NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

antologia - "Zabawa w Boga"

Ukazały się

Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"


 Sanderson, Brandon - "Żałobne opaski" (stara wersja)

 Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

 Lem, Stanisław - "Człowiek z Marsa"

 Werber, Bernard - "Mikroludzie"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Parowski, Maciej - "Kukułka na koniu trojańskim. Małpy pana Boga 3. Retrospekcje"

Linki

Popik, Emma - "Wywiad z bogiem"
Wydawnictwo: RW2010
Data wydania: Czerwiec 2013
Format: pdf, epub, mobi
Liczba stron: 267
Ebook



Dwa srebrniki

Dwa srebrniki

Emma Popik

Ściągnij opowiadanie w formatach PDF, epub i mobi.

– Jestem destruktorem.
Tak mówił o sobie Jacek Plapla. A kim był? Śmieciarzem kosmosu. Rozwalał konstrukcje pozostawione na orbicie. Były to bowiem zbędne rupiecie. Ta, ta, ta, walił w obręcze fundamentów. Łup, łup, rozkruszał skorupy hal z wybitymi oknami. Trach, bryzg, poprawiał celnym strzałem w ściany fabryki. Kruszyły się i opadała sypka lawina. Podstawiał wtedy wyssawy huverów. Wii, wizg, wsysały drobny kurz betonkitu. Gruz tymczasem wpadał do worów. Napełnione, wlókł na sznurach za swym pojazdem, potem ustawiał go w pozycji: „kucaj” ponad składowiskiem – i upuszczał ładunek.
Wory spadały po kolei, trafiając w kwadraty wyznaczone do magazynowania. Po robocie zaklepywał dziurę w przestrzeni. Po naniesieniu współrzędnych do rejestru wyruszał od razu na następną orbitę, gdzie w ciszy obracały się puste stacje naukowe, które dawno opuściła kadra i studenci, zabierając cenne wyposażenie.
Wszystkie orbity były zapchane budowlami. Wciąż jednak przedsiębiorcom udawało się wetknąć wąską konstrukcję w wolny moduł. Wyrwawszy trochę kasy, szybko zamykano firmę, pozostawiając szkielety budynków.
I tu czekało zadanie dla destruktora: usunąć te śmieci. Więc łup i wizg! Kiedy skończył, natychmiast mógł gnać dalej, dokądkolwiek wysłałaby go firma Wilkowsky & Brown DezComp.
Dużo tego było. Kiedy nocą podnosił głowę ku niebu, widział na tle gwiazd czarną, szeroką obręcz zbitego gruzu. Wkoło Ziemi wirowała jak diabelski młyn. I tak kręcił się biznes, a na nim kręcił swój interes Jacek Plapla.
Marzył, że natrafi na zapomniany skarb. Nie myślał o woreczku hodowanych w próżni diamentów wielkości jajka czy o pozostawionych po antylaserach rubinach, które można będzie korzystnie sprzedać wespół z Ruskimi. Marzenia nie były konkretne – to miało być po prostu coś, co ustawi go na całe życie. I kiedy wyruszał na kolejną misję, jak nazywał robotę, śnił, że właśnie tym razem to jemu, a nie innym, trafi się skarb.

Nic na wojsku nie zarobił, tylko się natyrał. Hangary zbudowane na najdalszej orbicie były zawsze idealnie wyczyszczone. Każde urządzenie wywieźli żołnierze, o ile go przedtem nie przehandlowali. Metalowe haki z podłogi i uchwyty ze ścian zostały wyrwane przez złomiarzy.
Chłop był z niego uczciwy, z kościami, ale żeby wyżyć z pensji, musiał ciut zakombinować. No, nie kradł, ratował dla innych całkiem dobre jeszcze rzeczy. Kiedy musiał zdmuchnąć laby, bo zdychały bez dotacji, krwawiło mu serce. Stały tam jeszcze w szafach butle cennych odczynników. Szkoda tyle dobra w dym zamienić. Rozum chyba by postradał, by rozwalać tyle chemii. Toteż tylko sygnał dawał i sprawna brygada meldowała się na miejscu. Obierała wsio do ości, potem on rozwalał mury. Kiedy na bazarach wszystko się spuściło, wielodzietne rodziny długo dzięki temu żyły. Niezłe miał z tego obrywki.
Kiedy puszczał je w sobotę w pubie, mógł wreszcie zaszaleć. Nigdzie jednak się nie szlajał, wracał zawsze do modułu mieszkalnego w galerii wielowca, oczywiście z pannicą u ramienia. Ta już w windzie chichotała głupio, a on wiedział, że jest nim do szału podniecona, bo jej pachy ostro było czuć dezodorantem.
I choć w jeden dzień potrafił przetracić nawet całą tygodniówkę, nie żałował sobie ani jednej przyjemności: stać go było na popcorn w papierowych kubłach i rozrywki z last sekond.
I choć dobrze było, on pragnął być kimś i chociaż raz mieć tyle kasy, by zostało. I nie trząść się, że od jutra jesteś fajed: wylany. I żyć w trybie: pokonuj konkurencję co dzień, spychaj biedaków takich jak ty. No i chciał być wolny, i żeby komputer paskowy na ręce nie był zawsze w programie „Chodź no, Plapla, tu”.
I właśnie dzisiaj, w piątek po robocie, gdy odstawił swego lota na plac i wybierał się na piwo, na przegubie pokazał się kod czerwony. Spojrzał Plapla i nie wierzy. A więc znowu czyta. Umiał czytać, kończył kiedyś kursa. Przeraził się nie na żarty. Nigdy jeszcze tak nie było, żeby go wzywali. I gdzie!

„Wywalą bez odprawy – myśli Plapla. Mróz po kościach leci. Strach przed nędzą go ogarnia, która śmierdzi gorzej niźli śmieci, które sprzątał. – Coś się musiało stać. Cicho było przecież tyle lat, ani jedna rzecz się nie wydała. Teraz nagle sprawa się rypła? Czyżby ktoś im doniósł o drobnym handelku, jaki zrobiłem z Saszą i kolegą Ciao, gdy koszary rozwalałem w pył?”
Te konstrukcje wisiały latami. Były ciężkie i aż rude od rdzy. Ale w skrzyniach na podłodze magazynów pozostały pociski, fabrycznie nowe i lśniące od smaru. Skarb w trójkę zabrali i sprzedali buntownikom. Ponoć jakąś wolność wsparli. Cudzą niepodległość tym transportem broni wyrąbali. Ale ich to nie obeszło, chcieli tylko kasę.
Czyta z paska na przegubie: „Stawić się do managera”. Rusza Plapla. Co trzy kroki zrobi – staje. Z przerażenia iść nie może.
Jak wyżyje, gdy go zwolnią? Nic przecież nie umie, tylko naciskać spust broni. Każdy wie, jak to robić; komp celuje. Plapla stanął przed progiem gabinetu. Stoi, udaje, że czeka, aż pozwolą mu wejść.
Nagle słyszy: „Wchodzić!”.
Jest manager. Bynajmniej pan Wilkowsky czy & Brown, ale dyrektor. Pod krawatką, zwyczajnie, no i w garniturze. I choć Plapla pierwszy raz go widział, od razu się zorientował, że coś jest nie tak. Kiedy bowiem Jacek Plapla wszedł na miękkich nogach, kolana dyrektora też były ugięte, a nogi wykrzywione niby dwa nawiasy. I tylko kant biurka chronił go przed upadkiem. Wisiał na nim zaczepiony tyłkiem i z całej siły opierał się blat. Ręce miał zajęte. Trzymał je przed sobą, wyciągnięte prosto niby drągi. Palce zaciśnięte do białości. A w nich kartka. Nie byle bibuła z recyklingu – Plapla się przecież na tym znał. To była kartka z prawdziwego szpargaminu.
Dyrektor wybałusza oczy, szklany wzrok wlepia w linijki pisma. Czyta, czyta, znowu czyta. I nie wierzy. Rozkaz: „Wykonać natychmiast”. Ale kto to zrobi, czyżby ten głupek nieszczęsny, Plapla? Ramię managera opadło bezwładnie, chociaż palce wciąż zaciskał na dokumencie. Spojrzał na Jacka, ale wzroku nie mógł skupić, bo mu oczy na boki latały.
Tymczasem destruktor zatrzymał się tuż za progiem gabinetu i pokornie czekał na instrukcje. Widział nie tylko krawatkę i garnitur managera, ale i jego wybałuszone oczy, przerażenie we wzroku i białe kostki zaciśniętych palców.
„Chyba nie bankrutuje? – pomyślał i też się przestraszył, ale tylko trochę. – A mnie zresztą co do tego! Śmieci i tak wywozić musi ten czy inny dezkomp, a ja jestem najlepszy: konkurencja mnie weźmie z pocałowaniem ręki. Ich kłopot, nie mój”.
Tak się pocieszał, choć przed chwilą co innego w strachu myślał. Na wszelki jednak wypadek oparł się plecami o futrynę. I aby dodać sobie odwagi, gryzł wyjętą z kieszeni wykałaczkę. Nie pokaże po sobie niepokoju.
Pan manager nagle krawatkę poluzował, bo go dusiła, i brodą w obie strony pokręcił, lewo, prawo: tak i nie.
– Zdezintegruj City Lux – szepnął. I się zatchnął. Zamilkł, przełknął ślinę, znowu podjął wątek: – W pył rozwal to miasto. Wszystko – znów ucichł na chwilę. – Nic nie ma pozostać. Ani scalak na scalaku.
„Matko – jęknął w duchu Jacek, a przerażenie włosy mu na głowie poderwało. – Stało się! City Lux: korona świata, naszyjnik z brylantów. Luksus, władza i pieniądze złote. Centrum świata, jego duma – myślał Plapla. – Niemożliwe, to jakaś blaga”.
I na managera niby głupek się zapatrzył. Gębę rozwarł, oczy wytrzeszczone w źrenicach dyrektora utkwił.
– Teraz, już, natychmiast! – wrzasnął dyrektor, jakby go coś opętało. – Odmarsz, wymarsz i w tył zwrot!
Darł się ciągle, w kółko ganiał po gabinecie, za głowę się chwytał, ręce ku niebu wznosił.
Skoro każą mu rozproszyć to bogate miasto, to musi być przekręt. Więc on też im numer wytnie. Bo tam, w City, tylko luksusmeni pachnący bywali, pozwalając się zabawiać. Nikt inny nie wiedział, jak tam naprawdę jest, choć przez całą dobę w obie strony gnały szluskorwety z szoferami w mundurach. W nich, rozwaleni na pufach, leżeli wespół prezydenci z mafiosami, mistrzowie sportu, gwiazdy porno, właściciele pól naftowych. A na miejscu w City Lux, przy kolacji czy w sypialni, ustalali, które rządy obalić, kto dostanie Nobla i po ile są aktualnie narody.
To był worek złotych monet, które tak brzęczały, że cały świat jęczał.
Ale każdy na świecie oddałby pół życia, by tam spędzić choćby dzień. A ten, kto ten raj zobaczył, nie zapomniał go nigdy. No i teraz taki Plapla ma to wszystko zdmuchnąć? Zniszczyć złoty bufet, łoża z baldachimami i pełne kasyno? O nie, to jest biznes jego życia. Okazja, na którą tyle czekał. Forsa, o której codziennie marzył.
Rankiem, gdy się już ogolił i użył „Newsmarka” – by poklepać policzki, puc, puc, na młodość – stawał jak zawsze przed swym tremo. Zadzierając brodę, spoglądał na siebie i kładł rękę na piersi, wsuwając trzy palce między guziki piżamy. Myślał o tym, jak wielkie mógłby sobie zafundować przyjemności, gdyby miał kasę. Wiedział, czego chce: cały tydzień wakacji i cygaro za piątala. I miałby szacunek, to pewne jak w banku, nikt by do niego „Jacku” już nie powiedział, każdy tylko: „panie Plapla”. Takie marzenia miał Jacek Plapla!
A teraz! Bogactwo City Lux będzie całe jego. Wszystko, co zgromadzili, on wywiezie: ładownie zapcha gratami po sufit, rolki dywanów ułoży jak papierosy w pudełku. Pewnie mają tam firanki, na mus wiszą żyrandole. A skoro wszystko jest markowe, to i nie zedrze się tak szybko jak szajs z marketu. Fanty się wyprzeda, duży interes nareszcie zrobi. Potem kasę puści się w ruch, może kupi obligacje i zabezpieczy się już do końca życia. Wtedy, ach, co wtedy! Luz – gdy się ma kasę i nie trzeba długo gmerać w portmonetce, by dwoma palcami wyłowić miedziaka brakującego do piwa.
Przygryzł mocniej plastykową trawkę, wciąż nonszalancko oparty o futrynę. Rósł – choć i tak był duży i przystojny ten cały Plapla. Teraz nawet jakby przystojniejszy, nogi jakby dłuższe, biodra węższe i te bary! Oparł się lekuchno ramieniem o futrynę ten przystojny do szału Dżeki, pan Plapla.
– Stamtąd nie wolno ci zabrać nawet guzika! – pisnął dyrektor przez ściśnięte gardło, gdy Plapla na jawie oczami pijaka oglądał swój sen.
– Ja nigdy – bąkał durny Plapla. – Co nie moje, nie dotknę. Wszak mamusia mnie uczyła, że mi ręka odpadnie.
– Miała rację! Wiesz, co ja bym z tobą zrobił?! To se popatrz!
Ręce na szpargaminie się zacisnęły jak na szyi Jacka, palce ugniatały kartkę. O, wysokiej był jakości. Po trzech ruchach stał się kulką, zmiękł i zamienił się w gumę. Wepchnięta do ust, dała się od razu połknąć, gulp! Teraz już mogła podjąć swą wędrówkę przez organizm, aż do jego końca. Jacek w mig pojął tę metaforę: to samo by manager zrobił z nim, swym specem od śmieci.
– I tylko pamiętaj, ani mru-mru nikomu. Tajemnica top secret, bo na pysk z roboty wylecisz!
Ruszył lekko dłonią, w której przedtem ściskał kartkę: „Won!”.
Gest tak prosty, a tak wiele znaczył. Drzwi wahnięciem wypchnęły Dżekusia na zewnątrz. Kijem groźby dostał po grzbiecie. Szczęście, że nie kopa w tyłek. Oj, będzie się pilnował, mordeczka na kłódkę.
„Skąd powziął podejrzenia wielki pan manager od Browna?” – myślał Plapla. Wychodząc, potknął się o swoje długie nogi w progu gabinetu. Czyżby jakiś donos się doszeptał do ucha dyrektora? Powiedzieli mu, że śmieciarz, pan destruktor znaczy, coś na boku kombinuje? Może znał od dawna wszelkie te machloje, lecz nie robił z nich użytku. Pewnie wiedział, że każdy musi tak robić, by, cholera, przeżyć, bo inaczej się nie da. Plapla, jak każdy, popełniał szwindelki, lekuchne, małe. Pewnie o takie niewielkie obrywki nie warto było panu managerowi robić szumu. No bo miał na swoim koncie większe przekręty.
Tyle prawdy znał o sobie. A czego się dowie, gdy zmierzy się ze złem, którego nie widać, nazwy nie ma, i skąd przyszło – nie wiadomo?

Wziąwszy kurs na City Lux, patrzył na jarzące się w oddali dyski wielkich miast. Światła paliły się w każdym z tysięcy okien. Ponad jezdniami ulic śmigały czaderskie krypy, w nich siedziały dziewczyny w niedopiętych bluzkach.
Bary gwarne do rana i pozostał o ścianę oparty w bilardowej sali lubianego bywalca stary kij. To było jego życie, kochał je, nie wiedząc o tym. Pyszne było jak gotowe danie z pudełka na następny dzień.
Dotarł na właściwą orbitę. Szedł pomostem powoli, lecz zdecydowanie. Ręce trzymał luźno na szerokim pasie, palce skierowane w dół, gdzie broń. Choć się zbliżał do tak wytwornego miejsca, był skupiony. Mimo sławy tego miasta, wszystko mogło się tu zdarzyć. Nie wiadomo, kogo jeszcze spotka i co nagle spod nóg zającem śmignie. Jego palce na szerokim pasie same przesunęły się trochę bardziej w dół – tam broń.
Czuł się pewnie. Był człowiekiem tylko tu, gdzie się obracały obręcze sfer i panował błękit nieskończonych pól, i była przestrzeń, i on, i więcej nikt.
Doszedł do przeciwległego krańca pomostu i zatrzymał się. Przesunął wzrokiem od lewej do prawej, wzdłuż panoramy miasteczka. Nagle na wprost niego na niebie zapłonęły gigantyczne litery: „Welcome w City Lux”. Stał chwilę, czytając literę za literą, potem przeszedł do holu. Aż usta otworzył z podziwu – chociaż wylądował w porcie towarowym, gdzie robotnicy dostarczali zapasy.
Gdy rozglądał się wokoło po obszernym pomieszczeniu, kątem oka zauważył coś dziwnego. Poza oszklonymi drzwiami mignęła dziewczyna. Pokazała twarz, zerknęła na niego, znikła. Wbiła mu się w pamięć po wsze czasy – taki był wytrenowany. Widział dłonie oparte o szybę i wargi dotykające szkła. Ktoś musiał ją popchnąć, gdy biegła. Upadła na kolana, szusnęła do drzwi, oparła się, chwila, dostrzegła go, w tył odbiła, uciekła. Błyskawicznie się obrócił, biegnąc w tamtą stronę: jeden, dwa, pięć kroków. Kiedy pchnął oszklone drzwi, otworzyły się na oścież.
Co to? Nikogo za nimi nie ma. Stanął, myśli. Widział jej włosy, długie, ciemne, sięgające aż do piersi. Miała na sobie powłóczystą szatę, jakby szlafrok czy coś w stylu wschodnim. Skóra ciemna, śniada.
Kim była? Może księżniczką z despotycznego kraju, która musiała wyemigrować, umykając przed zaborczą partią przeciwników politycznych? Albo uciekała przed ojcem, bo chciał ją wydać za mąż wbrew jej woli? Czemu tu została? I gdzie teraz jest? Wyobraźnia Jacka wyświetlała obrazy, ale jakoś nie pomyślał, że nigdy dotąd tak żywa nie była, tak wyraźna. Z tego faktu jednak nie wyciągnął żadnych wniosków.
Nagle zatrzymał się na środku pomieszczenia i walnął dłonią w czoło. To na pewno była Irina, dziewczyna Olega. Zabrał ją ze sobą, by mu pomagała kraść.
„Obrobią mnie równo” – pomyślał.
Bał się, że kolesie go ubiegli i przybyli tu wcześniej.
Już ich widział w wyobraźni, jak w następnej sali pakują, co się da, i łomami wyrywają meble. Jakoś mu umknęło, że przecież nie zawiadomił ich o nowej robocie, bo manager zakazał. Czemu o tym nie pamiętał? Na mózg mu padło? Ale co? Czy systemy się rozprzęgły, czy coś z głębi się wywlekło, spocone ze skundlonym grzbietem, wszechmocne i groźne, chociaż tego nie widać?
Pędem wbiegł do drugiej sali, gdzie stały fotele. Tu siadali, mówiąc cicho o tym, co i kogo sprzedać. Nikt, co nie trza, nie skapował, co planują. Tak zmyślnie ustawili fotele, że ktoś idący z tyłu, nie dostrzegał ust mówiących ani całej ważnej osoby. Dłoń jedynie zobaczył, jak z cygara popiół strząsa do olbrzymiej popielnicy, co na stole się nie ślizga i jest zawsze pusta, bo kelnerzy w mig ją czyszczą.
Położywszy rękę na oparciu fotela, wyczuł pod palcami miękkość materiału. „Pewnie derma albo nawet skóra – zgadywał Plapla. – Ale na świecie nie ma już zwierząt na wolności, więc obicia pewnie z fermowych zrobili. Musi dużo być tych ferm, sądząc po liczbie i wielkości foteli, choć nigdy o nich nie słyszałem. Ile mogą kosztować – zastanawiał się – skoro są ze skóry?”
Nagle złość go wzięła na myśl, że z ostatnich żyjących zwierząt zdarli skóry i obili nimi fotele, aby tyłki na nich sadzać.
Ruszył znowu w poszukiwaniu tajemniczej uciekinierki. Chodził swobodnie pomiędzy fotelami, rozglądając się, ale nigdzie jej nie było.
„Jak tu dużo miejsca” – uświadomił sobie Jacek, wspominając swoją dziuplę w wielowcu. Jej rozmiary z trudnością umożliwiały rozprostowanie nóg, gdy się kładł spać. Tylko tyle przestrzeni mu przydzielono, a władze wciąż wbijały wszystkim do głowy hasła typu: „Oszczędzaj przestrzeń, bo miejsca nie starczy dla twojego syna”.
Uderzyło go spostrzeżenie, że miejsca jest mało, ale tylko dla niektórych, inni mają go podwójnie albo jeszcze więcej.
– Ciekawe, dlaczego taką ciemnotę nam wciskają – mruczał pod nosem pan destruktor, chodząc między fotelami.
Zaglądając poprzez wysokie oparcia i szukając Iriny, robił się coraz bardziej wściekły: że kolesie go ubiegli i w dodatku tak z nim pogrywają.
Naraz stanął, czując, że włos mu się jeży ze strachu. Przecież Irina miała jasne włosy i niebieskie oczy. Przypomniał sobie również, że nie zawiadomił kumpli o nadarzającej się robocie.
„Wariuję – pomyślał. Rozejrzał się. – Tutaj coś niedobrego się dzieje! A może luksusmeni także dostawali tu kręćka?”
Jego myśli powróciły do tajemniczej dziewczyny. Kim była, jak jej się udało tak szybko uciec i dokąd pobiegła? Czemu tak dziwnie wyglądała? Nie umiał znaleźć żadnego wyjaśnienia. Przecież w holu znajdowały się tylko jedne drzwi, po przeciwnej stronie. Nie było innej drogi, a za drzwiami jej nie znalazł.
Uspokoił się nieco odkryciem, że skoro mogła wybrać tylko jedną drogę, to wcześniej czy później panienkę odnajdzie. Wtedy się wyjaśni, kim jest naprawdę. W każdym razie, dopóki na terenie stacji znajduje się jakaś żywa osoba, nie ma mowy o rozpoczęciu prac dezintegracyjnych.
Nie może przecież rozpylić człowieka w przestrzeni, w dodatku osobistość, która miała prawo przebywać w City Lux. Chociaż wytłumaczył sobie logicznie tajemnicze wydarzenie, jednak na dnie jego umysłu ciągle czaił się niepokój. Nie nazywając sytuacji słowami, czuł, że coś dziwnego opętało przestrzeń. Strzelać jednak nie mógł. Wpierw musiał poznać tożsamość panny.
Do jego obowiązków należało: sprawdzić wszystkie pomieszczenia, by wyeliminować całkowicie niebezpieczeństwo, jakie mógłby sprowadzić na człowieka. A jeżeli są tu inni? Kumple, tfu, przyjaciele pięknej damy?
Jacek Plapla pamiętał przysięgę, jaką składał, zanim zaczął walić gruz. Zresztą został dobrze wyszkolony, wszak operował niebezpieczną bronią. „Najpierw człowiek” – tak brzmiała zasada. Zawsze się jej trzymał, był porządny. Przede wszystkim chciał odnaleźć dziewczynę i przejrzeć pomieszczenia, szukając ewentualnych maruderów. Odnalezienie kolesiów, którzy jakimś sposobem tu dotarli, bo ich przecież nie zawiadomił, zepchnął na plan dalszy. Bardzo pragnął się wzbogacić, lecz nie takim kosztem.
„Kolegów tu nie ma, ani Iriny” – powtarzał sobie.

Przeszedł do następnej sali i objął ją wzrokiem. Zapewne trafił na magazyn: od podłogi aż po sufit był pełen towaru. Na półeczkach z drewna tysiące drobiazgów: chusteczki do nosa, kasetki na tytoń, spinki do mankietów, nawet sznurowadła.
Plapla spojrzał na swoje buciory: solidne traktory na grubej zelówie. Wessy wokół kostek je trzymały. To oszczędzało czas. Wystarczyło w nie wejść, gdy się ubierał na akcję. „Sznurowadła plączą w supły czas, nie rozplączesz, bo go mało masz” – zrymował sobie Plapla.
Chusteczki również go dziwiły. Sztywne – nosa nie da się w nie wysmarkać. Znał tylko jednorazówki. „A może służyły do wąchania podczas kataru” – zastanawiał się nad ich sekretnym przeznaczeniem.
Sensu istnienia spinek do mankietów nie zdołał ogarnąć. Nawet wziął je do ręki i próbował przymierzyć – swetra trzymać się nie chciały, a koszul nigdy nie miał. Bywający tu ludzie oraz ich obyczaje wydały się Jackowi całkowicie niezrozumiałe, choćby dlatego że używali przedmiotów, które były niepotrzebne, za to ich obsługa czasochłonna i fatygująca.
Na środku stał stół, na którym leżało wiele rzeczy. Porzuconych w pośpiechu, w bezładzie, tylko te z brzegu zostały już przez kogoś ułożone i przygotowane do przeniesienia do sklepu.
Podszedł, bo jego wzrok przyciągnął elegancki portfel. Wziął go, otworzył. W środku znalazł dwa srebrniki, jako prezent przy zakupie. Nigdy dotąd nie widział prawdziwych pieniędzy, tym bardziej monet z kruszcu. Podrzucił je na ręce, były ciężkie. Na pewno prawdziwe. Ha, bogactwo! To się czuje.
Ktoś się szastał w sali obok – szmer jakby spódniczek. Srebro włożył do kieszeni, wcisnął wessy. Nasłuchiwał przez chwilę, ale nie potrafił odgadnąć, co tak szura, szumi, mruczy. Ręka za pas, palce na spust, kroki ku drzwiom, lekko, cicho, uszy na sztorc.

Wszedł do restauracji. Na podłodze czarny marmur, a na środku wielka biała misa, także marmurowa. W środku marmurowy chłopczyk na golasa, sika sobie wkoło, woda pachnie, zimna, tylko nura dać do misy i się pluskać.
„Tyle wody się wylewa na darmo?” – dziwił się Plapla.
W swojej dziupli posiadał wprawdzie kran i w określonych godzinach mógł korzystać z wyznaczonych limitów wody. Kąpać się chodził jak wszyscy do miejskiej łaźni i używał szybko spłukujących się proszków, które wymagały niewielkich ilości wody. Rzek na świecie prawie już nie było, tak mówiono, a oceany ledwo dyszały, zatrute przemysłowymi ściekami.
„Od ciebie zależy przyszłość Ziemi”.
Ciągle to słyszał, więc oszczędzał wodę. I czuł swą wartość, gdy mu powtarzano takie hasła. Nigdy nie pomyślał, że tylko w tym celu je głoszono. By biednym ludziom, od których nic tak naprawdę nie zależało, dać poczucie własnej wartości.

W następnej sali były książki i gazety, służące chyba do rozrywki podczas lotu z powrotem na Ziemię. Wszystkie wykonano z prawdziwego papieru.
„Skąd drewno?”
Myśl jak piorun strzeliła w łeb Plapli. Lasy dawno opakowano, wokół drzew okręcono żółte taśmy z napisem: „Police line do not cross”. Każde drzewo uznano za pomnik przyrody.
„Z hodowlanych robią?” – zgadywał Plapla.
Czuł, że świat jest zupełnie inny, niż mu wciąż wmawiano. I nagle pomyślał, że to nie jest w porządku.

Szedł teraz korytarzem do drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Pchnął je, ale nie dawały się otworzyć, zamknięte od wewnątrz. Zbadał programator, wysunąwszy pamięć. Przejrzał rejestrację: zapisane dane świadczyły o tym, że nie otwierano ich ani też nie zamykano od wielu dni.
Tajemnicza dziewczyna tędy nie zwiała. Ani do żadnej z sal nie uciekła. Gdzie więc jest?
„Cudów nie ma, musiałem przeoczyć” – uznał.
Postanowił obejść wszystkie pomieszczenia jeszcze raz, aby zaspokoić swoje poczucie obowiązku. Jacek był bardzo solidny. „Absolutnie nie podejmować żadnych działań dezintegrujących, póki nie zostanie zabezpieczony materiał żywy” – powtarzał sobie określenia z księgi instrukcji.
Wracając korytarzem, natrafił na tajemnicze drzwi, których przedtem nie zauważył, co go bardzo zdziwiło. W dodatku były drewniane, a więc nieprzejrzyste, toteż nie mógł zobaczyć, czy ktoś się za nimi kryje. Kiedy je otwierał, robił to powoli i z największą ostrożnością.
Uchylił je i zajrzał. Zaskoczony charakterem pomieszczenia, otworzył szeroko drzwi, złote od wewnętrznej strony, i zatrzymawszy się na progu, podziwiał pokój.
Była to sypialnia, a może buduar, ale tego słowa nie znał. Na środku stało obszerne łoże, nakryte morelową pościelą. Prześcieradło było naciągnięte, róg gładko ułożonej kołdry odchylony zachęcająco, a wałek na wezgłowiu, służący jako poduszka, wydawał się bardzo miękki.
Ale najbardziej go zaskoczyły rozmiary tego łoża, oczywiście znacznie przekraczające metraż jego kwatery w wielowcu. Lustro, umieszczone nie wiadomo po co na suficie, dodatkowo je powiększało. Po lewej stronie w ścianie zauważył ukrytą szafę z trzema skrzydłami drzwi rozsuwającymi się na boki.
„A, tu jesteś!” – Ostrożnie zajrzał do środka.
Wewnątrz szafy wisiały rzędem wieszaki z damskimi sukienkami i męskimi ubraniami. Nie zapominając o ostrożności, odsuwał je, szukając ukrytej pomiędzy nimi dziewczyny. Ale jej tam nie było, więc pochylił się i zbadał dno szafy. Lecz tu również jej nie było – nie kucała zwinięta w kłębek pod rzędem wieszaków.
Odwrócił się, słysząc cichutki i nieznany mu dźwięk. Po przeciwnej stronie łoża znajdowała się toaletka z dużym lustrem, przed którym stały złote kasetki z pastelami do malowania twarzy i szminki do ust. Jedna z pomadek, otwarta, właśnie się turlała do krawędzi toaletki. Zaraz spadnie na dywan.
„Czyżby ona tu była? Malowała się za moimi plecami, kiedy przeglądałem odzież w szafie, i zaraz wybiegła?” – usiłował zrozumieć dziwną sytuację.
Musi zacząć jej szukać od początku i ponownie przejść wszystkie pomieszczenia. Jacka zirytowała ta zabawa w kotka i myszkę, dla której nie widział uzasadnienia. Poza tym czuł się już porządnie głodny i nieco znużony. Wciąż patrzył na szminkę, turlającą się do brzegu stoliczka, gdy ta nagle zatrzymała się samoistnie. Bardzo go to zdziwiło. Przedmioty spadały; ale tak było na Ziemi. Tu z pewnością panowała inna fizyka. Mimo takiego wyjaśnienia to nagłe znieruchomienie toczącego się przedmiotu wydało się mu niesamowite.

Wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie plecami. „Co z tym zrobić, do cholery?” Skoro obowiązuje tu inna fizyka, może wszystko jest ułudą? Szkoda, chciałby spotkać tę dziewczynę. Wszak ją widział, gdzieś tu musiała być.
Oczywiście i tę hipotezę należało dokładnie sprawdzić, ale niekoniecznie akurat w tej chwili, tym bardziej że poczuł właśnie smakowite zapachy dobiegające z restauracji. I obranie kierunku na suto zastawiony stół było pierwszym zboczeniem z drogi obowiązku. Poszedł w stronę, z której pachniało tak zachęcająco, krokiem zdecydowanym, nie zapominając jednak o zachowywaniu czujności, no pewnie.
Przez abażury lamp sączyło się przyćmione światło i w całym pomieszczeniu panował dyskretny półmrok. Stoliki zostały od siebie oddzielone wysokimi przepierzeniami, więc tylko domyślał się ich istnienia. Jego uwagę ściągnął jeden, dość obszerny stół, nakryty żółtym obrusem i oświetlony niewielką lampą. Lekko odsunięty fotel jakby właśnie na niego czekał.
Wzdłuż ściany po lewej stronie ciągnął się długi stół, zastawiony półmiskami. Gorące dania podgrzewały się w zgrabnych kubełkach, z których wystawały trzonki łyżek do nakładania. Jacek widział unoszącą się parę i słyszał delikatne bulgotanie sosów. Wziął ze stosu duży talerz i zaczął sobie nakładać. Zaczął jeść od razu, na stojąco. Najpierw sięgnął po kawałki mięsa z prawdziwą kością, co sprawdził, dziobnąwszy w nią widelcem. Po raz pierwszy w życiu Plapla widział takie mięso na własnym talerzu, a nie polepszacze dodawane do mielonki, które polewano obficie keczupem, aby zabić ich pierwotny smak.
Kiedy soczyste kawałki przyciskał językiem do podniebienia, jego oczy same podnosiły się do góry. Szybko nałożył sobie kolejną porcję i oparłszy się brzuchem o stół, jadł, wciąż stojąc. Potem wyjadał wprost z półmisków. Pragnął spróbować każdego dania choćby odrobinę. Ale brzuch się zrobił ciężki. Zapełniwszy więc półmisek, podszedł z nim do stołu nakrytego żółtym obrusem. Postawił talerz na środku, usiadł zamaszyście na fotelu i pochylił się nad jedzeniem.
Jadł o wiele wolniej. Odgarniał widelcem niektóre kąski, a potem już tylko grzebał, odsuwając wszystko na bok. Jeszcze chwilę siedział, oparty łokciami o stół, potem upuścił widelec i opadł na oparcie fotela, szeroko rozkładając nogi. Dyszał ciężko, odpoczywając, patrząc bezmyślnie w mroczną przestrzeń.
Jego organizm zmagał się z nadmiarem jedzenia. Strawienie tak znacznych ilości wpakowanych do żołądka wiązało się z ogromnym wysiłkiem. Plapla nigdy dotąd nie wchłonął aż tak wiele i to wysokokalorycznego pożywienia. Jego dieta była zrównoważona, tylko w sobotę pozwalał sobie na niewielkie przyjemności. Leżał teraz bezwładnie na fotelu, chory z przejedzenia. Sapał głośno, oddychając z trudem i z poważnym wysiłkiem odpiął klamrę pasa.
Usłyszawszy dźwięki miłej muzyki, pomyślał, że chyba się chwilę zdrzemnął, choć nawet nie zamknął oczu. Tuż przed nim rozpoczynał się film. Pornos, ale lekki, jak najbardziej stosowny dla człowieka w jego stanie. Panienka tańczyła, zdejmując swe ciuszki. Nagle miał ją na kolanach – uda na poręczach krzesła, dwa balony leżały mu na piersi. Reagował obojętnie, ledwo ruszył dłonią, aby ją pomacać; lecz miast na piersi wirtualnej dziewczyny trafił na butelkę. Obmacał ją, nie unosząc się z fotela. Jego ręka sunęła powoli w górę, wreszcie natrafiła na szyjkę i korek. Wyciągnął go dwoma palcami i przyciągnął butelkę do ust.
Mocno z niej pociągnął. Pił długo, wybałuszając oczy na wdzięki tancerki. Striptizerka zakręciwszy ponad głową zdjętymi majtkami, odpłynęła, kręcąc pupką. Roztopiła się gdzieś w mroku. Plapla całkiem osłabł. Kiedy już powróciła mu zdolność myślenia, zorientował się, że dziewczyna, która go po salach wodziła, i ta z filmu, wyglądały tak samo.
„To wirtualna zabawka bywalców City Lux – rozmyślał niespiesznie. – Pewnie lubią, kiedy w różnych miejscach nagle pokazują się panienki”.

Zasnął w fotelu, czując, że dziewczyna obejmuje go od tyłu. Doznał wielu różnych przyjemności we śnie. Wtedy właśnie pomieszały mu się sfery rzeczywistości: nie wiedział, co jest snem, co wirtualną przyjemnością, a od jakiego momentu rozpoczyna się jawa.
Był pewien, że unosi powieki i jest całkowicie obudzony. Zobaczył kątem oka uchylone drzwi do kasyna, gdzie stały stoliki do gry, wyłożone zielonym suknem. Słyszał szelest kart i stukot kostek, z daleka widział asy i sześć oczek. Kiedy się wychylił nieco, zauważył ciemną szafę do gry, stojącą tuż obok, za fotelem; migała zachęcająco, wystarczyło pyknąć w guzik.
Ledwo go nacisnął, zabrzęczały figurki w okienku, stając w jednym rządku, ze szczeliny pod nimi posypały się zielone. Forsa, kasa, dużo! Na podłodze spory stosik, który wciąż się powiększa, całego go przykrywa, a Plapla rękami porusza, jakby pływał w forsie.

Było już dobrze po północy, gdy chwiejąc się, przeszedł do sali gry. Rozegrał kilka partii z wirtualnym partnerem. Wszystko było jak naprawdę. Rozdawano karty, przesuwano banknoty. Ale tak się składało, że to po jego stronie wciąż rósł ich plik.
Zbyt pijany, by podejrzewać podstęp – zresztą czyj, skoro tu nikogo oprócz niego nie ma? – wziął neseser na banknoty i ułożył w nim swoją wygraną. Niosąc go pod pachą, wlókł się do sypialni. Padł na łoże tak jak stał, głową uderzył w walizkę. Był bogaty.
To musiało się wydarzyć tuż przed czwartą rano. Słońce jeszcze nie wzeszło, Ziemia stała wciąż pod horyzontem, niebo było puste, każdą zbrodnię dało się na nim zapisać. Wydawało mu się, że słyszy wrzask gdzieś w ciemności, może śnił, zamroczony, głupi. Ciężkie alkohole krew mu truły, trzymał głowę nad saganem z trującymi wyziewami.
Ktoś krzyczał z wściekłością. Coś waliło, uderzenia, potem krzyki, pomocy, ratunku, mordują. Głowa destruktora tkwiła jakby w kocu.
Wciąż ktoś wrzeszczał, potem rzęził. Zapadł głębiej, nawet się nie wynurzył z ciemności, wciąż śpiąc. Dziwne, słyszał cichnące wołania, łomot ciała, kroki, kroki, biegnie zbrodniarz, uciekł.

Kiedy się obudził dobrze po południu, przyciskał policzek do skórzanej walizeczki. Obrócił się na plecy i leżąc na wznak z rozłożonymi rękami i nogami, przeglądał się w lustrze na suficie. Było mu tak dobrze, że nie miał ochoty wstawać. Pogrążał się w lenistwie i stawał się coraz bardziej gnuśny.
Wtem poczuł zapach kawy. Na szklanym stoliczku przy łóżku stała taca. Kiedy się uniósł, by sięgnąć po filiżankę, łoże podparło mu plecy. Mógł się delektować napojem, który nie był ani zbyt gorący, ani za chłodny, po prostu taki jak trzeba. Nie umiał określić smaku – bo tak zawsze bywa, gdy coś jest w najwyższym gatunku.
Postanowił, że zostanie w łóżku; zrobi sobie wolne po raz pierwszy w życiu. Wraz z degeneracją ciała następował zanik utartych przyzwyczajeń, kruszyły się wyznawane zasady moralne...
I naraz wspomnienie o codziennych rytuałach postawiło go na baczność. Spojrzał na przegub – cienki pasek był na miejscu. Pochwycił się za płatek ucha, insert tkwił gdzie zawsze. Piętno niewolnika. Dlaczego nie działały?! Dlaczego jak zwykle każdego ranka nie został obudzony łaskotaniem w ucho? Czyżby muśnięcia zmieniały się w ukłucia, kiedy spał zbyt twardo?
Sygnał do szefa pewnie został wysłany, informując go o niesubordynacji destruktora. Już widział, jak spycha śmieci na wysypisku. Nagle przestał się martwić. Jest bogaty. Ma walizkę pieniędzy. Po śniadaniu pójdzie do sali gry i wygra sobie cały bank. Czy musi pracować? O nie! Wykupi akcje. Panów Wilkowsky & Brown pośle z torbami. I to im każe spychać śmieci na wysypisku. Ha, ha! Nareszcie się odkuje. Za te wszystkie lata poniewierki, za tę cholerną robotę! Ha, ha!
Przypomniał sobie wrzaski, które usłyszał przez sen. Wynikało z nich, że ktoś został zamordowany. Jego obowiązkiem było odnaleźć zwłoki Nie! Jest na wakacjach, nie musi być aż tak solidny. Przecież facet nie ucieknie, ha, ha! Powinien również posłać do centrali informacje na temat zajścia.
W efekcie zostanie zobowiązany do wykonania wielu czynności. Po pierwsze, musi zabezpieczyć ślady dla ekipy śledczej. Grupa oczywiście nie przyjedzie, ale każdy z jej członków po kolei nękać go będzie pytaniami na odległość. To zawsze było męczące. Powinien zacząć działania. Zmierzać do wytropienia zbrodniarza. Starać się przywrócić sprawiedliwość. Wierzył, że sprawiedliwość zapewnia równowagę w świecie, posiada fundamentalne znaczenie dla istnienia całości, dlatego on i każdy policjant muszą walczyć ze złem. Każdy zaniechany wysiłek to jak piórko na niewłaściwej szalce wagi – gdy zło przeważy, świat pogrąży się w chaosie.
„Ale chyba nie tak od razu! – odpowiedział sobie. – Może po śniadaniu?”
Śniadanie, jeśli tak nazwać ten popołudniowy posiłek, trwało godzinami. Tym razem usiadł na fotelu przy stole i jadł powoli, delektując się każdym kęsem. Nabierał małe porcje, kroił drobno i po kilku daniach robił dłuższe przerwy. Często za to zaglądał do skrzynki wypełnionej butelkami wina. Stała tuż pod ręką, tylko sięgnąć. Nalewał sobie do kieliszka. Zanim wypił, unosił naczynie do światła i podziwiał barwę. Do wieczora jadł i leżał w fotelu. Wypił wiele butelek. Życie ma smak, i to jaki!
Nagle wspomniał: jakieś krzyki, zbrodnia, trup gdzieś leży. „Pójdzie, zwłoki sponiewiera. Jak śmiał, łajdak jeden, zdechnąć przed śniadaniem?!” Wyobrażał sobie, jak się pastwi nad tym nędznym ludzkim ścierwem. Nie chciało mu się jednak podnieść od stołu. Zrobiło się ciemniej. Pomyślał o dziewczynie.
Czuł, jak wielka potęga transmituje się poprzez niego na świat. Widział teraz gabinet, a w nim managera w krawatce.
„Jak mnie upokorzył ten łajdak!”
Pochwyci go za tę krawatkę w gustownym kolorze i podniesie do góry, tak wysoko, by znalazł się na poziomie jego oczu. I kiedy mu spojrzy w przerażone ślepka, wybuchnie śmiechem. Uniesie swoje wielkie ramię, z którego będzie zwisał, dyndając, ważny pan dyrektor. O, już nie taki on wielki ktoś, skamlacz.
Co z nim zrobi? Powiesi na żyrandolu. To będzie wesołe! Ściągnie mu portki i gacie, aby było jeszcze śmieszniej. Otworzy drzwi i wezwie cały personel. Wszyscy będą oglądać fikające chude nóżki. Ha, ha! Będzie się męczył, wisząc na haku. Ha, ha!
A potem pójdzie w dół schodami i będzie rzucał za siebie granaty. Kiedy znajdzie się na ulicy, podrzuci broń do łokcia. Nie mierząc, wystrzeli. Na kogo padnie, ten zdechł. Bachor, nie bachor, baba czy staruch, zdychajcie. Rozwali wszystkich. Wywali z siebie to, co czuje. Wściekłe i głodne.
W tym momencie usłyszał kroki dziewczyny. Odbiegała od drzwi, na pewno wszystkiego się domyśliła, gdy patrzyła na niego. Co miała na sobie? Bo słyszał plaśnięcia bosych stóp. Może tylko ręcznik wokół bioder?
Podniósł się z wysiłkiem od stołu. Musiał chwilę postać, opierając się dłońmi o blat. Dziewczyna już pewnie odbiegła. Bose stopy umykały cicho po miękkich dywanach i ręcznik bez szmeru zsunął się w dół bioder. Oderwał ręce od stołu, kołyszącym się krokiem przemierzył salę restauracyjną i podszedł do drzwi. Otworzyły się, a on przekroczył próg.
Wielkim wysiłkiem woli zmuszał się, by nie nasłuchiwać odgłosu bosych stóp. Minął salę restauracyjną. Cicho mruczały automaty w kasynie i szurgotały żetony. Rzucił się do gry. Wciąż wygrywał i nieustannie sypała się szeleszcząca struga banknotów. Zagarniał ją ramionami do siebie, pod stół.
Siedział po kolana zanurzony w zielonych papierach. Miał miliony. Wpół otworzył usta i wdychał gorące powietrze, palił się w środku. Żarzyły się w nim chciwość i zachłanność, więcej, wciąż więcej, jeszcze i jeszcze.
Z sali obok dobiegał zapach cygar palonych przez mężczyzn, stukały odstawiane kieliszki z szampanem i śmiały się kobiety, pochylające się nad stołem z zielonym suknem. Mózg trawiła gorączka. Nie dbał o towarzystwo z sąsiedniej sali. Nie pomyślał nawet o tym, by sprawdzić, czy ktoś tam naprawdę jest, czy to tylko wygenerowane efekty akustyczne. Zrobiło się ciemniej.

Nic nie było ważne, tylko pieniądze. Późną nocą, kiedy wrócił do sypialni, miał tak dużo banknotów, że zasypał nimi łóżko i rzucił się na nie, zagarniając je rękami i nogami. Pływał w morzu pieniędzy, póki sen go nie zmorzył. Wpadł w niego ciężko jak siekiera i osuwał się na dno. Spadał pionowo, głową w dół. Ręce rozrzucił i nie mógł nimi ochronić głowy, więc majaki go capnęły i swobodnie wpływały mu przez zamknięte oczy. Przesączały się przez powieki, wnikały przez nozdrza i wdzierały się przez rozchylone usta.
Dopłynęły do jego mózgu i wkręciły się w komórki. Oplotły synapsy nerwowe i usiadły po brzegach, jak wokół czarnej miski, ze spuszczonymi nogami, zanurzonymi w mętnej i brudnej wodzie jego umysłu. Patrzyły wielkimi oczami, które lśniły, a zmory czekały, aż wytworzą się trujące obrazy. Uwiedziony był, zepsuty i wahała się w nim waga dobra i zła.

Musiało być przed świtem, około czwartej, zanim wzeszło słońce, a noc runęła poza krawędź. Pora przełomu. Nurzał się w bagnisku, w brunatnej, gęstej wodzie, cuchnącej od wyziewów i gnijących liści. Tu i ówdzie unosiły się kępy zielonych traw, pękały bańki błota. Czuł, że grzęzawisko go wciąga. Objął go strach. Bał się, że utonie. Błotnista woda wleje mu się do ust i spłynie, cuchnąc i trując, do gardła. Będzie umierał powoli, dławiąc się i łykając śmierdzącą ciecz. Nie chciał umrzeć.
Nagle poczuł się winny i nieczysty. Pozostawił niezałatwione sprawy, coś złego kleiło mu się do rąk. Już nie był człowiekiem porządnym i uczciwym. Już nie mógł chodzić wyprostowany i podawać ludziom ręki. Już nie potrafił śmiać się szczerze i beztrosko. Co on zrobił?
Tam w oddali było jaśniej. Miał nikłą szansę. Dojrzał gałęzie drzewa pochylającego się ponad grzęzawiskiem. Wysiłkiem woli i ciała pochwycił tę mokrą i oślizgłą gałąź, mając nadzieję, że nie rozkruszy mu się w ręku. Potem zaczął się powoli podciągać, mając oczy utkwione w światełku. Pomyślał, że zostało zapalone specjalnie dla niego.
Dźwigał się, tak jak człowiek podnosi się z upadku.

Kiedy już był gotowy, zerwał się z łóżka i wyszedł przed budynek. Zanim się skierował do portu, podniósł głowę ku gwiaździstemu niebu. Pomiędzy punktami gwiazd wciąż przemykały satelity komunikacyjne i duże transportowce, wiozące żywność, maszyny i surowce do ludzkich osiedli zawieszonych na wielkich dyskach w przestrzeni.
Był to świat zamieszkały i urządzony przez człowieka – zagospodarowana przez niego przestrzeń, którą objął rozumem i urządził działaniem. Jednocześnie był jego prezentem. Wszędzie paliły się światła, niebo przypominało świąteczną choinkę.
Tymczasem Plapla zapomniał, co należy do ludzkiej dziedziny. A przecież należał do milionów porządnych ludzi, którzy organizowali przestrzeń kosmosu i utrzymywali ją w całości. To dzięki pracy takich jak on istniał świat. Jakże był wielkim i ważnym człowiekiem. Spełniał rolę niewielkiego trybu. Gdy on się wykoślawi, cały mechanizm ludzkich działań zacznie szwankować. Bez niego świat nie mógłby być dobry i sprawiedliwy.
Jakże łatwo człowiekowi ześlizgnąć się w błąd! A cóż może poradzić, biedny, kiedy wszędzie czyhają na niego złudy i pokusy! I skąd ma wziąć siłę? Jak ją w sobie znaleźć? Jak dać odpór, jak zwalczyć, kiedy wszystko woła: „chodź, no chodź”!
– Jestem tylko człowiekiem! – zawołał do wysokiego nieba. – Moją rzeczą błądzić. Mnie przypisano upadek. Jak mam się wydźwignąć bez pomocy? Nie trzymała mnie dłoń, gdy moje nogi ślizgały się w błocie.
Czyż nie był wielki, skoro sam zrozumiał błąd i znalazł w sobie siłę, by się podnieść? Stał i patrząc w niebo, słał słowa usprawiedliwienia, czując jak po policzkach spływają mu łzy. Ale się ich nie wstydził. Ziemia się uniosła i wschodziło słońce. Kiedy pierwsze promienie oświetliły ten świat, opuścił głowę i otarł twarz. Potem poprawił mundur i sprawdził sprzęt. Stał jeszcze chwilę z opuszczoną głową i skupiał energię.
Przypomniał sobie swoje szwindelki z Olegiem i kolegą Ciao. Tak je nazywał, a zaledwie handlowali resztkami. Pożywiali się śmieciem, wzgardzonym przez innych. Tu była zmaterializowana forma ludzkich pragnień i emocji. Nie tylko on ją wyprodukował, ale również ci wszyscy, którzy przebywali tu przed nim i tracili poczucie moralne. Jakże łatwo zdegenerować ludzką istotę!
Destruktor uruchomił broń i puścił za siebie krótki sygnał. Zaraz wszystko się zamieni w próżnię.
Aż nagle usłyszał wołania o pomoc.
„Ratunku! Ratunku!” – wzywał głos dziewczyny.
Obejrzał się. Budynek stał w ogniu, dym i płomienie wydobywały się z okna, w którym stała dziewczyna, wyciągając do niego ręce.
Nawet nie pomyślał: „Pomyliłem się, ona jest prawdziwa”.
Już biegł, gnany odruchem porządnego człowieka. Gdy wpadł do budynku, spostrzegł: dymu brak. Stanął.
Odwrócił się z dużym wysiłkiem. Każdy krok był walką ze sobą. Słyszał łoskot płomieni i czuł swąd dymu. Wkroczył na pomost prowadzący do portu. Postawiwszy stopę na włazie, zakodował parametry i nacisnął czerwony guzik.
Stacja przestała istnieć.
Ruszył w drogę powrotną. Widział już ludzkie osiedla zawieszone w przestrzeni, olbrzymie dyski świecące oknami miast. Marzył o tym, aby pójść z prostą dziewczyną do multikina. Z takimi dziewczynami można rozmawiać o zwykłych rzeczach i nie trzeba się wysilać. Wszystko idzie gładko i zwyczajnie.
Chciał wsiąść do swojej krypy i słuchając kowbojskich melodii, gnać niekończącą się autostradą. To było jego życie. W piątek dostanie wypłatę, która mu starczy na przyjemności, jakie lubił.
Tamten świat, którego już nie ma, był ułudą. Złem, które przybiera zawsze piękne formy, bo inaczej nikogo nie skusi. Zło, które wiadomo, skąd wypływa. Sam je tworzysz, jest w tobie, a świat tylko dostosowuje się do twoich myśli.
Nie wygrał pieniędzy, nie miał szansy na bogactwo i odmianę życia, którą rzekomo zaprzepaścił. Nie ma powodu, by żałował straconej okazji. To nie były prawdziwe pieniądze, wcale nie zdobył góry zielonych banknotów. Nie musi żałować, że zostawił je na łóżku. Wszystko było złudą.
Zresztą, łatwo sprawdzić. Potrzebował fizycznego dowodu. Sięgnął do kieszeni. Jego palce przez chwilę szukały. Zamarły, a potem ręka się wysunęła. Na jego dłoni leżały srebrne monety. Dwie.

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2013
Redakcja Joanna Ślużyńska
Korekta Natalia Szczepkowska
Redakcja techniczna zespół RW2010
Copyright © Emma Popik 2013
Okładka Copyright © Mateo 2013
Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2013
e-wydanie I

Utwór bezpłatny, z prawem do kopiowania i powielania, w niezmienionej formie i treści, bez zgody na czerpanie korzyści majątkowych z jego udostępniania.

Aby powstało to opowiadanie, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010
Dział handlowy: marketing@rw2010.pl
Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl




Autor: Emma Popik
Dodano: 2013-06-21 18:15:01
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Wiara" i zbrodnia


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Grzędowicz, Jarosław - "Hel 3"


 Golden, Christie - "Narodziny hordy"

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Noc Kupały"

 Alexander, K. C. & Hough, Jason M. - "Mass Effect. Andromeda: Rebelia Nexusa"

 McGuire, Ian - "Na Wodach Północy"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

Fragmenty

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS