NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Brennan, Marie - "W labiryncie smoków"

Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Twardoch, Szczepan - "Morfina"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: Listopad 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-08-05011-8
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205 mm
Liczba stron: 584
Cena: 44,90 zł



Twardoch, Szczepan - "Morfina"

Tolerancja dodatnia


Biorę do ręki nową powieść autorstwa Szczepana Twardocha. Jeszcze nie wiem, do czego nawiązują laminowane – raz widoczne, raz nie – koncentryczne kręgi na okładce (teraz już wiem). Ważę w dłoni – umiarkowana cegła, cegiełka, szkoda, że nie hardcover... Wystarczy? Kopnie w głowę jak „Wieczny Grunwald”? Może mocniej?

"Morfina" to nieprzerwana relacja z życia Polaka niemieckiego pochodzenia Konstantego Willemanna, w ostatnich dniach września roku 1939. Konstanty jest egocentrykiem, bon vivantem, morfinistą, i ten wrzesień 1939, wraz z klęską, kryzysem i konspiracją kręcą się wokół niego. W protagoniście „Morfiny” można odnaleźć skumulowane rysy postaci z dzieł wcześniejszych – cechy obydwu dandysowatych „R.” występujących w opowiadaniach ze zbioru „Prawem Wilka”, podobieństwo do architekta Barcza z „Uderz mnie” w wymiarze stosunków męsko-damskich, pokrewieństwo z Paszkiem i Gerdem, jeśli chodzi o kwestie pochodzenia i tożsamości. Fundamentem charakteru Konstantego jest nieokreśloność i plastyczność. Mimo inteligencji, urody, dość wysokiej pozycji społecznej główny bohater jawi się jako osobnik chorobliwie niepewny siebie, niedookreślony, czujący podskórną potrzebę mierzenia się z każdym mężczyzną i zdobywania każdej kobiety. Żyje wyłącznie w oczach innych ludzi. Tutaj można doszukać się zbieżności z postacią spoza dorobku autora – z Benedyktem Gierosławskim, protagonistą Dukajowskiego „Lodu”. I Konstanty i Benedykt pozwalają narzucać sobie kolejne tożsamości, a ucieczki szukają w objęciach nałogu. Podczas gdy u Dukaja zachowanie bohatera było sprzężone z lodową charakterystyką świata przedstawionego, tak u Twardocha widać działanie mechanizmów wykorzystanych w poprzedniej powieści, „Wiecznym Grunwaldzie”. Tamże Paszko tkwił w imadle procesów historycznych, umierając wciąż i wciąż aż do katharsis. Tutaj ten sam proces przedstawiono od ordynarnie obyczajowego początku. Willemann narzuca sobie ramy myślowe usprawiedliwiające jego słabości – gdy chce uciec od żony, kochanki czy matki, przyprawia im gęby wielkich ideologii, procesów społecznych bądź sił nadnaturalnych. Matka staje się wszechwładnym wodzem indiańskim/wiedźmą/demonem, a żona przemawiającą głosem teścia awatarą eugeniki i drobnomieszczańskiego nacjonalizmu. Kochanka Salome uosabia wszystkie kurwy Babilonu i okolic. A jego ojciec Baldur Strachwitz, weteran I wojny światowej, jawi się esencją okaleczonych Niemiec, w których wzbiera fascynacja nowymi projektami tożsamościowymi.

Między „Wiecznym Grunwaldem” a „Morfiną” wyraźna jest różnica formy. Nie tylko zauważalna, ale i policzalna – w „Wiecznym...” autor w paru zdaniach ekspresyjnie kreślił Polskę jako gargantuiczną cycatą przerazę, tak że wyglądało to jak jeden z szybkich szkiców Franciszka Starowieyskiego. W „Morfinie”, powieści bardziej o ludziach niźli ideach, trzeba całych stronic akapitów, sytuacji, dialogów, wspomnień. Choć w obu powieściach do czynienia mamy z językiem literackim najwyższej próby, tylko miejscami nieco popadającym w manieryzm, to "Morfina" jest utworem dużo łatwiejszym w odbiorze. Bo żeby zrozumieć mechanizmy zawarte w zwięzłych słowach/obrazach „Wiecznego Grunwaldu”, trzeba było mieć jakiekolwiek pojęcie nie tylko o kodach kulturowych fantastyki, ale również rozeznanie w takich zagadnieniach socjologicznych, jak pamięć społeczna, narracja narodowa czy nawet sprawy genderowe. I przede wszystkim mieć na uwadze, że „Wieczny Grunwald” przekracza ramy konwencji gatunku historii alternatywnej (szerzej o tym pisałem tutaj). Tak sprofilowane grono odbiorców było wąskie i większość recenzji zarówno w świadku fantastycznym, jak i tak zwanym mainstreamie zazwyczaj celowała w najbardziej wierzchnie warstwy utworu, to jest „odwieczny konflikt polsko-niemiecki”. W przypadku Morfiny tego problemu nie ma – ona powoli, płynnie tłumaczy co i jak, wznosząc wiarygodną konstrukcję intelektualną na szkielecie charakteru głównego bohatera. Obracając te same wątki, tematy – nacjonalizmy, maskulinizmy, feminizmy. A gdy same losy Konstantego nie potrafią czegoś wyjaśnić, pojawia się boczna furtka nieskończonych dygresji, szara wszechwiedząca narratorka...

Jedną z pierwszych relacji o „Morfinie” usłyszałem od Marcina Zwierzchowskiego – że świetne, że nie fantastyka, że tylko głosy w głowie bohatera. Ale te głosy, a raczej jedna wewnątrzczaszkowa narratorka zna przeszłość i przyszłość (ta w powieści zdaje się linearna i zdeterminowana), zna wydarzenia i losy ludzi z drugiego końca świata. Szara towarzyszka Konstantego, nie przypomina w niczym tendencyjnego diabełka siedzącego na lewym ramieniu. To czuły, kobiecy, subtelny szept, pochylający się nad człowiekiem z mieszaniną czułości, protekcjonalizmu, smutku. Zawsze szepczący tuż pod granicą świadomości, raz podpowiadający, raz siejący wątpliwości, tak że Konstanty nie wie sam, czy to jego, czy nie jego myśli. Miejscami, w momentach szału zdaje się próbować bezpośrednio przejąć kontrolę nad bohaterem. A miejscami, choć nieczęsto ta narratorka uchyla zasłony rzeczywistości i wtedy widzimy sceny rodem z grafik Beksińskiego, czarne olbrzymy, katedry zbudowane z substancji ludzkiej. Im bardziej Kostek jest rozbity, zniewolony, nieokreślony, tym bardziej pozostaje w woli Czarnej Bogini. W treści jest sugestia, że każdy takiego czarnego bożka posiada, a obok także jakąś inną postać – anioła? Owa szara narratorka stanowi najciekawszy element książki i jest największą jakościową innowacją „Morfiny” na tle pozostałych utworów autora. Dlatego żal, że koncepcja ta nierealizowana jest szerzej – wszystko co wiemy o samym głosie oraz mrocznym świecie, jaki opisuje, pochodzi z jego zdawkowych, nonszalancko rzucanych uwag. Ale to też ma swój urok. Ten fantastyczny wątek powieści jest jedną z wielu tekstur literackich – współgra z głównym zamysłem książki (w końcu głos to również jedna z kobiet Konstantego), ale może zostać całkowicie zignorowany bez szkody w analizie sedna powieści, co zresztą widać w wielu dotychczasowych głównonurtowych recenzjach.

Setting powieści jest przekonujący. W przeciwieństwie do innych historii zakotwiczonych w czasie działań rozwiniętego państwa podziemnego, wybiera ciekawy okres początku okupacji. Obecny powszechny ferment społeczny na skutek porażki, nieśmiałe początki konspiracji i zaskakująco niewiele III Rzeszy jako takiej. Najeźdźca reorganizuje szeregi i wyprowadza dopiero strategie co do zagarniętych obszarów, podczas gdy kształtujące się podziemie przypomina kabaret, gdyż prym wiodą przedwojenne urazy. Wątkiem orbitującym w kierunku absurdu jest postać Jana Chochoła, ostatniego króla Polski – jest to zapewne odnośnik do prozy Wita Szostaka, której nie znam niestety w stopniu wystarczającym, by go w pełni docenić. Cała „Morfina” zresztą jest dziełem nasyconym odniesieniami, kryptocytatami („Bo wam panowie ta wojenka niepotrzebną była” za R.U.T.A.) czy aluzjami do biografii ówczesnych słynnych. Na szczęście te smaczki budują wartość dodaną lektury, nie stanowiąc jednak sedna powieści.

Każdy tekst literacki na swój sposób jest morfiną, którą przyjmujemy, by nie być choć przez chwilę – na rzecz bycia Konstantym Willemanem, Harrym Potterem, Benedyktem Gierosławskim. Tytułowa dla tej recenzji tolerancja dodatnia to termin na określenie sytuacji przywykania organizmu do narkotyku, gdzie aby zachować ten sam efekt, trzeba przyjmować coraz większe dawki substancji. Znając dość dobrze dorobek literacki Szczepana Twardocha, diagnozuję u siebie właśnie taką reakcję. „Morfina” nie jest skokiem jakościowym, jakim był „Wieczny Grunwald”. To spójny amalgamat dotychczasowych pomysłów Szczepana Twardocha, podany w klarownej i miłej dla każdego czarnego serca formie. Żywię szczerą nadzieję, że powieść powstała jako podsumowanie pewnego etapu twórczości autora – i przyznane jej nagrody, w tym Paszport Polityki, tak będę właśnie postrzegać. Wolałbym widzieć ten sukces jako ośmielenie Szczepana Twardocha do zamknięcia starszych wątków i poszukiwania nowych wyzwań literackich, a nie jako przynętę do pisania kolejnych Morfin. Bo żeby mnie ruszyć, żeby proza w pełni działała na mnie intelektualnie i estetycznie, żeby przełamać tolerancję dodatnią, trzeba nie tylko większych ilości stron czy zmian proporcji w roztworze. Trzeba nowej formuły. Tymczasem zazdroszczę tym, dla których „Morfina” będzie pierwszym spotkaniem z prozą Twardocha.


Autor: Adam Ł Rotter


Dodano: 2013-01-17 21:35:00
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 10:12 18-01-2013
Bardzo dobra recenzja, gratuluję. I chyba przekładam lekturę tej książki kilka pozycji do przodu :)

Gavein - 12:25 19-01-2013
Dla mnie to jest pewien skok jakościowy, wydaje mi się że paradoksalnie trudniej jest napisać dobrą powieść 'łatwą w odbiorze'.

Ziuta - 12:53 19-01-2013
Co do tego "kopnięcia"... chyba oczekiwałeś, że Twardoch znowu upędzi wódkę, a tymczasem nawarzył piwa :)

Ł - 21:44 19-01-2013
@ Gavein - mógłbyś jakoś uargumentować?

@ Ziuta - właśnie tak. I do tego piwa każdy dolewa sobie co chce - jedni prądu, drudzy sprajterka. Dlatego między innymi Paszport.

adskal - 20:30 07-03-2013
Pierwszorzędna recenzja. Właśnie skończyłem i chętnie z kilkoma tezami bym podyskutował - może się trafi okazja.

Shadowmage - 20:33 07-03-2013
Na najbliższym Stolyku Lyterackim, pod warunkiem, że obaj dotrzecie :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS