NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

Ukazały się

Bułyczow, Kir - "Przełęcz" (Klasyka radzieckiej sf)


 antologia - "Czarna kula"

 Kloos, Marko - "Punkt uderzenia"

 Burroughs, Edgar Rice - "Sztuczny człowiek z Marsa"

 Sheckley, Robert - "Status cywilizacji"

 Card, Orson Scott - "Płomień serca" (wyd. 2)

 Gaiman, Neil & Pratchett, Terry - "Dobry omen"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Harris, Charlaine - "Kości niezgody"
Wydawnictwo: Replika
Cykl: Harris, Charlaine - "Aurora Teagarden"
Tytuł oryginału: A Bone to Pick
Data wydania: Luty 2013
ISBN: 978-83-7674-201-4
Oprawa: miękka
Liczba stron: 268
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 1992
Tom cyklu: 2



Harris, Charlaine - "Kości niezgody"

Rozdział 1
W ciągu niecałego roku byłam na trzech weselach i jednym pogrzebie. Pod koniec maja (na drugim weselu, ale przed pogrzebem) doszłam do wniosku, że to będzie najgorszy rok w moim życiu.
Z mojego punktu widzenia to drugie wesele było właściwie radosnym wydarzeniem, ale przez cały następny dzień twarz bolała mnie od dziwnego grymasu, w który układałam wargi, a który miał wyglądać na szczery uśmiech. To, że byłam córką panny młodej, wydawało się dość dziwaczne.
Moja matka i jej narzeczony przedefilowali pomiędzy przystrojonymi krzesłami ustawionymi w jej salonie, stanęli przed przystojnym pastorem episkopalnym i… Aida Brattle-Teagarden stała się panią Queensland.
W jakiś nieokreślony sposób miałam wrażenie, że moi rodzice opuścili dom, a ja w nim zostałam. Mój ojciec i jego druga żona, wraz z moim bratem przyrodnim Phillipem, w zeszłym roku przeprowadzili się na drugi koniec kraju, do Kalifornii. Teraz moja matka, choć nadal miała mieszkać w tym samym mieście, z całą pewnością będzie miała nowe priorytety.
To stanowiłoby niejaką ulgę.
Tak więc uśmiechałam się radośnie do synów Johna Queenslanda i ich małżonek. Jedna z nich była w ciąży — moja matka będzie babcią! Uśmiechnęłam się uprzejmie do nowego w Lawrenceton pastora episkopalnego, Aubreya Scotta. Promieniałam życzliwością wobec ludzi pracujących w agencji obrotu nieruchomościami, której właścicielką była moja matka. Szczerzyłam się do mojej najlepszej przyjaciółki, Aminy Day, dopóki mi nie powiedziała, żebym się odprężyła.
— Nie musisz bez przerwy się uśmiechać — wyszeptała kącikiem ust, podczas gdy reszta jej twarzy wyrażała pełną szacunku uwagę dla ceremonii krojenia tortu. Natychmiast rozluźniłam twarz, wdzięczna ponad wszelkie wyobrażenie, że Aminie udało się wyrwać na parę dni z Houston, gdzie pracowała jako referendarz w firmie prawniczej. Później, podczas przyjęcia, powiedziała mi, że wesele mojej matki nie było jedynym powodem jej przyjazdu do Lawrenceton na ten weekend.
— Wychodzę za mąż — powiedziała wstydliwie, gdy znalazłyśmy dla siebie cichy kącik. — Wczoraj powiedziałam mamie i tacie.
— Za… którego? — spytałam wstrząśnięta.
— Ty mnie kompletnie nie słuchasz, kiedy do ciebie dzwonię!
Może i umknęły mi jakieś szczegóły. Amina spotykała się z tyloma mężczyznami! Odkąd skończyła czternaście lat, jej niewiarygodna kariera randkowa została zakłócona tylko przez jedno krótkie małżeństwo.
— Kierownik działu domu towarowego?
Poprawiłam okulary zsuwające mi się z nosa, żeby lepiej widzieć Aminę mierzącą dobrych pięć stóp i siedem cali. Ja w dobrych dniach mówię, że mam pięć stóp.
— Nie, Roe — z westchnieniem powiedziała Amina. — To prawnik z firmy sąsiadującej z moją. Hugh Price.
Twarz jej się rozanieliła.
Zadałam więc obowiązkowe pytania: jak się jej oświadczył, jak długo się spotykali, czy dało się znieść jego matkę… oraz o datę i miejsce ceremonii. Amina, tradycjonalistka, zamierzała wziąć ślub w Lawrenceton i mieli zamiar zaczekać z tym kilka miesięcy, co uznałam za wspaniały pomysł. Żeby wziąć pierwszy ślub, uciekła ze swoim chłopakiem, a ja i najlepszy przyjaciel pana młodego byliśmy świadkami.
Znów miałam być druhną. Amina nie tylko była jedyną przyjaciółką, dla której bym coś takiego zrobiła, ale też jedyną, dla której zrobię to po raz drugi. Ile razy można świadkować tej samej pannie młodej? Zastanawiałam się, czy kiedy ostatni raz będę szła przez nawę, poprzedzając Aminę, będzie mi potrzebny balkonik.
Potem moja matka i John z godnością opuścili przyjęcie. John świecił białymi włosami i zębami, a moja matka wyglądała równie olśniewająco jak zawsze. W podróż poślubną jechali na trzy tygodnie na Bahamy.
Wesele mojej matki.

* * *

Na pierwsze wesele, to w styczniu, ubierałam się tak, jakbym się zbroiła przed bitwą. Zaplotłam swoje niesforne, faliste, brązowe włosy w wyrafinowany (taką miałam nadzieję) kok z tyłu głowy, założyłam stanik, który maksymalizował moje najbardziej widoczne walory i wciągnęłam na siebie całkiem nową, złoto-niebieską sukienkę z poduszkami na ramionach. Szpilki, które zamierzałam włożyć, były tymi samymi, które założyłam do sukienki na randce z Robinem Crusoe. Wsuwając w nie stopy, westchnęłam ciężko. Minęły miesiące, odkąd widziałam Robina, a ten dzień był wystarczająco przygnębiający i bez myślenia o nim. Te obcasy przynajmniej dodawały mi pewnie jakieś dwa cale. Makijaż nałożyłam, trzymając twarz tak blisko oświetlonego lustra, jak tylko się dało, bo bez okularów nie widziałam zbyt dobrze swojego odbicia. Pomalowałam się tak, żeby czuć się komfortowo, a potem dołożyłam jeszcze odrobinę. Moje okrągłe, brązowe oczy stały się jeszcze bardziej okrągłe, a rzęsy się wydłużyły, ale potem zakryłam je swoimi dużymi, okrągłymi okularami w szylkretowych oprawkach.
Wkładając do torebki chusteczkę, tak na wszelki wypadek, popatrzyłam na siebie w lustrze, mając nadzieję, że wyglądam dystyngowanie i beztrosko. Zeszłam po schodach na dół, do kuchni, zabrałam kluczyki i porządny płaszcz i wyruszyłam na najbardziej niewdzięczną z imprez obowiązkowych.
Na Wesele Dawnego Chłopaka.
Arthur Smith i ja poznaliśmy się w Prawdziwych Morderstwach, klubie, do którego oboje należeliśmy. Arthur pomagał w śledztwie w sprawie morderstwa jednej z członkiń klubu i serii morderstw, które po nim nastąpiły. Gdy dochodzenie się skończyło, spotykałam się z Arthurem przez kilka miesięcy, a nasz związek był moim jedynym doświadczeniem w dziedzinie gorących romansów. Paliliśmy się do siebie i staliśmy się czymś więcej niż niemal trzydziestoletnia bibliotekarka i rozwiedziony policjant.
A potem, całkiem niespodziewanie, wszystko się wypaliło, choć najpierw z jego strony. Wreszcie zrozumiałam przekaz: „ciągnę ten związek, dopóki nie wymyślę sposobu, żeby go zakończyć bez scen”. Z dużym trudem przywołałam swoją godność i zakończyłam tę znajomość bez awantur. Kosztowało mnie to jednak całą energię emocjonalną i siłę woli, i przez jakieś sześć miesięcy płakałam w poduszkę.
Właśnie wtedy, gdy zaczęłam czuć się lepiej i nie przejeżdżałam już obok posterunku policji przy każdej okazji, w „Sentinel” zobaczyłam ogłoszenie o zaręczynach.
Ujrzałam zieleń zazdrości, ujrzałam czerwień gniewu, ujrzałam błękit depresji. Nigdy nie wyjdę za mąż, uznałam, tylko przez resztę życia będę chodziła na wesela innych ludzi. Może uda mi się wyjechać z miasta na ten weekend, żeby mnie nie kusiło, by przejechać pod kościołem.
Potem pocztą przyszło zaproszenie.
Narzeczona i koleżanka z pracy Arthura, Lynn Li¬ggett, rzuciła rękawicę. A przynajmniej w taki sposób zinterpretowałam to zaproszenie.
Teraz, ubrana w błękit i złoto, fikuśnie uczesana, ściskałam je w ręce. W sklepie wybrałam bezosobową i drogą tacę, która była na liście prezentów, i zostawiłam na niej swoją wizytówkę. A teraz szłam na ślub.
Mistrz ceremonii był policjantem, którego znałam z czasów, gdy spotykałam się z Arthurem.
— Dobrze cię widzieć — powiedział niepewnie. — Roe, wyglądasz wspaniale.
Wyglądał sztywno, jakby się męczył w tym smokingu, ale podał mi ramię, jak należało.
— Przyjaciółka panny młodej czy pana młodego? — zapytał automatycznie, a potem zrobił się czerwony jak burak.
— Powiedzmy, że pana młodego — zasugerowałam delikatnie i wystawiłam sobie wysoką ocenę.
Biedny detektyw Henske poprowadził mnie wzdłuż nawy na wolne miejsce i posadził z wyraźną ulgą.
Starałam się nie rozglądać dookoła, wkładając całą swoją energię w to, by wyglądać na zrelaksowaną i nonszalancką, tak jakbym przypadkiem była odpowiednio ubrana i akurat po drodze do drzwi zauważyła zaproszenie na ślub, i postanowiła tak po prostu wpaść. Mogłam spokojnie popatrzeć na wchodzącego Arthura, bo wszyscy to robili. Kędzierzawe, jasnoblond włosy miał krótko ostrzyżone, a jego niebieskie oczy były równie bezpośrednie i elektryzujące jak zwykle. Miał na sobie popielaty smoking i wyglądał świetnie. Nie zabolało tak, jak się spodziewałam.
Gdy rozpoczął się Marsz weselny wszyscy wstali na wejście panny młodej, a ja zacisnęłam zęby. Miałam pewność, że mój sztuczny uśmiech wygląda raczej jak krzywy grymas. Niechętnie odwróciłam się do wejścia, żeby popatrzeć na Lynn.
I oto weszła, cała w bieli, z welonem, równie wysoka jak Arthur, z prostymi, krótkimi włosami zakręconymi na tę okazję. Lynn była prawie o stopę wyższa ode mnie, co zwykle ją wyraźnie krępowało. Podejrzewałam, że teraz już nie będzie.
Potem Lynn przeszła obok mnie, a gdy zobaczyłam ją z boku, zaparło mi dech w piersi. Lynn ewidentnie była w ciąży.
Trudno powiedzieć, dlaczego to był taki cios; ja, spotykając się z Arthurem, z pewnością nie chciałam zajść w ciążę i gdyby mi się to zdarzyło, byłabym przerażona. Ale często myślałam o wyjściu za niego i — okazjonalnie — o dzieciach; większość kobiet w moim wieku, jeśli naprawdę chce wyjść za mąż, myśli o dzieciach. Z jakiegoś powodu tylko przez chwilę wydało mi się, że zostałam z czegoś okradziona.
Wychodząc z kościoła, rozmawiałam z wystarczającą liczbą ludzi, by mieć pewność, że moja obecność została zauważona i szczęśliwa para dowie się o tym, że się pojawiłam. Przyjęcie sobie odpuściłam — nie było sensu się w to pakować. Pomyślałam, że głupio zrobiłam, że w ogóle przyszłam; nie elegancko, nie odważnie, po prostu głupio.




Dodano: 2013-01-30 14:01:41
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)

Recenzje

de Castell, Sebastien - "Krew Świętego"


 Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

 Hamilton, Peter F. - "Noc bez gwiazd"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"

 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

 Lovecraft, H.P. - "Nemezis i inne utwory poetyckie"

Fragmenty

 Bond, Gwenda - "Mroczne umysły"

 Patykiewicz, Piotr - "Otchłań"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Keyes, Daniel - "Kwiaty dla Algernona"

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

 Zembaty, Wojciech - "Głodne Słońce. Ołtarz i krew"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS