NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Harrison, M. John - "Pusta przestrzeń"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Harrison, M. John - "Trakt Kefahuchiego"
Kolekcja: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: Empty Space
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: Styczeń 2013
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7480-287-1
Oprawa: twarda
Format: 135 x 202 mm
Liczba stron: 302
Cena: 37,00 zł
Rok wydania oryginału: 2012
Wydawca oryginału: Gollancz



Harrison, M. John - "Pusta przestrzeń" #2

2. TOWARY TRWAŁE

Pewnej deszczowej nocy w Saudade City broker zwany Tonim Reno przemieszczał się Tupolev Avenue w stronę niekorporacyjnego portu kosmicznego, gdzie prowadził swój mały, lecz dobrze prosperujący interes.
Reno nie miał nic przeciwko chodzeniu na piechotę podczas deszczu. Zawsze mógł postawić kołnierz swej roboczej kurtki od Sadie Barnham albo – jeśli znudzi mu się to wrażenie – zatrzymać rikszę. Gdy unosił wzrok, między budynkami widział, że w powłoce chmur pojawiają się już przerwy. Fragmenty Traktu Kefahuchiego jaśniały w nich niczym plan miasta rozpostarty na czystym wilgotnym niebie. Za pół godziny przestanie padać, a ulice szybko osuszy wiatr od lądu. Tymczasem jednak Toni mógł się radować pogodą. Cieszył się, słysząc śmiech mon, zmierzających ulicą do baru, który zwały „Tango du Chat”. Kuliły się pod krótkimi futerkami, śmiało stąpając w swych absurdalnych butach, które tak kochały. Nic nowego, nic starego, w to właśnie wierzyli ludzie w czasie spędzanym na świecie przez Toniego: wszystko mieści się w cienkiej, lecz nieskończonej transzy wrażenia między przeszłością a przyszłością. Czekając na światło na skrzyżowaniu Tupolev Avenue i 9., usłyszał sygnał swej dokerki. Kobieta nazwiskiem Enka Mercury, przebywająca na Plaży od czasów poprzedzających narodziny Toniego, żyła. Sygnał był słaby i można by założyć, że Enka mówi do niego z kosmosu.
– Towary, które zamawiałeś, są na miejscu – oznajmiła.
– To świetnie, Enka.
– Naprawdę? – zapytała. – To skurwysyństwo do mnie przemówiło, Toni.
– I co ci powiedziało? – zapytał ze śmiechem mężczyzna.
– Pilnuj swojego nosa. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
– Hej, może ty mi powiesz – odparł Toni.
Toni Reno wyglądał znajomo nawet dla tych, którzy nigdy przedtem go nie widzieli: typowy trzydziestoletni hipster z dziewczyną ze średniej kadry zarządzającej, wolny od więzów, młody jak na człowieka prowadzącego własny interes. Pięć procent zapewniło mu odnowioną willę w Magellan Ladder oraz dostępne od ręki usługi krawieckie najwyższej jakości dostępnej w Preter Coeur. W tym czasie, który okazał się szczytowym punktem jego życia, handlował towarami z całej Plaży, czerpiąc znaczącą część zys­ku z różnic między stopami opodatkowania na różnych planetach. Były one wysokie, skomplikowane i potrafiły się niespodziewanie zmieniać, więc, rzecz jasna, kosztowały go bezsenne noce. Kiedy nie pracował, oddawał się z dziewczyną przyjemnemu nałogowi tankowemu, nad którym w pełni panował. Owo tankowe doświadczenie, zwane Mosiężną ręką, dzielili ze swą grupą wiekową na całym Saudade.
– Niech mnie chuj, jeśli kiedykolwiek widziałam coś takiego – rzuciła Enka. – Można by pomyśleć, że to... – Nagle kontakt się urwał.
– Połącz się ze mną, jeśli będzie to konieczne – rzekł Toni Reno do powietrza, na wypadek gdyby dokerka jeszcze go słyszała. – Będę u ciebie o dziesiątej.
Toni rzadko bywał obecny przy odbiorze transportu. Żywe produkty z Perkins Rent albo Peterburga, dzieła obcych kultur z Port Ferry, przechowywane kriogenicznie kontraktowe kultywary z Silicon New Turk, było mu wszystko jedno. Zaciekawiło go jednak, co mogło przestraszyć Enkę Mercury, kobietę, która widziała już wszystko. Dlatego zatrzymał rikszę. Pojazd potoczył się z klekotem wzdłuż Cobain, a potem skręcił na szybką trasę w prawo, ciągnąc za sobą okoliczną muzykę oraz reklamy, przypominające zamazane ćmy pastelowych bądź neonowych odcieni. Deszcz przestał padać, ale Toni miał wrażenie, że na jezdni nadal jest pełno wody.

***

Towar był tam, gdzie Toni spodziewał się go znaleźć, w długim, poza tym pustym, baraku przy południowym płocie portu.
Zapieczętowana rura o wymiarach mniej więcej trzy i pół metra na jeden, nie w pełni okrągła w przekroju. Na jednym końcu znajdowało się okienko, które ktoś niedawno zamknął grubą przyspawaną wstawką z innego materiału, oraz zepsuty panel świateł. Pozostawiony sam sobie obiekt miał tendencję do unoszenia się na wysokości pasa nad zakurzoną betonową podłogą. Migotanie otaczającego przedmiot powietrza przyprawiało Toniego o mdłości, co jednak nie powstrzymało mężczyzny przed dotknięciem go. Obszedł obiekt wkoło. Jego powierzchnia była matowa i wygładzona przez ablację, jakby rura spędziła pewien czas w pustej przestrzeni. Wyglądała na starą, zgniłą i pełną poczucia winy. W konosamencie, ściągniętym z nadświetlnego routera odległego o trzydzieści pięć świateł, opisano ją jako „towary trwałe”, jednakże, choć samego obiektu nie opatrzono etykietą, łatwo w nim było rozpoznać nielegalny artefakt. Nie było też wzmianki o miejscu jego pochodzenia.
– Enka! – zawołał Toni. – Gdzie jesteś, do chuja?!
Zdawało mu się, że słyszy krzyk dobiegający z wietrznych, pogrążonych w mroku miejsc parkingowych, ale odległość była za duża, by mógł być odpowiedzią, czy w ogóle mieć cokolwiek wspólnego z Tonim.
Procenty Toniego Reno zawsze generowały się w przestrzeni finansowej bardzo odległej od samej fizycznej transakcji. Dla każdego, kto uczestniczył w podobnych układach, było oczywiste, że nie wie, jak jego rola odnosi się do odgrywanej przez innych. W tym przypadku, jak mówiła dokumentacja, zadanie Toniego skończy się w chwili, gdy towar znajdzie się w ładowni frachtowca o nazwie Nova Swing. Dlatego, gdy odkrył, że może przemieszczać obiekt, po prostu go popychając, zdecydował, że sam dokona załadunku.
Robota była ciężka, jakby pchał coś pod wodą. Gdy już wyprowadził przedmiot z baraku, zostało mu do pokonania jeszcze sześćset, być może siedemset metrów. W całej południowej części portu wyłączono światła. Znowu zaczęło padać. Chmury w jednej chwili przesłoniły niebo, w następnej zaś pierzchły, odsłaniając lśniący niebieskawym światłem Trakt. Reno pchał przez chwilę obiekt, a potem się zatrzymywał, by zawołać Enkę albo spróbować się z nią połączyć. Następnie znowu się pochylał, by wsunąć dłonie i przedramiona pod koniec rury. Można by pomyśleć, że ją obejmuje. W takiej pozycji najlepiej się pchało. Za każdym razem rura najpierw się pochylała i kołysała lekko wzdłuż długiej osi, nim ruszyła powoli naprzód, jak nasmarowana tłuszczem. W jednej chwili miała większą bezwładność, niż można by się tego spodziewać, w następnej zaś lekki powiew wiatru wystarczał, by zboczyła z kursu.
Sylwetka statku o nazwie Nova Swing rysowała się na tle nocnego nieba pośród innych frachtowców zajmujących się przewozami na krótkich trasach – pękaty kadłub lśniący mosiężnym blaskiem oraz trzy stateczniki. Wrota ładunkowe były otwarte. Obok nich stał mężczyzna znany w okolicach portu jako Gruby Antoyne. Popijał z pintowej butelki rum „Black Heart”, a jego rozpiętą skórzaną kurtką pilota oraz nażelowaną fryzurą Pompadour targał wiatr. Ujrzawszy Toniego, pomachał do niego ręką. Winda powoli zjechała dwadzieścia pięć metrów w dół z głośnym zawodzeniem serwomotorów, a potem zatrzymała się z nagłym wstrząsem. Reno objął rurę po raz ostatni i wepchnął ją na pokład.
– Cześć, Gruby Antoyne – odezwał się.
– Cześć – odpowiedział mężczyzna. – Co to jest?
– Nie wiem – przyznał Toni Reno, otrzepując kurtkę od Sadie Barnham.
Czuł chłodny deszcz spływający mu po włosach i po karku. Rura pociemniała od wody, wsiąkającej w każdą porowatą powierzchnię. Z jakiegoś powodu zaskoczyło to Toniego. Obiekt – dostrzegał teraz na nim słabe zarysy jakichś wystających ornamentów, które dawno już się wytarły, przechodząc w nieokreślone wypukłości – nie sprawiał wrażenia podatnego na działanie aury. Obaj mężczyźni kontemplowali go przez pewien czas, a potem porównali dokumenty, na wypadek gdyby to w czymś mogło pomóc. Gruby Antoyne miał „trupią klatkę”.
– Wiesz, co to jest trupia klatka? – zapytał Toniego Reno.
Toni przyznał, że nigdy nie słyszał tego określenia. Na jego listach przewozowych napisano tylko „towary trwałe”.
Antoyne zachichotał.
– Towary trwałe. To by się zgadzało. Mogę ci to podpisać.
Z bliska można było zobaczyć, że jego spodnie, uszyte dla wygody z diagonalu, mają z przodu tłuste plamy. Powiedział, że został dziś w nocy sam, bo jego załoga poszła się zabawić do swojego ulubionego baru. On jednak za nim nie przepadał. Zaoferował Toniemu drinka, ale ten z żalem odmówił.
– Uważaj na siebie – rzekł mu Reno na pożegnanie.
Po jego odejściu Gruby Antoyne zakręcił butelkę i schował ją do kieszeni kurtki.
– Dupek – stwierdził i pociągnął rurę do ładowni numer jeden. – Trupia klatka – dodał z chichotem.
To było określenie, do którego mógł się przyzwyczaić. Dotknął rury i poczuł, że jest zimna. Uklęknął i włożył ręce pod spód, czując lekki opór, jak wtedy, gdy próbuje się zbliżyć do siebie dwa magnesy. Przyjrzał się powierzchni przez lupę działającą w trzech różnych trybach, a potem cmoknął, jakby się zastanawiał. Na koniec wzruszył ramionami – co w końcu wiedział? – umocował bezpiecznie obiekt i wyszedł. Światła w ładowni zgasły, Gruby Antoyne zamknął luk, a potem jego kroki umilk­ły w oddali. Dopiero wtedy obiekt osunął się nieco na wspornikach. Minęło kilka minut, i kilka następnych. Nagle na panelu przy włazie zamigotało parę świateł.

***

Gdy Reno wrócił do magazynu, by raz jeszcze poszukać dokerki, zobaczył, że unosi się ona w powietrzu około metra nad miejscem, gdzie przed chwilą był artefakt. Kiedy wszedł do środka, zwracała się twarzą ku niemu, a jej plecy wyginały się w łuk, jakby zaskoczył ją w trakcie przerwanego aktu radości, czegoś w rodzaju nieplanowego przewrotu w tył. Była naga.
– Jezu, Enka – odezwał się Toni. Zastanawiał się, czy była tu przez cały czas.
Otaczające ją powietrze przybrało ciemnoniebieskawą barwę, mimo że światła były włączone. Cienie padały tu pod niewłaściwymi kątami w stosunku do siebie nawzajem oraz do cieni w pozostałych częściach baraku. Wyglądało to tak, jakby Enkę porywano ze świata zamieszkanego przez ludzi takich jak Toni Reno do innej rzeczywistości, zimniejszej i bardziej skomplikowanej. Jakby, szukając wolności, zamieniła po prostu jeden zestaw ograniczeń na drugi. Jej ręce i nogi nadal poruszały się powoli. Choć z tego powodu wirowała ospale w powietrzu, nie zmieniało to jej pozycji ani ogólnej sytuacji. Na twarzy kobiety widniał wyraz zrozumienia; powolnego uświadamiania sobie niebezpieczeństwa, mające-
go za chwilę doprowadzić do paniki. W jakimś nieokreślonym momen-
cie poprzedzającym nadejście tego zrozumienia, coś wbiło się z wielkim

impetem pod lewą pachę kobiety, przebiło jej ciało na wylot i wyszło na zewnątrz z dołu klatki piersiowej po drugiej stronie. Długi trójkątny płat tkanki zwisający z tego miejsca miał białą rybią barwę, niepasującą do ludzkiego ciała.
Toni wspiął się na palce, wyciągnął rękę i spróbował dotknąć końca owego płata, ale śliska gumowata substancja wymykała mu się z dłoni. Gdy wreszcie zdołał ją mocno uchwycić i pociągnąć, nic się nie wydarzyło. Jeśli nawet nowy stan kobiety zawierał w sobie wystarczająco wiele warunków brzegowych normalności, by ją w niej zakotwiczyć, był też od niej tak odległy, że Reno nie był w stanie dosięgnąć Enki. Nie miał pojęcia, jak mogło do tego dojść.
– Pierdol się, Enka – warknął. – Jak mogłaś się wpakować w coś takiego?
– Nazywam się Pearlant i przybywam z przyszłości – zabrzmiał głos, jakby w odpowiedzi.
Oświetlony łukami elektrycznymi barak był pusty. Enka płynęła z powrotem ku Toniemu przez swą nową rzeczywistość, jak ktoś zawieszony w hologramie niskiej jakości. Mężczyzna uciekł z budynku, przebiegł obok Nova Swing – statek był teraz zamknięty i pogrążony w mroku – a potem pognał na łeb, na szyję przez niekorporacyjny port kosmiczny. Zatrzymałby się dopiero w swym domu w Magellan Ladder, gdyby nie kobieta – albo coś, co uznał za kobietę – która wychynęła z bocznej ulicy przy Tupolev Avenue. Zbliżała się do niego bardzo szybko i pod dziwnym kątem, jakby przed zjawieniem się Toniego leżała w cieniu u podstawy budynku. Miał supernowoczesne modyfikacje, ale milisekundę albo dwie po tym, jak się włączyły, jej modyfikacje w jakiś sposób zdołały je wyłączyć. Toni był gotowy – szybkość impulsów nerwowych w całym jego ciele wzrosła, a struktury cząsteczek hemoglobiny przestawiały się w ciągu pikosekund – nie zdążył jednak zadać ani jednego ciosu. To było tak, jakby wpadł na ceglany mur. Nie nadążał za wydarzeniami. Nadal widział, jak kobieta wstaje z chodnika, podczas gdy ona zdołała już otoczyć jego głowę lewą ręką w niemal miłosnym geście i wepchnąć mu pod pachę lufę pistoletu.
– I co chciałbyś teraz zrobić? – zapytała go głosem, w którym pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
Gdy Toni poruszył lekko głową, by móc coś powiedzieć, nacisnęła spust i było po wszystkim. Dwie b‑dziewczyny wracające do domu po nocy spędzonej w „Ivory Coast” znalazły go bardzo wczesnym rankiem. Twierdziły, że otaczały go czarne i białe koty.
– Sięgały nam do kolan – oznajmiła policji jedna z b‑dziewczyn. – Były śliczne. Ale potem znalazłyśmy tego faceta.
Gdy dziewczyna Toniego dowiedziała się, że zginął nagle, powiedziała, że takiego końca by pragnął. Lubił swój pobyt na tym świecie, ale nie trzymał się go kurczowo. Oznajmiła też, że był przekonany, że gdybyśmy mogli rozciągnąć swe życie do grubości jednego nanometra, trwałoby wiecznie.
– Z naszego subiektywnego punktu widzenia, rzecz jasna – dodała.



Dodano: 2013-01-15 18:05:04
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS