NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baoshu - "Odzyskanie czasu"

Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

Ukazały się

Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"


 Henry, Christina - "Alicja"

 Stonawski, Michał - "Paranormalne. Prawdziwe historie nawiedzeń"

 Masterton, Graham - "Żebrząc o śmierć"

 Jadowska, Aneta - "Egzorcyzmy Dory Wilk" (SQN)

 Liziniewicz, Maciej - "Mroczny zew"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Kozak, Magdalena - "Minas Warsaw"

Linki

Donaldson, Stephen R. - "Skok w zagładę"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Donaldson, Stephen R. - "Skoki"
Tytuł oryginału: The Gap into Ruin: This Day All Gods Die
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: Grudzień 2013
ISBN: 978-83-7480-408-0
Oprawa: miękka
Format: 135x202
Liczba stron: 880
Cena: 49,00 zł
Tom cyklu: 5



Donaldson, Stephen R. - "Skok w zagładę"

Z pewnością o wszystkich „Skokach...” Stephena R. Donaldsona napisać można, że autor potrafi zaskakiwać czytelnika, który nie może być pewien, jakie kolejne zwroty czy odmiany losów czekają bohaterów tego cyklu. Spoglądając z perspektywy wszystkich części, z dużym prawdopodobieństwem nie znajdzie się nikt, kto powie, że przewidział takie zakończenie. Zwłaszcza że jest to finał, które można uznać wręcz za formę wynagrodzenia niektórym bohaterom tego, w co autor ich wrzucał w kolejnych częściach.

Pierwsza powieść kończyła się niby happy endem, który został rozwiany niczym iluzja w części następnej. Ta z kolei kończyła się tak, że można było się zastanawiać, czy bohaterów czekać będzie w ogóle jakaś przyszłość. I wreszcie przyszła część trzecia, która znowu przyniosła zaskoczenie zgrabnym zwrotem akcji i podniosła oczekiwania odnośnie kolejnej, wieńczącej dzieło, części.

I właśnie w „Skoku w zagładę” autor wreszcie zaczął upuszczać pary, studząc fabularny wrzątek, który gotował w poprzednich powieściach. Brzmi to jak zarzut, lecz nim nie jest. To w końcu ostatnia część i wątki musiały znaleźć finał. Konfrontacja, w której dotychczasowi bohaterowie byli pionkami, instrumentami, weszła w fazę finałową. A Morna, Davies i Angus zaczęli odgrywać rolę w Grze prowadzonej przez jednego z potężnych graczy, a ich działania zostały wysunięte na pierwszy plan. Wcześniejsze losy bohaterów, o czym wiedzą już ci, którzy przeczytali poprzednie tomy, okazały się być po prostu elementem większej gry. Z biegiem czasu nabierały one znaczenia, kiedy pewne plany wchodziły w fazę realizacji i stawały się ziszczalne.

Wraz z rozwojem fabuły przybywało głównych bohaterów. Oczywiście, dalej można było ich dzielić na ważnych i ważniejszych, ale bez wątpienia każdy z tych, którzy przewinęli się przez nią, miał do odegrania niebagatelną rolę. I każdemu z nich Stephen Donaldson poświęcił wystarczająco miejsca, aby czytelnik mógł zrozumieć, czy raczej poznać ich motywacje. Przez to cały ten cykl stawał się naprawdę opus magnum autora (tak, zdaję sobie sprawę, że napisał inne powieści tudzież cykle). I rodziło to niebezpieczeństwa, że zacznie wiać nudą, a fabuła rozmyje się gdzieś w gąszczu postaci, wątków, mniej lub bardziej epizodycznych zdarzeń. Przynajmniej najniżej podpisany takie obawy miał i zastanawiał się w trakcie lektury, czy cykl ten gdzieś zmierza, czy może autor po prostu nie ma pojęcia, co robić z bohaterami, i w trakcie pisania na bieżąco wymyślał kolejne zwroty fabuły. Ale kończąc „Skok w zagładę”, już nie miałem żadnych wątpliwości odnośnie opanowania fabuły, konsekwencji w jej prowadzeniu i zmierzania do wyznaczonego celu.

Po lekturze ostatniego tomu cyklu zastanawia jednak kwestia, czy powieści te miały wpływ na twórczość innych pisarzy piszących w gatunku nazywanym space operą. Wydaje się, że nie. Stephen R. Donaldson nie wspiął się w nich na żaden literacki Mount Everest. Pomijając Wagnerowską inspirację, czytelnik otrzyma kompletną, zamkniętą całość, która nie tworzy jednak nowej jakości w gatunku. Nie jest to zarzut, tylko – być może – odpowiedź na pytanie, dlaczego Donaldson nie został punktem odniesienia dla innych autorów (a przynajmniej dla tych autorów, których czytał najniżej podpisany). Przynajmniej na tyle, aby na ich twórczości odcisnąć jakieś wyraźne piętno. Niemniej nie jest trudno odnaleźć kilka elementów, które mogłyby posłużyć innym autorom za inspirację. Na przykład kreacja bohaterów. Wartością tego cyklu są właśnie oni. A nie fabuła. Ta, ostatecznie (i zapominając o Wagnerze), dałaby się ująć w skrócie i z „linkiem” do współczesności, jako korporacyjne starcie dwóch korpo-basiorów. Reszta to, w gruncie rzeczy, przerzucanie i manipulowanie pionkami na korporacyjnej szachownicy o galaktycznym zasięgu.

Zaś bohaterowie, to właśnie najważniejszy powód, aby po te powieści sięgnąć. Morna Hyland – piękna, wydawałoby się bezbronna funkcjonariuszka, która z ofiary staje się manipulatorką, kreatorką i punktem odniesienia dla innych postaci. Nick Succorso – rycerz w lśniącej zbroi, który po jej zdjęciu staje się kimś innym. Ale najważniejszym z nich jest Angus Thermopyle. To on usuwa w cień powyższych i pozostałych (Wardena, Min, Hashiego). I, wydaje się, że to także dla autora, postać w tym cyklu najważniejsza. Najbardziej krwista, soczysta, ludzka, nieludzka. Trudno ją scharakteryzować i najłatwiej o nim napisać, że od początku budzi u czytelnika odrazę, potem jest niewiele lepiej. Ale odkładając „Skok w zagładę”, miałem wrażenie, że to jeden z najlepszych bohaterów w SF, z którym miałem do czynienia. Umieściłbym go w każdym rankingu. Zwłaszcza że od pewnego momentu to on budził największą sympatię najniżej podpisanego. Udała się ta postać Donaldsonowi znakomicie. Lepiej niż Thomas Convenant, moim zdaniem, ale na pewno narażam się tym stwierdzeniem na krytykę. Stworzenie takiej postaci, a potem takie nią operowanie, aby stała się niejednowymiarowa, jest dowodem mistrzostwa. I to nie wedle prostego zabiegu, czyli lubimy Angusa, bo wszyscy inni są gorsi. Dodać należy do tego, aby pokazać skalę trudności, że od pewnego momentu tego bohatera trudno uważać za człowieka (i na tym poprzestanę, aby nie zdradzać fabuły tym, którzy jeszcze ze „Skokami...” do czynienia nie mieli).

Najsłabszym punktem ostatniej części było zakończenie. Nie spodziewałem się po Donaldsonie takiego „bezpiecznego” finału. Jest bardzo dobre, nie jest wymuszone, ani sztuczne. Ale jednak – mając na względzie to, co działo się w częściach poprzednich – bohaterów potraktował autor bardzo łagodnie. Dał im po prostu wytchnienie, spokój. A że na nie zasłużyli (ci, którzy przeżyli, oczywiście), to rzecz bezdyskusyjna. Chyba tylko w przypadku Angusa zakończenie jest takie, jakie być powinno. Zatem i to rozładowanie napięcia w finale zarzutem być nie może.

Wracając do fabuły, stwierdzam, że najlepiej czytać wszystkie powieści składające się na „Skoki...” jedną po drugiej. Wynika to ze skondensowania fabuły (co, mając na uwadze objętość choćby ostatniego tomu, może brzmieć osobliwie). Wydarzenia w tym cyklu dzieją się bez zbędnej zwłoki, bez momentów „przestojowych”, czasami równolegle do siebie w różnych częściach kosmosu. Czytanie kolejnych powieści w kilkumiesięcznych odstępach zaburza i nie ułatwia ponownego „wgryzienia” się w treść po powrocie. Z perspektywy zakończenia widać również, że fabuła ma w gruncie rzeczy kilka „węzłów”, które splatają kolejne wątki. Każdy z nich wiąże się z nieuchronnym przesileniem i przejściem do kolejnego etapu, łącznie z finałowym. Wydaje się, że jest to dosyć wyraźne i pokazuje też kompletność kolejnych tomów i uporządkowanie fabuły.

Stephen R. Donaldson, pisząc „Skoki...”, inspirował się czteroczęściowym „Pierścieniem Nibelunga” Richarda Wagnera. Jednak czytelnicy, którzy muzyką klasyczną się nie interesują (choć zawsze pozostaje średniowieczny epos, który z kolei zainspirował Wagnera), nie muszą się tym przejmować. Zostaną pozbawieni smaku wyszukiwania podobieństw i inspiracji. Ale lekturze powieści to nie zaszkodzi, ponieważ żadna z nich nie jest, w związku z tą inspiracją, hermetyczna. I to w zasadzie wszystko, co o inspiracji Donaldsona Wagnerem przeczytacie w prezentowanym tekście. Jest to spowodowane tym, że najniżej podpisany o Wagnerze wie tylko tyle, ile Woody Allen powiedział w jednym ze swoich filmów, iż słuchając tegoż, ma ochotę najechać Polskę.



Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2014-01-14 22:47:53
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Bitwę bliźniaków"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"


 Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"

 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Trzeci front"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

Fragmenty

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS