NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Podbój"


 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Nagata, Linda - "W stronę mroku"

Linki


Literackie zgadywanki 10/2012

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




„Boży bojownicy” to bodajże najgorzej, obok „Żmii”, oceniana książka w dorobku Andrzeja Sapkowskiego. Powieści zarzucano wiele, począwszy od wtórności, poprzez epizodyczność, aż po nudę. Innymi słowy ulotniła się gdzieś magia prozy naszego ASa fantastyki. A jak będzie wyglądać to z audiobookiem?
Na pewno wielkie wrażenie robią same liczby. Prawie dwustu aktorów, długie miesiące pracy w studiu, a do tego skomponowana na potrzeby audiobooka muzyka. Biorąc pod uwagę jakość poprzednich nagrań, możemy się spodziewać prawdziwej uczty dla uszu. Tym bardziej, że zarówno realizatorzy, jak i sami aktorzy podeszli do sprawy jakości poważnie, o czym świadczyć może chociażby fakt nauki śpiewu w języku czeskim.
Kwestią otwartą pozostaje natomiast czy oprawa dźwiękowa będzie w staniu ukryć niedostatki fabularne samej powieści. Nawet genialne kreacje Henryka Talara (Szarlej) czy Krzysztofa Wakulińskiego (Samson Miodek) mogą nie zapobiec wyłączeniu odtwarzacza przez zniecierpliwionego słuchacza.

Adam "Tigana" Szymonowicz



Lucius Shepard, „Krokodylowa skała"

Najnowszy zbiór opowiadań Luciusa Sheparda z trudem poddaje się zgadywankowej procedurze. Przyczyny są dwie. Po pierwsze, autor stanowi pewną, solidną pisarską firmę, której nie zdarzają się literackie fuszerki, więc nie ma pola do spekulacji – wysoki poziom jest niejako gwarantowany. Nawet słabsze opowiadania Sheparda, dzięki plastycznej kreacji bohaterów i umiejętności snucia zajmującej fabuły, stanowią przyjemną lekturę. Po drugie zaś, w zbiorze Solarisu znaczący udział mają utwory znane już polskiemu czytelnikowi - czy to z literackiej prasy (głównie "Fantastyka"), czy też z różnorakich antologii – więc część materiału zdążyła już rozwiać wątpliwości na swój temat.

W takiej sytuacji trudno o zaskoczenia. "Krokodylowa skała" to – jak sądzę – doskonała czytelnicza inwestycja, po której spodziewam się 15 ciekawych, wciągających historii, opowiedzianych potoczystym stylem i zaludnionych wiarygodnymi, barwnymi postaciami. Większość utworów zebrała wyrazy środowiskowego uznania co najmniej w postaci nominacji do ważnych literackich nagród – Hugo, Nebuli, World Fantasy Award, Bram Stoker Award czy International Horror Guild Award. Ponadto, inaczej niż w – doskonałym skądinąd – "Smoku Griaule", otrzymamy kompilację multitematyczną; nie powiązaną ani bohaterami, ani uniwersum, a więc jeszcze bardziej różnorodną i zaskakującą. A jako wisienkę na torcie wydawca dorzuca utwór szesnasty – wiersz "White Trains", nagrodzony Rhysling Award.

W gąszczu nagród i nominacji doprawdy trudno podejrzewać, by za tą urokliwą okładką mogło nas czekać rozczarowanie. Wizyta na "Krokodylowej skale" wydaje się obowiązkowym kierunkiem pielgrzymkowym dla wszystkich amatorów dobrej fantastyki.

Krzysztof Pochmara



Neal Shusterman, "Podzieleni"

Jest coś znamiennego w rosnącej popularności dystopii. Może to tylko przypadek i po prostu kolejny przykład gatunkowej konwencji wyniesionej na fali mody. Lubię sobie jednak tłumaczyć, że to coś więcej, że elementy antyutopii, pojawiające się w literaturze popularnej, to odpowiedź na zagrożenia współczesności, że to swoisty rezonans między rzeczywistością a literacką fikcją, dowodzący, jak genialnym zjawiskiem jest fantastyka.

Im szersze kręgi zatacza jednak w kulturze motyw antyutopii, tym częściej zostaje spłycony. „Igrzyska śmierci”, wskazywane jako gatunkowy majstersztyk, są de facto zaprzeczeniem idei gatunku – miast zaangażowania i mrocznej, politycznej wizji, otrzymujemy bowiem pulpę; literaturą eskapistyczną zapakowaną w nijak do niej niepasującą dystopijną scenerię.

Łatwo było wybaczyć banalizowanie konwencji Suzanne Collins – autorka „Igrzysk...” wytrąca oręż krytykom, pisząc sprawnie, lekko i barwnie. Trudno czynić wykłady autorowi, przez którego zarwało się noc, przerzucając kartki z wypiekami na twarzy. Czy ta sama sztuka uda się Nealowi Shustermanowi? Powątpiewam.

Wnosząc z zapowiedzi, wizja antyutopijnego świata wydaje się wydumana i niedorzeczna (jakim niby cudem dopuszczalność mordowania dzieci między 13 a 18 rokiem życia miałaby stanowić kompromis w walce między Obrońcami Życia a Zwolennikami Wolnego Wyboru?!). Świat Collins – powiedzmy to otwarcie – też nie trzymał się kupy, ale jednak sprawnie poprowadzona fabuła skutecznie odwracała od tego uwagę. Wyobrażam sobie, że Shusterman będzie zawzięcie ścigał trójkę powieściowych nastolatków, nie szczędząc hollywoodzkich efektów i rozwiązań typu deus ex machina, będzie krzesał emocje związane z walką o przetrwanie i mnożył fabularne wiraże, bardziej przesłaniając dystopijny pomysł, niż go broniąc i wyjaśniając. Jeśli „Podzieleni” pozostawią pozytywne wrażenia, to nie dzięki ciekawemu pomysłowi na kreację świata i mądrej, socjologicznej refleksji, ale raczej za sprawą futurologicznych wizji i socjologicznych wynurzeń autora.

Krzysztof Pochmara



Erin Morgenstern, „Cyrk nocy"

„Cyrk nocy” to debiutancka powieść Erin Morgenstern stąd też trudno powiedzieć o niej coś konkretnego. Spróbujmy jednak popuścić nieco wodze fantazji i zgadnąć.
Jeśli zawierzyć wydawniczej notce, najważniejszy wątek książki stanowi rywalizacja magów. Nie są to jednak ludzie pokroju Gandalfa czy Krogulca, a cyrkowi prestidigitatorzy. Ktoś się zapyta, a co w tym takiego niezwykłego? Czy kuglarska sztuczka ma w sobie choć odrobinę prawdziwej magii? Może i nie, ale „Prestiż” Christophera Priesta czy „Kraina Cieni” Petera Strauba dobitnie pokazują, jak fascynujący może być świat iluzji i karcianych sztuczek. Wystarczy bowiem moment nieuwagi widza, aby to, co niemożliwe, stało się prawdą. Jeśli autorka podąży w tym kierunku, otrzymamy książkę pełną zagadek i niedomówień, tajemnic i ułudy.
Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo. Wprowadzenie do fabuły dwojga młodych bohaterów narzuca niejako pewne rozwiązania. Początkowa rywalizacja, z dużą dozą prawdopodobieństwa, przekształci się w miłość, a nowym celem stanie się ocalenie uczucia przed całym światem zewnętrznym. A stąd już tylko krok do maślanych oczu, namiętnych pocałunków i ciągłego wyznawania miłości. W tym wypadku iluzja stanie się zaledwie pretekstem, oryginalnym tłem dla nieoryginalnej historii. Obym się mylił.

Adam "Tigana" Szymonowicz



Saladin Ahmed, „Tron Półksiężyca"

Nie jestem może zbyt dobrze zorientowany w kulturowych modach, ale wydaje mi się, że – mniej więcej od słynnego 9/11 – dość znacząco wezbrała fala zainteresowania i fascynacji tematyką bliskowschodnią. Może to kwestia ziszczenia się wizji Huntingtona, realizacji zasady „poznaj swojego wroga”, a może po prostu zwykłe eksploatowanie nowoodkrytego źródła inspiracji i niewysłużonych motywów. W każdym razie pozycji, które karmią się arabskimi i islamskimi klimatami ukazuje się więcej, niż wynikałoby ze zwykłej zasady proporcjonalności.

W tym kontekście widziałbym w zapowiedzi Prószyńskiego próbę ugrania paru groszy na fali mody. Saladin Ahmed to może obiecujący, ale raczej mało znany twórca, który – na razie – pochwalić się może jednym dostrzeżonym i nominowanym do kilku nagród opowiadaniem „Racice i szałas Abdela Dżamili”. Polscy czytelnicy, którzy mogli je przeczytać w sierpniowym wydaniu „Nowej Fantastyki”, nie wydawali się szczególnie zachwyceni. „Tron Półksiężyca” to z kolei powieść wydana w tym roku i stanowiąca wstęp do cyklu, na którego dalsze losy przyjdzie nam dopiero zaczekać.

Zapowiedź nie zwiastuje dzieła przełomowego, a raczej prostą opowiastkę fantasy. O jej wyjątkowości może stanowić egzotyczna arabska sceneria (stanowiąca miłą odmianę od bardziej wysłużonych sztafaży), deklarowane inspiracje baśniami „Tysiąca i jednej nocy”, połączenie kryminalnej i politycznej intrygi, ciekawa osobowość autora o libańsko-egipsko-irlandzko-polskich korzeniach i zamiłowaniu do poezji.

Wydaje się jednak, że warto powściągnąć oczekiwania i nie spodziewać się nowego Rushdiego. Okładka oryginalnego wydania podsuwa bowiem nieco inny trop. Swoją estetyką przywodzi na myśl znaną serię gier „Prince of Persia” i podejrzewam, że należałoby ustawić odbiornik na częstotliwość takiej właśnie prozy – w której w ślad za dzielnymi bohaterami czytelnik przemierzał będzie kolejne lokacje, eliminował przeciwników i – miast przemieszczać się bardziej tradycyjnymi ścieżkami – przeskakiwał z budynku na budynek. O sukcesie zadecyduje, ile oryginalności i życia będzie w stanie tchnąć autor w na pół martwe, oklepane schematy.

Krzysztof Pochmara




„Śmiertelna groźba” Jima Butchera to trzecia część cyklu „Akta Dresdena”, opowiadającego o perypetiach maga-detektywa z Chicago. Harry’emu ponownie przyjdzie zmierzyć się z groźnym przeciwnikiem, mającym na swoich usługach przeróżne niebezpieczne istoty magicznego autoramentu. Czarnym charakterem we „Froncie burzowym” był domorosły czarnoksiężnik, przywołujący olbrzymie skorpiony i próbujący brudnych sztuczek, byle tylko pozbyć się Dresdena. W „Pełni Księżyca” na pierwszym planie mieliśmy do czynienia z wilkołakami, by w finale odkryć, że stoi za nimi dobrze zorganizowana grupa. W „Śmiertelnej groźbie” przyszedł czas na spotkanie z klasycznymi duchami, rozrabiającymi w „wietrznym mieście”. Zastanawiające jest, dlaczego tak nagle zjawy zaczęły nawiedzać żywych... I dlaczego znów ma to związek z Harrym.
W każdej z książek należących do cyklu autor daje do zrozumienia, że za przeciwnikiem głównego bohatera stoi ktoś tajemniczy, kto pociąga za sznurki. Ktoś, kto pomógł zwykłemu człowiekowi stać się obłąkanym czarnoksiężnikiem. Jak również umożliwił innym ludziom rozpętanie wilczego szaleństwa. Myślę, że zgadywana powieść nie przyniesie rozwiązania zagadki owego prześladowcy, lecz jedynie wskaże kilka nowych tropów. Autor podzieli się też pewnie kilkoma nowymi faktami z życia Harry’ego.
Mimo to fabuła pozostanie kluczowym elementem powieści, pełnej brutalnej akcji i przyzwoitego humoru. Tak było od początku cyklu i nie widzę powodów, dla których miałaby nastąpić zmiana. Spodziewam się rozrywki na wysokim poziomie i kilku nowych wątków, rozwijających postać głównego bohatera i jego tajemniczego przeciwnika.

Krzysztof Kozłowski



antologia, "Herosi"

Kilka lat temu przeżywaliśmy boom na antologie tematyczne polskich pisarzy. Moda ta jednakże w ciągu ostatnich lat znacząco osłabła i rocznie ukazuje się mniej tego rodzaju tytułów. Jest jednak wydawnictwo, które nadal wierne jest wydawaniu zbiorów opowiadań różnych autorów. W zeszłym roku wypuściło na rynek „Science Fiction” i „Głos Lema”, a na Polcon 2012 we Wrocławiu planuje prapremierę „Herosów”.
Historia tego zbioru sięga dawnych czasów, kiedy to Fabryka Słów wydała pierwszy tom „Kanonu barbarzyńców”. Druga część się jednakże nie ukazała. Pomysł na jej wydanie podchwycił Powergraph i rozpoczęły się prace. Ciężko mi nawet zgadywać, ile tekstów (autorów) ocalało z oryginalnego planu, chociaż oczywiście na bazie nazwisk można snuć pewne przypuszczenia: wszak autorzy znowu nie tak często migrują między wydawnictwami; istnieje grupa autorów, która poza Powergraphem (prawie) nie wydaje… ale i w pierwszej antologii redagowanej przez Roberta J. Szmidta pojawiły się nazwiska, takie jak Majka czy Cetnarowski.
Pozostaje sobie zadać pytanie, o czym będą opowiadania? Tytuł i okładka nie pozostawiają oczywiście złudzeń: będzie o bohaterach! Jednakże, jak zwykle to bywa, wszystko rozbija się o wykonanie. Chociaż herosi kojarzą się zwykle z napakowanymi barbarzyńcami w stylu Conana, to należy liczyć na inwencję autorów. Nie zdziwiłbym się, gdyby różnorodna okazała się konwencja: zapewne trafią się historie polegające na anihilacji każdego wroga w promieniu wzroku, ale spodziewam się również opcji humorystycznych, a nawet prześmiewczych. Do polskich kin wszedł niedawno „Roman Barbarzyńca” – może któryś z pisarzy zaproszonych do „Herosów” spróbuje czegoś w tym stylu?
Wnioskując ze starej wersji okładki również scenografia będzie zróżnicowana. Podstawowymi realiami dla bohaterskich czynów są rzecz jasna krainy fantasy, ale przecież nie trzeba się tak mocno ograniczać; szczególnie przy wcześniej założonym luźniejszym podejściem do tematu. Stąd też spodziewać się należy również przygód w kosmicznej otchłani czy innych dekoracji. Może pojawi się też ciągle modny steampunk?
Z „Herosami” wiążę przede wszystkim jedną nadzieję: że zostanę przynajmniej kilka razy zaskoczony.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka



Tad Williams, Deborah Beale, "Tajemnice Zwyczajnej Farmy"

Twórczość Tada Williamsa ma wiele oblicz. Potrafi napisać bardzo dobre powieści, jak chociażby te zawarte w cyklach „Pamięć, Smutek i Cierń” czy też „Inny Świat”, ale zdarza mu się też – i to wcale nierzadko – popaść w rutynę i wydać książkę raczej nudną. Do tej drugiej grupy zaliczam m.in. „Marchię cienia” oraz pisany wraz z żoną pierwszy tom serii dla młodzieży o „Zwyczajnej Farmie”. Być może jednak zaplanowana na ten miesiąc część druga odmieni moją opinię? To pytanie do momentu przeczytania „Tajemnic Zwyczajnej Farmy” pozostanie retoryczne, ale nie przeszkadza mi to odrobinę pogdybać.
Przypuszczenie pierwsze: nauczone na błędach (zakładam optymistycznie, że autorzy je dostrzegli) pisarskie małżeństwo zmieniło podejście do prowadzonej fabuły, serwując czytelnikom tym razem nieszablonową i zaskakującą historię.
Przypuszczenie drugie: rozbudowane zostaną postaci – nie tylko dwójka głównych bohaterów, ale także osoby pojawiające się na drugim planie. Dzięki temu całość nabierze barw i spowoduje, że czytelnicy zaczną się przejmować losami postaci.
Przypuszczenie trzecie: sama Zwyczajna Farma i zamieszkujące ją stwory nabiorą znaczenia – skoro już tajemnica została odkryta (chociaż tytuł powieści sugeruje coś wręcz odwrotnego), to teraz pora na rozbudowanie opisów i większą interakcję bohaterów z otoczeniem.
Powyższe przypuszczenia są oczywiście głównie moimi nadziejami, że elementy krytykowane przeze mnie w recenzji pierwszego tomu zostaną zmienione. Praktyka pokazuje, że zwykle tak się nie dzieje, więc niestety można się ponownie spodziewać powieści przeciętnej, powtarzającej błędy poprzedniczki. Chociaż oczywiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby rzeczywistość zweryfikowała moje czarnowidztwo, a trzy ww. przypuszczenia okazały się prawdziwe.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka



Szczepan Twardoch, „Morfina"

Gdzieś na początku swojej pisarskiej drogi Twardoch stworzył parę rzeczy kwalifikowanych jako fantastyka (z niezapomnianym „Sternbergiem” na czele). Potem jego pisarskie wędrówki zaczęły zataczać coraz szersze kręgi, a podążanie jego śladem stawia przed czytelnikami coraz wyższe poprzeczki.

W ciągu ostatnich kilku lat napisał uchodzący za genialny „Wieczny Grunwald”, mocne i nieszczególnie fantastyczne opowiadania zebrane w zbiorze „Tak jest dobrze”, felietony dotyczące broni („Zabawy z bronią”) i zaplątaną w problemy tożsamościowe eseistykę („Wyznania prowincjusza”).

Pomimo tej różnorodności podejrzewam, że metodą zwykłej ekstrapolacji względnie łatwo jest typować charakter zapowiadanej właśnie „Morfiny”. Wygląda na to, że oto obsesje i fobie autora przetworzone zostaną po raz kolejny – tym razem w historię Konstantego Willemanna, „cynika, łajdaka i bon-vivanta” rzuconego w koszmar kampanii wrześniowej i późniejszej działalności konspiracyjnej. Znów dostaniemy motyw bezlitosnego mielenia losów jednostek w żarnach historii, znów będą pewnie bohaterowie pełni wad, wstrętnych słabości i tajonych grzechów, znów pojawią się problemy z narodową i religijną tożsamością i samookreśleniem.

Jedna tylko rzecz zaskakuje. Objętość. Wydawnictwo Literackie zapowiada najnowszą powieść Twardocha jako książkę liczącą 624 stron. Wydaje się, że to swego rodzaju rekord autora, który tworzy raczej gęstą prozę w skondensowanej formie. Nawet niewielka przestrzeń opowiadań pozwalała dotychczas Twardochowi na kreowanie złożonych postaci, nadawanie im psychologicznej głębi i opisywanie skomplikowanych, psychologicznych i duchowych przemian.

Czy ta objętość to jakiś przełom w twórczości? Zapowiedź złożonej, wielowątkowej historii? Może to efekt uchwycenia szerszej galerii postaci i ich skomplikowanych zależności? Może autor wkomponował w powieść refleksje i wywody bliższe felietonistyce czy eseistyce? A może to zwykłe rozrzedzenie stylu i nieco beztroskiego wodolejstwa? Cóż, przekonamy się niebawem.

Krzysztof Pochmara



Naomi Novik, "Próba złota"

„Próba złota” jest siódmym tomem cyklu Naomi Novik o przygodach smoka Temeraire’a oraz jego kapitana Lawrence’a. Roboczo nazwałem sobie ten tekst nie zgadywanką a pewniakiem, bo dotychczasowe książki z serii nie dały powodu przypuszczać, by nagle coś się zmieniło na dobrze już wydeptanej ścieżce, którą podąża autorka.
Z jednej strony będziemy więc mieli do czynienia z kolejnymi opisami mocnej przyjaźni między smokiem a jego kapitanem, chociaż oczywiście spodziewać się należy, że nastąpią jakieś tarcia: taka to już natura dorosłego człowieka i olbrzymiej istoty o mentalności dziecka... a raczej rozpuszczonego psiaka. Jest to bez wątpienia sympatyczne, ale na dłuższą metę – w tym przypadku mamy już z tym do czynienia – raczej męczące.
Pewną niewiadomą może być przeniesienie akcji na nowy kontynent: w tym przypadku Amerykę Południową. Wydarzenia opisywane poprzednio (może poza wypadem w głąb Afryki) toczyły się w realiach znanych nam z lekcji historii. Owszem, eskadr smoków walczących podczas wojen napoleońskich nauczycielka nie wbijała nam do głowy, ale poza nielicznymi zmiennymi (i to w późniejszych tomach), oś czasowa pozostawała niezmienna. Nie dotyczyło to Nowego Świata, który podobno oparł się kolonizacji: teraz będzie okazja przekonać się o jego naturze.
Nie spodziewam się jednak szoku; może jakaś latająca jaszczurka wyprze w mezoamerykańskim panteonie pierzastego węża, ale poza tym wiele zmian nie będzie. Na pewno bohaterowie wpadną w tarapaty i pewnie część z nich będzie przeznaczona do jakiegoś krwawego rytuału, a reszta będzie musiała ich ratować.
Podsumowując: obstawiam książkę, taką jak poprzednie: miejscami sympatyczną, miejscami nużącą, ale przede wszystkim łatwą i prostą, z której po kilku dniach niewiele będzie się pamiętało.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka





W ubiegłym miesiącu zastanawiałem się, co będzie motywem przewodnim, centralną osią fabuły „Zdumiewającej sprawy nakręcanego człowieka” Marka Hoddera. Obstawiałem – w czym oczywiście zainspirowałem się tytułem powieści – że kluczową rolę będą odgrywały steampunkowe maszyny myślące... No i się przeliczyłem, bo chociaż te stanowią pretekst do ruszenia fabuły z miejsca, to później znaczenie mają marginalne – a jeśli się nawet pojawiają, to raczej w formie czysto utylitarnej; bardziej jako gadżety, a nie istotne elementy świata przedstawionego.
Skoro już o gadżetach mowa, to Hodder nie oparł się pokusie i dodał kilka kolejnych elementów, ryzykując czytelniczy przesyt i wrażenie zbyt wielu grzybów w barszczu; tym bardziej, że skupiając się na elementach scenograficznych, nieco odpuścił twórcze wykorzystanie postaci historycznych, co było silną stroną „Dziwnej sprawy Skaczącego Jacka”. Niemniej, nawet biorąc pod uwagę mankamenty, Hodderowi udało się stworzyć bardzo dobrą kontynuację i nie dopadł go syndrom drugiego tomu.
Więcej o książce można przeczytać w mojej recenzji.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2012-10-04 02:10:40
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 09:45 04-10-2012
Co do zgada Morgenstern - w większości pudło, a przynajmniej rozminięcie się z istotą książki :) Ale uspokoję, wątek romantyczny nie przesłania sedna powieści.

Tigana - 21:49 04-10-2012
Uroki zgadywania.

Shadowmage - 22:03 04-10-2012
No ba :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS