NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wroczek, Szymun - "Piter. Bitwa bliźniaków"

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Wizna"


 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

 Hill, Joe - "Dziwna pogoda" (2020)

 Faber, Adam - "Dom Wiedźm"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

Linki

Artykuł jest częścią serii Łabędzi śpiew.
Zobacz całą serię

McCammon, Robert - "Łabędzi śpiew"

„Łabędzi śpiew” to postapokaliptyczna opowieść o walce Dobra i Zła osadzona w Ameryce. Koniec Świata Jaki Znamy nastąpił za sprawą nuklearnego zniszczenia – zaczęło się ciągiem zdarzeń, które eskalowały kolejne, aż do ostatecznej wymiany nuklearnych ciosów między największymi „graczami”. Początek powieści wprowadza czytelników w początek apokalipsy oglądanej oczyma prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już pierwsze zdania tej powieści kupiły mnie jako czytelnika, zwiastując ciekawą opowieść. Choć apokalipsa nuklearna to – jak mi się wydaje – najpopularniejszy koniec świata w popkulturze. Ale powieść została opublikowana w 1987 r. i trzeba było mieć to na względzie. Jednakże wcześniej został wydany „Bastion” Stephena Kinga zatem już widać było, że wojna nuklearna to nie jedyna opcja, aby zniszczyć świat, czy to w kinie, czy w literaturze.

Początkowo wymianę atomowych ciosów uznawałem za chwyt dosyć oklepany, nawet uwzględniając datę wydania powieści. Jednak ma to swoje uzasadnienie w fabule. Nie tylko jako chwyt spektakularny. Chodzi także o władzę, która spoczywa w rękach jednej osoby. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest w powieści przedstawiony jako postać, która ledwie dźwiga na barkach ciężar decyzji koniecznych do podjęcia. Ale nic dziwnego – kto byłby w stanie znieść ciężar konsekwencji wynikających z takiej władzy, która za sprawą naciśnięcia jednego przycisku jest w stanie zniszczyć świat. Wydaje się przy tym (i pozornie) postacią mało ważną, zwykły „aktor”, który musi uruchomić machinę zagłady i zejść ze sceny, ustępując miejsca właściwym bohaterom. Jednak to naciśnięcie guzika to nie koniec jego roli. Nie przypominam sobie, aby w innych powieściach pojawiały się dylematy osób, którzy mają moc niszczenia świata. Może szybciej w filmach, gdzie niemal zawsze jakiś liberalny moralista występuje przeciwko konserwatywnym jastrzębiom, lub też sam jest takim konserwatywnym sztywniakiem, angażując się tym samym po stronie Zła.

Kiedy już wiadomo, że końca świata nic nie powstrzyma, na scenę wkraczają właściwi bohaterowie. Zwykli ludzie, którzy muszą przetrwać apokalipsę. A potem muszą próbować żyć dalej, mierząc się z tym, co przynosi im nowy świat. Jednak „Łabędzi śpiew” nie jest opowieścią o przetrwaniu zwykłych ludzi. Każdy bohater zajmuje miejsce w obozie Dobra i Zła. A walka między nimi nie jest tylko walką o przetrwanie jednostek, lecz wojną o ludzkość – choć toczoną w mikroskali. Pod tym względem (prosty podział na Dobrych i Złych) „Łabędzi śpiew” może rozczarować bardziej wymagających czytelników. Tak samo, jak wprowadzenie wątków nadprzyrodzonych. Chyba najbardziej pod tym względem „Łabędzi śpiew” kojarzył mi się z „Bastionem” Stephena Kinga. Jednak u Kinga Randall Flagg był postacią ciekawszą, mroczniejszą, diabłem z wyższej półki niż ten Roberta McCammona. Drugim rozczarowaniem może być fakt, że skoro już mamy Dobrych i Złych, to i jedni i drudzy wydają się szablonowi. Jednak w tym przypadku niekoniecznie musi to być rozczarowaniem. W przypadku postaci pułkownika Macklina, Rolanda czy Siostry (w mniejszym stopniu Swan) widać, że to ludzie, którzy nie zostali napisani grubą kreską. Robert McCammon przydał im tragizmu, ludzkiego rysu, który sprawił, że nie były one do końca wycięte z szablonu Dobrych/Złych.

Powieści czyta się dobrze, nawet bardzo dobrze. Jak pisałem wcześniej – autor kupił mnie już w pierwszych zdaniach, w których swym niewprawnym okiem dostrzegłem, że Robert McCammon ma literacką ambicję, daleką od rzemieślniczej poprawności. Pytanie, czy znajduje ona rozwinięcie w pełni na kartach powieści, pozostawię bez odpowiedzi, ponieważ nie umiem tego ocenić. Poza „rytmem”, który sprawiał, że kiedy już zasiadałem do lektury, to „przerzucanie” kolejnych stron na czytniku nie było męką i nagle okazywało się, że jestem już „za” setną stroną i mam ochotę czytać dalej. To istotne, ponieważ części powieści, w których losy bohaterów toczyły się równolegle do siebie, kiedy dodatkowo skupiała się ona na wątku przetrwania, zawsze w twórczości postapokaliptycznej nudzą mnie najbardziej. Oczywiście, niemal od początku wiadomo, że „Łabędzi śpiew” nie będzie tylko opowieścią o przetrwaniu, jednak dopóki nie poznałem celu fabuły mój początkowy entuzjazm nieco gasł. Od momentu, kiedy wydarzenia z poszczególnych wątków weszły na kurs kolizyjny, znowu powróciło czytelnicze podekscytowanie. Ale do tego czasu Robert McCammon tak prowadził fabułę, że o trwałym rozczarowaniu nie mogło być mowy. Przy tym akurat jest to wszystko czysto subiektywnym odczuciem. Jestem pewien, że znajdą się czytelnicy, którzy w takich opowieściach cenią właśnie to, co mnie nieco zamula w trakcie lektury – lub odwrotnie. Jednocześnie z recenzenckiego obowiązku wspomnieć muszę, że kilka razy nawet mnie rzuciły się w oczy jakieś „kiksy” słowne, ale nie w takim nadmiarze, aby czynić z tego poważny zarzut.

Fabuła rozpisana jest na lata. Druga jej część dzieje się już siedem lat po nuklearnej zagładzie, zaś autor nie skąpi czytelnikowi realizmu wynikającego z faktu, że ludzie żyją w postnuklearnej erze, począwszy od ich wyglądu, na jałowości ziemi skończywszy. Aczkolwiek, jeśli się czepiać, to na całego: łatwo wszystkim przychodzi przejście do porządku dziennego nad nuklearną apokalipsą. Ot, trzeba żyć dalej i radzić sobie. A może to kwestia amerykańskiego, stoickiego „ducha”? Także motyw wędrówki to może być konsekwencja tylko typowej dla Amerykanów mobliności. Swoją drogą, ciekawe, czy gdyby postapokaliptyczną powieść napisał Europejczyk i jej akcję osadził w Europie, to jego bohaterowie też by wędrowali (i po co). W Ameryce wędrują chyba cały czas przez postapokaliptyczną twórczość: od „Bastionu” Kinga, przez „Drogę” Cormaca McCarthy po telewizyjny „The Walking Dead”. Nawet „Mad Max” to opowieść o wędrówce. Może po prostu inaczej nie da się pisać o świecie postapokaliptycznym niż przez pryzmat wędrówki bohaterów? Nawet jeśli ta wędrówka wydaje się, lub po prostu jest, bezsensowna.

Walka Dobra ze Złem wprowadzona do powieści bardziej pasowała mi do fantasy niż do apokalipsy i początkowo te wątek wydawał mi się „ciałem obcym” w fabule. Znowu nawiążę do „Bastionu” – tam Flagg był Złem, ale Złem nam bliższym, bo wynikającym niejako z biblijnej Tradycji (choć, jeśli pamiętam, nigdy w sposób oczywisty do niej nie przypisanym). Jego przeciwnikiem była krucha, stara kobieta, której życie przepełniała wiara w chrześcijańskiego Boga. W „Łabędzim śpiewie” to Zło jest niejako wykorzenione, nie mające oparcia w jakimś ludzkim systemie wiary. Przez to walka tych dwóch porządków uosabianych przez Swan i Złego stała się bardziej baśniowym (jeśli to dobre słowo) elementem fabuły, próbującym jednak nawiązać do jakiejś humanistycznej nadziei na lepsze jutro i wiary w lepszego człowieka, a także do siły przebaczenia.

Mimo pewnej schematyczności i tego, że finał powieści łatwo jest przewidzieć, jest to dobra powieść (choć podzielona na dwie części), napisana w niezłym stylu, oferująca doskonałą rozrywkę na kilka wieczorów. Ciekaw jestem, czy w innych powieściach autor rozwinął się literacko. Na polskim rynku dostępna jest późniejsza powieść autora „Magiczne lata”. Jeśli jest literacko lepsza od „Łabędziego śpiewu”, to zapowiada się znakomita lektura.


Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2016-02-25 15:10:19
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

kompan - 21:25 25-02-2016
„Magiczne lata” lub "Chłopięce lata" - zależny od wydania - to jedna z najlepszych książek jakie czytałem w ciągu kilku ostatnich lat. Dzięki niej sięgnąłem właśnie po "Łabędzi Śpiew". Szczerze polecam. Jest jeszcze jeszcze lepsza. Coś wspaniałego.

romulus - 18:44 29-02-2016
Planuję zakup ebooka.

Tigana - 18:46 29-02-2016
O ile takowy będzie.

Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"


 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS