NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

Ukazały się

Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"


 Sanderson, Brandon - "Żałobne opaski" (stara wersja)

 Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

 Lem, Stanisław - "Człowiek z Marsa"

 Werber, Bernard - "Mikroludzie"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Parowski, Maciej - "Kukułka na koniu trojańskim. Małpy pana Boga 3. Retrospekcje"

Linki

Graf, Ela - "Ten się śmieje, kto umrze ostatni"
Wydawnictwo: RW2010
Cykl: Agencja Dimoon
Data wydania: Lipiec 2015
ISBN: 978-83-7949-139-1
Format: pdf, epub, mobi
Cena: 14,90
Tom cyklu: 1



Sprawa Mitzie del Bosco

Sprawa Mitzie del Bosco

Angie zamknęła drzwi za inspektorem Frainem i usiadła na kanapie naprzeciw mnie z wyczekującym wyrazem twarzy. Korin położył nogi na biurku – choć wie, że tego nie lubię – i przyglądał się jej z charakterystycznym dla siebie łobuzerskim uśmiechem. Zgasiłem cygaro i nalałem wszystkim po drinku. Sprawa rozwiązała się – można powiedzieć – sama, i to dość szybko. Teraz Angie należało się kilka słów wyjaśnienia. Wiedziałem, że kiedyś, w ten czy inny sposób, odkryje prawdę o moich niezwykłych talentach. Sprawa Mitzie del Bosco okazała się doskonałą ku temu okazją.
Opróżniłem szklankę jednym haustem, nalałem sobie drugą. To będzie długa historia.
– A zatem, moja droga Angie, jak już zapewne się domyślasz...
Ale zacznijmy od początku.

***

Viaville to spokojne miasto; rodzina Colona zaprowadziła tu porządek kilka lat temu, eliminując niemal całkowicie konkurencję. Ale nie tylko włoska mafia rządzi miastem i chroni tych, którzy się jej podporządkują. Istnieje w Viaville organizacja o wiele potężniejsza, starsza, lepiej ukryta. Ci, którzy do niej należą lub są jej protegowanymi, nie muszą się obawiać prawie niczego. Siedziba owej „instytucji” znajduje się zaledwie kilka przecznic od mojej kamienicy, choć prawie nikt z mieszkańców miasta nie ma pojęcia o jej istnieniu. Jednak nie o tym miałem wam opowiadać, lecz o sprawie Mitzie del Bosco. Wróćmy więc do Agencji.
Lipiec w Viaville... Trzydziestostopniowe upały, ozon i smog. Wieczne korki na ulicach, hałas klaksonów, zgiełk targu na bulwarze w każdy weekend. Krzyki przekupniów, przechodniów, dzieci w parku. I słońce, tak ostre, że aż przebijające żaluzje, wdzierające się do mieszkania, natarczywe, okrutne, mordercze.
Lubię lato na wsi, w stepie, w górach. Przestrzeń ogrzaną słońcem, jasną i przejrzystą. Ciepły wiatr, niosący zapach rozgrzanej trawy. Nie lubię lata w mieście.
Na szczęście mam Korina. I Angie. Podczas gdy popołudniami śpię sobie słodko w chłodnej suterenie, ona przyjmuje większość klientów, odbiera telefony, zajmuje się całą papierkową robotą naszej Agencji. Nielicznych klientów, którzy obstają przy tym, by spotkać się ze mną osobiście, przyjmuję zawsze późnym wieczorem. Biuro w lecie otwarte jest od osiemnastej do północy. Tłumaczymy to nawałem pracy. To fakt, Agencja cieszy się powodzeniem, nie tylko w naszym mieście, ale na całym Złotym Wybrzeżu. Jestem w końcu najlepszym – i najdroższym, o czym zawsze lojalnie ostrzegam – prywatnym detektywem w Viaville.
Angie w rzeczywistości nazywa się Ema i jest nielegalną imigrantką z Europy Wschodniej. Dwa lata temu poszukiwałem sprzątaczki, która mogłaby przychodzić do biura późnym wieczorem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że siedzi tu nielegalnie i że posiada tytuł magistra inżyniera weterynarii oraz dwa inne licencjaty. A potem jakoś tak wyszło... Z moimi znajomościami nie było to trudne. Trochę z przekory nazwałem ją Angelique Celeste. Anioł i Demon, czyż to nie idealna para?
Potrafi o siebie zadbać, ma dobry gust i dużo wdzięku. Na pewno jest już po czterdziestce, choć wygląda na trzydzieści parę. Nie wiem, ile dokładnie ma lat i skąd pochodzi. Łatwo byłoby się dowiedzieć... Ale nie chcę. Angie ma prawo do sekretów, jak każdy.
I kto to mówi...
W każdym razie Angie jest niezastąpiona. Świetnie wykonuje swoją robotę. Nie zadaje zbędnych pytań. Lubi mnie, tego jestem pewien. I ja ją lubię. Może nawet coś by z tego wyszło... Ale tego się właśnie obawiam. Nie ma zbyt wielu kobiet, które lubiłyby mnie nadal, poznawszy bliżej. Prędzej czy później popadają w paranoję; że je śledzę, że czytam w ich myślach, że będę je nawiedzał po śmierci. A czy to moja wina? Taki się urodziłem.
Angie przyniosła gazety i dossier, o które prosiłem. Miała na sobie lekką sukienkę, podkreślającą zgrabne kształty. Praca z nią to przyjemność pod każdym względem.
– Dobra robota, mon ange. – Cmoknąłem ją w policzek na powitanie.
– Dobry wieczór, Di. Korin jest nadal w terenie, zajmuje się sprawą Hansonów. Nie wróci na noc. O dziesiątej przyjdzie niejaki pan... – sprawdziła nazwisko w notatkach – Scroot. Dzwonił tuż po czwartej. Nalegał, by spotkać się z tobą sam na sam. Męska sprawa, jak mówił.
– Masz jakieś podejrzenia, o co może chodzić? – Angie oprócz wielu talentów posiada także świetną intuicję. Ale tym razem jej wyraz twarzy mnie zaskoczył. Angie, która się waha, to coś nowego.
– N...nie... Sprawiał wrażenie dziwaka. Jego głos był taki... – Pokręciła głową. – Nie umiem tego określić. Sam zobaczysz.
W prasie nic ciekawego, bessa na giełdzie, koszykarze wygrywają, jakaś pani Meyers urodziła sześcioraczki. Biedna kobieta. Jedno maleńkie zlecenie – kilka kontenerów podrobionych jeansów – i trochę papierów. Z biura dochodziła łagodna muzyka, chyba Cassandra Wilson. Wertowałem dokumenty bez specjalnego zainteresowania, rysując na marginesach pulchne aniołki na chmurkach pełnych deszczu. Do¬piero koło dziewiątej poczułem pełnię sił. Przeklęty lipiec. Te miejskie upały wręcz wysysają ze mnie energię. Nawet zachód słońca nie sprawił mi oczekiwanej przyjemności. Lubię zachodni wiatr, długie pasma chmur, różowiące się w wieczornym świetle krwawą łunę nad horyzontem.... Nic z tego; wielka kula ognia pozostała biała do końca. Zgasła nagle, bez efektów specjalnych.

***

Wesley Scroot pojawił się przed drzwiami dokładnie za dwie dziesiąta. Jego widok wywołał małe déjà vu – gdzieś już widziałem tego gościa. Jednak za nic nie mogłem sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach. Przystojny starszy pan. Nosił staro¬modny, czarny kapelusz, którego nie zdjął podczas całej rozmowy, i sygnet z ciekawym kamieniem. Bawił się nim od czasu do czasu. Spodobał mi się trzyczęściowy garnitur, wart mój trzymiesięczny zarobek. Pod warunkiem, że to trzy dobre miesiące. I lakierki od Toscaniego. Mam identyczne. Też kosztowały fortunę.
Uwielbiam takich klientów. Nie targują się o cenę i o zaliczki. Możecie mi mówić, że pieniądze nie są najważniejsze, że powinienem więcej myśleć o etyce zawodowej... Ale spróbujcie opłacić czynsz etyką.
– Panie Dimoon, przejdę od razu do rzeczy. – Mówił powoli, głosem kogoś przyzwyczajonego do wydawania poleceń. – Moja żona mnie zdradza. Chodziło o to, by móc to udokumentować. Wynająłem detektywa Tersa z Agencji Defender...
– Zdjęcia rozwodowe – mruknąłem ze zrozumieniem.
– O nie, rozwód nie wchodzi w grę.
Zmarszczyłem brwi.
– Więc dlaczego zależało panu na, jak pan to ujął, dokumentacji?
– Powiedzmy, że miałem zamiar zawrzeć z żoną mały układ. Przed ślubem podpisaliśmy dosyć skomplikowaną intercyzę... – Zniżył głos niemal do szeptu. Miał niski, idealnie męski tembr, jednocześnie łagodny i chłodny, słodki i twardy. Jak lody z rumem. Bardzo grzeczny. Nie należy wierzyć zbyt uprzejmym ludziom.
– Tak...? – Pochyliłem się w jego stronę.
– ...według której w przypadku rozwodu ja nie dostaję ani grosza.
– Nawet w przypadku orzeczenia rozwodu z jej winy?
– W żadnym. – Machnął dłonią.
Obaj jednocześnie poprawiliśmy się w fotelach, założyliśmy nogę na nogę. Gdzie ja go widziałem? Nie mogłem się skoncentrować. Angie miała rację, w tym facecie było coś niezdefiniowanego. Coś więcej niż urok osobisty, niż wrodzona elegancja czy nabyta pewność siebie. Mówił powoli, ważył każde słowo, jak król podczas audiencji. Zbyt często się wahał. To nie niepewność; nie było w nim ani śladu słabości. Po prostu uważał, by nie powiedzieć za dużo. Coś ukrywał, ale to akurat specjalnie mnie nie dziwiło. Połowa klientów przychodzi, bym pomógł im ukryć niewygodne fakty...
– Jedyne, co mi pozostało, to mały szantaż. Tak się złożyło, że odkryłem jej romans. Teraz trzeba było tylko przyłapać ich in flagranti.
– Nie obawia się pan, że żona pana zostawi?
– Nie. – Wyprostował się w fotelu. – Obawiam się raczej, że nie zostawi mi ani grosza, kiedy nasze drogi się rozejdą. Mała rekompensata w zamian za zachowanie rodzinnych sekretów to chyba uczciwy układ?
– Nie byłoby prościej ich zabić? – zażartowałem, zapalając cygaro. Zaproponowałem mu oryginalną Cohibę, ale odmówił nieznacznym gestem. Byłem pewien, że pali cygara. Właściwie nie lubię cygar, wyciągam je tylko po to, by robić wrażenie na klientach. W przypadku Scroota to jednak nie zadziałało.
– Myślałem nad tym – powiedział spokojnie.
Dziwne, nagle jakby powiało chłodem. Zwykle bez problemu wytrzymuję wszelkiego rodzaju groźne spojrzenia, ale musiałem przyznać, że Scroot zrobił na mnie wrażenie.
– Ale nie, panie Dimoon. Po pierwsze, nie dostanę ani grosza w przypadku nagłej śmierci Mitzie. Żadne przestępstwo, nawet doskonałe, nie popłaca w moim przypadku. Po drugie, cóż, właśnie dlatego przyszedłem do pana. Obawiam się, że w całą sprawę jest zamieszany ktoś jeszcze. Pana zadaniem będzie odnaleźć tę osobę... Jestem za stary, żeby bawić się w afery kryminalne. Chcę załatwić to w cywilizowany sposób. Widzi pan... – mówił spokojnie, obracając na palcu sygnet – naprawdę kocham moją żonę...
– Bardziej niż jej pieniądze?
Zignorował mój sarkazm. Zaczynał mnie lekko irytować, zazwyczaj to ja jestem górą w dyskusji, zmuszam rozmówców do opuszczenia wzroku. Ale Scroot był inny. Facet miał więcej wyniosłego chłodu niż góra lodowa.
– Tak... Na swój sposób. I nie chcę, by stała się jej krzywda. Właściwie to wyświadczymy jej przysługę, oddalając ją od tego typa. Ona nie zdaje sobie sprawy, że to ktoś... niebezpieczny.
Teraz byłem już pewny, że coś ukrywał.
– Panie Scroot, dla dobra sprawy... – zacząłem, ale on jakby czytał w moich myślach.
– Detektyw, którego wynająłem, zaginął, przepadł bez śladu, zanim zdążył mi przekazać istotne dowody. Według kolegów z biura Ters zadzwonił kilka dni temu do agencji, by powiedzieć, że rzuca tę robotę i wyjeżdża w siną dal.
– Rozumiem.
– Nie wydaje się to panu podejrzane?
Jasne, że wydawało mi się podejrzane.
– Zwłaszcza że następnego dnia Penter, gwoli wyjaśnienia kochanek mojej żony, pokazał mi zrobione przez Tersa zdjęcia.
– Rozumiem – powtórzyłem.
– Odkryłem, że Mitzie także kogoś wynajęła...
Otwierałem już usta, lecz powstrzymał mnie ruchem dłoni.
– Myślę, że Penter lub jego wspólnik próbowali ją szantażować, więc postanowiła ich śledzić. Jednak nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, na jakie się naraziła. Wynajęty przez nią detektyw zginął w podejrzanych okolicznościach, ale ja nie mam żadnych wątpliwości co do sprawcy obu morderstw. – Położył nacisk na słowo „obu”. – Policja jednak nic nie znalazła. Człowiek, o którym mówię, nazywa się Penter, Damien Penter. Jest jej ochroniarzem. Bardzo wysoki, szczupły, blady. Kręte rude włosy, z wyglądu typowy Irlandczyk. Gdy pomyślę, że podczas mojej nieobecności... Praca obliguje mnie do spędzania niemal całego dnia poza domem... Co ja mówię, to przecież dom Mitzie. To również część układu; nikt nie może się dowiedzieć o naszym małżeństwie. Wie pan, bycie mężem Mitzie del Bosco...
– Mitzie del Bosco?
Potaknął z miną sytego lwa, widząc moją reakcję. Teraz zrozumiałem, dlaczego chciał dyskrecji. Mały układ z żoną! Intercyza przedmałżeńska! Na wszystkie demony! Mam scoop roku. Wieczna Miss Mitzie del Bosco mężatką! Najseksowniejsza, najbogatsza i najbardziej niedostępna bogini wielkiego ekranu ma męża po sześćdziesiątce. I niebezpiecznego kochanka. Już widzę tytuły gazet.
Sprawa może okazać się niezwykle lukratywna. Tylko jest jeden problem, jedno ziarnko piasku w moim błyszczącym z podniecenia oku; trzeba będzie działać za dnia, a do tej sprawy nie mogę posłać Korina. To oznacza wyjazd z Viaville do Pinaco – gdzie mieści się rezydencja Mitzie – i wystawienie się na działanie przeklętych promieni słonecznych. Żeby chociaż parę chmurek... Ciekawe, czy Angie obejrzała dziś prognozę pogody?
– Hmm... – odchrząknąłem łagodnie, odkładając cygaro. – Przyznaję, że pańska sprawa mnie zaintrygowała. Zajmiemy się nią w tym tygodniu...
– Jutro – wtrącił Scroot tym swoim miodowo-lodowatym głosem.
Zmarszczyłem brwi.
– Tego nie mogę panu obiecać. Mam w tej chwili nawał pracy.
Zawarliśmy wstępną umowę, według której miałem otrzymać śliczny stosik zielonych banknotów, o ile uda mi się odzyskać kompromitujące fotografie wraz z negatywami, zapobiegając w ten sposób skandalowi, oraz znaleźć dowody zbrodni popełnionych przez Pentera, nie mieszając do tego osoby panny del Bosco... czy raczej pani Scroot.

Po wyjściu Scroota przedstawiłem Angie ogólny zarys sytuacji i kazałem zamknąć biuro. Pora na mały rekonesans. Odprężyłem się w fotelu i opuściłem ciało. Ach, cóż to za wspaniałe uczucie – rozwinąć skrzydła astralne! Szybując w ciepłym powietrzu, skierowałem się w stronę plaży. Dochodziła już północ, nie przeszkadzało to jednak licznym grupkom młodzieży bawiącej się beztrosko na złotym piasku, skrzącym się w świetle księżyca i licznych lamp. Nie bez powodu plaże w okolicach Viaville noszą nazwę Złotego Wybrzeża. A może zawdzięczają to ogromnym sumom pieniędzy, jakimi obraca się w tutejszych kasynach? Sam już nie wiem.
Po wodzie rozchodziły się wesołe krzyki. Grała muzyka, brzęczały butelki i puszki z napojami. Młodość, ta niecierpliwość życia...
Nife kręcił się jak zwykle w okolicy molo. Stary znajomy z rodzaju tych, których spotyka się ze średnią przyjemnością. Często sprzedawał mi pożyteczne informacje, wykonywał również dla Agencji mniej czystą robotę. Nie przeszkadzało mu też, gdy przybywałem w postaci astralnej. Rozliczaliśmy się zawsze bardzo materialnie.
Czasami lubię zabawić się w ducha i postraszyć jego towarzystwo. Szepty, muśnięcia, mgliste zjawy... to robi niezłe wrażenie na nastoletnich chłopcach, których zwykł podrywać. Zresztą sam Nife potrafi dość dobrze nadawać. Mógłby zrobić karierę w show businessie, gdyby go to kiedykolwiek zainteresowało. Ale dziś było za późno na zabawę w Halloween. Szesnastolatek oparty o jego pierś chyba już dawno przekroczył wszelkie normy poziomu alkoholu we krwi.
– Witaj, Nife – nadałem.
– Cześć, Di. Nie strasz mi kolacji. Co masz dla mnie?
– Co ci mówi nazwisko Scroot?
– A co powinno mi mówić?
– Po sześćdziesiątce, typ urody hiszpańskiego granda z komiksów Mariniego, garnitur Welles & Spoke, sygnet z zielonym brylantem.
– Zielony brylant? – Nife skrzywił się lekko. – Nigdy nie widziałem.
– Nie słyszałeś o nim?
Potrząsnął przecząco bujną czupryną. Unosiłem się tuż nad jego głową, długie włosy przenikały przez moją aurę. Zapuszczał dredy. Uważał zapewne, że to zwiększy jego powodzenie u nastolatków.
– W życiu Nocnego! To takie dziwne?
Westchnąłem. W duchu oczywiście.
– Wygląda na kogoś, o kim powinniśmy byli już usłyszeć. Nie wiem, skąd się wziął. Sprawdzisz mi go?
– Jasne. Na kiedy?
– Już. Potrzebuję wstępny raport na jutro.
Nife pogładził jasne włosy chłopaczka, który właśnie słodko zasnął na jego piersi, nie zdając sobie zupełnie sprawy z telepatycznego dialogu, jaki prowadziliśmy. Poklepał go lekko po policzku.
– Słuchaj, kochanie, nie ruszaj się stąd. Tatuś idzie się tylko odlać, a potem zabierze cię na super przejażdżkę. A ty Di – znów nadał do mnie, kierując się pod molo – nie podglądaj. Powiedz tylko, czemu to takie pilne?
– Facet jest mężem Mitzie del Bosco. Mam ją chronić przed jej kochankiem. Wystarczy?
– Wystarczy. – Nife gwizdnął przeciągle z wrażenia. – Ty wiesz, że za taki tytuł w Głosie Viaville możesz dostać Pulitzera? Nawet Nobla.
– Raczej nie. – Uśmiechnąłem się, oczywiście znowu w duchu. – Scroot jasno dał do zrozumienia, że nic nie może się przedostać do prasy.
– No ale potem, jak już ci zapłaci...?
– Nie smęć, Nife. Wiesz, jakie mam zasady. Poza tym... Jest dziwny. Potrafił zbić mnie z pantałyku.
– Ciebie? Boisz się go?
– Nie boję. Obawiam. Nie ufam mu. Wywołuje u mnie jakieś nieokreślone uczucie... Jakbym już go kiedyś spotkał.
Nife strzelił palcami z radosnym okrzykiem. Jakaś zagubiona para obróciła się w naszą stronę, zdziwiona. Puścił do nich oczko i pokazał plecy.
– Mam, mój drogi – nadał. – Urok. Maska. Facet jest jednym z Nietykalnych, maskuje się, dlatego go nie poznajesz.
– Nietykalny?
– Najlepszy dowód na urok. – Nife szczerzył zęby z zadowolenia. – Jeśli okaże się Nietykalnym, płacisz potrójnie. Jackpot!
– Jasne. Aaa... słuchaj, zmieniłem zdanie. Zajmiesz się czymś innym. Scroota sprawdzę sam, może być niebezpieczny, skoro się maskuje... Baw się dobrze i nie upijaj za bardzo. I dzięki. Dobre rady są u mnie w cenie.
– Wiem, szefie. Na razie.
Zawróciłem w stronę domu. Do hrabiny di Racini muszę udać się w fizycznym ciele. Nife tymczasem wrócił do swojej zalanej w trupa ofiary. Zastanawiacie się, dlaczego użyłem słowa „ofiara”? Bo to prawda. Nife jest jednym z Nocnych. Wampirem, jak zwykli ich nazywać normalni śmiertelnicy. Ale to w gruncie rzeczy porządny chłopak. Nie pamiętam, by zabił kogoś bez powodu. Zresztą jeśli można znaleźć aż tylu Nietykalnych w okolicach Viaville, to właśnie dlatego, że unikają skandali. Nie mordują, nie kradną, nie oszukują... a jeśli już, to bardzo dyskretnie. Picie krwi to kompletna bzdura. Wymysł marnych literatów. Żadnych ostrych kłów, prawdziwi Nocni robią to przez osmozę i słońce ani czosnek im nie przeszkadzają. Chyba że spożywacie czosnek w nadmiernych ilościach – to odstrasza wszystkich, nie tylko Nocnych. Ofiara Nife’a budzi się zwykle z paskudnym kacem i nie zdaje sobie sprawy z ubytku kilku krwinek.

Nie unikam ich celowo, ale nie zależy mi specjalnie na towarzystwie Nietykalnych. Zdarza mi się dla nich pracować, lubię takie zlecenia; wymagają szczególnej dyplomacji, finezji działania... Społeczeństwo nie może dowiedzieć się prawdy o tym, kto nim rządzi. Nietykalni poznali wartość dyskrecji, przede wszystkim w okresie Inkwizycji.
Jeśli chodzi o hrabinę, dawno już jej nie widziałem; słyszałem, że ostatnio obracała się wśród Babilończyków, za którymi, szczerze mówiąc, nie przepadam.
Hrabina należy do rasy niecieszącej się u Dzieci Babilonu szczególną sympatią. Jednak każdy, kto ją poznał, zmuszony był przyznać, że to niezwykła kobieta. Potrafiąca zdobyć uznanie nawet w kręgu Starszych. Nocni nie są nieśmiertelni, to jeden z niższych gatunków Nietykalnych. Nie potrafią, jak starsze duchy, opanować cudzego ciała, rzadko też podejmują się tego, co jest moją specjalnością, czyli podróży astralnych. Ale wykazują znacznie większą żywotność niż przeciętni śmiertelnicy; są silniejsi, wytrzymalsi, bardziej inteligentni. Potrafią też zachować zdrowie i urodę przez wiele stuleci; o ile nie zdarzy im się jakiś przykry wypadek, niekoniecznie w postaci osikowego kołka lub kilku srebrnych pocisków w klatce piersiowej... Na szczęście hrabina potrafiła unikać wypadków.
Włoszka z pochodzenia, Rosalina di Racini zamieszkuje nieduży osiemnastowieczny pałacyk, odziedziczony po babce w latach osiemdziesiątych. Tak brzmi wersja oficjalna. Nieoficjalnie parę lat temu uczestniczyłem w balu z okazji czterechsetnych urodzin Rosaliny. Jeżeli Scroot to jeden z Nietykalnych, musiałem go wtedy spotkać – na balu uczestniczyła cała Nietykalna arystokracja Wybrzeża. Hrabina była osobą, która mogła zdjąć ze mnie jego urok. Wystarczyłoby, aby podała mi starsze imię Scroota.
Zjawiłem się u niej przed świtem; trwały właśnie porządki po małej orgietce, jaką urządzała z przyjaciółmi. Nocni cierpią na zaburzenia hormonalne. Muszą ciągle eliminować nadmiar adrenaliny. Mają również problemy z produkcją czerwonych krwinek oraz uczulenie na światło słoneczne. Nie żeby od razu zmieniali się w garść popiołu, ale trudno zmusić Nocnego do spaceru w letnie popołudnie. To akurat świetnie rozumiem, też ostatnio nie cierpię słońca, choć specjalnie mi nie szkodzi. Pewnie przez dziurę ozonową, jakoś bardziej razi. Cóż, nikt nie jest doskonały, długowieczność ma swoją cenę. Gdyby Nife nauczył się oszczędzać, mógłby opłacać transfuzje albo chadzać na takie orgietki... ale on zawsze miał słabość do młodych chłopców.
Drzwi otworzył mi Joseph, stary majordomus. Naprawdę stary; z tego, co wiem, ma dobrze ponad tysiąc lat. Służące w biało-czarnych fartuszkach składały różne części garderoby, porzucone przez właścicieli i teraz beztrosko zdobiące meble, marmurową posadzkę i reprodukcje antycznych rzeźb. Kilkanaście osób wypoczywało w salonie przy dźwiękach muzyki poważnej. Znałem dość dobrze większość gości. Byli wśród nich zwykli ludzie – dwóch mężczyzn i kobieta. Byli Nocni i młodsze demony. Ama, piękna Chaldejka znana śmiertelnikom jako Diana Tarsh (wtedy nie skojarzyłem istotnego faktu: była przyjaciółką Mitzie del Bosco), oddawała się w kącie miłosnym igraszkom z Ricardo, Nocnym Latynosem. Nikt właściwie nie zwrócił na mnie uwagi. Otworzyły się jedne z bocznych drzwi salonu. Zupełnie naga Nocna, smukła brunetka, którą widziałem po raz pierwszy, wyszczerzyła zęby w drapieżnym uśmiechu, ale szybko zamknęła usta, wyczuwszy moją aurę. Niech sobie nie myśli, że jestem pierwszym lepszym śmiertelnikiem, którego może uwieść i possać przy byle okazji. Ale po co straszyć nowo przybyłych do naszego pięknego miasta? Odwzajemniłem uśmiech, puściłem oko. Była całkiem, całkiem, nawet w moim typie. Uspokojona i zaciekawiona, podeszła powoli, kołysząc się zmysłowo. Otarła się o moje biodra. Musnąłem delikatnie alabastrowe pośladki. Pachniała imbirem, porto, seksem i krwią.
– Mniam... Délices.
– Mniam. Jestem Dona – wyszeptała mi do ucha.
– Bardzo miło mi cię poznać, Dona. Jestem Robert Dimoon, prywatny detektyw. Gdybyś kiedykolwiek miała jakiś kłopot, pamiętaj, że żaden glina nie zrozumie cię tak dobrze jak ja. – Połaskotałem ją po piersi wizytówką.
– O, jestem tego pewna – mruknęła, przywierając do mnie. Od namiętnego pocałunku uratowało mnie nadejście pani domu.
– Hrabino. – Ukłoniłem się lekko. Dona pogładziła na do widzenia mój policzek i oddaliła się tanecznym krokiem. Słodka. Imbir i porto. Hrabina zdążyła wziąć prysznic. Pachniała mlekiem i miodem, a jej usta miały smak truskawek. Cóż, hrabina miała prawo do namiętnego pocałunku.
– Di, jak się cieszę! Ile to już lat minęło od naszego ostatniego spotkania?
– Dwa miesiące... Mea culpa, przedkładałem sprawy marnego świata nad twoje urocze towarzystwo. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę arogancję.
– Zastanowię się... – Uśmiechnęła się tajemniczo, unosząc palcem mój podbródek. – Będziesz musiał odbyć pokutę... – Wiedziałem już, że w najbliższym czasie nie ominie mnie jakaś nocna impreza. Może Dona też będzie... – Powiedz mi, marnotrawny przyjacielu, jaka mroczna kryminalna sprawa sprowadza cię do mnie w tę piękną noc? Bo nie wierzę, żeby przygnała cię tutaj tęsknota za Rosaliną?
– Niczego nie da się przed tobą ukryć. Uwierz jednak, że nie mogłem już dłużej wytrzymać z dala od ciebie. A przy okazji mam jedno małe pytanie. Gdzie możemy porozmawiać na osobności?
Rosalina wydała szybko kilka poleceń sprzątaczkom i krótko pożegnała gości. Przeszliśmy przez cały salon, mijając zasypiające na sofach i fotelach nagie pary. Hrabina pchnęła drzwi prowadzące do biblioteki, potem inne, za którymi znajdowały się kręte schody. Znaleźliśmy się w okrągłym buduarze, urządzonym w stylu Ludwika XV. Wskazała mi miejsce na łóżku. Usiadłem posłusznie, rozwiązując krawat. Mleko i miód... I łagodne perfumy o orientalnej nucie... Délices.
– Czego chciałeś się dowiedzieć? – zapytała, gdy zegar wybił siódmą rano.
– Wesley Scroot. Kto to taki?
– Scroot? Chyba wiem. Czekaj... Pokaż mi go. – Ujęła w delikatne białe dłonie moją głowę. Przymknęła oczy, koncentrując się. Przekazałem jej obraz. Skinęła głową.
– Tak, to Onissafh.
Mlasnąłem, lekko rozczarowany. Urok znikł, wiedziałem już wszystko. Onissafh, demon Babilonu. Ale dlaczego maskuje się przede mną? Przecież bardzo dobrze się znamy. Co ukrywa?
– Spotkałaś go ostatnio?
– Ja? Nie, o nie. On jest zbyt... wyniosły. Nie zadaje się z prostymi Nocnymi. Wiem, że Ama utrzymywała z nim bliższy kontakt, swego czasu... Mogę wiedzieć, z jakiego powodu się nim interesujesz?
– Bo rzucił na mnie urok. Mówisz, Ama? – Przed oczami stanęło mi smagłe, gibkie ciało demonessy w objęciach Ricardo i kaskada czarnych włosów opadających na twarz, gdy pochylała się nad zmęczonym dziką miłością Nocnym.
– Mhm... – potwierdziła melancholijnie hrabina, zdawszy sobie sprawę z tego, że zaraz ją opuszczę. – Kiedy znowu cię zobaczę? Za ile miesięcy?
– Obiecuję, że znacznie szybciej. – Pocieszyłem ją gorącym pocałunkiem. – Jeszcze w tym tygodniu.
– Trzymam cię za słowo.
– Mmm. Trzymaj mnie, za co tylko chcesz, moja słodka pani.
Pożegnałem się należycie z piękną gospodynią. Gdy wróciliśmy do salonu, nie było już najmniejszego śladu po gościach i uczcie, jaka miała tu miejsce kilka godzin temu. Przez moment odniosłem wrażenie, jakby coś umknęło mojej uwadze. Ale czekał mnie długi dzień, słońce i upał. Chciałem się przespać przed południem. Wyszedłem, nie zadając więcej pytań.

***

Założyłem zielonkawy słomkowy kapelusz z dużym rondem, czarne okulary, spodnie moro i koszulę w kolorze khaki. Wyglądałem w tym stroju jak turysta spacerujący po Pinaco z nadzieją na spotkanie jakiejś gwiazdy filmowej. Lub jak gwiazda filmowa spacerująca po Pinaco z nadzieją, że nikogo nie spotka.
Willa Mitzie del Bosco znajdowała się nieco na uboczu, na końcu plaży. Przed wzrokiem ciekawskich chronił ją wysoki mur, zdublowany równie wysokim żywopłotem. Mur przechodził w solidną, żelazną bramę, chronioną najnowocześniejszym systemem podglądu elektronicznego. Dostrzegłem również kamery na gałęziach drzew w otaczającym dom parku. Te były jednak starszego typu. Wąski kąt obiektywu, brak serwomotorów, mały zasięg. Poza tym kilka z nich od dawna nie działało; Scroot narysował mi szczegółowy plan. Właściwie bez trudu pokonałem mur i żywopłot. Psy na mój widok grzecznie podkuliły ogony. Znalazłem bezpieczne miejsce w gałęziach kasztanowca naprzeciw okien salonu. Niezauważony, mogłem stąd przez teleobiektyw śledzić mieszkańców do woli.
O tej porze w domu, oprócz Mitzie, znajdowało się tylko dwóch ochroniarzy: Penter i niejaki Maka, ogromny Metys, bliżej nieokreślona mieszanka ras, coś z Maorysa, coś z Mongoła. Był jeszcze ktoś w pomieszczeniu systemu ochrony, ale Scroot nie umiał o nim nic powiedzieć. Maka zażywał kąpieli słonecznej na tarasie. Nie widziałem jego twarzy. Najwyraźniej drzemał, gdyż nie zareagował, kiedy Mitzie wynurzyła się z basenu i przeszła obok niego. Miała na sobie skąpe niebieskie bikini, doskonale harmonizujące z piękną opalenizną. Nie można było nie reagować na widok Mitzie del Bosco w stroju kąpielowym; nawet ja z odległości kilkudziesięciu metrów musiałem to przyznać.
Mitzie weszła do domu, wycierając włosy białym ręcznikiem. Zauważyłem ruch w salonie; to Penter podniósł się z kanapy, ze szklanką w dłoni. Oranżada czy alkohol?
Damien położył dłoń na ramieniu Mitzie.
„Pachniesz słońcem” – powiedział.
Przygotowałem aparat. Nie doszło jednak do niczego, co byłoby godne uwiecznienia; Mitzie odpowiedziała coś szybko – niestety nie mogłem czytać z ruchu jej warg – i odsunęła się od mężczyzny. Penter wyszedł do innego pokoju, by po chwili wrócić z dużą kopertą w dłoni. Wyjął z niej trzy duże kartki – fotografie? – które obejrzeli razem. Potem Mitzie podeszła do biurka, otworzyła jedną z szuflad, wyciągnęła niewielki płaski przedmiot. Książeczka czekowa. Podpisała jeden czek, który następnie podała Damienowi.
„...wierzyć w twoje historie” – odczytałem z ruchu jej warg. Przeszła obok niego, podniosła z krzesła odłożony wcześniej ręcznik, przetarła włosy. Nie widziałem twarzy Pentera, cały czas pozostawał w cieniu. Wachlował się otrzymanym czekiem, odwrócony plecami do okna.
„To naprawdę ostatni raz”. Śliczną twarz aktorki wykrzywił grymas niezadowolenia. Potem odpowiedź Pentera, tym razem naprawdę długa.
„Nie”. Mitzie machnęła ręcznikiem. Penter zrobił dwa kroki w jej stronę, mówił coś, żywo gestykulując. Cofnęła się, rzucając ręcznik z widoczną złością.
„Więc zapłacę komuś, kto się tym zajmie”.
Kłócili się teraz na całego. Maka na werandzie przeciągnął się i skierował do środka. Zauważyli ten ruch i natychmiast się uspokoili. Penter schował czek do tylnej kieszeni spodni, podniósł ręcznik i podał aktorce.
„Powiedziałam: nie” – odczytałem. Penter uniósł dłoń, jakby chciał ją spoliczkować – a może tylko pogrozić – opuścił ją jednak i wyszedł z salonu, zabierając kopertę. W drzwiach minął Makę.
„Wszystko w porządku?” – zapytał Metys.
„Tak, wszystko jest okej. Idę się ubrać”. Mitzie podała mu ręcznik i zniknęła za drzwiami w głębi salonu.
Najwidoczniej minął już czas romantycznych westchnień, namiętnych spojrzeń i gorących pocałunków; teraz przyszedł dla Mitzie czas płacenia rachunków...
Obserwowałem dom do siedemnastej czterdzieści, ale nie wydarzyło się nic ciekawego. Wróciłem do samochodu i czekałem na pojawienie się Pentera. Jeździł czarną toyotą z zaciemnionymi szybami. Scroot nie potrafił – bądź nie chciał – podać mi jego adresu; nie wiedziałem zatem, dokąd może mnie zaprowadzić.
Nie czekałem za długo, jazda też była dość krótka. Ochroniarz zatrzymał się na parkingu nieopodal oczyszczalni ścieków. Okrążył główny budynek, wszedł na teren zakładu przez rozbite okno. Podążyłem za nim w postaci astralnej, ale ku mojemu rozczarowaniu zszedł do kanałów, a tam nie chciałem się zapuszczać. W podziemiach, z dala od energii kosmicznej, moje moce znacznie słabną. Jestem mentatem, nie Supermanem. Zrezygnowany, wróciłem do samochodu i pojechałem do domu. Musiałem się rozmówić z panem Scrootem, i to nie demaskując się przed jego małżonką.

Przenikałem z pokoju do pokoju w hotelu Holiday Inn, rozglądając się za odpowiednim kandydatem. Znalazłem mężczyznę tuż po trzydziestce, zadbanego, przystojnego menadżera o ciele atlety. Niezłe ciacho. Spał głęboko, zmęczony podróżą, mimo upału i wczesnej godziny. Nawet nie zauważył, że pożyczyłem sobie jego ciało. Ubrałem się szybko – znalazłem w jego bagażach jeansy i białą sportową koszulkę – i zamówiłem taksówkę do Pinaco. Kilkanaście minut spaceru plażą i stanąłem przed bramą posesji del Bosco. Nacisnąłem guzik wideofonu.
– Czego? – spytał niski, „czarny” głos. To na pewno Maka.
– Dobry wieczór. Proszę powiedzieć panu Scrootowi, że Alad chce się z nim widzieć w sprawie Onissafha.
Cichy trzask wideofonu, dwie minuty ciszy. Znowu trzask. Lekkie buczenie otwieranej bramki.
– Pan Scroot pana przyjmie.
W połowie drogi czekał ochroniarz w czarnym garniturze. Poprowadził mnie bez słowa nad brzeg basenu, w którym pływała Mitzie. Scroot odpoczywał na leżaku.
– Kochanie, to jest właśnie pan Alad... mój stary znajomy – przedstawił mnie żonie, lustrując jednocześnie moje pożyczone ciało.
– Świetnie dziś wyglądasz, Alad. Powiedziałbym, że odmłodniałeś od naszego ostatniego spotkania, i to co najmniej o dziesięć lat.
Zignorowałem jego dowcip. Moją uwagę w tej chwili w całości przykuwała Mitzie. Wyciągnąłem rękę, a ona podała mi swoją. Mmm... słodycze. Rozumiem, co Scroot mógł do niej czuć. Mitzie należała do tych niezwykłych śmiertelniczek, w których może zakochać się nawet Najstarszy. Jednocześnie powabna i elegancka. Perfekcyjna we wszystkich rolach filmowych, na żywo wydała mi się jeszcze doskonalsza. Emanowała seksapilem. Pozwoliła sobie na lekki wyraz zaskoczenia, gdy złożyłem na jej wilgotnej wciąż dłoni szarmancki pocałunek. Fakt, wyglądałem raczej na podrywacza z plaży w Pinaco niż na starego przyjaciela jej męża.
– Jestem zaszczycony, mogąc wreszcie panią poznać. – Postanowiłem oszczędzić jej banałów w stylu „jestem pani największym wielbicielem”. Zadowoliłem się jej widokiem. Scroot przeprosił żonę i zaprowadził mnie do gabinetu na piętrze willi.
– O co chodzi? – Wskazał mi fotel i podał drinka. Sam oparł się o biurko i patrzył na mnie z kpiącym wyrazem twarzy. – Naprawdę dobrze wyglądasz. Skąd wytrzasnąłeś takie ciało? Widziałem, jak Mitzie na ciebie patrzyła. A ty na nią... Wiesz, że potrafię być zazdrosny?
Bardzo śmieszne. Tylko że ja nie miałem wielkiej ochoty na żarty.
– Chciałbym się dowiedzieć dwóch rzeczy. Po pierwsze, dlaczego maskujesz się przede mną? Po drugie, co tu śmierdzi? Bo coś jest nie tak. Co jeszcze przede mną ukryłeś?
– Panie Dimoon... – Scroot rozłożył ręce z miną niewiniątka. – Naprawdę mi przykro. Maska... to przyzwyczajenie. Jak wiesz, byłem długo nieobecny... a po powrocie chciałem zachować dyskrecję. Ty też ukrywasz swoją moc, machinalnie, nawet przed Wiecznymi. Przede wszystkim przed nimi. Teraz się odkryłeś, ale jutro znowu cię nie poznam, prawda?
Prawda, prawda. Ale w moim przypadku to zboczenie zawodowe, kwestia bezpieczeństwa.
– Wróćmy do sprawy. Co masz mi do powiedzenia o Penterze?
Westchnął.
– To ja wynająłem Pentera.
Odwrócił się, nastawił płytę z Vivaldim.
– Kiedy kilka lat temu wróciłem do Viaville, zakochałem się w Mitzie. Przyznaję, że myślałem też o jej pieniądzach... Moje oszczędności ostatnio poważnie stopniały. Wiesz, jak to jest. Zrobiłem wszystko, by się do niej zbliżyć. Pomogła mi w tym jej przyjaciółka Diana Tarsh. Pewnie ją znasz.
– Ama?
– Tak. Ama, demon seksu. – Scroot pokiwał głową w zamyśleniu. – W każdym razie użyłem mojego uroku, by dostać to, czego chciałem. Jednak nie wszystko układało się po mojej myśli. Najpierw Mitzie zażądała, by nasz ślub utrzymać w całkowi¬tej tajemnicy. A potem ta intercyza... Pomyślałem, że nie zaszkodzi, że jeśli dobrze to rozegram... Więc wynająłem Pentera.
– Miał zostać jej kochankiem, abyś ty później mógł odegrać nieszczęśliwego, zdradzanego małżonka. Za przyprawienie rogów twoja żona miała ci odpalić drobne parę milionów. Ale Penter postanowił rozegrać to inaczej.
– Dokładnie. Kiedy chciałem go zwolnić, zagroził mi ujawnieniem naszego układu. Nie mówiąc już o ślubie!... Wyobrażasz sobie ten skandal? Straciłbym i Mitzie, i jakąkolwiek szansę na spadek.
– Aha. – Potarłem podbródek.
Scroot spacerował nerwowo po pokoju.
– Sam już nie wiem... Przyznaję, sprawa wymknęła mi się spod kontroli.
Cóż za szczerość. Nie mogłem powstrzymać parsknięcia. Scroot zmierzył mnie gniewnym wzrokiem, zapalił cigarillo. Potrząsnął sugestywnie pudełkiem, ale odmówiłem. Właśnie dopiłem drinka i zabrzęczałem lodem w pustej szklance. Gestem dał mi do zrozumienia, bym obsłużył się sam. Wstałem, nalałem sobie kolejną wódkę. Skorzystałem z okazji, by rzucić okiem na zewnątrz.
Za oknem jasny księżyc, zbliżający się do pełni, srebrzył piasek i wodę. Grały cykady, łagodnie szumiały fale. Było jeszcze wcześnie, koło dziesiątej. Na tarasie pojawiła się grupka gości, przyjaciele Mitzie. Długonogie aktorki i ich muskularni amanci. Śmietanka towarzyska Pinaco. Dochodziły do nas wybuchy śmiechu, pluski wody w basenie. Szkoda, że nie zostałem aktorem; potrafiłbym docenić uroki życia gwiazdy filmowej.
– Podsumujmy: wynajęty przez ciebie Penter, sam lub za czyjąś namową, postanawia zagrać po swojemu. Wie o detektywie, którego zatrudniłeś. Detektyw znika, a Penter zabiera zdjęcia, które tamten zrobił, ale nie zdążył ci ich przekazać. Może to detektyw jest wspólnikiem?
– Ters nie żyje. Damien go zamordował.
– Skąd pewność, że to on?
– Powiedzmy, że to wiem. – Scroot wypuścił kółko dymu.
– Aha. Dobrze. Zatem Penter zabija detektywa. Jednocześnie ty odkrywasz, że Penter złamał wasz układ... Wówczas on grozi ci ujawnieniem całej sprawy. Informuje Mitzie, że ktoś odkrył ich romans i próbuje szantażu, wykorzystując zdjęcia Tersa; to widziałem na własne oczy. Mitzie wynajmuje kogoś, by rozwiązać problem...
– Stana Gribbecka.
Czytałem kilka dni temu o śmierci Gribbecka. Był jednym z najlepszych detektywów w Viaville. Według gazet chodziło o zemstę mafii. Skończył naprawdę paskudnie.
– Skąd wiesz, że Mitzie wynajęła Gribbecka i że to właśnie Penter go załatwił?
– Sam mi powiedział.
– Aha – mruknąłem.
Zdecydowanie nie podobał mi się ten Penter. Skąd Scroot wytrzasnął taką kreaturę?
– Teraz, kiedy wiesz już niemal wszystko, co myślisz? Co można zrobić?
– Jedyne rozwiązanie, jakie widzę w tej chwili, to całkowite unieszkodliwienie drania. – Podrapałem się po brodzie. Nie lubię zabijania. Cóż, czasem trzeba kogoś wyeliminować dla dobra ogółu, ale generalnie nie lubię przemocy. – To nie jest sprawa dla policji, mógłby zacząć mówić... Hmm. Zazwyczaj przy takich aferach nie działa się w pojedynkę. Potrzebuję nazwisk waszych wrogów. Naraziłeś się komuś ostatnio? Albo Mitzie?
– Mitzie...? Ona ma zapewne tyle samo wrogów, co wielbicieli. Wiesz, jak to jest, gdy jest się sławnym, pięknym i bogatym.
– A ty?
– Ja? Widzisz, jak ja żyję. Mało kto wie o moim istnieniu. Nie, przez ostatnie kilkaset lat nikomu nie podpadłem.
– Nie pomagasz. – Pokręciłem głową, niezadowolony. – No dobrze. Gdzie teraz jest Penter? Nie widziałem go.
– Pracuje do osiemnastej. Nie wiem, co robi po pracy.
– Wieczorem znika w okolicach oczyszczalni. Nie wiesz, kogo lub czego może tam szukać?
Scroot z niewinną miną zapalił kolejne cigarillo. Znowu coś ukrywał. Tacy już są Babilończycy, zawsze muszą zostawić coś na potem.
– Nie mam najmniejszego pojęcia. – Wypuścił dym.
– Dobrze, sam się dowiem – powiedziałem ze złością. – Ale nie licz na żadne ulgi ze względu na starą znajomość. Wplątałeś się w paskudną historię, Onissafh, i drogo będzie cię to kosztowało.
– Wiem. – Wzruszył obojętnie ramionami i otworzył mi drzwi.

Oddałem ciało właścicielowi – w najgorszym wypadku dowie się, że przez sen zamówił taksówkę – i wróciłem do domu, by samemu nieco się zdrzemnąć. Czekały na mnie dobre wiadomości: Korinowi udało się odzyskać małego Hansona i przyskrzynić porywaczy. Julie Nayman z Głosu Viaville przygotowywała właśnie na ten temat artykuł na pierwszą stronę jutrzejszego wydania. Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu na widok Korina, pozującego do zdjęcia ze spuszczonymi oczami, nagle cichego i skromnego. Ale ładne dziennikarki zawsze go onieśmielały. I bardzo dobrze, nikogo nie powinien się obawiać bardziej niż dziennikarzy. Ciągle mu to powtarzam. Pozwolił, by Angie poprawiła mu kołnierzyk koszulki polo; jak uczniak obciągnął kurtkę, oblizując wargi. A potem, za plecami wszystkich, puścił do mnie oko. Szelma.
Jak zwykle odmówiłem fotografowi, mówiąc, że cała zasługa leży po stronie Korina i że powinien mieć indywidualne zdjęcie. Chłopak jest naprawdę zdolny, kiedyś przejmie po mnie cały interes. Właściwie może nadszedł już czas, by zmienić nazwę agencji na Dimoon & Martin? Powiedziałem to dziennikarce i wycofałem się do siebie. Zadzwoniłem jeszcze do hrabiny, by dowiedzieć się, czy nie ma u niej Amy. Zaprzeczyła, podała mi jej numer telefonu. U panny Diany Tarsh nikt jednak nie podnosił słuchawki, położyłem się więc spać. Wcześnie rano zadzwoniłem do inspektora Fraina, by sprawdził, co policja ma na Pentera.

***

Następnego dnia upał nieco zelżał, na noc zapowiadano opady. Zaparkowałem samochód dość daleko od rezydencji del Bosco, pod rozłożystą akacją; nasunąłem kapelusz na twarz i opuściłem ciało. Miałem zamiar śledzić Pentera na mój sposób. Dopóki jest z Mitzie, chcę widzieć i słyszeć wszystko, co robi. Kiedy opuści willę, będę mógł udać się za nim samochodem, nie wzbudzając podejrzeń.
Mitzie siedziała na leżaku, w cieniu drzew, przeglądając zaproponowane jej scenariusze. Ubrana na sportowo, z włosami związanymi w koński ogon, wyglądała jak Miss nastolatek. Trzy lub cztery maszynopisy leżały w trawie. Kilka metrów dalej siedział Maka. Penter nie opuszczał salonu, skąd obserwował ogród z obojętną miną. Zbliżyłem się do niego, zajrzałem w szklankę. Piwo. Radio nastawione było na stację nadającą ostrą muzykę. Przez kilka godzin nie działo się nic ciekawego. Dopiero tuż przed końcem zmiany Penter zbliżył się do Mitzie.
– Jak będzie z pieniędzmi? – spytał.
– Powiedziałam ci już, że nie dam ani centa więcej. Mam zamiar wynająć detektywa Dimoona.
– Jeszcze jeden prywatny detektyw? Odradzam.
Mitzie zmrużyła oczy, fuknęła jak rozgniewana kotka. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją, grożąc palcem.
– Pożałujesz tego, zdjęcia dostaną się do gazet.
– A dlaczego? Jeśli ty nie powiesz, że zatrudniłam detektywa, skąd ten ktoś się o tym dowie?
Penter oblizał suche wargi.
– Słuchaj, żabciu, nie dyskutuj. Gość chce dostać pieniądze jutro o północy, w przeciwnym razie we wszystkich piątkowych gazetach będziesz mogła obejrzeć swój uroczy pieprzyk na pośladku. Więc jak?
– Powiedziałam: nie. Nie zrobię nic bez porady kogoś doświadczonego. Gdzie książka telefoniczna? Jaki jest numer do Agencji Dimoon?
Mitzie sięgnęła po książkę leżącą pod stolikiem; Penter przeszkodził jej, chwytając dziewczynę mocno za ramię. Szarpnęła się, nie puścił.
– Zostaw mnie! – krzyknęła. Zaalarmowany Maka wstał z leżaka.
– Nigdzie nie zadzwonisz, rozumiesz? – syknął Penter. Mitzie szamotała się w jego ramionach. Spojrzałem w jego twarz... i zdębiałem.
To dlatego wszedł wczoraj do oczyszczalni! Nie wybierał się tam na spotkanie. Jak większość Nocnych prawdopodobnie miał kryjówkę gdzieś w kanałach, w tym wielkim podziemnym Viaville, nieznanym i niebezpiecznym.
Ten cholerny kłamca Onissafh nie powiedział mi, że Penter był Nocnym.
Maka nie miał żadnych szans w starciu z Damienem. Nocni nie muszą mieć postury kulturysty. Ich atuty to wiele lat ćwiczeń; doskonała znajomość różnych technik walki, szybkość, refleks, instynkt i adrenalina. Nocny w momencie walki zamienia się w bestię.
Nie widziałem, jak kościsty Penter masakruje stukilogramowego Metysa; leciałem z maksymalną szybkością do mojego ciała. Nie wiedziałem jeszcze, co Penter zamierza zrobić, ale czułem, że muszę się pospieszyć, jeśli chcę pomóc Mitzie. Cóż, walka wręcz nie jest moją mocną stroną, ale coś wymyślę.
Podjechałem samochodem pod samą bramę i przeskoczyłem ogrodzenie niczym tresowana pchła. Uwielbiam moje ciało. Ma już prawie pięćdziesiąt lat, a nadal skaczę ponad dwa metry i ląduję miękko jak kot. W sprincie nie jestem może najlepszy, ale mogę startować w maratonie.
Dostrzegłem ich na podjeździe; Penter ciągnął Mitzie za włosy w stronę garażu. Dziewczyna krwawiła z nosa, lecz nie tak obficie, by tłumaczyło to plamy na jego koszuli. Nie szarpała się, musiał mocno ją obić. Najwidoczniej zamierzał ją dokądś zabrać, może by zażądać okupu.
Zauważył mnie, gdy już wepchnął ją do samochodu. Odwrócił się powoli, płynnym ruchem. Wyciągnął ramiona w moją stronę i strzelił stawami palców obu rąk. Imponujące. Ale ja też tak potrafię, a się nie chwalę.
– Źle trafiłeś, kolego – syknął.
– Bardzo dobrze trafiłem, Penter. Wiesz, kim jestem?
Zmrużył oczy.
– Dimoon, ten prywatny detektyw-cudotwórca, co to wywołuje duchy. Myślisz, że się boję duchów?
To stara historia. Zaczynałem karierę w Viaville jako medium-egzorcysta.
– Myślę, że akurat mnie lekceważyć nie powinieneś – nadałem bardzo mocno.
Złapał się za głowę jak ktoś ogłuszony hałasem. Za dużo mocy mogłoby go zabić, a tego nie chciałem... Nie tak od razu. Najpierw powinien odpowiedzieć na kilka pytań. Skorzystałem z chwilowego zaskoczenia, by zaserwować mu parę prawych i lewych prostych w splot słoneczny, żołądek i grdykę. Był dobry, chyba nie doceniłem jego możliwości. Zwinął się z bólu, ale dość skutecznie podciął mi nogi. Zablokowałem kolejne kopnięcie i spróbowałem uderzyć znowu, tym razem w głowę. Nie dał mi czasu na koncentrację, uchylił się, zamachnął. Przyznaję, musiał obejrzeć więcej filmów karate niż ja. Kątem oka zauważyłem, że Mitzie wyszła z samochodu i pobiegła w stronę domu. Cudem uniknąłem potężnego ciosu w twarz, zablokowałem jego ramię. Chrupnął wykręcany staw. W tym momencie wrzasnąłem; miałem wrażenie, że moja lewa piszczel eksplodowała. Nie byłem przygotowany na ból, upadłem na ziemię. Penter zrobił krok w stronę samochodu, spojrzał na bramę, zablokowaną z drugiej strony moim vanem. Szybko ocenił sytuację. Nie był w stanie jej staranować sportowym mercedesem. Zdążyłem się unieść na zdrowej nodze, ale przyłożył mi znowu.
Pozwoliłem mu uciec. Chwilowo odechciało mi się bijatyki; zresztą, jak już mówiłem, nie lubię przemocy. Chyba zrozumiał, kim jestem, skoro nie usiłował mnie zabić i wybrał ucieczkę.
Mitzie wróciła z mokrym ręcznikiem przy twarzy i pistoletem w prawej dłoni. Dostrzegła Pentera, odjeżdżającego moim samochodem.
– Kim pan jest? – spytała, trzymając broń skierowaną w moją stronę. Udawała pewną siebie. Głos jej nie zadrżał, ale zdradzały ją oczy.
– Robert Dimoon. Agencja detektywistyczna Dimoon, do usług.
– Miałam zamiar dzwonić do pana. Chyba rzeczywiście jest pan medium.
Czy ludzie nigdy o tym nie zapomną? To było ponad dziesięć lat temu, del Bosco musiała wtedy jeszcze bawić się lalkami. Rozpoznała mnie jednak, gdyż zabezpieczyła pistolet, co i mnie odprężyło. Noga pulsowała bólem. Potrzebowałem chwili skupienia, by go złagodzić.
– Zadzwoniłam po policję, już tu jadą. On... Nie wiem, co by się stało, gdyby nie pana pomoc. Zabił jednego z moich ochroniarzy. Gołymi rękami... – Rozpłakała się. Objąłem ją delikatnie, otarłem łzy. – Dziękuję panu. Ale... Nie wiem... Nie wiem, co mam powiedzieć policji. Nie chcę z nikim rozmawiać. Chciałabym zostać sama. Muszę pomyśleć...
– Uważam, że nadal nie jest pani bezpieczna. Penter to szaleniec, może wrócić, on albo jego wspólnicy. Nie zostawię pani samej. I ma pani rację, trzeba się zastanowić, co zeznać na policji. Dlatego zabieram panią do mojego biura. – Zauważyłem stojącego w głębi garażu peugeota.
– Gdzie mogą być kluczyki?
– Są w stacyjce.
Przytrzymałem jej drzwi samochodu.
– Wesley pana wynajął? – zapytała, gdy wyjechaliśmy już na drogę do Viaville.
Przytaknąłem.
– Żeby panią chronić przed Penterem. Miał co do niego słuszne podejrzenia.
– Wesley powiedział mi o szantażu. Że Damien... że to Damien wymyślił historię szantażu, że nie ma żadnego paparazzi.
No tak, to Damien wymyślił historię szantażu. Brawo, Onissafh. A co ja robię w tym wszystkim?
– A co mówił Damien?
– Kilka dni temu pokazał mi zdjęcie, na którym byliśmy oboje i....
Uśmiechnąłem się najcieplej, jak umiałem, widząc jej zażenowanie. Biedactwo między młotem a kowadłem.
– Damien twierdził, że jakiś niezależny reporter zrobił te zdjęcia i teraz żąda pieniędzy w zamian za zachowanie dyskrecji. Ale Wesley powiedział, że to Damien opłacił fotografa.
– Skąd Wesley mógł to wiedzieć?
– Fotograf przyszedł też do Wesleya. Nie chciałam więcej płacić, stąd ta historia. O Boże – westchnęła, ukrywając twarz w dłoniach. – Jak mogłam? Wie pan... wie pan, kim jest dla mnie Wesley?
– O tak, doskonale wiem, kim jest Wesley Scroot – mruknąłem. – Znam pani męża dość dobrze, Mitzie. Nie pierwszy raz wyświadczam mu przysługę.
– Kiedy go poznałam, nie wiem, co się stało... Zakochałam się niemal od pierwszego wejrzenia. To było na bankiecie po premierze Madryckich nocy. Jest trzydzieści cztery lata starszy, ale... po prostu nie mogę o nim nie myśleć. Jest taki męski i czuły, ciepły i silny, pewny siebie...
Rzuciłem jej pełne zrozumienia spojrzenie.
– Wiem, jaki jest, może mi pani oszczędzić opisu. – Taaak, pomyślałem, męski, silny, pewny siebie. Cudowny, dopóki masz na niego oko. Trzydzieści cztery lata starszy? I nie robi ci to różnicy, słodka dziewczynko? Dorzuć do tego jeszcze kilka tysięcy...
– Byliśmy... Jesteśmy nadal bardzo szczęśliwi razem. To idealny związek, może mi pan wierzyć. Naprawdę nie wiem, dlaczego go zdradzałam. – Znowu wybuchnęła płaczem. – Nie mogłam się powstrzymać! Nienawidziłam Damiena, ale... o mój Boże!
– Już dobrze. – Pogłaskałem ją delikatnie. – Już dobrze. Wesley panią kocha i na pewno wszystko pani wybaczył. Znam go dobrze i wiem. – Onissafh zapłaci mi ekstra za to zdanie.
– Biedny Wesley – szlochała Mitzie, a mi robiło się niedobrze. – Penter tak naprawdę nie jest nawet w moim typie – kontynuowała swoją opowieść, gdy wysiedliśmy z samochodu. Noga bolała już mniej, lecz i tak schody na drugie piętro ciągnęły się bez końca. – Ale jest taki... namiętny i impulsywny, nie można mu się oprzeć, jak Wesleyowi, jak Dianie...
– Dianie? – Zatrzymałem się w połowie schodów.
– Diana Tarsh, moja przyjaciółka. Swego czasu... bardzo bliska, jeśli pan rozumie... To ona poznała mnie z Wesleyem i z Damienem. Te zdjęcia... na niektórych jesteśmy we troje.
Nagle mnie olśniło. Ama, Penter, Scroot i Mitzie to miłosny kwadrat. Prosta i stara jak świat historia zdrady i zemsty, rozgrywająca się pomiędzy czterema gatunkami. Ama była kochanką Onissafha, zanim ten poznał Mitzie. Czyli jednak komuś podpadł...
– Dlaczego przed ślubem podpisaliście intercyzę?
Mitzie spojrzała na mnie zdziwiona.
– Wesley mówił panu o intercyzie? Diana mi to poradziła.
Roześmiałem się głośno. Ze śmiechem przekroczyłem drzwi biura. Śmiałem się nadal, dostrzegłszy minę Angie na widok Mitzie del Bosco.
– Mitzie, to Angie, moja współpracownica. Angie...
Angie odzyskała już zawodową pewność siebie. Wspaniała kobieta. Zamknęła biuro, opatrzyła nosek i rozciętą wargę aktorki, zaparzyła kawę i stworzyła miłą atmosferę, jednocześnie ustalając oficjalny przebieg wypadków w rezydencji del Bosco. Obejrzała moją nogę i stwierdziła, że to było raczej pęknięcie kości niż złama¬nie. Właściwie już je wyleczyłem.

Zadzwonił telefon.
– Nife chce z tobą rozmawiać. – Angie podała mi słuchawkę.
– Nife? Gdzie jesteś? – Akurat myślałem o tym, by się z nim skontaktować. Musiał znać Pentera.
– W klubie The One. Powinieneś tu przyjechać.
– Co się stało?
– Morderstwo. I najwyraźniej ten twój Scroot jest w to zamieszany.
Nie musiał mówić nic więcej.

Klub, o którym mówił Nife, znajdował się niedaleko plaży, w gorącej dzielnicy uczęszczanej przez Nocnych. Normalni, których tu spotykano, zazwyczaj wiedzieli o istnieniu Nietykalnych. Większość klientów The One stanowili Nocni, ale przychodziły tu demony wszelkiego pokroju. Ja sam nie odwiedzałem go zbyt często; i tak za dobrze mnie tu znano.
Nife mówił o morderstwie, nie zauważyłem jednak żadnego śladu policji. Kilku Nietykalnych obecnych w klubie postanowiło najpierw powiadomić mnie. Nife czekał przed wejściem, chroniąc się pod daszkiem przed pierwszymi kroplami deszczu. Od razu zaprowadził mnie na miejsce zbrodni.
The One składał się z dwóch sal: kameralnej czerwonej i złotej, z dużym parkietem. Trzy razy w tygodniu odbywały się tu dyskoteki. W długim korytarzu, do którego wchodziło się przez złotą salę, znajdowały się toalety, wyjście ewakuacyjne, pomieszczenia techniczne i schody do piwnicy. Tam znikała znaczna część klientów.
Podziemia urządzone były równie gustownie, co oficjalne pomieszczenia. Trzy różnej wielkości sale pozwalały Nietykalnym oddawać się ich ulubionym rozrywkom w kameralnym nastroju, a co najważniejsze w poczuciu komfortu i bezpieczeństwa. Morderstwa dokonano w najmniejszej, niebieskiej sali.
Przywitało mnie kilku Nocnych, pochylających się nad trupem stygnącym w ciemnej kałuży. Wiedziałem, że ślinka ciekła im na widok marnującej się krwi, nikt jednak nie ośmielił się zanurzyć w niej nawet palca przed moim przybyciem.
Ciało leżało twarzą do ziemi, ale rozpoznałem zabitego od razu. Penter. Odwróciłem się do Nife’a.
– Są jacyś świadkowie?
Pokręcił przecząco głową.
– Nikt nic nie widział. Strobbs i Bellini wbiegli natychmiast, gdy tylko usłyszeli strzały, ale nikogo prócz niego nie było.
Strobbs, z wyglądu otyły księgowy, z zawodu zresztą też, wskazał tylne wyjście, marszcząc pulchny nos.
– Morderca musiał uciec tędy. To ktoś z naszych, w dodatku zrobił to tutaj, dlatego nie wezwaliśmy policji. Może uda się to załatwić między nami. Co myślisz?
Potarłem podbródek.
– Być może to najlepsze rozwiązanie... Policja szuka go za morderstwo. W domu del Bosco – dodałem szeptem, widząc jego pytające spojrzenie. Nife zacmokał.
– A więc na pewno Scroot jest w to zamieszany. Widziałem, jak wchodził jakąś godzinę temu. A potem zniknął.
– Aha. Czy kogoś jeszcze brakuje?
– Nie wiem, nie zwróciłem uwagi. Nie byłem sam, rozumiesz... Zauważyłem jednak Scroota. Dokładnie takiego, jak mi go opisałeś. Ale od razu poczułem, że to jeden ze Starszych. Jakby się z tym obnosił: „Nie zaczepiaj, jestem lepszy od ciebie”.
– Dobrze. Trzeba przesłuchać gości.
Zebraliśmy się w sali, w sumie szesnaście osób, licząc obsługę – sami Nietykalni. Znałem dobrze większość z nich. Choć zwykle nie afiszuję się ze swoją aurą, Nocni też mnie znają – i szanują; często załatwiam ich drobne problemy, na przykład gdy zbyt mocno przycisną jakiegoś klienta. Agencja Dimoon zawdzięcza swoją popularność w Viaville głównie powiązaniom z Nietykalnymi. Niektórzy tylko dzięki mnie są nietykalni.... Wielu z nich to ważne osobistości w świecie biznesu, polityki... Dzięki koneksjom udaje mi się wywiązać ze znacznej części zleceń – otrzymanych nierzadko również po znajomości – i tak interes się kręci od dobrych paru lat. Niemal wszyscy Nietykalni wiedzą, że chroni mnie Communion, Wielka Rada.
Rozdałem kartki oraz długopisy i poprosiłem o wypisanie nazwisk wszystkich osób, jakie dostrzegli dzisiaj w klubie. Onissafh rzucił się w oczy każdemu, co było całkiem normalne, biorąc pod uwagę fakt, że zupełnie nie pasował do tego miejsca. Czego tutaj szukał? Czy raczej: kogo? Odpowiedź znalazłem natychmiast, powtarzała się na większości kartek, tuż pod jego nazwiskiem. Oprócz Scroota w momencie zbrodni w klubie znajdowała się także Ama.

Zostawiłem ciało Pentera tak, jak je znalazłem, i pojechałem do hrabiny moim vanem. Był koło klubu, kluczyki miał parkingowy. Przy odrobinie szczęścia mogłem zastać Amę w pałacyku; w najgorszym przypadku Rosalina da mi jakieś wskazówki, gdzie ją znaleźć. Nad Viaville szalała letnia burza; strugi deszczu i oślepiające błyskawice spowalniały znacznie tempo jazdy. Musicie mnie zrozumieć; jestem dość staromodny, nawet na autostradzie rzadko przekraczam sto dwadzieścia na godzinę. Daleko mi do mistrza kierownicy. Od razu pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą Nife’a. Założę się, że dotarlibyśmy na miejsce o wiele szybciej, gdyby to on prowadził.
Nie wierzyłem ani przez chwilę, że Onissafh zabił Pentera. To nie w jego stylu; w końcu wynajął do tego mnie. A nawet jeśli, Onissafh zadowoliłby się jednym celnym strzałem. A Penter był podziurawiony jak sito.
Najwidoczniej Babilończyk miał tu spotkanie z Amą. Czy wiedział o jej związku z Penterem? O czym rozmawiali? Wtedy zjawił się Penter, pobity i wściekły. Zastał ich oboje... Scena musiała wyglądać ciekawie. Ama pociągnęła za spust. Opróżniła cały magazynek. Przed czy po wyjściu Onissafha? I dlaczego? Na razie nie byłem jeszcze pewien, ale czułem, że zbliżam się do rozwiązania zagadki, w miarę jak zbliżałem się do domu hrabiny.

– Ama? Tak, była tu... Wpadła na chwilę, wyraźnie zdenerwowana. Zabrała kilka swoich rzeczy i odjechała.
– Nie powiedziała dokąd?
– Owszem. Do ciebie. Do Agencji.
Poczułem krople zimnego potu, spływające wzdłuż kręgosłupa. Angie i Mitzie. Zostawiłem je same. Jaki dureń ze mnie! Penter musiał przed śmiercią mówić o mnie. Ale ile jej powiedział?
Dochodziła dwudziesta pierwsza. Słońce zachodziło gdzieś za szarymi kłębami chmur, tłustymi i ciężkimi od deszczu. Powietrze gęstniało coraz bardziej, kolejna letnia ulewa dosłownie wisiała kilkaset metrów nad ulicą. Droga była ciemna i pusta. Zapomniałem o ostrożności. Wcisnąłem pedał gazu do oporu, zastanawiając się, jak to rozegrać. Ama to śmiertelne zagrożenie dla Mitzie i Angie. Ale nie mogę pozbawić jej nieśmiertelności, najwyżej wypędzić z obecnego ciała, co będzie mnie kosztować nieco energii. Byłem w stanie to zrobić, wahałem się jednak. Ama wcieli się natychmiast w jakieś niedawno poczęte dziecko, które nie ma jeszcze duszy. Zyskamy w ten sposób kilka lat spokoju i śmiertelnego wroga na resztę życia. Demonessa zapamięta, kto ją zmusił do przedwczesnego odrodzenia i związanych z tym cierpień. Co robić? Może uda mi się przemówić do resztek jej zdrowego rozsądku...

– Ach, o wilku mowa. – Ama przywitała mnie lufą pistoletu, wymierzoną w moją pierś.
Ja sam nie noszę nigdy broni. Obchodzę się świetnie bez niej w starciach ze śmiertelnymi i Nocnymi, a na demony nie działa. Więc po co mi ona? Szybkim rzutem oka oceniłem sytuację. Angie i Mitzie siedziały na kanapie, przestraszone, ale całe. Ama była ranna w prawe ramię. Na podłodze obok drzwi, zwinięty w kłębek, leżał Korin. Przyciskał dłoń do rany na brzuchu. Krwawił obficie.
– O, nie, nie, nie. – Ama potrząsnęła głową. – Nie dotykaj go, skarbie. Niedobry chłopiec – zwróciła się do Korina. – Próbował przeszkodzić nam w rozmowie. Ależ niech pan usiądzie, panie Dimoon, posłucha pan ciekawej historii.
Ruchem broni wskazała mi fotel. Nie wiedziała, kim naprawdę jestem. Penter jej nie powiedział. Zamaskowałem się najlepiej, jak mogłem. Nie mogła poczuć, że mam jakikolwiek dar.
– Taaak... Na czym to stanęliśmy? Ach, prawda, zastanawiałam się właśnie, jak to możliwe, że odebrałaś mi Onissafha. Jak mógł zakochać się w zwykłej śmiertelniczce, mając mnie, boginię miłości?
Angie i Mitzie patrzyły na nią z przerażeniem w oczach. Oczywiście uznały ją za obłąkaną. Ja też. Ama uważała się za boginię, będąc zwykłą demonessą. Właśnie dlatego była taka niebezpieczna. Nawet demony czasami wariują. Problem polega na tym, że demona praktycznie nie można zabić.
Dlatego spróbowałem negocjować.
– Panno Tarsh, proszę odłożyć broń. Porozmawiajmy spokojnie, jak kulturalnym ludziom przystoi...
– Kulturalnym ludziom – parsknęła. – A co ty nazywasz kulturą? Człowiek to najdziksze ze zwierząt. Mimo wieków kultury nie potrafi się ucywilizować; zabija, kradnie, kłamie, zdradza... Nie, dzisiaj nie będziemy rozmawiać o kulturze – rzuciła głosem pełnym jadu. – Będziemy rozmawiać o zemście. Zemście za zdradzoną mi¬łość. Prawdziwą, wieczną miłość...
– Scroot odszedł od ciebie, bo już cię nie kocha. Wieczna miłość nie istnieje. Jaki sens ma zemsta? Śmierć nie przywróci ci kochanka.
– Zemsta ma sens tylko wówczas, gdy jeszcze się kocha, zapamiętaj to sobie, robaczku. To najlepszy sposób, by pozbyć się niechcianej, upartej miłości. Znasz to cudowne uczucie, gdy pociągasz za spust i widzisz, jak kula zagłębia się w ciele... Czujesz ten słodko-metaliczny zapach krwi... Gdyby to mogło przynieść mi ukojenie, zabiłabym tę miłość we mnie samej. Ale ja nie mogę popełnić samobójstwa. – Przyłożyła sobie pistolet do piersi i pociągnęła za spust. Oczywiście przygotowała się na szok i nic jej się nie stało. Zresztą oszukiwała. Wcale nie strzeliła sobie w serce, kula przeszła obok. Osiągnęła jednak cel: wywarła niezłe wrażenie. Mitzie zemdlała, Angie zaś zamarła niczym żona Lota, z otwartymi ustami.
– Widzicie? Muszę znaleźć inne rozwiązanie, ponieważ... ja-nie-u-mrę! – wyskandowała. – Ale ona... ona może...
Korin też mógł umrzeć. Spojrzałem na niego i poczułem, jak wzbiera we mnie okrutny, pierwotny gniew. Wiedziałem, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobię, chłopak wykrwawi się na śmierć. Korin jest dla mnie jak syn. Znalazłem go dwadzieścia lat temu w ruderze na przedmieściach Rochers. Pomagałem tamtejszej policji w dochodzeniu w sprawie dziwnej sekty, porywającej dzieci ważnych osobistości. To była totalna porażka, akcja skończyła się krwawą jatką. Kiedy policja wkroczyła do mieszkania, jedyną żywą istotą pozostał Korin – nawet rybki z rozbitego akwarium zdążyły już wyzdychać. W piwnicy odkopaliśmy potem ciała kilkunastu małych chłopców, w większości uduszonych. Korina znalazłem w łazience w pustej wannie. Chłopiec mógł mieć wtedy trzy, cztery lata. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kim byli jego rodzice. Może należeli do sekty, a może padli jej ofiarą. Popatrzył wtedy na mnie swoimi dużymi jasnymi oczami, wyciągnął w moją stronę chude rączęta i wymówił tylko jedno słowo:
– Tata?
Adoptowałem go kilka miesięcy później. To jedyny śmiertelny, któremu ufamtak naprawdę. Nie mogłem patrzeć spokojnie, jak umiera. Zwłaszcza że miałem wobec niego poważne plany.
Postarałem się mimo wszystko pohamować złość. Posiadałem nadal tę przewagę, że Ama nie wiedziała, kim jestem i jaką siłą dysponuję. Wciąż wierzyłem, że mogę rozegrać wszystko spokojnie, po ludzku, bez ingerencji sił nadprzyrodzonych. Czasem lepiej nie budzić pewnych mocy... Chciałem je zachować dla Korina. Jeżeli Ama będzie stawiać opór – ten nadprzyrodzony – może mi później nie starczyć sił, by go uratować. Nie wyczuwałem wprawdzie przy demonessie jakiegoś szczególnego źródła mocy, z doświadczenia jednak wiedziałem, że demony, zwłaszcza te młode, noszą przy sobie różne drobne zabezpieczenia. Sprawa była delikatna.
– Nie wiem, czy zdaje sobie pani z tego sprawę, panno Tarsh, ale ma pani poważne kłopoty. Powinienem teraz aresztować panią za zabójstwo Damiena Pentera, usiłowanie zabójstwa Korina Martina...
Roześmiała się perlistym, lekko histerycznym śmiechem.
– Ja już gdzieś cię widziałam... dziwne, nie mogę sobie przypomnieć... – Powiodła językiem po zębach, przyglądając mi się uważnie. – Nieważne. Mam po¬mysł. – Skierowała lufę w stronę Mitzie. – Dlaczego nie dodać do tej listy jeszcze paru nazwisk? Na przykład del Bosco?
Nie chciałem jej straszyć Communion, jednak nie widziałem innego sposobu.
– Amo. – Drgnęła, gdy wymówiłem to imię. – Osiedlając się na Złotym Wybrzeżu, zobowiązałaś się przestrzegać pewnych praw. Communion nie puści ci płazem kolejnego morderstwa. Nie pogarszaj sytuacji. Możemy jeszcze rozwiązać wszystko polubownie. Starsi zapomną o Penterze, jeżeli zaprzestaniesz zemsty. Wyjedziesz z Viaville na jakiś czas...
– Nie chcę wyjeżdżać z Viaville. Mam tu kontrakty. Nie chcę zapominać o zemście. Nie chcę.
– Podpiszesz inne kontrakty, choćby w Hollywood. Amo, zastanów się. Kiedy Communion dowie się o twoich wybrykach...
Zmrużyła oczy, wahała się chwilę, jakby rozważając moją propozycję.
– A jeśli nikt im nie powie?
Zaskoczyła mnie; nie spodziewałem się, że będzie strzelać. Pierwsza kula dosięgła ramienia, druga przeszyła moją pierś. Angie zanurkowała pod biurko, gdzie leżał pistolet Korina. Wypaliła dwa razy – z zamkniętymi oczami! Trafiła czubek buta Amy i jakiś opasły tom na półce, metr od jej głowy. Demonessa nadal opróżniała magazynek, mierząc do mnie. Miałem już cztery dziury w okolicy serca.
– Nie psuj mi tego ciała, za bardzo je lubię – powiedziałem, odkrywając się w końcu przed nią. – Na szczęście nikt ci nie powiedział, że jestem Wiecznym.
Postawiłem wszystko na jedną kartę i uwolniłem maksimum energii.
Oszołomiona Ama opuściła pistolet. Zrozumiała, że to koniec; w starciu z wiecznym duchem pospolity chaldejski demon zwykle nie ma większych szans.
Angie nadal trzymała swoją broń wymierzoną w Chaldejkę, ale jakoś bez prze¬konania. Będziemy musieli poćwiczyć strzelanie, kiedy to się skończy.
– Jako członek Communion mam prawo cię osądzić – powiedziałem szyb-ko – co też niniejszym czynię. Skazuję cię na wygnanie. Opuścisz teraz to ciało i przez najbliższe dwieście lat nie zbliżysz się do Viaville!
Ama nie broniła się; westchnęła tylko, gdy wyrzuciłem ją z ciała. Niepotrzebnie uwolniłem tyle mocy. Pochyliłem się nad Korinem.
– Di – wyszeptał. – Ty...
– Nic nie mów. Nie martw się o mnie, nic mi nie będzie. – Położyłem dłonie na jego ranie. Wbrew temu, co mówiłem, wcale nie byłem pewny, czy wystarczy mi sił, by uratować Korina i własne ciało. Czułem się zmęczony. Zużyłem mnóstwo energii na wypędzenie Amy, ale stan Korina był naprawdę zbyt poważny, bym teraz zajmował się sobą. Liczyła się każda minuta.
– Co mogę zrobić? – zapytała z tyłu Angie.
– Zajmij się Mitzie. Nie powinna tego widzieć.
– Dobrze – powiedziała cicho. Wywlokła nadal nieprzytomną aktorkę do sąsiedniego pomieszczenia. Tymczasem ja zająłem się Korinem. Był już na granicy...
– Muszę wniknąć w ciebie, by zatrzymać krwawienie.
Nie wiem nawet, czy mnie usłyszał. Położyłem się obok. Rzuciłem szybkie spojrzenie na własne ciało – wyglądało fatalnie. Jasna krew z prawego płuca mieszała się z ciemną spod serca, na mojej ulubionej, niebieskiej koszuli Pierre Cardin. Całość przypominała abstrakcyjny obraz z rodzaju tych, które można kupić w niedzielę na bulwarze. Wcześniej tylko raz wnikałem w jego umysł, gdy nabawił się ostrego zapalenia opon mózgowych na wyprawie w góry, którą urządziliśmy sobie z okazji jego szesnastych urodzin. Teraz strzępki myśli Korina trzepotały wokół mnie jak barwne motyle. Były tam ból, lęk, miłość. Owo specyficzne uwielbienie dla mnie, którego nie potrafię go oduczyć. To drażniące, że czasem traktuje mnie niczym jakieś bóstwo. Jestem tylko nieśmiertelnym duchem, to wszystko. Ale to nie była pora na wykłady z demonologii. Zatrzymałem krwawienie i oczyściłem ranę. Czas zająć się sobą. Oj, niedobrze. Spróbowałem się podnieść, ale upadłem z wyczerpania. Zawołałem Angie.
– Zadzwoń po doktora Lenoira. Powiedz, że Alad potrzebuje pomocy Ba’ala, natychmiast. Potem możesz opisać mu wszystko, co tu zaszło. Być może opuszczę to ciało. Zdaj się we wszystkim na doktora i na Korina.
Z trudem udawało mi się skupić. Osłabiony wysiłkiem duch instynktownie wyrywał się ze śmiertelnie rannego ciała.
Ale ja lubię to ciało, lubię życie prywatnego detektywa. Nie chcę teraz szukać innego...
Weź się w garść, Alad, powtarzałem sobie, wytrzymaj te parę minut.
Angie wykonała telefon i pochyliła się nad moim ciałem. Korin powoli wstawał z podłogi. Patrzył na mnie z troską i miłością. Dobrze wiedzieć, że ktoś cię kocha, poznawszy twoją prawdziwą naturę.
Nawet demony pragną miłości. Nawet Ama.
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Jakoś pomóc? – Pomiędzy białymi i czerwonymi płatami, jakie latały mi przed oczami, dostrzegałem twarz Angie. Czułem, że zaraz stracę przytomność, co nie zdarzyło mi się od stuleci. A wtedy nie uda mi się uratować tego ciała. Dimoon będzie oficjalnie trupem. Zazwyczaj mogę czerpać moc niemal zewsząd i w każdej okoliczności, teraz jednak byłem zbyt słaby. Energia kosmiczna, którą przywoływałem, przychodziła do mnie zbyt wolno, zużywałem ją natychmiast do utrzymania się przy życiu; o leczeniu nie mogło być mowy.
Mon ange... nie mogę cię o nic prosić...
– Czy mogę jakoś pomóc? – powtórzyła pytanie.
– Możesz dać mu trochę twojej energii. Zużył swoją, żeby uratować mnie – odpowiedział Korin.
– Jak... co mam zrobić?
– Po prostu podaj mi rękę. – Poczułem ciepło życia, falę energii spływającą do mojego ciała. – Dziękuję, mon ange... Dobrze, że jesteś – powiedziałem, usiłując się uśmiechnąć.
Angie patrzyła prosto w moje oczy. Nie bała się. Niezwykła kobieta.

Ba’al, alias doktor Lenoir, mieszkał dwie przecznice dalej. Gdy kilka minut później zjawił się w agencji, choć jeszcze słaby, stałem już o własnych siłach. Ustaliliśmy szybko kilka faktów. Ba’al przekazał mi wystarczająco dużo siły, bym mógł się wyleczyć. W torebce Amy znaleźliśmy zdjęcia i negatywy. Więc zasłużyłem na wypłatę... Tak myślę. Teraz pozostało tylko posprzątać.
Angie uczestniczyła w zabiegach z podziwu godnym spokojem, bez zbędnych pytań. Potem Mitzie odzyskała przytomność. Wytłumaczyliśmy jej, że dla dobra nas wszystkich zdarzenia dzisiejszego dnia muszą pozostać tajemnicą. Zgodziła się w stu procentach. Oczywiście nie wie do końca, co tu właściwie zaszło – trochę manipulowałem jej pamięcią...
– A teraz możemy zadzwonić po policję – stwierdziłem w końcu i wybrałem numer inspektora Fraina.
– Dimoon? Zdajesz sobie sprawę z tego, która jest godzina? Dochodzi jedenasta, dzieci mi budzisz.
– Tak, ale dzwonię do ciebie w sprawie Nietykalnych. – Frain pochodził z rozbitej rodziny alkoholików, zawdzięczał wszystko parze Nocnych, którzy go adoptowali.
– Cholera. Będę u ciebie za pół godziny.
– Czy inspektor też jest... – Angie szukała słów – jednym z... was?
– Nie. – Uśmiechnąłem się do niej. – Ale należy do wtajemniczonych. Wie o istnieniu Nietykalnych. Nie wie, że ja także nim jestem – uprzedziłem jej kolejne pytanie. – Ważne, żeby jak najmniej osób o tym wiedziało.
Frain, jak się wkrótce okazało, był wieczorem w rezydencji del Bosco. Opowiedział nam, że niedługo po przyjeździe policji pod willę podjechało czarne Alfa Romeo – które według słów Mitzie należało do Scroota – ale na widok radiowozów kierowca zawrócił gwałtownie i odjechał, zanim ktokolwiek zauważył numery rejestracyjne... Musiał przestraszyć się policji i postanowił zniknąć na jakiś czas. Wtajemniczyliśmy Fraina w część wydarzeń – tylko to, co niezbędne, by mógł chronić naszą wersję wypadków.

Angie zamknęła drzwi za inspektorem Frainem i usiadła na kanapie naprzeciw mnie z wyczekującym wyrazem twarzy.
– A zatem, moja droga Angie, jak już zapewne się domyślasz, nie jestem zwykłym śmiertelnikiem.
Powiodła wzrokiem ode mnie do Korina, który odzyskał już całkowicie swój zwyczajny, dobry humor i wybijał jakiś wesoły rytm na blacie biurka.
– Więc kim pan jest, panie Dimoon?
– Nomen omen – rzucił Korin z niewinną miną. Przyznałem mu rację... Wiem, to może wydawać się nieco trywialne, ale lubię takie drobne żarty. Wcześniej na przykład nazywałem się Duchovny...
– Dimoon... demon?
– Raczej duch. Nietykalny. Wieczny. Starszy... Dajmon, Demon, tak też niektórzy mnie nazywali, choć jestem czymś potężniejszym. Jestem starszym od piramid nieśmiertelnym duchem, żyjącym w ludzkim ciele. Kiedy ciało umiera, przenoszę się do innego... I tak już od kilku tysięcy lat.
– Wielu was jest? Starszych?
– Niewielu. Ale lubimy Viaville. Są różne duchy, demony, różni Nietykalni. Najliczniejsi są Nocni, których zwykli ludzie nazywają najczęściej wampirami. Ich rodzicami były demony Babilonu. Istnieją też starsze demony. Potężniejsze od demonów są wolne duchy, takie jak ja. Najstarsi, Wieczni, jak Ba’al, byli kiedyś czczeni jako bóstwa. To długa historia. Dużo długich historii. Czeka cię mnóstwo nauki.
– Kto jeszcze o tym wie? Że ty...?
– Spośród śmiertelnych tylko ty i Korin, nikt więcej. I tak ma zostać. Nie boisz się?
– Ciebie? Nie. Musiałeś się spodziewać, że prędzej czy później poznam prawdę. Poza tym... za bardzo cię lubię, żeby się bać.
A cóż ma oznaczać to przeciągłe spojrzenie? Angie, Angie... Położyłem dłoń na jej ramieniu.
– Dobrze, że jesteś – wyszeptałem jej do ucha i odsunąłem się. Nie chcę zbytnio przywiązywać się do śmiertelnej osoby. Przeżyłem to już kilka razy. Rodzina, dzieci... Wystarczy, że martwię się o Korina. To nie dla mnie. Zbyt bolesne. Angie pozostanie moim aniołem. Bliskim, ale nieosiągalnym. Nietykalnym...
Dobrze, że anioły też istnieją.

***

Poinformowałem Wielką Radę o sprawie. Jeśli Scroot skontaktuje się z kimś z naszych, dowie się, w jaki sposób wszystko się skończyło. Oficjalnie Penter, szaleńczo zakochany w Mitzie, zabił Makę, który ją bronił; Penter miał ciekawą kartotekę, więc nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Ciała Pentera nie odnaleziono, policja nadal poszukuje go za zabójstwo. Prasa brukowa skojarzyła go z nagłym i niewytłumaczo¬nym zniknięciem Diany Tarsh. Niektórzy podejrzewają ich o romans, o to, że wspólnie ukrywają się gdzieś na jakiejś tropikalnej wyspie... O Scroocie nikt nie słyszał, ale mam nadzieję, że szybko wróci... albo chociaż wyśle czek. Niezależnie od tego, że Mitzie, która nadal pozostaje panną del Bosco, wspaniałomyślnie zasiliła kasę naszej Agencji całkiem przyzwoitą sumką. Jutro po północy spotyka się z Korinem... A ja, cóż, z Rosaliną di Racini. Może Dona też tam będzie...

_______________________________________________

Pobierz opowiadanie w formatach PDF, epub i mobi.


Autor: Ela Graf
Dodano: 2015-07-07 23:29:25
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

zo-sia - 16:45 19-07-2015
Super napisane , wartka akcja i ciekawe postaci.
Brawo za pomysł ! !

Komentuj


Konkurs

"Wiara" i zbrodnia


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Stewart, Ian & Tall, David - "Podstawy matematyki"


 Grzędowicz, Jarosław - "Hel 3"

 Golden, Christie - "Narodziny hordy"

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Noc Kupały"

 Alexander, K. C. & Hough, Jason M. - "Mass Effect. Andromeda: Rebelia Nexusa"

 McGuire, Ian - "Na Wodach Północy"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

Fragmenty

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS