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

Ukazały się

Szmidt, Robert J. - "Na krawędzi zagłady"


 Radzymiński, Jacek - "Rozeznanie duchów"

 Sanderson, Brandon - "Calamity"

 Khan, Katie - "Zatrzymać gwiazdy"

 Werner, C. L. - "Łowca czarownic"

 Lem, Stanisław - "Wizja lokalna" (WL)

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie" (WL)

 Domagalski, Dariusz - "Delikatne uderzenie pioruna" (Rebis)

Linki

Frey, James & Johnson-Shelton, Nils - "Endgame. Reguły gry"
Wydawnictwo: SQN
Cykl: Endgame
Tytuł oryginału: Rules of the Game
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Data wydania: Styczeń 2017
ISBN: 978-83-7924-572-7
Oprawa: miękka
Format: 140×205mm
Liczba stron: 352
Cena: 36,90 zł
Rok wydania oryginału: 2016
Tom cyklu: 3



Frey, James & Johnson-Shelton, Nils - "Endgame. Reguły gry"

kepler 22b

Ansibl na pokładzie Seedrak Sare’en, aktywnej orbity geosynchronicznej nad marsjańskim biegunem północnym

kepler 22b siedzi w połyskliwym fotelu na środku czarnego pomieszczenia o niskim sklepieniu. Splótł swoje dłonie o siedmiu palcach, a spięte włosy koloru platyny tworzą perfekcyjną kulę na czubku jego głowy. Przegląda raport, który za moment przekaże oddalonemu o całe lata świetlne konklawe za pośrednictwem ansibla. Gra tocząca się na sąsiedniej niebiesko-białej planecie natrafiła na pewne przeszkody i rozwija się dość niespodziewanie, jednak wszystko posuwa się naprzód. Lecz to, co się wydarzyło, nie jest specjalnie niepokojące, może poza zniszczeniem jednego z 12 wielkich ziemskich pomników. Należał do Celtów lateńskich, zwali go Stonehenge. Przepadł bezpowrotnie, stał się bezużyteczny. kepler 22b jest tym faktem głęboko zaniepokojony. Przynajmniej jedna starożytna struktura – z tych, które zostały wzniesione przed mileniami, kiedy jego lud stąpał pomiędzy młodymi jeszcze mieszkańcami Ziemi – musi się ostać, aby Endgame mogło dobiec końca.
Pragnie być świadkiem końca gry.
Chce, aby Gracz zwyciężył.
Gracz.
Podnosi głowę znad raportu i patrzy na unoszącą się w powietrzu hologramową transmisję wyświetloną tuż przed jego nosem. Rozmazany migający punkcik porusza się płynnie nad mapą miasta na indyjskim subkontynencie. Gracz. Sądząc po prędkości, korzysta z jakiegoś pojazdu. To nie ten, któremu kepler 22b wróży zwycięstwo, ale to on jest chyba najbardziej interesującą postacią.
Przebiegły i nieostrożny.
Nieprzewidywalny. Nadpobudliwy. Bezlitosny.
Shang. An Liu.
kepler 22b śledziłby dalej jego postępy, gdyby nie szum ansibla. Hologram gaśnie, a pomieszczenie zalewa mroczna czerń. Temperatura spada do −60 stopni Fahrenheita. Chwilę później ciemność rozjaśniają drobinki światła i salka jaśnieje, po czym pojawiają się oni. Otaczają go.
Konklawe.
kepler 22b wolałby pooglądać Shanga, ale nie może.
Czas zdać sprawozdanie.


An Liu

Beck Bagan, Ballygunge, Kalkuta, Indie

Shang.
DYGOT.
mrug.
DYGOT.
An jedzie na suzuki GSX-R1000, próbując nabrać prędkości, ale kalkucki tłok mu na to nie pozwala.
Przekręca rączki steru. Koła trą o nierówny bruk. Nie ma na sobie kasku. Zgrzyta zębami, płoną mu płuca, oczy zmrużył, tak że przypominają szparki. Szczątki Chiyoko ocierają mu się o pierś. Pod bawełnianą koszulą ukrył przed wzrokiem postronnych nie tylko naszyjnik upamiętniający jego ukochaną, ale i pistolet SIG 226 oraz niewielki zestaw zrobionych własnoręcznie granatów.
Kieruje się na północ ku cmentarzowi na South Park Street. Naprzód, naprzód, naprzód. Cmentarz. Tam jest ten, któremu Chiyoko zdołała przyczepić nadajnik, jeden z Graczy, a An Liu depcze mu po piętach.
Tam znajdzie Nabatejczyka, Maccabeego Adlaia. Tego, który ma Klucz Ziemi i Klucz Niebios. Tego, który wygrywa.
Lub tylko myśli, że wygrywa.
A to różnica.
Jeśli An szybko tam dotrze, pokaże mu, na czym ona polega.
Jeśli zaraz tam dotrze, Maccabee nie wygra. Oj nie.
Umrze.
An ma do pokonania niecałe dwa kilometry.
Tak blisko.
Lecz tego wieczoru na ulice Kalkuty wyszli ludzie domagający się głośno informacji na temat tego, co się dzieje, szukający albo bliskich, albo chociaż porządnego zasięgu sieci komórkowej. An wymija biznesmenów i handlarzy przyprawami, odziane w jaskrawe szaty kobiety i bezpańskie psy, zalane łzami dzieci i charakterystyczne żółte taksówki – model Ambassador – z rzężącymi silnikami oraz riksze ciągnięte zatłoczonymi ulicami przez chuderlawych mężczyzn. Tłum przypomina mu ryby usiłujące płynąć potokiem pod prąd. Ledwie udaje mu się ominąć nieświadomego całego zgiełku byka. A kiedy już ktoś zachodzi Anowi drogę, zostaje albo potraktowany szybkim kopniakiem, albo potrącony motocyklem.
Z DYGOTDYGOT drogi.
Odprowadzają go krzyki, sińce, bluzgi i zaciśnięte pięści. Żadnych glin. Nikogo, kto reprezentowałby prawo.
Czy to dlatego, że cały świat stoi na krawędzi chaosu?
Czy to z powodu Abaddona, który jeszcze nie uderzył?
Co?
Tak.
Uśmiecha się.
Tak, Chiyoko. Koniec jest bliski.
Dwaj rośli mężczyźni stojący na skrzyżowaniu Lower Range Road i Circus Avenue krzyczą coś i wskazują na niego. Poznali go. Obejrzeli jego filmik – cały świat już widział – i chcą go zatrzymać. A może nawet zabić, co wydaje mu się niedorzeczne. An wykręca, ludzie się rozpierzchają, ale tych dwóch nie ma zamiaru ustąpić, stoją przygotowani do starcia.
Głupcy.
An jedzie prosto na nich, przewraca obu i przejeżdża po jednym z mężczyzn, ścierając mu skórę z ramienia. Lecz drugi nie przestaje się wydzierać, w jego dłoni materializuje się wyglądający na antyk pistolet. Krzykacz pociąga za spust, ale broń, zamiast wystrzelić, wybucha mu w dłoni.
Facet pada na ziemię z okrzykiem bólu.
Pistolet był wadliwy. Stary. Popsuty.
Jak ten DYGOTDYGOTDYGOT świat.
Kto inny pewnie współczułby temu człowiekowi, ale nie An. Jest Shangiem i ma to gdzieś. Dodaje gazu, unosi się na siodle i to cofa, to wyrywa do przodu, aż słyszy rozdzierający krzyk, kiedy noga jednego z mężczyzn zostaje zmiażdżona i rozwałkowana chropowatą oponą.
Uśmiecha się szeroko.
Odjeżdża. Mija salon fryzjerski, sklep ze słodyczami, serwis telefonii komórkowej i market elektroniczny, pod którym kłębią się ludzie. Na ekranach wystawionych w witrynie telewizorów An zauważa twarz keplera 22b.
Obcy się ujawnił, obwieszczając informację o zdobyciu Klucza Niebios. kepler 22b pokazał swoją prawdziwą twarz. Endgame stało się powszechnie znanym faktem, dowiedzieli się o nim bogaci i biedni, zarówno ci u władzy, jak i ci niemający nic do powiedzenia. Gwałtownicy i spokojni.
Wszyscy.
An nie posiada się z radości.
Teraz każdy już wie, że dwa pierwsze Klucze ma jeden człowiek, Maccabee, że Endgame trwa pomimo nieudolnych prób zatrzymania całego procesu podjętych przez paru Graczy. Nie pomogły ani strach, ani nadzieja, ani mord, ani nawet miłość.
Co najlepsze, kepler 22b powiedział ludowi Ziemi, że Abaddona nie da się zatrzymać, za niecałe trzy dni spadnie gigantyczna asteroida i nikt nie może nic na to poradzić.
Umrą miliony.
An nie posiada się z radości.
Motocykl rzęzi. Ulica nieco się poszerza, a tłum się rozstępuje. An przyśpiesza do 60 kph. Zerka na zegarek Chiyoko i patrzy na ekranik nadajnika znajdujący się nad cyframi.
Blip-blip.
Jest. Maccabee Adlai.
Tak MRUG tak DYGOT tak blisko.
Tak blisko, że An może go wyczuć.
Przecina Shakespeare Sarani Road, przejeżdża jeszcze dwie przecznice i skręca na północny zachód w Park Street. Raz jeszcze spogląda na zegarek.
Blip-blip.
Blip-blip.
Przecznica i jest na miejscu.
MRUGdygot
Chiyoko grała dla życia.
DYGOTmrug
Ale ja
DYGOT
Gram dla śmierci.


Sarah Alopay, Jago Tlaloc, Aisling Kopp, Dziadunio Kopp, Greg Jordan, Griffin Marrs

Głębiny, Dolina Życia Wiecznego, Sikkim, Indie

– Niech się wszyscy, kurwa, uspokoją! – krzyczy mężczyzna po pięćdziesiątce do Graczy i ich towarzyszy; jest nieco przy tuszy, wyraźnie zmęczony i zlany potem.
Sarah i Jago ustawili się plecami do otwartych drzwi. Donghu, Harappanka, Nabatejczyk, Klucz Ziemi i Klucz Niebios jeszcze chwilę temu znajdowali się w pomieszczeniu obok. Baitsakhan był cały i zdrowy, zamierzał w psychotycznym szale wywołanym zemstą zabić Shari Choprę, ale Maccabeemu zrobiło się jej szkoda i go powstrzymał. Był o krok od przejęcia i Klucza Ziemi, i Klucza Niebios, kiedy do środka wkroczyli Sarah i Jago. Baitsakhan umierał na ziemi, dlatego Olmek od razu skoczył na Maccabeego i udało mu się – ledwo, ledwo – zwyciężyć. Sarah z kolei miała zabić Małą Alice Choprę, dziewczynkę będącą Kluczem Niebios, której śmierć mogłaby położyć kres Endgame.
Lecz nie mogła się na to zdobyć.
Jago również.
Drużyna Aisling pojawiła się tuż po zakończeniu bijatyki. Celtka także miała szansę zlikwidować Klucz Niebios i próbowała zdjąć dziewczynkę strzałem z karabinu snajperskiego, ale Małej Alice udało się wyciągnąć dłoń i dotknąć Klucza Ziemi, po czym zniknęła w rozbłysku światła, zabierając ze sobą nieprzytomnego Maccabeego oraz zmaltretowane zwłoki Baitsakhana.
Jedyną żywą osobą, która została w tamtym pomieszczeniu, była Shari Chopra, nieprzytomna po ciosie zadanym przez Nabatejczyka. Maccabee mógł wymierzyć Harappance śmiertelny cios, ale oszczędził ją z litości, prawości albo empatii. Pozwolił jej żyć.
Żadne z nich nie wiedziało, gdzie są teraz Nabatejczyk i Klucze. Mogli być w Boliwii bądź na dnie oceanu. Albo u boku keplera 22b patrzeć na koniec Endgame.
Bo tutaj, pośród korytarzy harappańskiej fortecy wyrzeźbionej w sikkimskich Himalajach, są jedynie Gracze i towarzysze Aisling.
Ich strach, złość i zmieszanie.
I broń.
Z której do siebie celują.
– Tylko spokojnie – powtarza mężczyzna. – Nikt już nie musi umierać.
Ty możesz, myśli Sarah, celując mu w gardło. Nie chciała zabić małej Chopry, ale nie będzie się długo zastanawiać, czy strzelić do tego faceta albo jego ludzi, jeśli umożliwi im to ucieczkę.
Mężczyzna staje za Aisling Kopp, chwyta jej karabin za lufę i opuszcza o dwa cale; teraz broń wymierzona jest nie w głowę Sarah, ale jej pierś. Drugi z towarzyszy Celtki pokazuje puste dłonie. Ma szeroko otwarte oczy i błagalne spojrzenie. Dyszy.
Rozjemca, myśli Sarah.
Mężczyzna oblizuje usta.
– Uspokoję się, kiedy zejdziecie mi z drogi – mówi Sarah; jej głos jest pewny, silny.
Spostrzega, że Aisling Kopp ma na policzkach wypieki i jest umazana krwią. Może swoją, ale raczej nie.
Jucha. Pot. I brud.
– Gdzie Klucz Niebios? – pyta Aisling.
Broń Sarah jest lekka. Jedna kula. Góra dwie.
– Odsuńcie się – nalega Jago.
Celuje w głowę Aisling. Dziewczyna wygląda inaczej, niż kiedy widział ją po raz ostatni: jest starsza, twardsza, smutniejsza. Oni pewnie też się tacy stali. Z początku, zanim odnaleziono Klucze, Endgame wydawało się prostsze. Teraz jest o niebo bardziej skomplikowane.
– Nigdzie nie pójdziemy – mówi Aisling – póki się nie dowiemy, gdzie jest Klucz Niebios.
– Tu go nie ma – odpowiada Sarah.
Zastrzel ją! , rozkazuje samej sobie. Zrób to!
Ale nie strzela.
Nie potrafi.
Aisling próbowała zrobić to, czego ona nie dała rady. Chciała zabić tę dziewczynkę.
Aisling chciała zatrzymać Endgame.
Co znaczy, że ona i jej towarzysze mogą nie być tacy źli.
Sarah rzuca okiem na mężczyzn, którzy jeszcze nie zdążyli się odezwać. Jeden jest stary, ale wygląda na silnego, choć oko zaszło mu mgiełką. Może były Gracz lateński. Drugi, też jak nic rozjemca, jest w średnim wieku. Na głowie ma zawiązaną bandanę, nosi okulary o okrągłych oprawkach, a na ramiona zarzucił wyglądający na ciężki plecak, z którego wystaje sprzęt komunikacyjny. Niesie także karabin snajperski, jednak nie kłopocze się mierzeniem do nikogo. Sięga do kieszeni koszuli po zwiniętego ręcznie papierosa. Wkłada go sobie do ust, ale nie podpala.
Obaj wyglądają na wykończonych.
Długi dzień, myśli Sarah.
Długi tydzień.
Długie pierdolone życie.
Przychodzi jej do głowy, że mogłaby odskoczyć do tyłu i strzelić, zabijając tego negocjatora. Aisling jak nic zrewanżowałaby się ogniem, ale skoro mężczyzna trzyma rękę na lufie karabinu, chybiłaby. Jago by ją załatwił, a potem wykończyliby starego Celta i chodzące walkie-talkie. Zakładając, że nikt się nie kryje gdzieś za rogiem, mogliby nawet pozwolić sobie na chwilę oddechu, opuszczenie gardy i padnięcie sobie w ramiona. Odeszliby bez draśnięcia i kontynuowali misję przerwania Endgame. Sarah ocenia szanse zabicia całej czwórki na 60, może 65 procent. Nieźle, ale bez szału.
– Nie rób tego – ostrzega negocjator, jakby potrafił czytać jej w myślach.
– Czemu? – pyta.
– Wysłuchaj mnie lepiej – mówi i rzuca okiem na Aisling. – Proszę.
– No to zaczynamy – mamrocze facet z papierosem, przerywając swoje milczenie.
Starszy mężczyzna z zamglonym okiem nadal milczy, jego spojrzenie wędruje po twarzach zgromadzonych.
– Nazywam się Greg Jordan – zaczyna rozjemca. – Jestem emerytowanym agentem CIA z ponad dwudziestoletnim stażem. Aisling to nasza wspólniczka… Nie, przyjaciółka. I wiemy o Endgame. Może nawet więcej niż wy, możecie mi wierzyć albo nie. – Spogląda na Aisling. – Chyba aż nazbyt dużo – dorzuca przepraszająco; lewe oko Celtki drży, a starszy mężczyzna głośno wzdycha. – Tak czy siak, widziałem już w życiu niejedną podobnie patową sytuację, a ta jest cholernie ciężka. Jeden fałszywy ruch i wszyscy momentalnie zginiemy na tym korytarzu. Jak mówiłem, nikt więcej nie musi umierać. Zginęło już tutaj zbyt wielu ludzi.
Sarah nie ma pojęcia, o czym mowa. Nie wie, że Aisling, Greg i pozostali dwaj mężczyźni – a także kobieta, Bridget McCloskey, która już nie żyje – cały dzień maszerowali po górach, zabijając wszystkich napotkanych na swojej drodze. Zabijali, zabijali i zabijali. Zginęło mnóstwo Harappan. Ponad 50.
Zbyt wielu.
– Nie dopisujmy siebie do listy ofiar – wzdycha.
Aisling opuszcza ramiona, jej poczucie winy jest niemal namacalne. Do tej pory słowa Grega Jordana mają sens. Kule pozostają w magazynkach, stopy nawet nie szurają po podłodze. Miny Sarah i Jago mówią: Kontynuuj.
Greg Jordan nie każe im długo czekać:
– Pewnie nieco przegnę, ale zaryzykuję stwierdzenie, że my wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Bo chcemy tego samego. Chcemy powstrzymać to szaleństwo. Mam rację? Co powiecie? Sztama? Przynajmniej do czasu, aż wydostaniemy się z tej fortecy i będziemy mieli chwilę na obgadanie tego.
Cisza.
– Chrzanić ich – szepcze Jago.
Sarah gotowa byłaby się z nim zgodzić, ale zanim robi coś, czego mogłaby potem żałować, odzywa się Aisling:
Czemu jej nie zabiłaś? Czemu tego nie zrobiłaś? – pyta, opuszczając broń.
Jest teraz całkowicie bezbronna, a to kolejny istotny argument. Podchodzi o krok i staje przed Gregiem Jordanem.
– Czemu? – powtarza głosem ledwie głośniejszym od szeptu, przypatrując się jej uważnie.
Aisling chce zakończyć grę. Bardzo. Chce ją zatrzymać, uratować ludziom życie.
Tak jak Sarah i Jago.
Przedramię Sarah pulsuje, przypominając jej o ranie postrzałowej, którą odniosła podczas szarpaniny z Maccabeem i Baitsakhanem. Potrzebuje szybkiej opieki medycznej. Ma lekkie zawroty głowy. Zaciśnięte na pistolecie palce miękną.
– Powinnam była…
– Żebyś, cholera, wiedziała, że powinnaś była – mówi Aisling.
– Chciałam z tym skończyć.
– No to trzeba było pociągnąć za spust!
– Masz… masz rację. Ale powinnam z tym skończyć – powtarza Sarah.
– Skończyłabyś, gdybyś zastrzeliła dzieciaka – naciska Aisling.
– Nie o tym mówię – odpowiada Sarah, jej głos opada o oktawę. – Też chcę przerwać Endgame, Aisling, ale trzeba skończyć z tym… Jak to przed chwilą określiłeś, Greg? Szaleństwem? Tak, należy położyć kres szaleństwu. Obłędowi, który mam pod czaszką. Gdybym nacisnęła na spust, wtedy… wtedy…
– Rozpieprzyłoby cię w drobny mak – kończy za nią Jago. – Też próbowałem, Celtko. Ale nie dałem rady. Może to samolubne, ale myślę, że Sarah miała rację. Nie mogła zabić Klucza Niebios. To przecież ledwie dziecko. Cokolwiek się nie wydarzy, podjęła słuszną decyzję.
Aisling wzdycha.
– Kurwa.
Przez chwilę nikt się nie odzywa.
– Rozumiem. Prawda jest taka, że przez całą drogę tutaj modliłam się, żebym nie musiała zrobić tego z bliska, nie chciałam spojrzeć jej w oczy. Dlatego zabrałam to. – Aisling potrząsa karabinem i zerka na stojącą pod przeciwległą ścianą Sarah. – Ale pewnie chybiłam, co nie?
Sarah przytakuje.
– Zniknęła. Powtarzała raz po raz „Klucz Ziemi”, chyba go dotknęła i…
Jago pstryka palcami.
– Buch.
– Co to znaczy „buch”? – pyta Jordan.
– Zniknęli – mówi Sarah. – Nie jest to aż takie szalone, gdy się pomyśli, że jakieś trzydzieści minut temu ja, Jago i dwaj inni Gracze byliśmy w Boliwii.
– Pierdolenie – mamrocze Aisling.
– Jak to? Wy się nie teleportowaliście? – pyta Jago; sili się na żart, choć nadal celuje w skroń Celtki.
Aisling nie zwraca jednak na to uwagi. Nie pierwszy raz ktoś do niej mierzy i zapewne nie ostatni.
– Nie, nie teleportowaliśmy się – odpowiada dziewczyna. – Dla nas przewidziano tylko staromodne samoloty, pociągi, samochody… I nogi. Dużo, bardzo dużo łażenia.
– Ale Klucz Niebios… Ona zniknęła, prawda? – pyta Jordan.
Sarah przytakuje.
– Za to jej matka jest tutaj.
Aisling wychyla się i próbuje zajrzeć do pomieszczenia za plecami Sarah i Jago.
– Kto? Chopra?
– Tak – odpowiada Sarah.
– Żyje? – pyta Aisling głosem aż nazbyt wyraźnie naznaczonym rozpaczą.
– mówi Jago.
– Kurwa – mruczy Jordan. – Niedobrze.
– Czemu niedobrze? – dopytuje się Sarah.
– Bo – szepcze Aisling – zabiliśmy całą jej rodzinę.
Que? – dziwi się Jago.
– Przecież to harappańska forteca – tłumaczy starszy mężczyzna, a w jego słowach dźwięczy duma. – Ale niedostatecznie silnie obsadzona.
– Jak się obudzi, raczej nie będzie pałać do mnie miłością – mówi Aisling. – Sama też bym raczej sobie ręki nie podała.
– Kurwa – klnie Sarah.
Sí. Mierda.
– Powinniśmy ją zabić – stwierdza staruszek.
Aisling unosi jednak dłoń.
– Nie. Jordan ma rację. Za dużo już tego na dzisiaj. Marrs – Sarah i Jago orientują się, że Aisling zwraca się do człowieka z radiostacją – dasz radę zrobić z niej śpiącą królewnę, nie?
– Jasne, żaden problem – odpowiada mężczyzna wysokim, nosowym głosem.
– Ej, chyba jest między nami okej – mówi Jordan. – Jest okej?
– Niemal – odpowiada Sarah.
Na potwierdzenie tych słów opuszcza broń. Jago robi to samo.
Aisling kładzie karabin na ziemi.
– Sarah, Jago, posłuchajcie. Skończyłam już z Grą. Przez chwilę myślałam nawet, że spróbuję wygrać, ale to nie ma sensu. Wszyscy przegramy. A ten, kto niby zwycięży, będzie największym przegranym ze wszystkich. Bo kto chciałby żyć na Ziemi zniszczonej, szpetnej i nieszczęśliwej? Ja na pewno nie.
– Ja też nie – mówi Sarah, raz jeszcze powracając myślami do Stonehenge, do chwili, kiedy wprawiła całą tę machinę w ruch, biorąc do ręki Klucz Ziemi.
Do Christophera i poczucia winy, które ją prześladowało.
Aisling podchodzi do Sarah i wyciąga rękę.
– Kiedy sprzymierzyłam się z Jordanem i Marrsem, powiedziałam im, że jeśli nie będziemy mieli szansy wygrać Endgame, to musimy znaleźć myślących podobnie Graczy. Namówić ich, by przyłączyli się do nas i wraz z nami podjęli próbę uprzątnięcia całego tego pierdolonego bałaganu. Jeśli jeszcze spotkam Hilala, nie chcę się z nim bić. Miał rację podczas Wezwania. Powinniśmy razem pracować. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze na to za późno.
Sarah zbliża się do Aisling, ale nie podaje jej dłoni.
– Skąd mamy wiedzieć, że możemy ci ufać?
Celtka się zasępia, kącik jej ust wędruje do góry.
– Znikąd. Póki co.
– Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć – mówi Sarah, jakby cytowała coś z podręcznika.
Aisling kiwa głową. Już to słyszała. Każdy z nich słyszał.
– Zgadza się. Ale miejcie trochę wiary. Nie strzeliłam do ciebie, kiedy próbowałaś zabić Klucz Niebios. Nie strzeliłam wtedy we Włoszech, choć miałam okazję i pewnie powinnam była to zrobić. Dziadunio też tak uważa – dodaje, zaś mężczyzna odpowiada burknięciem. – A jeszcze zaledwie przed paroma dniami myślałam tak samo. Może jednak nie zrobiłam tego właśnie po to, żebyśmy mogli się tutaj spotkać. Może cała nasza trójka ma coś do zrobienia. Co ma być, to będzie, nie?
. Co ma być, to będzie – mamrocze Jago.
– Jeśli spróbujemy, ale tak naprawdę spróbujemy – mówi Aisling – nikomu nie zrobię krzywdy. Oni też nie. Macie moje słowo.
Sarah chwyta się za kontuzjowane lewe ramię. Spogląda na Jago i przekrzywia głowę. Nagle nachodzi ją chęć, aby położyć się w jego ramionach i zasnąć. I widzi po nim, że on chciałby tego samego. Opiera się o niego lekko.
– Dobrze, Aisling Kopp – mówi w ich imieniu Jago, po czym przyjmuje wyciągniętą na znak rozejmu dłoń Celtki. – Ufamy ci, a ty zaufaj nam. Damy radę, przerwiemy Endgame. Razem. Ale jedno z wielu pytań, jakie mam, nie może czekać.
Uśmiech Aisling jest jak powiew wiatru. Sarah czuje to samo, obmywa ją ulga. Nie będzie już tego dnia walki. Jordan pozwala sobie na przeciągły gwizd, a Marrs zapala papierosa i przechodzi na drugą stronę korytarza, mamrocząc po drodze coś na temat Shari Chopry. Z miejsca nie rusza się jedynie starszy mężczyzna, na którego jednak Aisling nie zwraca uwagi, poświęcając ją całkowicie swoim nowym sojusznikom. A może nawet i nowym przyjaciołom.
– Cóż to za pytanie, Jago Tlalocu?
– Skoro Klucz Niebios przeżył i straciliśmy swoją szansę, jak mamy zatrzymać Endgame?
Aisling spogląda na Jordana.
– Zgaduję, że teraz wyciągniesz asa z rękawa, co?
Jordan wzrusza ramionami.
– Ano.
Aisling wzdycha.
– Od samego początku wiedziałam, że coś ukrywasz, Jordan. Gotowy na wyjaśnienia?
Marrs śmieje się głośno z pokoju obok. Jordan prostuje się i mówi:
– Koleżanki i koledzy, czas, żebyście poznali Stellę Vyctory.


Dodano: 2017-01-10 17:35:33
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Dashner, James - "Gra o życie"


 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS