NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryan, Anthony - "Królowa ognia"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Elliott, Kate - "Dziecko płomienia"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Cykl: Elliott, Kate - "Korona Gwiazd"
Tytuł oryginału: Child of Flame
Data wydania: Marzec 2011
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7506-708-8
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205 mm
Liczba stron: 972
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2000
Wydawca oryginału: DAW Books
Tom cyklu: 4



Elliott, Kate - "Dziecko płomienia"

„Dziecko płomienia”, czyli czwarta odsłona cyklu „Korona Gwiazd” to – wreszcie – słabsza część sagi. Wreszcie – ponieważ taka część w końcu musiała nadejść. Z dotychczasowego doświadczenia czytelniczego skromnego recenzenta wynikało, że taka dobra passa nie może trwać wiecznie i autorce musi się w końcu noga powinąć. Ale niektórym powija się w kiepskim stylu (Robert Jordan), a innym w dobrym (George R.R. Martin). Problem zaczyna się, kiedy ta zła passa przedłuża się na kolejne części. I naprawdę musiałbym mocno się wysilić, aby wskazać autora, któremu coś takiego się nie zdarza. Może Joe Abercrombie, ale on napisał „tylko” trylogię, a potem powieści towarzyszące i rozwijające niektóre wątki z tejże. W zasadzie we wszystkich cyklach fantasy takie wpadki wydają się nieuniknione. Nie dywagując zbyt długo: jest to także (lub przede wszystkim) wina rozbudowy świata. Tego, że historia się autorowi rozrasta i traci nad nią panowanie, wydłuża się droga, którą należy poprowadzić bohaterów do finału, aby poszczególne elementy historii łączył ciąg przyczynowo-skutkowy i aby nie skracać na siłę i nie szukać dróg na skróty.

Mam wrażenie, że coś takiego spotkało „Koronę Gwiazd”. Kate Elliott z naprawdę godną szacunku wytrwałością i talentem budowała swój świat; poświęciła sporo miejsca na to, aby zaludnić go wiarygodnymi, realistycznymi bohaterami, scenografią i tłem historycznym. Przy tym nie miałem wrażenia, także przy części czwartej, że autorka robi to na siłę. „Problem” z tym cyklem jest taki, że to wszystko jest bardzo atrakcyjne i interesujące. Wielokrotnie przyłapywałem się na tym, że nie przeszkadza mi „towarzyszenie” bohaterom drugoplanowym. Ani obserwowanie kreowanej rzeczywistości. Może to krok za daleko w domysłach, ale miałem wrażenie, że autorka lubi to, co stworzyła. Że, w odróżnieniu od George’a R.R. Martina, nie stała się zakładniczką postaci, wątków czy po prostu swojego świata.

Jak autorka sama przyznaje w nocie, materiał, który składa się na „Koronę Gwiazd” pisany był z myślą o trylogii. A po niej miały nastąpić trzy kolejne części. Jednak w trakcie pisania autorkę dotknęło to, co innych pisarzy – fabuła rosła i rosła. Z wyjaśnień samej Elliott wynika jednak i to, że była tego świadoma i zmusiło ją to do pewnej dyscypliny, aby utrzymać tempo samej fabuły i pierwotny plan modyfikować na tyle, na ile to możliwe.

Zatem „wpadka” autorki nie jest tak straszna, jakby się mogło wydawać. Choć bez tego wstępu, miałbym obawy. Nie można bowiem zignorować faktu, że zebranie wszystkich wątków do kupy i skierowanie ich na właściwe tory w sposób niesprawiający wrażenia brutalnego „cięcia po skrzydłach”, wydaje się nadal ambitnym zamierzeniem. W „Dziecku Płomienia” pojawiają się nowi bohaterowie, nowe lokacje i wiążące się z tym problemy dla głównych bohaterów, którzy już i tak kłopotów mieli co niemiara w finale trzeciej części. Przy tym drogi Liath, Sanglanta i Alaina rozdzieliły się dosyć istotnie. Może bardziej w przypadku Liath i Sanglanta, niż Alaina – niemniej jednak boję się, że jak to się zdarzyło w „Dziecku Płomienia”, autorka może właśnie przy pomocy magii doprowadzić do przecinania się kolejnych ścieżek bohaterów. To będzie miało uzasadnienie – i byłoby to, nomen omen, nawet logiczną konsekwencją odkrywania i poznawania własnych mocy. Ale jednak nie sposób nie uznać takiego prawdopodobnego rozwiązania za „łatwiznę fantasy”. Byłoby to rozczarowujące, wobec – nie waham się tego tak określić – kunsztownego i realistycznego rozbudowania fabuły.

W „Dziecku Płomienia” autorka potrafi wciąż zaskakiwać czytelnika. Jak pisałem w recenzji „Głazu Gorejącego”, wiele kart zostało wyłożonych na stół. Ale w „Dziecku Płomienia” okazuje się, że nie wszystkie z tych kart pokazały prawdę. Zatem pochodzenie Liath i Alaina wciąż pozostaje zagadką, a autorce nie spieszy się z odpowiedzią. Tymczasem Sanglant podejmuje decyzję, bazując na tym, co wie o jej pochodzeniu, i interesujące jest to, że mogą to być decyzje złe. Przynajmniej w sferze stosunków dynastycznych. Zaś ujawnienie nadciągającego zagrożenia – zgodnie z oczekiwaniami – nie jest traktowane poważnie. Szczególnie nie przez tych, którzy się powinni tym przejąć. Do tego dochodzą spiski i manipulowanie wydarzeniami przez ukrywających się na widoku przeciwników. A także nowe wojny i zawirowania w królestwie, którymi bohaterowie siłą rzeczy muszą przejmować się bardziej, niż jakąś wciąż mityczną dla nich katastrofą. Kate Elliott naprawdę potrafi w tym wszystkim zamieszać i uczynić wszystko i wszystkich mniej jednoznacznymi niż się z pozoru wydają.

I dalej pisałbym o tym entuzjastycznie, gdyby nie to, że mamy do czynienia z tomem czwartym i można zacząć odczuwać zniecierpliwienie faktem, że historia wciąż się rozrasta. A zatem jego największa zaleta staje się powoli obciążeniem, przygniatając najważniejsze wątki swoim ciężarem. Ale pociesza fakt, że cykl został już skończony i wszystko jest po prostu kwestią przeczytania kolejnych opasłych tomów. Z nadzieją na godne zwieńczenie fabuły. I oby tylko wydawca nie zawiódł czytelników, każąc czekać nieznośnie długo na dwie brakujące części.


Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2014-11-16 08:12:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS