NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Golden, Christie - "Narodziny hordy"

Dashner, James - "Gra o życie"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki

Popik, Emma - "Wigilia szatana"
Wydawnictwo: RW2010
Data wydania: Grudzień 2013
ISBN: 978-83-7949-069-1
Format: pdf, epub, mobi
Liczba stron: 276
Cena: 7 zł



Kłopotliwe pytania

Kłopotliwe pytania

Emma Popik

Ściągnij opowiadanie w formatach PDF, epub i mobi.

Dziewczynka i chłopiec szli przez las, trzymając się za ręce. Podążali dróżką wzdłuż bagien, minęli rozłożysty dąb obrośnięty ciemnymi pnączami bluszczu. Wysokie trawy rosły tu gęstwiną. Tkwiły w nich sztywno wysokie łodygi ostów. Ciernie jałowców dotykały sukienki dziewczynki.
Brązowa woda w bagnach nie poruszała się, a za nimi stała gęsta i szaleńczo splątana ściana zieleni, nieprzenikniona i straszna. Nie wiedząc czemu, bo przecież nie znały strachu, dzieci nie chciały patrzeć w tamtą stronę.
I nagle usłyszały. Las krzyczał. Gałęzie wygięte jak ramiona w bólu, palce gałęzi wczepione w siebie i drżące z przerażenia liście, jak usta, które boją się pewnych słów.
Głośny wrzask wszystkiego, co istnieje, a może raczej czego już nie ma, domagał się uwagi i pamięci. Ostro nawoływały jałowce, głogi i ciernie. Krzewy tarniny wypowiadały cierpkie słowa. Kasztanowce mówiły coś lepkiego, róże szeptały omdlewające i pachnące przysięgi. Cała przyroda wołała o czymś pierwotnym i strasznym, o krwawym i śmiertelnym, o bólu i nieodgadnionej nadziei, o wykluwaniu się ptaków, o rodzeniu dzieci, o powodziach i więdnących kwiatach.

W ich domu, stojącym na żółtej równinie, na rozległym tarasie czekał na dzieci podwieczorek. Taras został odlany z białego marmurablu, krzesełka uplecione z włókien wiklinowca, a galaretka w kubeczkach na stoliku była zielona. Pod ścianą oddzielającą pokoje stały dwie duże donice, w których tkwiły złote pręty, owinięte trójkątnymi blaszkami, lekko dźwięczące w rytm zakodowanej kompozycji.
Ponieważ dzieci nie zabrały się do pałaszowania podwieczorku, jak zwykle po spacerze, na taras weszła mama. Stąpała lekko w złotych sandałach na brązowych szczupłych stopach. Jej skóra przypominała zamsz, a włosy falę odlaną z kruszcu. Była naprawdę piękna, jak i dzieci, bardzo do niej podobne, owoce kierowanej ewolucji.
– Dlaczego galaretka jest zielona? – zapytał Ejdem.
– Właśnie – dodała Ijwa, rozglądając się po domu. – Tu nie ma takiego koloru, tylko tam. – Wskazała na las.
– Ależ, kochanie, o co ci chodzi? – zapytała mama.
Dziewczynka siedziała ze wzrokiem wbitym w zieloną zawartość kubeczka.
– Byliśmy w lesie.
– Ależ, kochanie, dlaczego? – zapytała mama lekceważąco. – Możecie oczywiście chodzić wszędzie, dzieci są swobodne, ale omijajcie las.
– Dlaczego galaretka jest zielona?
– Taki program, kochanie. Taki program mamy w tym miesiącu. Pobieramy je z głównego rozdzielnika. W przyszłym miesiącu będzie inny.
– Dlaczego galaretka? – dopytywała się Ijwa.
– Ależ, kochanie – zaczęła mama, lecz widząc naburmuszoną minę córeczki, odpowiedziała poważnie: – To syntetyczne jedzenie.
– A czy jest inne?
– Cóż przychodzi ci do głowy, kochanie? Oczywiście, że nie. Dlaczego miałoby być jakiekolwiek inne?
– A czy kiedyś było?
– Kochanie, co to znaczy: kiedyś? Mamy tylko dziś i tak jest pięknie.
Dzieci chciały jeszcze zadawać pytania, lecz mama kazała im skończyć podwieczorek, przebrać się w kostiumy kąpielowe i biec nad morze. Odwróciła się i przeszła przez szerokie drzwi i swój obszerny, wygodny dom do garderoby. Zostawiła dzieci niezaspokojone i naburmuszone, z głowami ciężkimi od niespodziewanych myśli. Ponieważ nie dotknęły galaretki, kubeczki uznały, że pokarm zrobił się nieświeży i dokonały samodezintegracji.

Tuż za domem falowało złote, rozkołysane morze. Umieszczone na dnie ekrany pozwalały obserwować pływających. Nie czyniono tak dla bezpieczeństwa – bo w gęstej cieczy nie można było utonąć – lecz dla przyjemności. Dzieci, kąpiąc się, patrzyły na refleksy pojawiające się w płynie. Były to biegające za sobą elipsy. W elipsach kręciły się małe kółka, jak oczka.
– Patrz – zawołała dziewczynka, stając w morzu. – Mają oczy.
Chłopiec uniósł głowę sponad fali.
– Pędzi na ciebie taka duża elipsa. Otwiera się, zaraz cię pożre! Uciekaj!
– Na ciebie też! Zaraz skoczy ci na plecy i przegryzie ci kark! Broń się!
– Zabiję ją! – Chłopiec odwrócił się gwałtownie i usiłował pochwycić zębami pływający kształt.
Rozpoczęło się dzikie polowanie. Dzieci atakowały ruchome kształty, rzucały się do przodu, by skoczyć falom na kark. Chwytały je rękami za szyje i ściskały z całej siły. Podpływały od strony ich brzuchów i paznokciami orały białą skórę.
Matka obserwowała walkę na podziemnych ekranach. Nie było w zwyczaju, by sama rozwiązywała problemy, zapisała więc obrazy i przesłała je do Centrum, gdzie zajmą się nimi psychologowie i terapeuci. Nie przeczuwała kłopotów, interesowała ją jedynie nadzwyczajna wyobraźnia dzieci i pragnęła, aby dokonano jej analizy. Należało wszystkie sprawy wyjaśnić, a przede wszystkim nazwać, nic przecież nie mogło pozostać bezimienne. Na wszystko trzeba rzucić jasne światło rozumu.

Po kąpieli zamszowa skóra dzieci szybko wyschła pod sztucznym słońcem, nakierowanym na dolinę. Usiadły na ciepłym, czystym piasku, podgrzewanym od spodu i patrzyły przed siebie. Matka wyszła z podziemnych sal i stąpając lekko w złotych sandałach, podeszła do dzieci, zdziwiona ich spokojem.
Podniosły ku niej twarze.
– Dlaczego tu nikogo nie ma? – zapytał Ejdem.
Na wzgórzu znajdowało się białe miasto. Były tam prostopadłościenne budowle przykryte kopułami. Ale wokoło, jak okiem sięgnąć, leżała płaszczyzna pokryta kryształkami piasku.
– Jak to nie ma nikogo? – rzekła mama. – My jesteśmy.
– A oprócz nas?
– Czy brakuje ci towarzystwa, kochanie? Mogę zaprosić jakieś dzieci w przyszłym miesiącu.
– Nie mogą przyjść dzisiaj? – zapytała Ijwa.
– Oczywiście, że nie, kochanie. Nikt nie może przyjść nagle, bez zapowiedzi. To trzeba uprzednio ustalić. Choćby z powodu odległości.
– Dlaczego są odległości i dlaczego wszystko trzeba ustalać? – dopytywała się dziewczynka.
– Brakuje ci spontaniczności, kochanie – powiedziała mama. – Mam więc dla was niespodziankę. Urządzamy piknik.
Widząc zdziwione buzie dzieci, dodała:
– A teraz, uwaga, transformacja!
Nim zdążyły zareagować, znalazły się na przeciwległym brzegu. Nie potrafiły odgadnąć, jak odbywa się ta przemiana. Tuż przed nimi leżało złociste morze, a powyżej, po prawej ręce wspinało się wzgórze, na którym stało miasto. Po drugiej stronie, za morzem, musiał być ich dom.
– Zrobimy ognisko – zawołała mama, klaszcząc w dłonie.
Po chwili na kryształkach piasku pojawiły się złociste beleczki, które zrobiły się ciepłe. Ponad nimi zamigotały błękitne światełka.
– Po co robimy ognisko? – zapytał Ejdem. – Przecież jest ciepło. Zawsze jest ciepło.
– Czy kiedyś było zimno? – dodała swoje pytanie dziewczynka. – I ktoś musiał się ogrzewać przy ognisku?
– Co masz na myśli, mówiąc: kiedyś? – zdziwiła się mama.
– Kiedy nie było słońca, które świeciło nad naszą doliną, i kiedy niebo nie było różowe.
– A jakież mogłoby być niebo? – zapytała mama.
Chłopiec pochylił się nad ogniskiem i studiował jego wygląd.
– Z czego jest zrobiony ogień?
– I dlaczego jest niebieski? – dorzuciła pytanie Ijwa.
– Ogień zawsze był niebieski.
Dzieci spojrzały na siebie porozumiewawczo. Nie wierzyły wyjaśnieniom. Matka to wyczuła.
– Tak jest dobrze i pięknie. Nie istnieją niepokój i niebezpieczeństwo. I wcale nie musimy się troszczyć o czas przeszły. Zadecydowaliśmy, że powinien zostać zapomniany. Mamy tylko przyszłość. A teraz popatrzcie sobie na zachód słońca. Potem pójdziecie spać.
Słońce zaczęło przygasać. Zrobiło się błękitne, a następnie granatowe. Niebo zaczęło blaknąć, a potem przechodzić wszystkie odcienie fioletu. Kiedy słońce zgasło, stając się czarnym punkcikiem lampy, niebo zamieniło się w purpurową, dymiącą mgłę. Dzieci siedziały osypane purpurowym proszkiem i podziwiały muzykę barw.
– Pięknie, prawda? – zauważyła matka. – I pomyśleć, że kiedyś niebo było czarne, a na nim świeciły miliardy srebrnych kropek. I tak każdej nocy, cóż za banał.
– A czym były te kropki?
– Podejrzewam, że nie istniały wtedy tak doskonałe programy jak teraz. Cóż, wszystko się rozwija w naszych rękach, a i my stajemy się doskonalsi.
– Skąd tak wiele wiesz, mamo? – zapytała dziewczynka.
– I wy wkrótce staniecie się mądre. Pójdziemy do Centrum. Tam będzie wielkie święto. Pojawią się również inne dzieci, jeśli jakieś są, zwoła się je razem, i otrzymacie pigułkę wiedzy. To będzie wasza inicjacja. Dowiecie się tego, co wiedzą inni, niczym nie będziecie się różnić od innych dzieci, jeśli jakieś są, oczywiście. Ta równość zapobiega wielu kłopotom.
– Jakim? – zapytał chłopiec.
– Chciałbyś wszystko wiedzieć od razu. Poczekaj na swoją pigułkę.
– A gdybym chciał wiedzieć już teraz, i więcej?
– A po co, kochanie?
– Gdzie mieszkamy? – dopytywał się. – Co jest tam, u góry?
– Są tutaj kopuły takie jak Centrum.
– Ile?
– A czemu chcesz znać dokładną liczbę, kochanie? Tam u góry jest klosz, oczywiście.
– A dlaczego?
– Produkujemy energię i klosz chroni nas przed jej zmarnowaniem. Wszystko musimy oszczędzać i wydzielać.
– A gdyby było wszystkiego bardzo dużo? – zapytała dziewczynka.
– Ależ, kochanie, to niemożliwe. Nie zdołamy tyle wyprodukować.
– A gdyby wszystko powstawało samo?
– Jak to: samo?
– Rosłoby jak las.
– Ależ to niemożliwe. Wszystko musimy produkować.
– A skąd się biorą dzieci?
– Tak samo.
– I mamusie również się produkuje? – zapytała dziewczynka.
– Oczywiście.
– Czy ty zawsze byłaś mamusią?
– Tak.
– A czy ja kiedyś będę taka jak ty?
– Nie, kochanie, zawsze będziesz dzieckiem, taki masz status.
Kolor nieba przeszedł w ciemną purpurę.
– No, dzieci, czas spać.
Rankiem obudziły się w swoich łóżeczkach. Nie wiedziały, jak to się stało. Słońce znowu świeciło i błękitne promienie wpadały przez okna ich dziecinnego pokoju. Spojrzały na siebie, wyskoczyły z łóżek i pobiegły do lasu. Postanowiły zbadać gąszcz poza bagniskami.

W dużym salonie matka przyjmowała urzędnika socjalnego Centrum. Oczywiście nie opuścił swojego gabinetu, byłoby to niepotrzebne i kosztowne. Siedział jednak na krześle i przemawiał:
– Według naszych danych nie jest możliwe, aby te kłopotliwe pytania powstały w wyniku spaceru po lesie. Zresztą las został oczyszczony.
– Co to znaczy?
– Proszę nie zadawać kłopotliwych pytań, bo zyskamy pewność, że to pani je generuje.
– Moje wątpliwości powstały z powodu pigułek wiedzy, ale nie zażywałam ich zbyt wiele. Mój status mi tego zabrania.
– Proszę więc zaufać mojej wiedzy. Las nie może wywierać wpływu na umysł. Oznaczałoby to, że inteligencja może się urodzić spontanicznie. Takie przypuszczenie zadaje kłam naszym teoriom naukowym. Nie istnieje spontaniczna autoprodukcja inteligencji w przyrodzie ożywionej. Nie mogła powstać z niczego. Nic nie bierze się z niczego, chyba to pani pojmuje.
– Nawet ja to rozumiem, z moją ograniczoną wiedzą, a co dopiero pan. Musimy wyprodukować wszystko, co istnieje, i reglamentować.
– Więcej, powstanie inteligencji pociągałoby za sobą automatyczne rodzenie się psychiki i emocji. A to jest całkowicie wykluczone. Przeczy nie tylko wiedzy, ale nawet zdrowemu rozsądkowi.
– Ma pan rozległą wiedzę.
– Powiem pani coś w zaufaniu: ten las to ostatni skansen.
– Więc było ich więcej!
Urzędnik pokiwał głową.
– I nie tylko las.
– Co jeszcze? – wykrzyknęła.
– Płyny, minerały, ale niech mnie pani nie ciągnie za język.
– Pan mnie oszałamia!
Urzędnik poprawił się na krześle.
– Może przyjęłaby pani moją pomoc. Uważam, że mógłbym poczynić zmiany w pani statusie.
– Jaki pan uprzejmy.
– Mógłbym zostać ojcem dla tych dzieci.
– Z pańską wiedzą! Umiałby pan odpowiedzieć na ich kłopotliwe pytania.
– O, z pewnością. Obecnie nie wiemy, dlaczego dzieci je zadają. Przyznaję, że podejrzewałem, iż pani je wywołała, ale wobec pani ograniczonej wiedzy i poczucia szczęścia, całkowicie oddalam te przypuszczenia.
– Dziękuję panu.
– A więc załatwione. Rejestruję w Centrum moją, naszą wspólną decyzję. Jak masz na imię?

Dzieci powróciły z buziami umazanymi sokiem z malin i jagód. Trzymały się za ręce, jakby zawarły jakiś tajny układ i połączone dłonie oznaczały przypieczętowanie tajemnicy.
Wcale się nie zdziwiły gościem siedzącym przy stole podczas obiadu i nie zadawały żadnych pytań o jego tożsamość. Nie dziwiła ich nadzwyczajna promienność matki. Obojętnie wysłuchały wyjaśnień o pełnej rodzinie, nie pytały, czemu ojciec nic nie je ani w jaki sposób przechodzi przez ścianę i z powrotem.
Po obiedzie usiedli na ocienionym tarasie. Słuchali muzyki wydawanej przez trójkątne liście z donic przy ścianie. Ojciec przyglądał się im badawczo.
– Nie macie żadnych pytań? – nie wytrzymał wreszcie.
– Nie, my już wszystko wiemy – odpowiedział poważnie chłopiec.
– To znaczy? – dopytywał się ojciec.
– Kim jesteśmy, dokąd idziemy – wyjaśniło dziecko.
– A po cóż zadawać takie pytania? – zdziwiła się matka. – Odpowiedzi są oczywiste. Jesteśmy cywilizacją posthumanoidalną. Mieszkamy na jednej z brył należących do Ziemi po jej rozpadzie i zawsze będziemy żyć bez konfliktów, wciąż ulepszając samych siebie i technikę – wyrecytowała.
– W jaki sposób powstaliście?
– Zostaliśmy wyprodukowani, już mówiłam.
– A kto was wyprodukował?
Matka spojrzała bezradnie na ojca.
– Zawsze były odpowiednie urządzenia. Tak zbudowany jest świat – powiedział mężczyzna z wielką pewnością. – Jeżeli chcemy coś mieć, musimy to wytworzyć. To reguła świata, niepodważalne prawa rządzące materią.
– Kto wyprodukował materię? – pytał chłopiec z ogniem w oczach, zupełnie jak dorosły. – Kto sformułował prawa?
– One były – odparł zdecydowanie mężczyzna.
– Skąd wiesz?
– To wynika z mego wykształcenia.
– Jest bardzo ograniczone – skonstatował chłopiec.
– A co było przed wami? – zapytała dziewczynka.
– Przed nami był czas – odpowiedział mężczyzna.
– A jak powstał las? – strzelił znienacka chłopiec, patrząc bardzo mądrze.
– To jeden z paradoksów materii. Wiemy o nim, nie zaskoczysz mnie.
– Na wszystko macie odpowiedzi – stwierdził chłopiec z ironią.
– Tak, materia nie ma dla nas tajemnic.
– Ale lasu nie potraficie wyprodukować.
– Mówiłem, to paradoks.
Nagle dzieci ujęły się za ręce i zbiegły z tarasu. Rodzice nie zdążyli zareagować. Siedzieli blisko siebie, zastanawiając się nad wszystkim.
– Muszę powiedzieć, że dokonaliśmy analizy tego, co nam przesłałaś. Mam na myśli wydarzenie w morzu.
– Obserwowałam je przez podziemne szyby.
– Najpierw zachowanie dzieci nie wydało się nam niebezpieczne.
– Teraz masz inny osąd?
– Pozwól mi skończyć, a dojdziesz do podobnych wniosków. Dzieci uznały refleksy w formie kół i elips za istoty zupełnie innego rodzaju. Nie wiem, jak je nazwać. Nic takiego nie istnieje na świecie. Nie są nami, nie są również zwykłą materią jak ciecze czy piasek. Bardziej przypominają nas. Dzieci uznały, że te istoty są agresywne. Cały czas trwała pomiędzy nimi i dziećmi straszna walka na śmierć i życie. Dzieci wyprodukowały emocje oraz jakieś byty idealne. Ich umysł produkuje inne istoty, które, nie wiem, jak to nazwać, ale nie są materialne.
– To się nie mogło wydarzyć! – zaoponowała.
– Wydarzyła się rzecz najbardziej przerażająca – ciągnął swój wywód mężczyzna. – Nastąpiło zanegowanie naszych prawd naukowych. Okazuje się, że istnieją uczucia i wyobraźnia, a umysł potrafi wytwarzać byty duchowe.
– I co teraz?
– To bardzo niebezpieczna herezja.
– Muszę o wszystkim zapomnieć – powiedziała kobieta, wstając od stołu. – Te myśli są bardzo męczące. – Przeszła do swego pokoju i usadowiwszy się w fotelu, nałożyła na głowę obręcze.
Od razu poczuła ulgę. Przepływały przez nią łagodne fale, kołysząc jak w złotym morzu. Ale nagle zjawiła się myśl, że fale są zielone i roi się w nich od takich małych stworzeń, niewidocznych gołym okiem. Miała kiedyś okazję je oglądać na wystawie poświęconej fantastycznej prehistorii Ziemi. Fale zrobiły się gęste od tych mikrobioorganizmów. Co gorsza niektóre zaczęły się powiększać. Zamieniły się w duże, odrażające stwory i zaczęły szybko się poruszać na wszystkie strony.
„A gdyby takie biomonstra naprawdę kiedyś istniały?” – pomyślała, ale zaraz odrzuciła to przypuszczenie jako niemożliwe, nieekonomiczne i sprzeczne z naukowym obrazem świata.
Po chwili jej program relaksacyjny stwierdził obecność niepożądanych fal mózgowych i wymazał z pamięci zbędne obrazy. Jednak kobieta znowu zaczęła sobie coś wyobrażać.
„A gdybyśmy naprawdę umieli wytwarzać emocje? Czyż nie ulepszyłyby życia? Mam obecnie męża i ojca dzieci. A gdyby łączyło nas coś więcej niż umowa z uproszczonymi formalnościami? Na przykład gdyby się mną interesował? Uznałby mnie za ładną, a to byłoby miłe. Wtedy i ja powiedziałabym mu, że jest interesującym mężczyzną, a jego srebrzyste oczy przypominają sierp księżyca, to znaczy dwóch księżyców. Spędzilibyśmy uroczy wieczór”.
Postanowiła swoje wyobrażenia zastosować w praktyce. Zakończyła program relaksacyjny, podsunęła obręcze do góry i otworzywszy drzwi szafy, zaczęła wybierać stroje, dalej snując marzenia i plany.
„Gdyby łączyły nas uczucia, moglibyśmy pływać w złotym morzu, a nawet wybierać się na wycieczki, na przykład do Centrum, gdzie jest tyle ciekawych rzeczy”.
Była tylko raz w Muzeum. Widziała tam różne modele świata, pokazujące, jak wyobrażano sobie wszechświat w przeszłości. Duże słońce świeciło w środku, a wokół niego obracały się kuliste ciała materialne. Niestety taki model był obarczony błędem, gdyż ciała nie zostały niczym połączone. Obecnie pomiędzy częściami Ziemi istniały stałe Przęsła. Chciałaby zobaczyć wiele innych, równie interesujących rzeczy. Może, jak to wspominały dzieci, takich światów jest więcej?
Mogłaby nawet się pokusić o zmianę statusu społecznego. Wystąpiłaby o przyznanie prawa do posiadania większej liczby dzieci, i to w różnym wieku. Miałyby różne sprawy i zainteresowania, intensywniej spędzałyby czas. Dom tętniłby życiem od rana do wieczora. Mając obok siebie mężczyznę, dałaby sobie radę z trudami dnia codziennego. Wypełniałaby obowiązki w sposób przepisowy i wzorowy, zwiększając szansę wspięcia się na kolejny stopień awansu społecznego. Dałoby to jej przywilej ubiegania się o pigułkę wiedzy.
Mogłaby nareszcie spełnić marzenie o podróżach. Przecież na następną bryłę Ziemi jest niedaleko, wystarczy przebyć Przęsło. Musi to być piękna podróż, pociąg pędzący po łuku, tuż pod kloszem, na którym palą się łagodne lampy, a pod spodem kłębią się opary z jądra Ziemi.
Panuje tam żar i pracują różne maszyny zasilające cały system. To dzięki napędzie parowej energii, płynącej z jądra, mają tak doskonałą cywilizację.
A kiedy kobieta ułożyła już swe przyszłe życie i wyjęła z szafy wszystkie szaty, przymierzała je przed lustrem, przygotowując się do różnych ról.

Mężczyzna został sam. Kazał automatom zsyntetyzować kieliszek czerwonej używki, co było czasami dozwolone, i zastanawiał się nad sytuacją, zwłaszcza nad tym, co powiedziały dzieci. A więc wyprodukowały coś, co nie należało do świata materii? Taki proces w świecie wytwarzania nie był możliwy, bowiem materia może wyprodukować tylko materię.
A jak nazwać to, co wytworzyły dzieci? „To świat duchowy” – powiedział do siebie, nie rozumiejąc, skąd się w nim rodziły takie pojęcia.
Myśli pojawiające się znikąd oznaczały, że nie potrafi panować nad swoim umysłem. Poczuł niepokój. Poważne obawy wzbudzała też możliwość istnienia świata nienależącego do materii, świata bytów nierealnych, wytworów umysłu, produktów wyobraźni. Przyjął na chwilę teoretyczne założenie, że wytwory niematerialne istnieją. Co by się wówczas stało? Niematerialne istoty mogą stać za naszym lewym ramieniem. Mężczyzna wyobraził sobie, że stoi tuż za nim nieruchoma, biała postać, która uśmiecha się nieprzyjemnie i kiwa nań palcem. Odwrócił się gwałtownie w lewą stronę, ale tam oczywiście nikogo nie było. Odetchnął z ulgą, ale tylko na chwilę. Wyobraził sobie, że za prawym ramieniem czai się czarna tym razem postać, która mruży czerwone oczy. Odwrócił się w prawo, nikt tam nie stał, ale strach wzrósł.
Nagle, był teraz pewien, dostrzegł szarą i mglistą istotę. Wisiała na złotym pręcie w doniczce i ze smutkiem przebierała długimi palcami po trójkątnych liściach, dobywając z nich smutną melodię. Teraz zamknęła oczy i zaczęła szlochać. „Należałam do ciebie – mówiła szara postać, nie otwierając ani oczu, ani ust – miałam cię strzec i prowadzić po krętych ścieżkach życia, ale czyż mogę spełniać swoje zadanie, skoro nigdy nie zwróciłeś się do mnie o pomoc?”
Zza balustrady zaczął wchodzić po stopniach wyrąbanych w powietrzu orszak postaci ubranych w paradne szaty. Wstępowali i zeskakując lekko z balustrady, ustawiali się w szeregu. „Patrz, jaki tworzymy zastęp i każde służy do innego celu, wszyscy jesteśmy potrzebni i czekamy na twoje myśli, by je zanieść w odpowiednie miejsce, by mogły się oblec w kształt i pracować dla ciebie i dla twego szczęścia. Czekamy na twoje uczucia, by je ująć w dłonie i ogrzać, aby stały się dobre i napędzały twoje życie. Czekamy wiele lat. Czekamy jednak na próżno. Nigdy twoje serce nie wysnuło z siebie żadnej emocji, nigdy twój umysł nie wytworzył żadnej własnej myśli, a tylko odbijał cudze jak głupie lustro. Nie widziałeś nas, nie rozumiałeś, że istniejemy, ale teraz już nie możesz zanegować naszego istnienia. Co zatem zrobisz?”
Na balustradzie tarasu siedział młody chłopak i przyglądał się mężczyźnie. Nagle podniósł rewolwer i strzelił sobie w skroń. Chwilę trwał w bezruchu, po czym przewrócił się i wypadł za balustradę.
„Nie, ja tego nie chcę! – Mężczyzna chwycił się za skronie. Na szczęście nie było tam żadnej dziury po kuli, więc nie uznał obrazu za swą możliwą przeszłość. – Nie zgadzam się, żeby to wszystko istniało, to tylko wytwory umysłu!”
Nagle uświadomił sobie straszną prawdę: dzieci właśnie to mówiły i czyniły. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. Oszalały ze strachu, cały drżąc uchwycił się balustrady.
Właśnie w tej chwili kobieta stanęła w drzwiach prowadzących na taras. Wdzięcznie oparła się o framugę i dyskretnie sprawdzała, jakie wrażenie wywiera na mężczyźnie. Była odziana w długą suknię w kolorze perłowym z szarymi refleksami doskonale harmonizującymi z jej zamszową skórą. Włosy opalizowały, a pokolorowane tęczówki mieniły się barwami. Zobaczyła utkwiony w sobie wzrok mężczyzny. Jego oczy były szeroko otwarte, ale uznała to za dowód podziwu i wolnym krokiem, kołysząc biodrami, osadzonymi na długich nogach, podeszła do niego, wyciągając ramiona.
– Nie! – wrzasnął, odpychając ją. – Nie mogłaś się zmaterializować! Odejdź!
Ukryła twarz w dłoniach i wybiegła z domu. Niebo było takie różowe, a lampa-słońce opromieniała jak zwykle ten najpiękniejszy ze światów, lecz dla kobiety niebo było czarne, a lampa-słońce martwe. Biegła, łkając. Czuła się wzgardzona i odrzucona, jej piękne plany zostały potargane, marzenia zamienione w papierki od cukierków. Dopiero teraz zrozumiała, jak destrukcyjne mogą być uczucia i jak miażdżą wyobrażenia, które sami zbudowaliśmy. Biegła przed siebie i w swej wspaniałej sukni o perłowym kolorze rzuciła się w płyn złotego morza. Fale ją unosiły, leżała na wznak i płynęła bez celu niby drewienko.
Mężczyzna się ocknął. Żadne wyobrażenie nie mogło mu zaszkodzić, gdyż on sam był niejako wyobrażeniem. Nawet nie opuścił swego biura pracownika socjalnego. Zwinął swój obraz z tarasu domu i poprawił się w fotelu za biurkiem. Skasował od razu swoje przyrzeczenie ojcostwa i wymazał wszelki ślad po tej decyzji, następnie przystąpił do pisania raportu w sprawie domniemanych działań destrukcyjnych pewnej grupy osobników.
Przypomniał sobie kobietę. Pięknie wyglądała w swojej perłowej sukni z szarymi refleksami, i te opalizujące włosy, te oczy mieniące się kolorami! Na pewno włożyła wiele trudu w swój wygląd, i z pewnością zrobiła to dla niego. Może gdyby przybyła w innym momencie, jego życie potoczyłoby się inaczej? Zamieniłby pakamerę, przysługującą urzędnikowi jego kategorii, na wygodny i obszerny dom. Wprawdzie ten świat nie był zbyt zagęszczony, ale produkowanie domów mieszkalnych należało do kosztownych działań i taki luksus mu nie przysługiwał.
Dom nad złotym morzem, gdzie czynsz pewnie nie był wysoki ze względu na niebezpieczne sąsiedztwo lasu, wydawał się godny pożądania. Jako urzędnik mógłby tak interpretować przepisy, że nic by nie płacili, a nawet dostaliby gondolę... Co tam gondola! Ze względu na las, który okazał się naprawdę groźny, mógłby sobie załatwić wcześniejszą emeryturę, i to państwową.
Rozejrzał się po biurze. Urządzenia komunikacyjne, tysiące spraw, błahych i banalnych, niegodnych jego umysłu. Stanowczo marnuje się na tym stanowisku. Kobieta podziwiała jego wielką wiedzę, tylko dzieci go lekceważą – trzeba się ich pozbyć. A gdyby mógł pozwolić sobie na genetyczne dzieci? Niewielu się udaje! Tymczasem, z powodu chwili przerażenia zaprzepaścił swoją wielką szansę. Może uda się to jakoś odkręcić? Wyciągnął ramię i wysłał do kobiety urzędowe i ostre pismo, domagające się natychmiastowego stawiennictwa w Centrum. Z dziećmi. Trzeba się ich pozbyć.

Złote morze oczywiście wyrzuciło ją na właściwy brzeg, a lampa-słońce wysuszyła perłową suknię z szarymi refleksami. Kobieta wyglądała teraz jak podtopiona ćma, z wytartym ze skrzydełek pyłkiem. Podniosła się i poszła do domu. Dzieci właśnie powróciły z lasu, mając buzie umazane sokiem z malin, i nie chciały pożywnej galaretki z syntetyzowanych protein. Zachowywały się zwyczajnie, tylko ich oczy były ciemne i chmurne. Ciągle chwytały się za ręce, jakby łączyły je w łańcuch do przepływu energii. Czasami pochylały ku sobie głowy, by porozumiewać się wzrokiem.
Wzbudzały w kobiecie przerażenie. Co gorsza, nie zadawały już żadnych kłopotliwych pytań, które spowodowały tyle zamieszania. Najpierw zwątpiła we wszystko, czego się nauczyła. Okazało się wprawdzie, że świat bez wątpienia jest taki, jaki jest, ale odkryła zarazem, że mógłby być zupełnie inny. To wstrząsnęło fundamentami jej spokojnego i szczęśliwego bytowania pod lampą-słońcem.
Zamieszanie doprowadziło do snucia szalonych planów i marzeń. Bardzo szybko okazały się złudą. Ale ułuda też istnieje. Zrozumienie tego faktu okazało się najgorsze. Stabilny i dobrze wyrzeźbiony w materii świat stanął w obliczu zagrożenia. Cała materialna rzeczywistość zaczęła podmakać jak kredens stojący na wilgotnej podłodze.
Patrzyła w ponure oczy dzieci i słyszała głosy w ciemności. Były to skrzypienia i szelesty, szepty i daleki śmiech. Dźwięki ją przerażały. Nie znała nocy i jej tajemniczej treści. Nie rozumiała szmerów. Nie wiedziała, kto się śmieje i z jakiego powodu. Usiłowała zrozumieć te odgłosy, lecz ich źródło pozostawało najbardziej tajemnicze. Nigdy nie znała nocy. Widywała jedynie gęstą purpurę wieczoru, gdy gasła powoli lampa-słońce i tylko żarzyły się pręciki w wielkiej żarówce.
A gdyby sobie wyobrazić, że słońce jest bardzo daleko, że ponad jej światem nie ma klosza ani żadnego z Przęseł, utrzymujących stabilność bryły, która sama będąc niewielkim globem, gna gdzieś przez niezmierzone przestrzenie i nic jej nie trzyma, nic widzialnego. Glob jednak wcale nie leci w przestrzeni, lecz w nią wpada jak w czarną studnię, i tak się dzieje od czasu, którego nikt nie zna ani nie potrafi zrozumieć. Wszystkie obliczenia były mylne, wyobrażenia fałszywe. Kula musi się roztrzaskać, uderzywszy o dno czasu.
„Czy to już się stało?” – zadała sobie pytanie. Pewna, że nie ona je formułuje, lecz dzieci, a może las, czy jeszcze coś innego. Chciała się od nich dowiedzieć, czy poznała przyszłość tego świata i nic ich już nie uratuje, czy też widziała przeszłość. Nie wiadomo nawet, czy ludzka cywilizacja kiedykolwiek się odrodzi. Pytała dzieci wzrokiem, niespokojnymi spojrzeniami, ale w ich oczach była taka czerń i noc, że jej strach wzrastał.
Nagle otrzymała wiadomość z Centrum. A więc istnieje świat materialny, jakież to pocieszające. Centrum się o nią troszczy, pragnie zapewnić przyszłość jej dzieciom, wzywa je do inicjacji, podania pigułki wiedzy, bo przecież nie ma żadnego innego powodu, nie popełnili żadnego wykroczenia.
Kiedy powiedziała o tym dzieciom, spojrzały na nią z powagą i ujęły się za ręce, tworząc krąg. Stały w milczeniu, a ona czuła, że dokonuje się tu jakiś niesamowity pogański obrządek, wyzwolenie strasznych sił. Dzieci dostały się do samego pnia mózgu, do istoty życia, które było niezniszczalne i płynęło w nich, kończąc coś i rozpoczynając. Potem zrzuciły z siebie obecne istnienie i były gotowe.
– Staniecie się mądre, uzyskacie status! – zapewniała je matka z radością, ale one się nie odzywały.

Matka nie mogła się powstrzymać od oglądania Centrum. Była tu tylko raz, i to dawno. Miasto nie wydawało się jej takie czarowne jak kiedyś ani też tak nieosiągalne jak oglądane z okien domu. Prostopadłościany domów, wszystkie dość podobne do siebie, budowane oszczędnościowo. Na szerokich ulicach – pustawo.
Dzieci szły, wykonując ruchy, jakby coś wyciągały z ziemi, co się zawijało i wzrastało, gęstniało. Zasiewały wszędzie te niewidzialne kształty, mogłoby się wydawać, że miasto zostanie nimi pokryte, jeśli nie w teraźniejszości, to kiedyś. Dziewczynka wywoływała kształty z powietrza, jakby zawsze tam istniały, lecz należało je uaktywnić.
– Co robicie, dzieci? – zapytała matka. Były zbyt zajęte, aby odpowiedzieć. Spieszyły się, wiedząc, że ich czas się kończy.
Matka poczuła się niezręcznie. Zaczęła mówić o tym, jakie będą mądre, kiedy połkną pigułkę wiedzy. Nie zwracały na nią uwagi, wciąż zaabsorbowane wytwarzaniem kształtów przyszłości. Miały zainicjować to życie, które czaiło się w lesie, sprawić, aby świat rozpoczął się od nowa i nigdy nie zaginęła na tej ziemi żywa natura. Zbliżając się do wielkich, srebrzystych wrót głównej budowli, zwolniły kroku; nie ze strachu, ale chciały jak najwięcej po sobie pozostawić.
Dzieci podeszły do drzwi, wciąż przędąc. Tuż przed bramą zatrzymały się, odwróciły i objęły świat ostatnim spojrzeniem, a potem skierowały wzrok na matkę. Nieomal utonęła w ciemności ich oczu i zrozumiała, że niepotrzebna im żadna pigułka wiedzy, ale było za późno. Dzieci odwróciły się ku drzwiom – właśnie zaczęły się otwierać. W ciemnej szparze pomiędzy dwoma skrzydłami pojawiły się dwie jasne sylwetki. Dzieci przekroczyły próg i weszły w ciemność.

– Jestem gotów o wszystkim zapomnieć – powiedział mężczyzna.
Wskazał kobiecie fotel. Usiadła zasmucona. Mimo wszystko dzieci były życiem. Brakowało jej ich obecności.
– To znaczy o czym? – zapytała obojętnie. Miała złe przeczucia.
Mówił długo, że wszystko da się odwrócić, jeśli chodzi o nich dwoje, i nadal mogą stworzyć pełną rodzinę z wszelkimi przywilejami. Miał na myśli dzieci. Jakieś nowe, na specjalne zamówienie. Kobieta poczuła skurcz w sercu. A on powtarzał, że wszystko można odwrócić, bo nic takiego się nie wydarzyło, to ułuda.
Właśnie powstała. Materia zaczęła się nadkruszać, począwszy od obrazu w ich umysłach, od wątpliwości, od prób w szukaniu odpowiedzi na kłopotliwe pytania. I być może wszystko uda się odwrócić, ale nie w tę stronę, nie tak jak sądzili.
Las czekał.


Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2013
Redakcja Joanna Ślużyńska
Korekta Natalia Szczepkowska
Redakcja techniczna zespół RW2010
Copyright © Emma Popik 2013
Okładka Copyright © Mateo 2013
Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2013
e-wydanie I

Utwór bezpłatny, z prawem do kopiowania i powielania, w niezmienionej formie i treści, bez zgody na czerpanie korzyści majątkowych z jego udostępniania.

Aby powstało to opowiadanie, nie wycięto ani jednego drzewa.

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl
Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl



Autor: Emma Popik
Dodano: 2013-06-25 13:37:54
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Księcia głupców"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS