NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nowak, Jakub - "Amnezjak"

Mitchell, David - "Slade House"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki

Artykuł jest częścią serii Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Zobacz całą serię

Łopatką Wronkę: Meekhan - innowacja czy stagnacja w polskim fantasy?



Meekhan: innowacja czy stagnacja w polskim fantasy?


Bartłomiej Łopatka: Cykl książek o „Wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego był dziełem przełomowym dla polskiej fantastyki, czymś całkowicie odmiennym od nieśmiałych, wcześniejszych prób tworzenia literatury fantasy. Przełamał monopol science fiction w różnych odmianach i wzbudził żywe emocje. Spowodował także wysyp powieści o podobnej konwencji, jednak żadna z nich nie zdołała uzyskać choćby zbliżonej popularności, tak w fandomie, jak i poza nim. Najnowszym projektem, który został bardzo ciepło przyjęty i otrzymał przychylne recenzje jest cykl Roberta M. Wegnera o Meekhanie – uważasz, że tym razem mamy do czynienia z czymś niezwykłym w polskim fantasy?

Tymoteusz Wronka: Powiem prosto z mostu: tak. Piętno Sapkowskiego zostało mocno odciśnięte w świadomości epigonów. Większość twórców polskiego fantasy ostatnich dwudziestu lat podążało mniej lub bardziej wyraziście jego tropem: przygodowej fantasy o słowiańskiej nucie, z (w założeniu) wyrazistymi postaciami, okraszonej dozą mniej lub bardziej udanego humoru. Oczywiście, nie wszyscy. Byli również pisarze, którzy udanie realizowali własne pomysły – „Księga Całości” Feliksa W. Kresa czy „Saga o zbóju Twardokęsku” Anny Brzezińskiej należą do tych wyjątków. Jednakże nawet oni nie pisali czegoś takiego jak Wegner: epickiej, tworzonej z rozmachem i emocjami fantasy – nie waham się tego powiedzieć – w zachodnim stylu. Może to śmiałe stwierdzenie, ale mam wrażenie, że gdyby Wegner urodził się w Stanach Zjednoczonych, to byłoby o nim dość głośno.

BŁ: Co do innych pisarzy: akurat Kres i Brzezińska, pomimo całkiem udanej kreacji świata, nie zdołali osiągnąć ułamka sukcesu komercyjnego Sapkowskiego, stać się aż tak rozpoznawalnymi w polskiej fantastyce. Udało się to natomiast Piekarze, Komudzie czy Pilipiukowi – pisarzom nietworzącym typowego fantasy. W czym tkwi różnica?

TW: Sukces, gdzieś o rząd wielkości większy niż Wegner, osiągnął również Jarosław Grzędowicz. Niby u podstaw świata „Pana Lodowego Ogrodu” tkwi pomysł rodem z science fiction, ale przez 95% tekstu – pomijając gadżety Vuko Drakkainena – to fantasy pełną gębą. Zresztą kreacja jednego, wyrazistego bohatera, jak u Sapkowskiego, jest pewnie jednym z głównych składowych popularności tej serii. Jednakże wymieniając Brzezińską czy Kresa nie myślałem o sukcesie na szeroką skalę. Z pisarzy fantasy tylko Sapkowskiemu udało się wyjść poza szeroko pojęty fandom, reszta bazuje jednak na ludziach mniej lub bardziej powiązanych z fantastyką. Można wysnuć przypuszczenie, że fantasy w innych wariantach niż wiedźmińskie lub klasyczne nie cieszy się u nas popularnością, a ludzie cenią to, co jest już im znajome. Lub – co też ma pewne podstawy – Kres i Brzezińska stworzyli powieści przekombinowane; na poziomie konstrukcji, fabuły, języka.

BŁ: Takie przypuszczenie może prowadzić do dość przygnębiającego obrazu fanów fantasy w Polsce: zakochanych w sztampie, niezainteresowanych eksperymentami formalnymi (Wiedźmin był tylko jeden i basta! Więcej udziwnień nie chcemy, dajcie nam nasze smoki, elfy i orki!). Rzutuje to na rodzaj fantasy, jaki się u nas wydaje: przez parę lat można było zauważyć pojawianie się na rynku właśnie takich taśmowych powieści, często wzorowanych na Sapkowskim (zazwyczaj w kwestii głównego bohatera) – o ile pamiętam, najwięcej takich (niekoniecznie polskich rzeczy) ukazało się w Fabryce Słów. Natomiast interesuje mnie, co oznacza według Ciebie słowo "przekombinowane"? Nietypowe?

TW: Przekombinowane, czyli takie, w które upchnięto zbyt wiele elementów. Nietypowe też, ale nie do końca o to mi chodziło. Nie zrozum mnie źle – ja te cykle bardzo lubię, ale skoro rozmawiamy o epickim czy klasycznym fantasy, to granice gatunku są dość jasno określone. Biadolisz mi tutaj, że obraz czytelników fantasy w Polsce jest przygnębiający. Pocieszę Cię, że taki jest obraz czytelników tego gatunku również w świecie anglojęzycznym. Wystarczy przejrzeć, co się sprzedaje („Gry o tron” nie liczę, chociaż to niezbyt dalekie odstępstwo od wzorca), aby wyrobić sobie zdanie na ten temat.
Nie od dziś wiadomo, że najbardziej lubimy to, co już znamy. Jeśli poruszamy się wśród znanych archetypów i schematów, to czujemy się jak wśród znajomych podczas wyprawy za miasto: miło, swojsko, niby z delikatną nutką ekscytacji, ale przy zachowaniu umiaru i norm bezpieczeństwa.

BŁ: Teraz zacząłem zastanawiać się, co konkretnie uważasz za przekombinowane i nie pasujące do modelu epickiego/klasycznego fantasy – to, że fabuła jest nieco bardziej skomplikowana, są inne, nowe rasy, zmienione podejście do magii? Co jest tym elementem, który sprawia, że fan klasyki nie jest do końca zadowolony z nowej lektury? Częściowo zgodzę się z Tobą, że niekoniecznie lubi się nowości, preferuje ograne wzorce, ale nie wydaje mi się, żeby to był główny powód. Przykładowo, taki Zelazny, wychodząc na chwilę z polskiego podwórka, stał się autorem kultowym i wielokrotnie wznawianym, a „Kroniki Amberu” należą do cykli, w których można znaleźć wiele wymieszanych elementów i zdecydowanie nie polecałbym tej lektury komuś, kto nie chce wychodzić poza elfy, smoki i czarodziejów.

TW: Chyba rozmijamy się na poziomie pojęć: Zelazny jest fantastyczny, ale czy to klasyczna fantasy? Ba, czy to fantasy w ogóle? Ale wracając do tematu. Mądrzejsi od nas już dawno temu stwierdzili, że najbardziej lubimy to, co dobrze znamy. Niewielu jest czytelników, którzy poszukują czegoś nowego: większość, przynajmniej bazując na obserwacji rynku, szuka pozycji według innego klucza. Odpowiadając na Twoje pytanie: jeśli zamiast elfów i krasnoludów masz gadające koty czy myślące sępy, a bohaterem nie jest dzielny gieroj tylko ktoś leniwy, to zaczyna być coś nie halo. A jak jeszcze autor eksperymentuje z formą i, nie daj Boże, próbuje w stylizacji sięgać nieco dalej niż Sienkiewicz, to już w ogóle ma przechlapane. Pełną odpowiedź pewnie dałby psycholog, ale moim zdaniem chodzi o coś w rodzaju poczucia bezpieczeństwa przy jednoczesnym posmaku egzotyki. Coś jak safari z opancerzonego jeepa.

BŁ: W takim razie czy Wegner kojarzy Ci się konkretnie z którymś z zachodnich pisarzy (rozmiarowo, jeżeli fabuła całości będzie toczyć się w takim tempie, to cykl Wegnera może osiągnąć objętość i „Malazańskiej Księgi Poległych”)? Ciekawi mnie też użyte przez Ciebie określenie „zachodni styl” – wystarczy pozbyć się odwołań do słowiańskości i wrzucić opowieść do rozległego świata, pełnego magii i wielkich bitew? Brzmi to raczej jak przepis na kolejną, sztampową powieść fantasy, niż coś zaskakującego.

TW: Mam porównywać? Dobra. Dla mnie ma on bardzo wiele z przytoczonego przez Ciebie Eriksona, chociaż niekoniecznie pod względem skomplikowania świata przedstawionego (o tym będzie można się dopiero przekonać, bo Wegner, w przeciwieństwie do Kanadyjczyka, skąpo dawkuje informacje). Nie chodziło mi jednak o bezpośrednie porównania, ale o pewien sposób pisania.
Śmiejesz się, że to przepis na sztampową powieść fantasy. Ale tak, pod pewnym względem masz rację. Fantasy z natury (a raczej z jej powszechnego wykonania) jest sztampowa – by odnieść sukces należy poruszać się po dosyć ograniczonym polu, żonglując niewielką liczbą elementów. Wyróżnikiem jest talent. Z pozoru autor nie tworzy nic nadzwyczajnego: wymyślił mniej lub bardziej skomplikowany świat, jakichś tam bohaterów, wprowadził ich w pewien konflikt. Wykonanie tego w poprawny sposób już gwarantuje niewielki sukces. Wegner dodał jeszcze mnóstwo emocji, podlał to wszystko patosem. To z pozoru tani chwyt, ale umiejętnie wykonany okazuje się niezwykle skuteczny. Jego historie być może ocierają się o kicz, ale też łapią za gardło, zacierając niedostatki oryginalności czy pomysłowości. Wracając do porównań: literatura jak literatura, ale połowa popowego kina ze Stanów bazuje właśnie na tym. Zachodniego charakteru doszukiwałbym się więc w konstrukcyjnym zamyśle polegającym na sprawnym układaniu (znanych czytelnikowi) klocków przy jednoczesnym wykorzystaniu ich emocjonalnego potencjału. Tylko tyle. I aż tyle.

BŁ: Czyli to dość przewidywalna, raczej sztampowa historia, naładowana emocjami i patosem, którą czyta się dla emocji i, parafrazując, "żeby przeczytać coś, co już się dobrze zna"? Zasadniczo więc zgadzamy się, że książki Wegnera są sztandarowym fantasy, bez odwoływania się do słowiańskości i stanowią świetnie zrealizowane, ale w gruncie rzeczy dość proste, kino akcji. Skoro tak, to dlaczego można spotkać się z opiniami, że to przełom i coś niespotykanego w polskim fantasy? Ciekawy paradoks. Dla mnie formuła wykorzystana przez Wegnera jest jednorazowa – po przeczytaniu wszystkich trzech tomów nie mam ochoty do nich wracać ani ponownie ich przeglądać, ponieważ doskonale wiem co się stanie, choć niektóre sceny może ponownie by mnie uderzyły. Wydaje mi się jednak, że kolejna lektura ujmie sporo cyklowi, ponieważ zniknie spora doza dramatyzmu, napięcia: tego, dzięki czemu, jak sugerujesz, udało się Wegnerowi zdobyć czytelników. Sądzę także, że to może być również kwestia bohaterów. Autor wprowadził wiele postaci, ale rozwinął historię jedynie kilku z nich, z których żadnego nie mogę nazwać ulubionym, wyjątkowym czy też przesadnie charyzmatycznym. A skoro nie zżyłem się zbytnio z bohaterami, to po co kolejny raz przeżywać ich historie?

TW: Poruszyłeś dwie kwestie. Pierwsza dotyczy tego, co już wcześniej mówiłem. Co nowego daje Wegner? W skali świata zapewne nic. W skali Polski – dużo. To jak z teorią innowacji: teoretycznie daną rzecz wynaleźć i zaimplementować można tylko raz. Niemniej podmiot (w tym przypadku autor), który wprowadzi ją jako pierwszy na nowy rynek, choćby jedynie imitował dokonania innych, zbiera całą śmietankę. A jeśli jeszcze robi to bardzo dobrze (bo próby były przecież już wcześniej), to nie należy się dziwić, że zbiera pochwały, czy wręcz mówi się o przełomie.
Nie wiem czy jestem w stanie Ci odpowiedzieć w drugiej kwestii. W zasadzie nie czytam książek ponownie, a już na pewno nie w ciągu kilku lat od pierwszej lektury. Ale tak z ręką na sercu odpowiedz: ile powieści fantasy czytałeś więcej niż raz? Nie sądzę, by utożsamianie się z wyrazistymi postaciami coś w tym przypadku zmieniało. Im kibicuje się podczas czytania, ale nie ma to wpływu na chęć ponownego przeżywania ich przygód.

BŁ: Dopóki czytałem mniej, to przerabiałem dane powieści po kilka razy – między innymi „Pana Lodowego Ogrodu”, całego „Wiedźmina”, „Kłamstwa Locke'a Lamory”, „Hobbita”, „Władcę Pierścieni”, „Narnię” czy wcześniej przygodowe książki Maya i Nienackiego. Setting miał dla mnie drugorzędne znaczenie, w niektórych z nich był gorszy, w niektórych lepszy, a ja chciałem jeszcze raz przeżyć przygody Locke'a, Vuko czy drużyny Pierścienia, bo ci bohaterowie mieli coś, co mnie przyciągało, to jak działali i w jaki sposób byli przedstawieni. A po lekturze książek Wegnera nie czułem tego. Owszem, bohaterów do swoich ról skroił świetnie, znakomicie odgrywają to co muszą, by wzbudzić w czytelniku emocje – ale dwa razy to na mnie nie zadziała.

TW: Pociągnijmy jeszcze temat bohaterów. Nie do końca zgodzę się z tezą, że jest ich za dużo, co utrudnia identyfikację. Owszem, pojawiają się bohaterowie zbiorowi (chociaż nie na tę skalę, co u Eriksona), ale w każdej grupie są wyraziste jednostki (znów: w porównaniu z „Malazańską Księgą Poległych” jest ich tylu, co kot napłakał), które ciągną fabułę do przodu. Być może jednak różnimy się co do celu: Ty chcesz przeżywać historie postaci; dla mnie w tego rodzaju prozie to fabuła jest nadrzędna względem bohaterów.

BŁ: Może wcześniej trochę źle się wyraziłem z tą liczbą bohaterów. W trzech dotychczas wydanych książkach Wegner stworzył około dziesięciu bardziej wyrazistych, wybijających się postaci, z której każdej poświęcił znaczną część opowieści – a jednocześnie nie pozwolił żadnej z nich zdominować cyklu. Dodatkowo, poprzez specyficzną budowę serii (charakterystyczne połówki zbiorów opowiadań), póki co brakuje ciągłości w ich historii, przez co poszczególne tożsamości zaczynają rozmywać się w pamięci. „Niebo ze stali” spaja część z tych ogniw – ale pewnie w kolejnym tomie akurat ci bohaterowie zostaną porzuceni, a czytelnik będzie miał okazję przyjrzeć się innym postaciom.

TW: Czyli według Ciebie konstrukcję postaci będzie można docenić wówczas, kiedy autor splecie wszystkie wątki, a elementy układanki wskoczą na swoje miejsce? Wszak czwarty tom będzie znowu wykorzystywał tylko niektórych bohaterów i ewentualnie dopiero w piątym (i wcale nie jest powiedziane, że ostatnim) będzie ich cała gama; oczywiście jeśli w międzyczasie autor nie zakończy ich literackiego żywota. Moim zdaniem nie tędy droga w ocenie postaci: przy tak rozbudowanych cyklach nie ma szans by każdemu poświęcić tyle samo – i odpowiednio dużo – miejsca. Gdyby wsadzić wszystkich do jednej książki, przeplatać ich wątki, to tym bardziej ich charakterystyki byłyby rozmyte. Zabieg ten udał się tylko nielicznym pisarzom. W formie, jaką zastosował Wegner, dostaje się skondensowaną pigułkę: ta przekonuje od razu, albo nie. Rozumiem jednak problem, że, przykładowo, historie z pierwszego tomu, mające kontynuacje w tomie czwartym, zacierają się w pamięci; szczególnie jeśli czyta się książki po premierze i nie przypomina ich sobie później.
Myślę, że wypada poruszyć jeszcze jedną kwestię na zakończenie: jak myślisz, dlaczego w ogóle czyta się ten rodzaj fantasy? Trochę nam się to już wcześniej pojawiało, ale warto podsumować; także w kontekście „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”.

BŁ: Może to być kontynuacja bajek i baśni oglądanych/czytanych w dzieciństwie, które były pierwszym, nieświadomym, kontaktem z fantastyką, a które klasyczna fantasy chyba w największym stopniu przypomina, powtarza ich, w większości proste, schematy. Jest jasno rozdzielone dobro i zło, jakieś magiczne stwory, przedmioty, zazwyczaj dobre zakończenie, czasem jakiś morał. To także dość przyjemne i bezbolesne zabijacze czasu (o ile są dobrze wykonane), które czyta się szybko. Historia, bohaterowie i świat przewijają się przed oczami czytelnika nie muszącego zbytnio wysilać się intelektualnie – wystarczy, że da się porwać opowieści. Idealne odstresowywacze na kilka godzin po pracy albo na weekend, kiedy chce się odpocząć od wszystkiego.

TW: Pierwsza część Twojej wypowiedzi odnosi się w zasadzie do całości fantastyki, a mnie chodziło o ten specyficzny jej rodzaj. Zakładam więc, że chodzi Ci przede wszystkim o to, że są to książki zapewniające niezobowiązującą rozrywkę. Poniekąd się z Tobą zgadzam. Już wcześniej przytaczałem przykład z safari: według mnie to pragnienie poczucia obcości, ale z zabezpieczeniem – podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale w przypadku dużej liczby powieści fantasy można powiedzieć, że rzeka ta krąży w zamkniętym obiegu. Większość przytaczanych przez Ciebie powodów ma tutaj oczywiście zastosowanie. Kluczem jest oderwanie od rzeczywistości, przeżycie przygody, a później dokonanie bezpiecznego powrotu do domu i codziennych spraw.
Nie uważam tego zresztą za nic zdrożnego. Chociaż zdarzają się książki (głównie autorów zagranicznych) pokazujące jakie możliwości drzemią jeszcze w fantasy, to nie tylko takie pozycje chce się czytać. Dobrze wykonana klasyczna fantasy, napisana pomysłowo i z rozmachem, też się sprawdza. W tych kategoriach cykl Wegnera moim zdaniem nie ma zbyt wielkiej konkurencji w polskiej fantastyce; szczególnie powstającej obecnie. Nie mamy do czynienia z rewolucją, ale to krok do przodu na naszym rynku.

”Łopatką Wronkę” to wspólna inicjatywa redaktorów serwisów Katedra i Poltergeist.



Autor: Tymoteusz Wronka & Bartłomiej Łopatka


Dodano: 2013-03-11 20:00:00
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

dzudo-honor - 21:46 11-03-2013
Podpisuję się obiema rękoma pod tekstem TW. Do "Pana Lodowego Ogrodu" ponownie wracać? "No fuckin' way", a przynajmniej nie do rozmemłanego drugiego i trzeciego tomu. Tolkien powtórzony po latach już mnie tak nie trafił. Swoją drogą wiadomo coś o przybliżonym terminie kontynuacji "Stalowego Nieba"?

Shadowmage - 21:53 11-03-2013
Znaczy "Nieba ze stali"? :)
Podobno są szanse na (późne) lato.

Chwała_Szatanowi - 08:52 12-03-2013
Truizmów pełen worek, wątpliwej jakości wnioski, słowem - bardzo słaby artykuł.

vesp - 17:21 12-03-2013
Kurcze-tyle żyję, a wciąż dziwią mnie te kompletnie nielogicznie podziały na literaturę Wielką/jaka to niby do cholery?/a rozrywkową...wg mnie miał rację ktoś mądry,kto powiedział,że nie ma książek głupich-są tylko źle napisane;każda dobrze napisana książka jest wartościowa-i tyle z niej wynosimy ile mamy w sobie.Lubię fantastykę-nawet bardzo,czekam na kolejną książkę Wegnera,bo świetnie się je czyta-interesujące wątki,ciekawi bohaterowie,barwny i niejednoznaczny świat.Na pewno przeczytam przed nowym tomem całość,dla przypomnienia.Grzędowicz się nie umywa do Wegnera-zwyczajnie nudny/Wegner przypomina mi z kolei Rothfussa/-fantastyka to jedyny moim zdaniem dział literatury,który z jednej strony nadąża za współczesnym światem -z drugiej pozwala od niego odpocząć.Tylko tyle i aż tyle.Pozdrawiam.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Maddaddam" Atwood


Wygraj "Ukrytego Asa"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Nagata, Linda - "Ciężkie próby"


 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS