NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryman, Geoff - "Tlen"

McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki

Artykuł jest częścią serii Głębia.
Zobacz całą serię

Wywiad z Marcinem Podlewskim

Za pisaniem siedzi po prostu żmudna robota



Tymoteusz Wronka: Piszesz już od ponad dwudziestu lat, ale przez długi czas było o tobie cicho – może poza sporadycznymi publikacjami w „Lampie”. Twórczo eksplodowałeś dopiero kilka lat temu. Co sprawiło, że czekałeś tak długo?

Marcin Podlewski: Cóż, musiałem przeżyć chyba swoisty reset twórczy. Jest faktem, że sporo pisałem. Gdzieś tam leżą jeszcze zapomniane pliki na popękanych płytach CD i pożółkłe wydruki z opowiadaniami i książkami. Jestem jednak zdania, że – nie licząc słynnej teorii 10 tysięcy godzin – do pisania się dojrzewa emocjonalnie. Jest pewna grupa pisarzy, którzy ową dojrzałość osiągają szybko. Tylko pozazdrościć. Ze mną było inaczej. Zdarzały mi się rzeczy dobre, ale były one przetykane taką grafomanią i jęczyduszostwem, że zęby bolały. W pewnym momencie przeszedłem coś w rodzaju kryzysu i postanowiłem, że machnę na to wszystko ręką. Ale właśnie wtedy pyknęło mi zapewne te 10KH. Usiadłem więc i zacząłem pisać „Happy End” – taki nieco łabędzi charkot, nie śpiew nawet, pożegnanie i początek. I „Happy End” stał się końcem czegoś, ale i początkiem.

Wydaje się to cenną wskazówką dla początkujących pisarzy, którzy niecierpliwią się odmowami wobec pierwszych tekstów. Potwierdzasz, że przede wszystkim należy dużo czytać i jeszcze więcej pisać, by osiągnąć odpowiedni poziom?

Niestety, albo stety – tak. W swoim czasie czytałem naprawdę sporo. Piszę zaś mniej więcej od 92., może od 94. roku. Oczywiście te pierwsze teksty to były jakieś skromne, grafomańskie niekiedy, próby. Fajnie jest urodzić się z talentem, który umożliwia natychmiastowe składanie eleganckich zdań. Niestety w większości wypadków za pisaniem siedzi po prostu żmudna robota.

Skąd wybór, by napisać space operę? Wcześniejsza książka, „Happy End”, była utrzymana w zupełnie innych klimatach.

– Fakt. „HE” był mieszaniną fantastyki, horroru, powieści apokaliptycznej typu weird i obyczajówki. I diabli wiedzą, czego jeszcze. Kończąc go zrozumiałem, że teraz mogę sobie usiąść i pisać każdy gatunek dlatego, że „HE” zawarł w jakimś stopniu niemal wszystkie. Postanowiłem więc, że napiszę space operę – głównie dlatego, że nie miałem pojęcia jak się za to zabrać. Przed oczami miałem wizję niesamowicie trudnych military SF, dzieł Wattsa, Herberta, Asimova... Był to taki monolit, że nic tylko rozpędzić się i strzelić w niego baranka. Dlatego musiałem spróbować. I spróbowałem.


W ciągu ostatnich 2-3 lat wielu polskich autorów wydało powieści z pogranicza space opery i militarnej SF; znacznie więcej też się ukazuje tekstów z importu. Trafiłeś w odpowiedni moment?

W sumie sam jestem zaskoczony. Fantastyką w Polsce rządził ostatnio Wiedźmin i nadal ludzie chętniej sięgają do tematyki fantasy niż SF – również pisząc. Niestety SF pisze się z reguły trudniej, chyba że zamierza się machnąć opowieść bez patrzenia na realia. Oczywiście nie zawsze to stwierdzenie jest prawdziwe. Dobry autor fantasy zagłębi się w ekonomię swojego świata, opisy białej broni i rynsztunku itd. Tu także konieczny jest realizm – niekiedy i historyczny, czego dowiódł znakomicie Sapkowski w „Trylogii Husyckiej”.

Utarła się powszechna opinia, że space opera jest gatunkiem, w którym przywiązanie do twardej nauki nie jest kluczowe; większe znaczenie ma akcja i autorska wizja. A jak jest u ciebie? Wnikliwy czytelnik doszuka się pod przygodami załogi „Wstążki” solidnego umocowania np. w fizyce czy astronomii?

– Raczej tak. Jasne, można machnąć sobie space operę w nieokreślonym sektorze kosmicznym i kreślić wizje statków naparzających w siebie laserami. Nic trudnego. Ale ja byłem wystraszony. Pomyślałem, że za mało umiem i że za mało wiem. Zacząłem zatem paranoiczny research, który zajął mi jakieś pół roku. Szukałem map galaktycznych, dokształcałem się – chcąc czy nie chcąc – z fizyki, z lotów kosmicznych i tak dalej. A im dalej w las, tym więcej drzew. „Głębia” jako cykl jest zatem mocno umocowana, choć bez przesady. Nie chciałem pisać traktatu naukowego o lotach międzygwiezdnych i fizyce napędów. Chciałem napisać beletrystykę, w której jednakże fajne jest to, że przerywasz lekturę i wpisujesz w Wikipedię sektor NGC 1624. I nagle okazuje się, że ten sektor istnieje tak, jak istnieje większość miejsc w Wypalonej Galaktyce – czyli naszej wymęczonej wojnami, Drodze Mlecznej. Możesz zobaczyć zdjęcia, poczytać o odległościach, dowiedzieć się więcej o gromadzie gwiezdnej... I to jest po prostu fajne. W tomie drugim jest już zresztą mapa Wypalonej Galaktyki plus zaznaczony link do programu, umożliwiającego dokładną eksplorację Drogi Mlecznej.

W „Głębi” bardzo powoli odkrywasz karty przed czytelnikiem – zarówno jeśli chodzi o historię świata, jak i intrygę, którą kreujesz. Osobiście preferuję ten sposób zagłębiania się w świat powieści, ale nie każdy autor po niego sięga. Dla ciebie był to oczywisty wybór metody budowania wątków?

– W sumie, tak. Wiem, że teraz istnieje moda na Hitchcocka – czyli zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem stopniujemy napięcie. Rzecz w tym, że nie zawsze się to sprawdza. Jest raczej tak, że mamy to trzęsienie, a potem autor stawia bohatera w czasie przed trzęsieniem i znowu do niego dochodzi. W „Głębi” się to nie sprawdza, bo ten świat ma już za sobą apokalipsę. Tu trzęsienie już było – i to naprawdę solidne, niszczące niemal 99 procent Drogi Mlecznej. Oczywiście nie oznacza to, że nie ma gdzie latać... galaktyka jest na to zbyt wielka. Nawet gdybyśmy wygasili prawie sto procent gwiazd, jeden procent to byłyby miliony światów. Choć samo zniszczenie w „Głębi” to nie wszystko. Zadane Bronią Maszyn Wypalenie nie tylko rozerwało podstawową strukturę rzeczywistości, ale i rozrasta się niczym rak po całej Wypalonej Galaktyce. Zatem jeśli chodzi o wątki – tak, rozwijają się powoli. Nie można było na samym początku męczyć Czytelnika, który i tak musi – w miarę gładko – poznać cały świat „Głębi”.



Nie bądź taki skromny: nadal dostarczasz, już na samym wstępie, bardzo rozbudowany świat, do którego dokładasz wielowątkową fabułę – ba, w drugim tomie jeszcze to rozwijasz. Wspomniałeś już wcześniej, że dużo czasu poświęciłeś na research, ale jak długo dopracowywałeś fabułę i świat powieści? Masz już w głowie szczegółowy plan czy nadal piszesz na żywioł?

Pół na pół. Istnieje pewien fabularny szkielet – w przypadku serialu mówilibyśmy o wątku głównym. Cała reszta to epizody uzupełniające ów szkielet o mięso. Fabuła miała więc pewne odgórne założenia, ale była w miarę plastyczna. To w sumie zasługa bohaterów – z racji tego, jak się zachowywali i kim byli, wpływali mniej lub bardziej na wydarzenia. Mam nadzieję, że Czytelnik wyczuwa to w książce.

„Głębia” jest porównywana przez czytelników do wielu, głównie zachodnich serii. Faktycznie czerpałeś z nich – nawet jeśli nie do końca świadomie – czy też po prostu pewne rozwiązania charakterystyczne dla gatunku są nieuniknione?

– Tych porównań nie da się uniknąć. W znajdujących się w „Głębi” sektach ktoś znalazł porównanie do „Diuny”. Inna osoba powiedziała, że miejscami świat powieści przypomina jej uniwersum Warhammera 40K. Z kolei jeszcze inna Czytelniczka stwierdziła, że pewne elementy książki przypominają jej powieści Reynoldsa. I tak dalej. W pewnym momencie porównań do tak wielu powieści robi się tak wiele, że pęka jakaś granica naśladownictwa. Generalnie jest tak, że nie żyjemy w próżni i „Głębia” z pewnością czerpie z klimatu czytanych przeze mnie powieści. Z tym, że czytałem swojego czasu naprawdę sporo i sam nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co z określonych rozwiązań jakoś przesiąkło. Kiedy stosowałem więc zapożyczenia, pozwoliłem sobie je jakoś nakreślić. Dlatego w książce pojawia się choćby stary, łysy astrolokator w wielkich pinglach – Zachariasz Lem, a dziecięcy kapitan Piecky Tip to taki mój własny, nieco spotworniały Ender. Ale to raczej delikatne puszczenie oka do Czytelnika, nie plagiat.

Wspomniałeś o Zachariaszu Lemie. To tylko jeden punkt wśród znaczących imion i nazw. W obu tomach pojawia się wiele elementów, w których mrugasz do czytelnika i dajesz mu znać, że wychowały was te same lektury. Traktujesz to jako grę, czy też wybierałeś nawiązania do rzeczy, które mają dla ciebie duże znaczenie?

Raczej to drugie, choć nie wykluczam i pierwszego. Powiedziałbym, że to taki skromny sposób uhonorowania w książce, która jest dla mnie ważna. Wiesz, po napisaniu „Głębi” nie wiem wcale, czy będę mierzył się jeszcze ze space operą jako gatunkiem. Zamknę cykl i poświęcę się czemuś innemu. Patrzę więc na tę opowieść jako taki łabędzi śpiew Podlewskiego o gwiazdach. Oczywiście nie mówię, że tak będzie, ale na razie mam takie przeświadczenie.


Pracowałeś m.in. jako dziennikarz pism branżowych i stykałeś się z korporacjami. Nie kusiło cię, by wykorzystać te doświadczenia i dołączyć swój głos do popularnego w polskiej literaturze (choć może mniej w fantastyce) nurtu opisującego koszmary pracy w wielkich firmach?

– Kusić, kusiło. Ale byłaby to bardzo specyficzna powieść. Głównie dlatego, że stykając się z korporacjami byłem raczej na pozycji obserwatora. Bliżej mi było do szarej, polskiej rzeczywistości, gdy słowo „sukces” stanowi jedynie chorobliwy doping zmęczonych, starszych ludzi próbujących po prostu przetrwać. Niektóre elementy takich wspomnień pojawiają się zresztą w „Happy End”. Jak na razie nikt nie wysłał mi pozwu, więc chyba udało mi się je w miarę dobrze, ukryć.

Motyw nabierających życia legend jest bardziej charakterystyczny dla fantasy. Tymczasem w „Głębi” wiele mitów nabiera rzeczywistych kształtów. Wydarzenia z przeszłości Galaktyki były naprawdę tak dramatyczne, że zatarły zapis o ich rzeczywistym przebiegu i pozostały tylko legendy?

Tak. Pewne sprawy nieco wyjaśnią się w tomie trzecim i oczywiście w czwartym, ale wydarzenia były naprawdę dramatyczne. Wyobraź sobie Imperium Galaktyczne – w zasadzie w pełni skolonizowaną Drogę Mleczną. To swoiste apogeum, nie złoty nawet, a Diamentowy Wiek Ludzkości. Jej ewolucyjna transgresja, sięgnięcie gwiazd i zapanowanie nad nimi. Marzenie każdego fantasty. I nagle ten niemal boski świat się rozpada. Najpierw wykańcza go Plaga, potem kolejne wojny i wreszcie doznaje Wypalenia. Nadchodzi galaktyczna apokalipsa, która w pewnym stopniu nadal trwa. Wypalenie jest przecież żywe, ono się rozrasta. Dawne dzieje są tak odległe w czasie i tak dramatyczne, że nabierają mitycznych cech. To jak dawne walki bogów, batalia Zeusa z Kronosem, Kryszny z Asurami itp.

W „Głębi” cały czas rozgrywasz kwestie rozwoju technologicznego, ale póki co nie dajesz jednoznacznych odpowiedzi. Według ciebie rozwój SI, cyborgizacji i zmian w ludzkim genomie to szansa czy też zagrożenie?

Odpowiem jak polityk, ale jedno i drugie. Poruszyłeś temat rzekę w tym momencie, bo sam rozwój SI to jedna bajka, cyborgizacja i ludzki genom – kolejne. Nie starczyłoby chyba miejsca w Internecie, żeby to opisać. Mnie jak na razie sprawa zajęła już trzy tomy... Ale warto zastanowić się nad zagadnieniem, czy ewentualna klęska ludzkości jest rzeczywiście porażką? Dziś zachwycamy się ładnym laptopem i smartfonem – dlaczego? Czy nie wyczuwamy intuicyjnie zmian ewolucyjnych, którymi podlegniemy i nie staramy się im przypodobać? Czy zmiana nas samych oznacza koniec nasz jako ludzi, czy wejście na kolejny poziom nawet, jeśli będzie to oznaczało zaprzeczenie człowieczeństwa? I tak dalej.

Ciągnąc ten wątek: hipotetycznie, gdyby ludzkość opanowała podróże międzygwiezdne, to atomizacja cywilizacji i idący za tym brak zrozumienia byłby naturalną konsekwencją? Nie będzie potrzeba Obcych, by nieuchronnie pojawił się brak zrozumienia między różnymi grupami zamieszkującymi przestrzeń kosmiczną?

To zależy od tego kim będziemy, kiedy wyruszymy ku gwiazdom. „Głębia” to nieco ewenement – może być kosmicznym westernem, bo apokalipsa galaktyczna zatrzymuje rozwój ludzkości, cofa ją na krok przed jej przekształceniem. Jeśli jednak przetrwamy i nasza ewolucja będzie postępować, to nie jest wcale powiedziane, że człowiek, który skolonizuje gwiazdy będzie tym samym człowiekiem co teraz. Być może Obcy, na których w końcu się natkniemy nie będą różnić się już od nas – głównie dlatego, że sami zaczniemy ich przypominać.


Jednym z bardziej intrygujących elementów serii jest sama Głębia – zagadkowa przestrzeń, przez którą odbywają się kosmiczne podróże. Nie będę pytał cię o jej naturę i rolę w opisywanych wydarzeniach, bo to kluczowa sprawa dla cyklu. Powiedz w zamian dlaczego zdecydowałeś się na stworzenie tak niebezpiecznego systemu podróży międzygwiezdnych? Zwykle w space operach to one są najprostsze, komplikacje pojawiają się dopiero po pojawieniu się u celu.

I na to pytanie nie mogę łatwo odpowiedzieć. Istnieje powód, dla którego Głębia jest tym, czym jest. Na tym może na razie poprzestańmy.

„Skokowiec” stanowił wprowadzenie do świata i przedstawienie głównych bohaterów. „Powrót” to położenie podwalin pod galaktyczny konflikt. Co dalej nas czeka?

Jak łatwo się domyślić – rozwinięcie konfliktu. Ale to byłoby zbyt proste. „Głębia” to nieco taka lektura stopniująca – taką mam przynajmniej nadzieję. W tomie trzecim nie tylko sprawa się gruntuje, ale i wychodzą na jaw pewne elementy z nią związane – i to bezpośrednio. Tom czwarty to, jak łatwo się domyślić, finał – ale nie tylko. Może wybiegnę tu nieco w przyszłość, ale sam cykl „Głębia” nie jest tak do końca tym, na co wygląda. Świadczy o tym choćby finał drugiego tomu, gdy pewne sprawy wychodzą na jaw. W tomie trzecim i czwartym wychodzą kolejne.

Na koniec tradycyjne pytanie: jakie masz plany? Wiemy, że „Głębia” doczeka się jeszcze dwóch tomów (i na tym koniec?), ale czy w międzyczasie pojawią się jakieś inne twoje teksty? A może wybiegasz już jeszcze dalej w przyszłość?

Wybiegam, fakt, ale na razie nie są to bardzo dalekie biegi. Biorę się za serię fantasy, czyli kompletnie na odwrót, bo – patrząc na rynek – powinienem od tego zacząć. Najprawdopodobniej będzie to trylogia. Za ów temat nie brałbym się wszakże, gdybym nie miał pomysłu. Mam nadzieję, że pomysłów mi zatem nie zabraknie. Uzbierało się także sporo opowiadań – wyszedłby pewnie sympatyczny tomik... Chciałbym też wydać rozszerzoną wersję „Happy End”, ale to także jeszcze pieśń przyszłości. Co do tekstów w trakcie pisania „Głębi” – owszem, coś będzie. Na pewno będzie można przeczytać moje opowiadanie „Ekstrapolacja” nawiązujące lekko do uniwersum w zbiorze Piór Falkonu. Co do reszty tekstów w „międzyczasie” – zobaczymy. Na razie chcę szybko napisać tom czwarty i zamknąć tetralogię.



Autor: Tymoteusz Wronka


Dodano: 2016-09-01 20:08:29
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

light pillar - 09:57 02-09-2016
Fajny cykl, choc początek 2 tomu mnie troszkę irytował za sprawą... Śpiącej Królewny. Szkoda, że nie padło pytanie o terminy (a może padło tylko zostało wycięte?). Pan Marcin wspomina, że napisał juz 3 tom, a czwarty chciałby napisac szybko. Biorąc pod uwagę, że tom 2 przecież nie tak dawno się ukazał, to kiedy należy się spodziewac 3?

Janusz S. - 11:09 02-09-2016
"W znajdujących się w „Głębi” sektach ktoś znalazł porównanie do k." Gdyby nie sznuerk pod "k." nigdy bym nie zgadł o co chodzi. Poza tym - ciekawy wywiad z ciekawym autorem. W jednym się tylko nie zgadzam z P. Podlewskim - mnie akurat ciągłe aluzje do książek (zwłaszcza typu "Robot albo Maszyny opisanie") i filmów (zwłaszcza "Seksmisji) raczej drażniły niż bawiły. W takich chwytach celowały zwykle bezsensowne komedie z Leslie Nielsenem i książki typu "Barry Trotter".

Shadowmage - 11:33 02-09-2016
Ha, dzięki, jakiś chochlik linki podmienił.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ukrytego Asa"


Wygraj "Maddaddam" Atwood


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Piskorski, Krzysztof - "Czterdzieści i cztery"


 Alexander, Stephon - "Jazz i fizyka"

 Nagata, Linda - "Ciężkie próby"

 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS