NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szabałow, Denis - "Prawo do zemsty"

de Castell, Sebastien - "Ostrze zdrajcy"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Podbój"


 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Nagata, Linda - "W stronę mroku"

Linki

Tolkien, J.R.R. - "Hobbit" (wyd. 2012, opr. twarda)
Wydawnictwo: Amber
Tytuł oryginału: The Hobbit
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Data wydania: Luty 2012
ISBN: 978-83-241-4198-2
Oprawa: twarda
Format: 174×246mm
Liczba stron: 280
Cena: 49,80 zł
Ilustracje: Alan Lee



Pustkowie Smauga: Syndrom drugiej części

Syndrom drugiej części


Przepis Jacksona na drugą część ekranizacji „Hobbita” wydaje się prosty: wziąć fabułę książki, poprzerabiać ją na bardziej epicką, następnie dodać masę spektakularnych ujęć i scen niekoniecznie bezpośrednio zaczerpniętych z powieści Tolkiena. Czy to wystarcza? I tak, i nie.

Rok temu, pisząc o pierwszej części ekranizacji „Hobbita”, zwracałem uwagę na liczne rozbieżności fabularne wobec pierwowzoru, zbytnie rozwleczenie wątków oraz zmianę wydźwięku opowieści. Te wszystkie cechy są też obecne, a nawet wzmocnione, w „Pustkowiu Smauga”.
Tym razem nie będę wdawał się w szczegółową analizę rozbieżności i zmian, jakie wprowadził Jackson i spółka. Ramy fabularne są oczywiście wzięte z książki. Nie będzie wielkim spoilerem zdradzenie, że film rozpoczyna się wizytą u Beorna, a kończy lotem Smauga w kierunku Miasta na Jeziorze; tym bardziej, iż w między tymi wydarzeniami scenarzyści bardzo wiele pozmieniali i pododawali. Będąc świeżo po lekturze powieści J.R.R. Tolkiena z trailera filmu rozpoznawałem niewiele scen... podobnie jest podczas seansu.
Historia kinematografii pełna jest przykładów adaptacji, które znacząco odbiegały od pierwowzoru, a jednak były udanymi filmami. Nie należy więc odbierać twórcom filmowego „Hobbita” prawa do własnej interpretacji, ale efekt ich pracy nie są w pełni zadowalające. Tworząc ekranizację postawili sobie, jak się wydaje, dwa cele: stworzenie powiązania między tym obrazem, a adaptacją „Władcy pierścieni”, oraz nakręcenie dzieła równie epickiego, jak wcześniejsza filmowa trylogia. Niestety przeznaczony dla młodszego czytelnika „Hobbit” to nie epicka trylogia: wywiązanie się z założeń jest więc karkołomnym zadaniem.
Pierwszy z celów nie jest jeszcze tak trudny: wystarczyło przerobić kilka scen, czy też rozwinąć wątek (chociaż nie aż w takim stopniu, jak to ma miejsce w filmie) walki z Czarnoksiężnikiem (Nekromantą), nadać działaniom Gandalfa szerszy wymiar czy puszczać charakterystyczną muzykę w momentach, kiedy Bilbo spogląda na pierścień. Co prawda i tutaj twórcy poszli znacznie dalej niż konieczne, ale spokojnie można na to przymknąć na to oko, nawet biorąc pod uwagę pojawienie się Legolasa i – jak na razie – całkowicie zbędny wątek z nim związany.
Znacznie większym wyzwaniem jest stworzenie z „Hobbita” dzieła epickiego, w dodatku rozciągniętego na trzy części. Jackson osiągnął to kilkoma sposobami. Po pierwsze zmienił wydźwięk niemal wszystkich scen znanych z książki; nie tylko przez ich rozbudowę, ale także przekręcając wymowę czy też przeprowadzając je zupełnie inaczej, niż miały miejsce w książce. I tak wizyta u Beorna (i on sam) jest w zasadzie nie do poznania, a walka z pająkami w Mrocznej Puszczy ma znacznie bardziej spektakularny efekt. Podobnie dzieje się w zasadzie w każdej scenie. W efekcie w filmowym „Hobbicie” zabrakło tak częstych w pierwowzorze zagadek czy prób wykpienia się z opresji sprytną gadką i podstępem; w zamian oczy widza karmione są spektakularnymi rozwiązaniami siłowymi. Na przykład banalna ucieczka w beczkach przeradza się w widowiskową, acz zupełnie nieprawdopodobną scenę walki trwającą dobrych kilka minut.
Drugi sposób to wykorzystanie nawet najdrobniejszych elementów pojawiających się w książce (chociaż dodać należy, że niektóre ze scen są pomijane) i na ich kanwie tworzenie dodatkowych scen – tutaj można posłużyć się przykładem wspomnianego już wątku Czarnoksiężnika. Znacznie częściej jednak twórcy bardzo rozciągają znane wydarzenia, dodając do nich wiele nieistotnych detali, które ani nie budują klimatu, ani nie popychają fabuły do przodu.
Ponieważ powyższe sposoby były niewystarczające, to konieczne było też wprowadzenie wątków, których u Tolkiena nie było. Swego czasu głośno było o Tauriel – dodanej na potrzeby filmu elfce. Jej wątek – jak na razie – stanowi największą wpadkę „Pustkowia Smauga”, chociaż nie na miarę Radagasta z „Niezwykłej podróży” (tutaj pojawia się epizodycznie). Co prawda z przyjemnością ogląda się jej umiejętności walki, ale już na wątek romantyczny z jej udziałem najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Jednakże w skali trwania wydarzeń w filmie Tauriel to zaledwie ułamek tego, co dodali twórcy. Znacznie więcej stworzonych od zera scen ma miejsce podczas pobytu drużyny w Mieście na Jeziorze, a ostatnie ponad półgodziny filmu również niemal w całości narodziło się z wyobraźni scenarzystów.
Efekt z pewnością jest widowiskowy, chociaż daleki od oryginału. Akcja filmu jest bardziej dynamiczna niż pierwszej części, znacznie mniej jest też przestojów i chwil na złapanie oddechu. Jednocześnie cały czas unosi się nad „Pustkowiem Smauga” poczucie... no cóż, pustki. Mimo szeregu spektakularnych scen, widowiskowych walk czy zapierających dech w piersiach widoków i efektów specjalnych, ma się poczucie, że zabrakło celu; nawet dotarcie do Samotnej Góry to tylko mało istotny etap.
I tutaj przechodzimy do najpoważniejszego zarzutu odnośnie „Pustkowia Smauga”. O ile wcześniejsze uzależnione były od wizji twórców, która może się podobać lub nie, to wypuszczenie filmu w zasadzie pozbawionego konstrukcji jest wadą jak najbardziej obiektywną. W jednym z wywiadów z Jacksonem można natrafić na stwierdzenie, że skoro film jest kontynuacją, to niepotrzebne mu wprowadzenie. I faktycznie, oprócz niewielkiej retrospekcji w postaci pierwszego spotkania Gandalfa z Thorinem, akcja filmu rozpoczyna się mniej więcej w momencie zakończenia „Niezwykłej podróży”. Kolejne sceny się przemijają, aż do zakończenia... a w zasadzie jego braku. Tak, fabuła urywa się bez wyraźniejszego akcentu; a przynajmniej nie mocniejszego niż przynajmniej kilka innych w filmie. W dodatku większość etapów podróży można by bez większego wysiłku zamienić kolejnością (albo usunąć) i nie wpłynęłoby to na odbiór całości.
„Pustkowie Smauga” cierpi na syndrom drugiej części, niczego nie rozpoczyna, i niczego nie kończy, a jedynie opowiada fragment większej historii; poprzerabianej i pozmienianej na tyle, że miejscami ciężko rozpoznać pierwowzór. I chociaż bez wątpienia jest technicznym majstersztykiem, to fabularnie nie dorównuje stronie wizualnej. Ogląda się go przyjemnie, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest to obraz nakręcony „na przeczekanie”, jedynie etap do wielkiego finału.



Autor: Tymoteusz Wronka


Dodano: 2013-12-23 18:47:33
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Tigana - 21:46 27-12-2013
Za to Sherlock-smok wymiata.

Shadowmage - 23:59 27-12-2013
Serio? Mnie zupełnie nie ruszył. Zresztą przy takiej obróbce dźwięku, to równie dobrze mogłaby być Edyta Górniak :P
Podobno też podkładał głos pod Nekromantę.

Ł - 15:17 02-01-2014
Ja z zadowoleniem powtórzyłem sobie "Niezwykłą Podróż" w i niedługo zbieram się na Pustkowie, niezniechęcony Twoim smęceniem. Hobbita można było zaaranżowac na wiele sposobów - Jakcson moim zdaniem słusznie zaaranżował go pod swoją wizję Władcy. Niezaleźnie od historii wydawniczej i treści książek, filmy to inna bajka i prequel powinien być spójny z dziełem któremu prequelowuje.

Shadowmage - 17:08 02-01-2014
Ale ja się zgadzam co do zasady z Tobą; gorzej, że efekt jest słaby, co stawia pod znakiem zapytania sens obranej ścieżki (przynajmniej w obecnym wykonaniu).

Mamerkus - 22:41 05-01-2014
Byłem, zobaczyłem i niestety jest słabo. Pomijając wszystkie słabostki, które Shadow dobrze wypunktował, to dodałbym jeszcze to, że Pustkowie Smauga nie trzyma sztamy z Niezwykłą podróżą, te filmy są zupełnie o czym innym i generalnie nic się tu kupy nie trzyma, a wątek miłosny trąci sodomią (no jak to tak, krasnolud z elfką, przecie to chore jest, Tolkien się w grobie przewraca).
Najbardziej męcząca jest monotonia akcji, muzyka jest monotonna, dialogi to co drugie słowo jakieś gromkopierdy, ten syf się w ogóle nie umywa do klimatycznej i jedynej słusznej Drużyny pierścienia. W zasadzie Pustkowie Smauga to tylko rewelacyjny i wyjątkowy Martin Freeman jako Bilbo (Oskara mu, koleś kradnie film!), zapadające w pamięć i w końcu pomysłowe spotkanie Gandalfa i Saurona, no i fajna nawalanka ze Smaugiem, chociaż w kilku miejscach przegięta i wręcz komiczna (Thorin poginający z taczką jak związkowiec pod Sejmem).

Zapomniałem dodać, że przegięciem był też Thranduil-gender i jakiś zmutowany Beorn-wilkołakoniedzwiedź, nie ogarnąłem tego zamysłu.

Kruk Siwy - 11:34 06-01-2014
Smaug niestety w tej wersji jest smokiem specjalnej troski. Skuteczność = 0. Durne i nudne gadki + 50. Niestety dodawane na siłę do Tolkiena amerykanckie rozpierduchy dołują film mimo cudownej plastyczności obrazu.
Na nieoczekiwany plus - scena z beczkami (tylko do momentu, gdy mordziasty Lego zaczyna kicać jak pchła szachrajka) i mopsy w Esgaroth.
Scenę z beczkami chętnie obejrzę jeszcze raz jak już się płytka ukaże.

nosiwoda - 12:25 07-01-2014
Mamerkus pisze:krasnolud z elfką, przecie to chore jest
E tam. Co innego w drugą stronę: elf z krasnoludką.
I bardzo proszę, nie idź drogą biskupów, nie wpieprzaj gendera, gdzie go nie ma. Wiem, że to wygodne słowo-klucz, ale kłamstwo powtarzane tysiąc razy przybierze pozory prawdy.

lmn - 16:35 07-01-2014
Z wciśniętej na siłę politpoprawności rzucili mi się w oczy czarnoskórzy mieszkańcy miasta na jeziorze. Czyżby odpowiedź na jakieś zarzuty pod adresem pierwszej trylogii?

nosiwoda - 10:26 08-01-2014
Tu akurat się doszukujesz. Na siłę. Przecież sam Tolkien umieścił na swych mapach Harad, a Miasto na Jeziorze było miastem handlowym. Obecność w nim ludzi z różnych stron świata jest raczej naturalna.

Shadowmage - 11:10 08-01-2014
Oglądając w pierwszym momencie miałem myśl jak lmn, by szybko pójść tokiem rozumowania nosiwody. Chociaż fakt, sporo ich było.

Lett - 10:37 11-01-2014
Moje wrażenia po Hobbicie 2: zaspokoiłem ciekawość. Nic ponadto.
Nie da się łatwo zaspokoić oczekiwań wszystkich potencjalnych oglądaczy, gdy motywem jest przecież zarobienie pieniędzy. My, z naszymi wyobrażeniami Śródziemia, jesteśmy marginesem.
Szkoda, że twórcy nie przyłożyli się bardziej do scenariusza...

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS