NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

Hamilton, Peter F. - "Upadek smoka"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Fallen Dragon
Data wydania: Październik 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7506-719-4
Oprawa: miękka
Format: 140×205 mm
Liczba stron: 844
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2001



Hamilton, Peter F. - "Upadek smoka"

„Upadek Smoka” Petera F. Hamiltona został wydany w 2002 r., czyli pomiędzy jego monumentalną trylogią „Świt nocy” („Dysfunkcja Rzeczywistości”, „Widmo Alchemika”, „Nagi Bóg” – łączna ilość stron całej trylogii w polskim wydaniu to c.a. 4044 strony) a „Saga Wspólnoty” („Gwiazda Pandory”, „Judasz Wyzwolony” – łączna ilość stron tej dylogii w polskim wydaniu to c.a. 2412 stron). Podaję w nawiasach te liczby po to, aby spróbować udowodnić, nie do końca poważnie, tezę, że napisanie „Upadku Smoka” było dla Hamiltona jakąś formą odpoczynku, relaksu między tytaniczną pracą, którą wykonywał, pisząc wymienione wyżej cykle. „Upadły Smok” liczy bowiem „tylko” c.a. 840 stron. To także przykład na to, że autor zaangażowany w dwa szeroko zakrojone cykle powieściowe kipiał jeszcze pomysłami i energią twórczą, której starczyło mu na kolejną, opasłą powieść.

Bez wątpienia zaletą tej książki jest to, że różni się ona od innych utworów tego autora wchodzących w skład wspomnianych cykli. W tamtych utworach ludzka aktywność w kosmosie obejmującym „naszą” galaktykę wręcz „wrzała”. Ludzkość rozwijała się jak szalona, wraz z rozwojem technologicznym i eksplorowaniem oraz zasiedlaniem nowych planet. Zmieniały się społeczeństwa i systemy polityczne. Tylko władza pozostawała wciąż ta sama: w rękach najbogatszych i najpotężniejszych dynastii, które „wykiełkowały”
z fortun lat zerowych XXI wieku, w rękach których oficjalne instytucje pozostawały kukiełkami. Co wcale nie było jakimś wielkim problemem hamującym rozwój gospodarczy, społeczny, a nawet demokratyczny (tu może nie do końca, ale to jednak szczegół przy sielankowej wizji ludzkiej cywilizacji nie trapionej poważniejszymi problemami wewnętrznymi). Podróżowanie między światami było łatwe i tanie za sprawą super hiper napędów czy tuneli czasoprzestrzennych.

W „Upadku Smoka” jest jednak inaczej, co oznacza, że autor nie eksploatował jednej wykreowanej wizji, nie tworzył żadnego szablonu literackiego. W tej powieści zaprezentował całkiem inny obraz ludzkości podbijającej kosmos. Możliwość eksploracji, zasiedlania i eksploatacji nowych planet nie jest sielankowa. Ludzkości udaje się to z trudem, gdyż jest to szalenie kosztowne i – co najważniejsze – nieefektywne gospodarczo. Odkrywanie nowych planet nie jest zatem specjalną atrakcją czy motorem rozwoju społecznego i gospodarczego. Inwestycja w nowo odkrytą planetę jest bardzo kosztowna, możliwość odcinania kuponów w postaci dywidendy dla korporacji zaangażowanej w taki proces (a raczej jej udziałowców) jest niepewna, odległa w czasie i zbyt niska, aby miało to większy, ekonomiczny sens. Głównymi udziałowcami takich misji eksploracyjnych są korporacje, które muszą wykazywać zysk, przynosić dochód. Zatem, prędzej czy później zamieniają się po prostu w piratów łupiących nowo odkryte światy z ich zasobów. Ku niezadowoleniu mieszkańców zasiedlanych planet. A niezadowolenie rodzi bunt, ten zaś kontrę w postaci wysyłania militarnych oddziałów do jego tłumienia, czy po prostu do profilaktycznego zastraszania.

Jeden z bohaterów powieści jest właśnie członkiem takich oddziałów. Początkowo jest młodym idealistą marzącym o odkrywaniu galaktyki i nowych planet. To właśnie jemu, Lawrence’owi, autor poświęca najwięcej miejsca, przedstawiając w retrospekcjach jego drogę do tego, kim się stał, kiedy poznajemy go na kartach powieści. To pozwala chyba na określenie tej postaci mianem głównego bohatera. Mimo to nie jest ani jedyną, ani centralną postacią powieści. Hamilton wprowadza na scenę jeszcze korporacyjnego mandaryna oraz dzielną i piękną działaczkę ruchu oporu na planecie, gdzie rozgrywa się akcja.

Trzeba przyznać, że okładkowy blurb może nieco zmylić czytelnika na temat tego, czego dotyczyć będzie akcja powieści. Przez większą jej część otrzymujemy po prostu perypetie głównych bohaterów związane z militarną misją korporacji zmierzającej do odebrania od planety jej „długu”, czyli zysków, na jakie korporacja liczy, wykupując od innych podmiotów udziały w misji eksploracyjnej. Mamy więc w znacznej mierze akcję skoncentrowaną na elemencie militarnym, który przytłacza wszystko inne, co zdaje się obiecywać okładkowa zajawka.

Będąc na to gotowym, czytelnik ma szansę mniej rozczarować się przy czytaniu powieści niż najniżej podpisany, który liczył w gruncie rzeczy na „powtórkę z rozrywki”, tyle że na mniejszą skalę. A zatem: knucie, walka o władzę czy wpływy zmieszane z losami głównych bohaterów próbujących w tym wszystkim znaleźć miejsce dla realizacji swoich mniejszych lub większych planów. W zasadzie w trakcie powieści można się domyślać, że militarno-sensacyjne rozgrywki w końcu doprowadzą do Czegoś Większego, ale to przeczucie materializuje się dopiero grubo po połowie powieści. I wtedy zaczyna być atrakcyjniej (dla mnie na pewno). Akcja nieoczekiwanie nabiera rozmachu i zaczyna splatać się z pewną opowieścią snutą przez przedszkolankę swoim wychowankom, aby wreszcie nabrać galaktycznego rozmachu i mocnego, epicko-temporalnego oddechu. Wtedy zaś następuje koniec i rozwiązanie akcji.

Czytanie tej powieści przypomina nieco nadmuchiwanie wielkiego balona. Na początku w ogóle nie widać efektów i można zwątpić w cel dmuchania. Do czasu, kiedy wyłania się wielka czasza i widać ogrom wykonanej pracy. Zastanawiam się, czy czytelnikom wystarczy zapału i ochoty na inwestowanie czasu w czytanie powieści z założenia rozrywkowej, gdy w trakcie lektury dopadać będzie irytacja i zastanawianie się, do czego to wszystko ma prowadzić. I gdzie spełnianie obietnic z blurba? Momentami miałem wrażenie, że w tych wszystkich nudnych, miałkich, przewidywalnych „powieściach” osadzonych w uniwersum Star Wars jest więcej atrakcyjnej rozrywki niż w „Upadku Smoka”. Jak pisałem: do czasu. Niemniej jednak zastanawiałem się także, czy (o, zgrozo!) skrócenie powieści o połowę nie wyszłoby jej czasem na dobre.

Nie napiszę, że to nieudana powieść, bo wówczas dałbym się ponieść własnym preferencjom, a jednak, opiniując książki, staram się nie być wodzonym wyłącznie na ich pasku. Hamiltonowi w „Upadku Smoka” bliżej jest do dokonań Alastaira Reynoldsa, ale powieść pozbawiona jest ogromnie mnie urzekającego stylu tego pisarza. Ponadto Hamilton nie potrafi budować w podobny sposób nastroju, jak jego kolega po fachu czynił na przykład w „Przestrzeni Objawienia”, np. operując oszczędniej settingiem.

Mimo to „Upadek Smoka” stanowi dobry początek dla kogoś, kto nie znał wcześniej twórczości Petera F. Hamiltona, a boi się zaczynać od monumentalnych wręcz cykli wymienionych wyżej. Pamiętać jednak należy, iż Peter F. Hamilton właśnie w tworzeniu takich cykli powieściowych naprawdę potrafi zaskoczyć i wciągnąć, zapewniając mnóstwo niegłupiej i godziwej rozrywki. „Upadek Smoka” to dobra powieść, która zbyt późno rozwija skrzydła. Czyni to jednak w sposób, który jest w stanie wynagrodzić początkowe znużenie czytelnika, niekoniecznie będącego miłośnikiem takiej przygodowo militarnej fantastyki. Z pewnością ostatnie trzysta stron powieści znacznie podniosło moją ocenę, na mocną czwórkę z plusem. Ale znając właśnie wcześniejsze i późniejsze dokonania autora, bez wahania napiszę, że stać go na wiele więcej.



Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2012-10-25 09:58:41
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS