NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Grant, Mira - "Blackout"
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Grant, Mira - "Newsflesh"
Tytuł oryginału: Blackout
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Data wydania: Sierpień 2014
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7924-168-2
Oprawa: miękka
Liczba stron: 512
Cena: 34,90 zł
Rok wydania oryginału: 2012
Tom cyklu: 3



Grant, Mira - "Blackout" #2

Pacjent 139b został ugryziony wieczorem 24 czerwca 2041 roku. Dokładny czas nie został zarejestrowany, ale nie minęło więcej niż dwadzieścia minut między bezpośrednim kontaktem a pierwszym badaniem. Zainfekowanego odpowiedzialnego za ugryzienie zabrano z drogi. Pośmiertna analiza potwierdziła wysoką zaraźliwość i to od co najmniej sześciu dni, ponieważ wirus amplifikował we wszystkich częściach ciała. Próbki krwi pobrano z ręki Pacjenta 139b, a następnie ustalono ich DNA, by udokumentować pochodzenie. Analiza potwierdziła infekcję. (Aby uzyskać dowód na obecność aktywnej formy wirusa we krwi Pacjenta 139b, przejdź do załączonego pliku). Amplifikacja najwyraźniej rozpoczęła się normalnie i rozwijała zgodnie z typową sekwencją aż do utraty zdolności kognitywnej. Próbki pobrane z ubrań Pacjenta 139b potwierdzają tę diagnozę. Pacjent 139b został poddany badaniu krwi krótko po przybyciu, ale nie wykryto u niego aktywnej formy wirusa. Powtórna analiza przy wykorzystaniu urządzenia wyższej generacji również nie wykazała infekcji. Jako osoba wykwalifikowana poświadczam, że po czterdziestu ośmiu godzinach spędzonych w odosobnieniu, według standardowych procedur kwarantanny na wypadek zarażenia wirusem Kellis-Amberlee, Obiekt 139b jest zdrowy i nie stanowi zagrożenia ani dla siebie, ani dla osób postronnych. Bóg mi świadkiem, Joey, przysięgam, że Shaun Mason nie jest zarażony aktywną formą Kellis-Amberlee. Powinien być, ale nie jest. Zaczął amplifikować i w jakiś sposób udało mu się zwalczyć infekcję. To mogłoby wszystko zmienić… gdybyśmy mieli choć cień pojęcia, jak mu się to udało.
– z wiadomości wysłanej przez doktor Shannon Abbey do doktora Josepha Shoji z Kauaińskiego Instytutu Wirusologii,
27 czerwca 2041

W takich chwilach zastanawiam się, czy mama miała rację, przygotowując mnie do wystawnego życia żony bogatego męża. Przynajmniej miałabym mniejsze szanse na to, by chować się w nielegalnym laboratorium, które łapie zombie dla wykwalifikowanego szalonego naukowca. Chociaż z drugiej strony, kto wie.
– z Czarująco nieszczerej,
bloga Rebeki Atherton,
16 lipca 2041. Nieopublikowane


Dwa

– Shaun! Uważaj! – usłyszałem w słuchawkach głos Alarica, a pół sekundy później czyjaś ręka złapała mnie za łokieć, ciągnąc z tą dziwną mieszanką siły i nieporadności, charakterystyczną dla zombie, który przeszedł pełną amplifikację. Wyrwałem się i obróciłem gwałtownie, żeby uderzyć napastnika w głowę moim ościeniem do poskramiania bydła.
Na twarzy zombie pojawił się wyraz niemal komicznego zaskoczenia, kiedy potraktowałem go prądem. A potem nieumarły umarł. Kopnąłem ciało, ale się nie poruszyło. Dla pewności popieściłem go raz jeszcze. Prąd zawsze był bardzo użyteczny w walce z zombie, bo wprawia kontrolującego nimi wirusa w dezorientację, ale okazuje się, że można podkręcić napięcie tak, żeby umarlaka na jakiś czas unieszkodliwić.
– Dzięki za ostrzeżenie – powiedziałem z nadzieją, że mikrofon wychwyci mój głos. – Mam kolejne ciało. Wyślij w to miejsce ekipę. – Przyglądałem się pobliskim drzewom, szukając wzrokiem oznak ruchu, a tym samym kolejnego celu.
– Shaun… – W głosie Alarica zabrzmiała groźna nuta. Oczami wyobraźni widziałem, jak siedzi przy komputerze i łapie się za głowę, starając się nie pokazać po sobie irytacji. W końcu to ja byłem szefem, więc chłopak musiał przynajmniej udawać, że darzy mnie szacunkiem. Od czasu do czasu. – To już czwarty dzisiaj. Nie sądzisz, że wystarczy?
– Spróbuję pobić rekord.
Usłyszałem sygnał, który oznaczał, że Becks podłączyła swój własny kanał do rozmowy. Rzuciła cierpko:
– Przecież już masz rekord. Cztery zombiaki w jeden wieczór to dwa razy więcej niż ktokolwiek złapał. A teraz proszę, proszę, wracaj do laboratorium.
– A co mi zrobisz, jak nie posłucham? – zapytałem. Nie zauważyłem żadnego ruchu, nie licząc mojego zainfekowanego przyjaciela, który zaczął się szarpać. Znowu potraktowałem go prądem. Drgawki ustały.
– Krótko, Shaun: strzałki ze środkiem uspokajającym. A teraz wracaj.
Zagwizdałem.
– Nie grasz fair. A może obiecasz mi ciasteczka z czekoladą za posłuszeństwo? To znacznie lepsza motywacja.
– A może przestaniesz się zgrywać, a ja się nie wścieknę? Odporność nie daje ci nieśmiertelności. A teraz, proszę – jej ton z cierpkiego zmienił się w błagalny – wracaj do domu.
Ona ma rację, powiedziała George – a raczej jej duch; cichy głos w mojej głowie, czyli jedyne, co mi zostało po zmarłej siostrze. Niektórzy mówią, że mam problemy. Ja twierdzę, że są trochę do tyłu, bo od dawna jestem kompletnym świrusem. Musisz wrócić. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.
– Nie wiem – stwierdziłem. Kiedyś trochę krępowałem się rozmawiać z George’em, ale potem zdecydowałem, że czas całkiem zwariować. To naprawdę zaskakujące, jak szaleństwo potrafi człowieka wyzwolić. – Przecież ja się dobrze bawię. Czy to nie ty ciągle marudziłaś, że powinienem wychodzić w teren? A co to jest twoim zdaniem?
Shaun. Proszę.
Z mojej twarzy zniknął uśmiech.
– Dobra. Nieważne. Skoro chcesz, żebym wrócił do głupiego laboratorium, wrócę do głupiego laboratorium. Zadowolona?
Nie, stwierdziła George. Ale będzie mi to musiało wystarczyć.
Jeszcze raz smagnąłem moją ostatnią ofiarę. Nie zareagowała. Odwróciłem się, żeby przejść między drzewami do zniszczonej drogi, przy której zaparkowałem motocykl. Po swojej lewej stronie usłyszałem wystrzały. Zawahałem się. Nie doczekałem się spodziewanych krzyków. Kiwnąłem głową i znowu ruszyłem. Może zabrzmi to bezdusznie, ale nie ja jeden zbierałem zainfekowane ciała dla doktor Abbey, szalonej wirusolożki, u której ukrywaliśmy się od jakiegoś czasu. Większość jej asystentów to byli wojskowi albo wyborowi strzelcy. Potrafią o siebie zadbać, a przynajmniej w kwestii zabijania. Nie jestem pewien, czy równie dobrze szło im przyprowadzanie żywych zombie. Na szczęście to wyłącznie ich problem.
Westchnienie ulgi Alarica sprawiło, że aż podskoczyłem. Już prawie zapomniałem, że on i Becks podsłuchują mnie, siedząc w przytulnym laboratorium.
– Dzięki, że poszedłeś po rozum do głowy.
– Nie dziękuj mi – stwierdziłem – tylko George’owi.
Żadne z nich nie skomentowało. Nie spodziewałem się niczego innego. Nacisnąłem przycisk na słuchawce i zerwałem połączenie, a potem ruszyłem w dalszą drogę.
Minął już prawie miesiąc od czasu, kiedy świat przewrócił się do góry nogami. Czasami budziłem się rano i niemal dziękowałem, że jestem w laboratorium. Pewnie, większość przechowywanych tu obiektów mogłaby mnie zabić – nie wyłączając głównej wirusolożki, która, jak podejrzewałem, skrycie marzyła, by mnie rozkroić i zbadać moje organy wewnętrzne – ale przynajmniej wiedzieliśmy, co się dzieje. Mieliśmy się gdzie podziać, dopóki nie opracowaliśmy planu działania. A to oznaczało, że znaleźliśmy się w lepszym położeniu niż ocaleli mieszkańcy południowo-wschodniej części Ameryki Północnej, którzy musieli stawić czoła czemuś, czego nikt z nas się nie spodziewał: wirusowi Kellis-Amberlee przenoszonemu przez owady.
Tropikalna burza przywiała znad Kuby nowy szczep komarów, wystarczająco dużych, by przenosić aktywną formę wirusa. Tamtego dnia nikt nie słyszał o tym, by Kellis-Amberlee można się było zarazić od owadów. Cały świat dowiedział się o tym dzień później, kiedy mieszkańcy obszaru dotkniętego nawałnicą odkryli nowe znaczenie określenia „klęski żywiołowej”. Wirus początkowo rozprzestrzeniał się razem z huraganem Fioną, ale kiedy wiatry osłabły, a komary postanowiły poszukać sobie świeżych dostawców krwi, zaraza zyskała niezależność. Wszystko zgodnie z prawdziwie apokaliptycznym scenariuszem, który nawet z doświadczonych lekarzy potrafi zrobić szczających w gacie maminsynków. To działo się naprawdę, a my nie mogliśmy nic na to poradzić.
Wiecie, co jest najgorsze? Nawet jeśli boimy się mówić o tym na głos, wystarczy jedno spojrzenie, by zrozumieć, że to wszystko wydarzyło się w momencie, gdy na serio nadepnęliśmy CZKC na odcisk – co oznaczało, że wybuch epidemii to prawdopodobnie żaden przypadek. Stąd z kolei płynie jeden wniosek: to nasza wina.
Nikt nie pilnował pojazdów. To głupi błąd; nawet gdybyśmy oczyścili teren ze wszystkich zainfekowanych ludzi, jakiś nieumarły szop mógł schować się pod jednym z vanów i zaatakować czyjeś kostki. Wsiadając na motocykl, zanotowałem sobie w pamięci, by porozmawiać z doktor Abbey o jej taktyce. A potem założyłem kask – Becks miała rację, odporność nie oznaczała nieśmiertelności – i ruszyłem ulicą.
Cóż, musicie coś zrozumieć. Nazywam się Shaun Mason i jestem dziennikarzem, a przynajmniej tak mi się wydaje, chociaż aktualnie wszystkie moje wpisy pozostają nieopublikowane. Teoretycznie nie jestem ścigany za żadne przestępstwo. Po prostu miejsca, w których się pojawiam, mają nieprzyjemną tendencję do znikania z mapy chwilę później, więc niekoniecznie lubię mówić ludziom, gdzie jestem. Myślę, że to zrozumiałe. Z drugiej strony, wydaje mi się, że rozmawiam ze zmarłą siostrą, więc co ja tam wiem.
Jakieś półtora roku temu – czuję, że to było wczoraj, a jednocześnie jakby minęła cała wieczność – razem z George’em i naszą przyjaciółką, Georgette „Buffy” Meissonier, zgłosiliśmy chęć śledzenia kampanii prezydenckiej senatora Petera Rymana. Wcześniej byłem zwyczajnym Irwinem, który marzył tylko o nękaniu zombiaków i spisywaniu swoich przygód ku uciesze gawiedzi. Proste, prawda? Nasza trójka miała wszystko, czego potrzebowała do szczęścia. Niestety, nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, więc kiedy pojawiła się szansa na sławę, skorzystaliśmy z niej. Chcieliśmy przejść do historii.
I udało się, owszem. Buffy i George dosłownie przeszły do historii, a ja zostałem sam, z misją pomszczenia poległych. Wiem tylko, że nikt nie napisał o tym w broszurze.
Kiedy zbliżyłem się do naszego aktualnego miejsca zamieszkania, droga stała się mniej wyboista. Shady Cove w stanie Oregon zostało porzucone w trakcie Powstania, kiedy zainfekowani wykurzyli resztę niewielkiej społeczności. Musieliśmy uważać, by zbytnio się nie wychylać, ale doktor Abbey wysyłała w nocy stażystów – chociaż nie wiem, po co im ten staż, skoro żaden z uniwersytetów nie oferował studiów w zakresie szalonej nauki – żeby łatali najgorsze dziury domowej roboty substytutem asfaltu, który wyglądał zupełnie tak samo jak ten prawdziwy.
Naprawianie drogi jest ryzykowne, bo może zdradzić naszą kryjówkę, ale z drugiej strony łatwiej przewieźć zapasy (chociaż najwyraźniej chyba nikt nie wiedział, skąd się biorą) i ewakuować laboratorium, gdyby zaszła taka potrzeba. Doktor Abbey nie przejmowała się liczbą ofiar, o ile cały jej sprzęt zostanie uratowany. Nie mogłem nie podziwiać jej samolubnego podejścia. Przypominała mi George’a.
Wszystko ci o mnie przypomina, stwierdziła George.
Prychnąłem, ale nie odpowiedziałem. Ryk wiatru zagłuszał nawet mój własny głos, a lubię udawać, że prowadzimy prawdziwe rozmowy. To pomaga. Nie wiem dokładnie w czym, ale… pomaga.
Pokonałem ostatni zakręt i wjechałem na parking Centrum Leśnictwa w Shady Cove, a każdy mój ruch rejestrowały ledwo widoczne czujniki umieszczone w poszyciu. W budynku panowała ciemność, a jego ogromne okna sprzed Powstania patrzyły w las niczym oczy ślepca. Wydawało się, że nikogo w środku nie ma. Otoczyłem go i wjechałem do znajdującego się z tyłu garażu dla pracowników, wyremontowanego i wzmocnionego, żeby służył za ochronę naszych pojazdów.
Ponieważ wybudowano go przed Powstaniem, nie potrzebowałem badania krwi, żeby dostać się do środka, mogłem bez przeszkód zająć swoje miejsce i wyłączyć silnik. Zdjąłem kask i zawiesiłem go na kierownicy, na wypadek gdybym musiał szybko stąd ruszyć. Wolałem być przygotowany na ewentualną ewakuację. Mam ku temu dobre powody.
Do drzwi podszedłem obserwowany przez kamery.
– Witaj, Shaun – powiedział komputer laboratorium. Miał przyjemny i kobiecy głos, z kanadyjskim akcentem. Może przypominał doktor Abbey jej dom. Nie miałem pojęcia.
Wiedziałem natomiast, że nie lubię, gdy komputery udają ludzi. To wywołuje u mnie ciarki.
– Mogę wejść? – zapytałem.
– Proszę położyć dłonie na panelu testera. – Bursztynowe światło pojawiło się nad urządzeniem, wskazując odpowiednie miejsce. Bo jakie ma znaczenie to, że teraz każdy przedszkolak potrafi korzystać z zestawów do badań. Inaczej nie przeżyłby pierwszego dnia.
– Nie widzę sensu. – Położyłem dłoń na panelu. Poczułem chłód dezynfekującej pianki, a sekundę później ból wbijanych w ciało igieł. Nienawidzę badania krwi. – Przecież wiesz, że nie jestem zarażony. Mnie nie można zarazić. Może przestaniesz się wygłupiać i wpuścisz mnie do środka?
­– Wszyscy członkowie personelu muszą poddać krew analizie po powrocie z terenu, Shaun. Nie ma wyjątków. – Bursztynowe światło zniknęło, a na jego miejsce rozbłysły dwa kolejne, czerwone i zielone. Zaczęły na przemian zapalać się i gasnąć.
– Zanim doktor Abbey cię podłączyła, bardziej mi się tu podobało – stwierdziłem.
– Dziękuję za współpracę – odpowiedział beznamiętnie komputer. Czerwona lampka całkiem się wyłączyła, a zielona wreszcie się ustabilizowała, potwierdzając brak infekcji. – Witamy w domu.
Drzwi do głównego laboratorium odblokowały się i rozsunęły. Dezaktywowałem najbliższą kamerę i wszedłem do środka.
Pracownicy doktor Abbey mają duże doświadczenie w przerabianiu opuszczonych budynków w funkcjonalne obiekty naukowe. Centrum Leśnictwa w Shady Cove było dla nich przykładem lokum idealnego – przestronne, o solidnej konstrukcji, a do tego, co najlepsze, w absolutnym środku absolutnie niczego. Wejście z parkingu prowadziło do głównego pomieszczenia – wcześniej znajdował się tu hol dla gości, jak można wyczytać na mosiężnej tabliczce przy drzwiach. To wyjaśniało kolorowy mural z radosnymi zwierzętami leśnymi. Ludzie kiedyś postrzegali dziką przyrodę romantycznie. Teraz najczęściej po prostu przed nią uciekają.
Stażyści i technicy byli wszędzie, a każdy się krzątał, wykonując jakieś ważne naukowe zadanie. Większości prac tych ludzi nie rozumiem i wcale tego nie żałuję. Mahir ma trochę lepsze pojęcie i mówi, że nie może w nocy spać.
A skoro już jesteśmy przy Mahirze – chłopak właśnie sunął przez pomieszczenie z wyrazem skrajnej irytacji na twarzy.
– Czy ty próbujesz się zabić? – zapytał gniewnie.
– To interesujące zagadnienie natury filozoficznej i lepiej omówić je przy puszce coli – odpowiedziałem radośnie. – Ciebie też miło widzieć.
– Mam straszną ochotę rozkwasić ci nos, głupcze – stwierdził Mahir, wciąż patrząc na mnie spode łba.
Mahir pełnił kiedyś funkcję zastępcy George’a, a ponieważ ja nie mogę kierować jedną trzecią naszych pracowników bez piątej klepki, chłopak przejął dział informacyjny. Czasami myślę, że jest na mnie zły, bo jego zdaniem powinienem być bardziej wkurzony za zajęcie jej miejsca. Najwyraźniej nie rozumie, że miło jest mieć u boku jedynego człowieka na całym świecie, który też kochał George’a.
Poza tym przekomicznie się denerwuje.
– Ale nie zrobisz tego – powiedziałem. – Co słychać?
Mahir nieco się uspokoił.
– Alaric wciąż próbuje dociec, co się dzieje z naszymi siostrzanymi stronami. W ciągu ostatniej godziny puściliśmy sześć nowych wpisów od młodszych blogerów, żaden nie dotyczył tragedii na Florydzie, a trzy z nich i tak rozpłynęły się w powietrzu. Myślę, że jeszcze chwila i chłopak zacznie sobie rwać włosy z głowy.
– Właśnie tak się dzieje, gdy wkurzasz rządowych spiskowców. – Ruszyłem w stronę kuchni. – Jak Becks radzi sobie z planem odbicia Alisy?
Mahir w odpowiedzi nieznacznie potrząsnął głową.
– Ach, cholera. – Młodsza siostra Alarica, Alisa, była na Florydzie, kiedy Fiona trafiła na ląd. Dziewczynie udało się przetrwać pierwszą falę epidemii, co zawdzięcza mieszance bystrości i czystego farta. Potem… Alaric nie mógł pojechać i jej zabrać, bo doktor Abbey stwierdziła, że jeśli jedno z nas odejdzie, wszyscy odejdą. Myśleliśmy, że Alisa trafi do rodziny zastępczej, ale sytuacja na Florydzie okazała się zbyt poważna. Dziewczyna znalazła się w rządowym obozie dla uchodźców. Wysyłała regularne wiadomości i udało jej się trzymać z dala od kłopotów. Mimo to było jasne, że jeśli jej szybko stamtąd nie zabierzemy, Alaric zrobi coś głupiego. Rozumiałem go. Nie ma nic ważniejszego od rodziny.
– Tak, cóż. Jest jak jest. – Mahir mnie dogonił. Nie zawsze pracował w terenie, ale ćwiczył, odkąd pojawiliśmy się u doktor Abbey. Miało to coś wspólnego z jego chęcią pozostania przy życiu, gdy znowu przyjdzie nam uciekać przed bandą zombie. – Doktor Abbey prosi, żebyś do niej przyszedł, gdy tylko doprowadzisz się do porządku.
Jęknąłem bezwiednie.
– Kolejne badania?
– Tak, kolejne badania – potwierdził.
– Ja pieprzę. – Przekląłem, nie kierując swych słów do nikogo konkretnego. – Z odpornością jest więcej kłopotów niż pożytku.
– Owszem, tajemnicza odporność w czasie plagi zombie, która opanowała cały świat, to z pewnością ciężkie brzemię – odpalił Mahir.
– Hej, spróbuj oddawać krew codziennie i zobaczymy, czy ci się spodoba.
– Nie, dziękuję.
Westchnąłem.
– Czy to kolejna akcja pod tytułem „najpierw krew, potem kofeina”? Mówiła coś?
– Zdaje się, że nie.
– I dzięki Bogu.
Nie zrozumcie mnie źle. Nikt nie wie, dlaczego jestem odporny na działanie aktywnej postaci wirusa Kellis-Amberlee (a tak przy okazji, zdaniem CZKC jest to oczywiście niemożliwe). Ktoś lub coś cię ugryzie, przechodzisz amplifikację i tyle. Tylko okazuje się, że w moim przypadku wygląda to trochę inaczej: najpierw ugryzienie, potem irytacja, a jeszcze później mnóstwo antybiotyków, bo w jamie ustnej człowieka jest mnóstwo syfu, a śmierć z powodu infekcji bakteryjnej to nic fajnego. Rozumiem, dlaczego doktor Abbey potrzebuje mojej krwi praktycznie codziennie. Chodzi tylko o te igły.
W kuchni natknąłem się na Becks. Siedziała przy stole, trzymając puszkę coli.
– Tego szukasz? – zapytała.
– Moja zbawczyni. – Podszedłem do niej, wyciągając ręce. – Daj. Daj mi słodkiej, słodkiej kofeiny.
– Magiczne słowo to „proszę”, Mason. Sprawdź w słowniku. – Rzuciła mi puszkę delikatnym ruchem, nie wstrząsając zbyt mocno zawartości. Ludzie ostatnio często rzucają mi różne rzeczy, chcąc się upewnić, że moje zdolności manualne nie wysiadły. Trudno im uwierzyć w cudowne ozdrowienie po ugryzieniu. Wszyscy czekamy, aż mi przejdzie i zacznę szaleć w laboratorium.
Złapałem puszkę i otworzyłem, a potem długo smakowałem zimny napój. Wreszcie odłożyłem go na najbliższy stół, pytając:
– Jakiś nowy już do nas trafił?
– Właśnie pracujemy nad pierwszą partią – odparła Becks. – Udało nam się złapać w sieć dwudziestu czterech zainfekowanych, w tym twoich
czterech.
– Fajnie. – Nasza wspaniała gospodyni potrzebowała nieustannych dostaw świeżych obiektów do badań, co najmniej ze dwa tuziny naraz, ponieważ eksperymenty nie pozwalały im przeżyć dłużej niż trzy dni. Łowcze patrole wychodziły przynajmniej dwa razy w tygodniu, a przy ich wydajności Shady Cove zostanie całkiem oczyszczone w niecałe trzy miesiące.
– Skoro tak mówisz. – Becks ześlizgnęła się z krzesła, bacznie mi się przyglądając. – Co ty dzisiaj wyprawiałeś, Mason? Mogli cię zabić.
– To nie była moja pierwsza solówka w lesie.
– Pierwsza w nocy. – Pokręciła głową. – Zaczynasz mnie przerażać.
– Mnie też – wtrącił Mahir.
I mnie, dołączyła się George.
– Ty nie masz prawa głosu – wymamrotałem. Mahir się nie obruszył, bo wiedział, że nie mówię do niego. Normalnym tonem zapytałem: – Co twoim zdaniem mam zrobić, Becks? Nie znam się na nauce. Ledwo mogę znaleźć jakieś informacje w sieci. Narobiło się dużo bałaganu, a my utknęliśmy w nim po uszy i każdy zajmuje się swoją działką.
– Więc może przyszedł czas, żebyś przestał. – Cała nasza trójka odwróciła się w stronę doktor Abbey, która mówiła z podobnym, kanadyjskim akcentem co komputer. Jednak w przeciwieństwie do niego, nadawcą była niska, krągła kobieta z wyblakłymi pasemkami w brązowej czuprynie. Fartuch laboratoryjny miała rozpięty, a spod niego wystawała jasnopomarańczowa koszulka z napisem „Unia Głowonogów #462”.
Uniosłem brwi.
– Dobra, zamieniam się w słuch. Co kombinujesz?
Doktor Abbey pokazała nam pendrive’a.
– Zbierz swoich ludzi i spotkajmy się przy projektorze. Czas na małą pogawędkę o tym, co się dzieje na Florydzie. – Na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech. – Możecie przynieść popcorn.
– Nauka i przekąski, idealne połączenie – stwierdziłem. – Do zobaczenia.
– Świetnie – rzuciła doktor Abbey i wyszła.
Mahir stanął obok mnie.
– Domyślasz się, o co jej chodzi?
– Nie. – Wzruszyłem ramionami i znowu sięgnąłem po colę. Drugi łyk był dokładnie tak dobry, jak pierwszy. – Ale hej, przecież nic strasznego nie może się wydarzyć, prawda?

Dowodzenia bez Georgii nigdy nie nazwałbym łatwym, ale przez ostatnie kilka miesięcy sprawiało mi to jeszcze więcej problemów. Zniszczenia wywołane przez Fionę same w sobie są straszne i wcale nie potrzebują dodatkowej dawki okropieństwa w postaci nowej drogi przenoszenia wirusa Kellis-Amberlee. Straty w ludziach przerażałyby nawet wtedy, gdyby zmarli nie wstawali, by zaatakować i zainfekować swoich towarzyszy. Kiedy patrzę na wiadomości, bardziej niż kiedykolwiek żałuję, że nie ma z nami Georgii Mason. Georgia miała szczególny dar przekazywania informacji bez zdradzania uczuć: widziała świat w czerni i bieli, nie dopuszczała żadnych odcieni szarości. W każdej innej profesji ta cecha okazałaby się niepożądana, ale w tej stanowiła źródło niezwykłej siły. Gdyby Georgia tu była, potrafiłaby zmienić śmierć ludzi w statystyki, a katastrofę w opowieść. Ale nie ma jej. Ona również stała się tylko statystyką i przeszła do historii. A to oznacza, że – chociaż jestem zupełnie nieprzygotowany – muszę wykonywać jej pracę. Mam nadzieję, że przyszłe pokolenie spojrzy na nasze działania łaskawym okiem. Zrobiliśmy, co w naszej mocy.
– z Newsów z frytkami,
bloga Mahira Gowdy,
16 lipca 2041

Obiekt 7c jest przytomny, samoświadomy i reaguje na bodźce. Zadano mu kilka pytań związanych ze zdrowiem i wydaje się wolny od wszelkich zaburzeń wzrokowych i umysłowych. Obiekt identyfikuje się jako „Georgia Mason” i potrafi odtworzyć z pamięci wszystkie wydarzenia aż do śmierci fizycznej (patrz: „Georgia C. Mason, raport z autopsji”). Na tę chwilę jesteśmy gotowi kontynuować badania z obiektem 7c. Pełna dokumentacja medyczna została wysłana w bezpiecznym kodowaniu.
– z wiadomości wysłanej przez doktora Matthew Thomasa, 10 lipca 2041

Georgia Mason żyje.
– graffiti znalezione w strefie zniszczeń w stanie Floryda, zdjęcie opublikowane na licencji Creative Commons



Dodano: 2014-08-27 10:49:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS