NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Drayden, Nicky - "Overwatch: Bohaterka Numbani"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

Linki

Martin, George R.R. - "Światło się mroczy"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Dying of the Light
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: Luty 2014
Wydanie: II
ISBN: 978-83-7785-187-6
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205 mm
Liczba stron: 394
Cena: 35,00
Rok wydania oryginału: 1977



Martin, George R.R. - "Światło się mroczy"

Festiwal popularności George'a R.R. Martina wciąż trwa, skoro wydawca zdecydował się rzucić na rynek powieść, którą tenże napisał w 1977 r. Jest to powieść starsza ode mnie, co mnie zasmuciło. Ale dlatego, że zdałem sobie sprawę, że autor kiedy ją pisał miał za sobą 29 lat życia. Znowu zdałem sobie sprawę, że biorąc pod uwagę jego aktualny wiek i moce twórcze – finału jego hitowego cyklu "Pieśń Lodu i Ognia" chyba nie doczekamy. Pozostanie nam zatem cieszenie się serialem i wcześniejszą twórczością autora. To tak, na marginesie. Ale dalej także weselej nie będzie.

Nie ma sensu chwalić George'a R. R. Martina, za to że jest dobrym pisarzem. Przynajmniej dla mnie. Lubię jego styl i to, że kiedy go czytam, nie mam problemu z wyobrażeniem sobie fabuły, z „wejściem” w nią. Nie zdarzyło mi się czytać żadnego z jego utworów i narzekać pod tym względem (aczkolwiek nie znam i nie spieszy mi się do poznania wszystkich jego opowiadań, poza tymi ze świata z "Pieśni Lodu i Ognia"). Również tą powieścią nie jestem zawiedziony. Ale to zbyt mało, aby tryskać entuzjazmem. Jeśli wierzyć Wikipedii, "Światło się mroczy" jest debiutancką powieścią Martina. To dobry pretekst, aby na karb debiutu zrzucić wszystkie wady fabuły.

Ta zaś nie jest skomplikowana. Główny bohater przybywa na coraz bardziej zimną i mroczną planetę, na wezwanie swojej dawnej ukochanej. Nie przestał jej kochać i nie pogodził się z jej odejściem a oto pojawia się szansa, aby ją odzyskać i to w prawdopodobnej glorii rycerza w lśniącej zbroi spieszącego na ratunek damie w opałach. Planecie, na której rozgrywa się akcja, autor poświęca interesujący prolog, ale potem z tego prologu dla fabuły niewiele wynika, poza przedstawieniem miejsca. Ale dałoby się je przedstawić w fabule, bez żadnej szkody dla całości. Zwłaszcza że autor nie szczędził także opisów społeczno-politycznych tej części ludzkiego kosmosu, w którym akcja się rozgrywa. Jako dodatek do powieści w książce umieszczono także stosowny glosariusz, aby czytelnik się nie pogubił. Nic tylko się cieszyć, że autor tak starannie przygotował scenę dla swoich aktorów i dla widzów. Tylko zapomniał, albo mu się nie udało napisać dobrych ról dla swoich bohaterów.

Fabuła w zasadzie jest jednowątkowa i sprowadza się do tego, że bohater chce uratować swoją dawną ukochaną. Ale już od początku przybycia na planetę wcale nie zadaje pytań, które powinien zadać. Które zadałby każdy na jego miejscu. Zamiast tego domyśla się albo bazuje na informacjach od osób trzecich, samemu starając się zrekonstruować, o co chodzi. Oczywiście, gdyby Dirk (bo tak się zwie ten „rycerz”) zadał te pytania przy pierwszej nadarzającej się okazji – nie byłoby szansy na powieść. Nie błądziłby już bowiem we mgle i cała fabuła byłaby co najwyżej opowiadaniem, na dodatek bez pointy.

W przypadku powieści zawodzi również kreacja głównych bohaterów. W późniejszych powieściach autorowi będzie to wychodzić lepiej. Choć, jak na debiut, wcale Martin nie wypada najgorzej w porównaniu ze współczesnymi debiutantami. Co nie zmienia faktu, że bohaterowie są papierowi. Bardziej interesujące jest miejsce akcji - umierająca planeta, oddalająca się od światła, już wyludniona, na której pozostali nieliczni „goście” oddający się niepokojącym i niebezpiecznym zabawom. A do tego kierujący się specyficznym kulturowym kodeksem, ukształtowanym przez lata trudnego życia w swoich społecznościach. Jest to napisane ciekawie. Autor poświęcił tym elementom sporo miejsca. Także po to, aby wpisać przekonująco w to tło motywacje głównych bohaterów i specyficzną sytuację, w której musi się odnaleźć główny bohater, aby zrozumieć swoją ukochaną i spróbować rozplątać zawikłany czworokąt (a może i pięciokąt) uczuciowy. Ale całość kończy się tym, że wspomniane tło, moim zdaniem, całkowicie przytłacza główną oś fabularną. Zwieńczeniem irytacji i/lub rozczarowania jest finał. Zdradzić go nie wypada, rozwodzić się nad nim szeroko – również. Dość napisać, że jest on efektowny stylistycznie. Ma moc – krótko pisząc. Ale jest to moc służąca także do porządnego zirytowania czytelnika.

Nie wiem, być może ktoś doceni taką konstrukcję fabuły i jej rozwiązanie. Być może po 37 latach od debiutu zostanie to uznane nawet za nowatorskie albo interesujące dla poważniejszych, niż niżej podpisany recenzent, krytyków. Mnie ta powieść zostawiła z oczywistym poczuciem niedosytu wynikającym z braku solidnego zamknięcia fabuły. I nie chodzi mi o coś w stylu: i żyli długo i szczęśliwie, ani nie o dopowiedzenie historii do końca, aby czytelnik mógł przewrócić ostatnią stronę uspokojony, że w tym świecie nic ciekawego już bohaterów nie spotka. Aby uzmysłowić o co mi chodzi, proszę wyobrazić sobie zakończenie jakiegoś serialu, dajmy na to „Breaking Bad”, w połowie finałowego odcinka. Martin chyba tak postąpił – bo mogę się tylko domyślać i robię to tylko z recenzenckiego obowiązku – jakby uważał, że wszystko jest jasne i to finałowe, ostatnie „pchnięcie” nie było już potrzebne. Może innych czytelników tym przekona. Mnie nie, i wszystko to co napisałem wcześniej powoduje, że cała powieść wydaje się smacznym, ale jednak, zakalcem.



Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2014-03-26 21:30:19
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Yans - 09:53 27-03-2014
No nie mów, że nie znasz PIASECZNIKÓW (Sandkings) ?!?!

Lady Dragon - 13:39 27-03-2014
Nie znam tego, i wstyd bo nawet o tym nie slyszalam :oops:
Oplaca sie zakupic i zapoznac? To jakis zbior opowiadan?

Shadowmage - 09:45 28-03-2014
"Piaseczniki" to i opowiadanie, i zbiór. Tekst świetny, zbiór też - z tym, że trudny do dostania. Większość (jeśli nie wszystkie) poszły później w "Retrospektywie".

romulus - 17:36 02-04-2014
"Piaseczniki" chyba zna każdy, nawet czasami nie wiedząc, że to Martin napisał. Ja nie wiedziałem :) albo nie zwróciłem uwagi, dopiero kiedyś tam, czytając "Ostatni rejs Fevre Dream" wpadły mi w ręce, zacząłem czytać ponownie i się zdziwiłem, że to Martin. Trochę wstyd :oops:

Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"


 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS