NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Naam, Ramez - "Apex"

Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki


Literackie zgadywanki 09/2012

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.



Piotr Gociek, „Demokrator"

Tajemnica pisarskiego sukcesu stanowi nieuchwytny algorytm, który zapewne nigdy nie zostanie rozszyfrowany. To jakaś ulotna kombinacja wielu elementów, przy czym nie istnieje zamknięty ich katalog, który gwarantowałby sukces. Mam wrażenie, że jednym z częstszych błędów debiutujących twórców jest próba maksymalizacji szans na stworzenie arcydzieła przez implementację tylu wątków, myśli i pomysłów, ile tylko wytrzymają ramy utworu. Niestety, często prowadzi to wprost w pułapkę przedobrzenia.
Takie właśnie obawy budzi we mnie zapowiedź „Demokratora”, przedstawianego jako „okrutnie śmieszna i przerażająco zabawna” „oszałamiająca powieść satyryczno-fantastyczna”. Jeśli w samej powieści stężenie neologizmów jest zbliżone do nasycenia nimi wydawniczej notki, to lektura może stanowić nie lada wyzwanie. Sieć fifi, szajdokamery, chustasze z Chafgachustanu, wielomarchowie i mnogomarchowie, nano-onuce, a do tego surrealizm, nawiązania do Strugackich, Bułhakowa, Orwella, „Czarnoksiężnika z krainy Oz” i amerykańskich komiksów...
Cóż, jeśli za tym bogactwem inspiracji, słowotwórczym nieumiarkowaniem i mrowiem pomysłów kryje się jakaś spójna myśl przewodnia i niebanalna fabuła, która pociągnie czytelnika w głąb opowieści, może być ciekawie. Ale, gdybym miał typować, stawiałbym pesymistycznie na syndrom debiutanta, próbującego łapać wszystkie sroki za ogon, a w efekcie – serwującego czytelnikom gonitwę myśli, chaotyczny gąszcz nawiązań i pretekstową fabułę, nie będącą w stanie udźwignąć ciężaru aluzji i dygresji. Obym się mylił!

Krzysztof Pochmara




Pierwszy tom przygód Richarda Francisa Burtona i Algernona Charlesa Swinburne’a Marka Hoddera zebrał bardzo pozytywne – również z mojej strony – recenzje, okazując się jedną z najciekawszych powieści steampunkowych, łącząc całą gamę charakterystycznych dla tego gatunku rekwizytów z dynamiczną i wciągającą fabułą. W tym świetle należy sobie zadać pierwsze pytanie: czy autorowi w „Zdumiewającej sprawie Nakręcanego Człowieka” uda się dorównać tomowi otwierającemu cykl? Nieraz się przecież już zdarzało, że kontynuacje świetnych powieści nie wytrzymywały porównania ze swoimi poprzedniczkami. Mam nadzieję, że przypadek ten nie będzie dotyczył książek Hoddera: na podstawie „Dziwnej sprawy Skaczącego Jacka” można odnieść wrażenie, że autor ma pomysł na całość i będzie go konsekwentnie realizował.
Jednym z istotnych elementów steampunkowej kreacji jest cała gama gadżetów i zasad kierujących tworzeniem świata przedstawionego. Brytyjski pisarz już w pierwszym tomie wykorzystał wiele elementów, ale zgodnie z zasadami rządzącymi kontynuacjami, będzie pewnie musiał (a w zasadzie chciał) dodać coś nowego. Nie podejmę się zgadywania co konkretnie to będzie, gdyż wachlarz możliwości jest szeroki: od podkręcenia już wprowadzonych elementów aż po apokalipsę zombie. Tytuł może sugerować, że kluczową rolę będą odkrywać steampunkowe wersje robotów, ale nie jest to jedyny trop, którym można podążyć. Oby tylko w tym pędzie ku wzbogacaniu scenografii autor nie przedobrzył. Znalezienie równowagi pomiędzy wymogami konwencji a dynamiką opowieści jest jednym z głównych zadań Hoddera w następnych tomach.
Ciekaw również jestem jak wykorzystane zostaną postaci historyczne, które Hodder często obsadza w rolach znacząco innych od tych, jakie obsadziły w naszej linii czasowej (kwestia rozbieżności między światem Burtona, a także przyczyn tego stanu rzeczy, to zapewne również jeden z tematów, który będzie się przewijał w tle opowieści). Ten rodzaj zabawy dodatkowo urozmaica i ubarwia fabułę: mam nadzieję, że w „Zdumiewającej sprawie Nakręcanego Człowieka” będzie on nadal obecny.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka



Lucius Shepard, „Krokodylowa skała"

Najnowszy zbiór opowiadań Luciusa Sheparda z trudem poddaje się zgadywankowej procedurze. Przyczyny są dwie. Po pierwsze, autor stanowi pewną, solidną pisarską firmę, której nie zdarzają się literackie fuszerki, więc nie ma pola do spekulacji – wysoki poziom jest niejako gwarantowany. Nawet słabsze opowiadania Sheparda, dzięki plastycznej kreacji bohaterów i umiejętności snucia zajmującej fabuły, stanowią przyjemną lekturę. Po drugie zaś, w zbiorze Solarisu znaczący udział mają utwory znane już polskiemu czytelnikowi - czy to z literackiej prasy (głównie "Fantastyka"), czy też z różnorakich antologii – więc część materiału zdążyła już rozwiać wątpliwości na swój temat.

W takiej sytuacji trudno o zaskoczenia. "Krokodylowa skała" to – jak sądzę – doskonała czytelnicza inwestycja, po której spodziewam się 15 ciekawych, wciągających historii, opowiedzianych potoczystym stylem i zaludnionych wiarygodnymi, barwnymi postaciami. Większość utworów zebrała wyrazy środowiskowego uznania co najmniej w postaci nominacji do ważnych literackich nagród – Hugo, Nebuli, World Fantasy Award, Bram Stoker Award czy International Horror Guild Award. Ponadto, inaczej niż w – doskonałym skądinąd – "Smoku Griaule", otrzymamy kompilację multitematyczną; nie powiązaną ani bohaterami, ani uniwersum, a więc jeszcze bardziej różnorodną i zaskakującą. A jako wisienkę na torcie wydawca dorzuca utwór szesnasty – wiersz "White Trains", nagrodzony Rhysling Award.

W gąszczu nagród i nominacji doprawdy trudno podejrzewać, by za tą urokliwą okładką mogło nas czekać rozczarowanie. Wizyta na "Krokodylowej skale" wydaje się obowiązkowym kierunkiem pielgrzymkowym dla wszystkich amatorów dobrej fantastyki.

Krzysztof Pochmara




„Śmiertelna groźba” Jima Butchera to trzecia część cyklu „Akta Dresdena”, opowiadającego o perypetiach maga-detektywa z Chicago. Harry’emu ponownie przyjdzie zmierzyć się z groźnym przeciwnikiem, mającym na swoich usługach przeróżne niebezpieczne istoty magicznego autoramentu. Czarnym charakterem we „Froncie burzowym” był domorosły czarnoksiężnik, przywołujący olbrzymie skorpiony i próbujący brudnych sztuczek, byle tylko pozbyć się Dresdena. W „Pełni Księżyca” na pierwszym planie mieliśmy do czynienia z wilkołakami, by w finale odkryć, że stoi za nimi dobrze zorganizowana grupa. W „Śmiertelnej groźbie” przyszedł czas na spotkanie z klasycznymi duchami, rozrabiającymi w „wietrznym mieście”. Zastanawiające jest, dlaczego tak nagle zjawy zaczęły nawiedzać żywych... I dlaczego znów ma to związek z Harrym.
W każdej z książek należących do cyklu autor daje do zrozumienia, że za przeciwnikiem głównego bohatera stoi ktoś tajemniczy, kto pociąga za sznurki. Ktoś, kto pomógł zwykłemu człowiekowi stać się obłąkanym czarnoksiężnikiem. Jak również umożliwił innym ludziom rozpętanie wilczego szaleństwa. Myślę, że zgadywana powieść nie przyniesie rozwiązania zagadki owego prześladowcy, lecz jedynie wskaże kilka nowych tropów. Autor podzieli się też pewnie kilkoma nowymi faktami z życia Harry’ego.
Mimo to fabuła pozostanie kluczowym elementem powieści, pełnej brutalnej akcji i przyzwoitego humoru. Tak było od początku cyklu i nie widzę powodów, dla których miałaby nastąpić zmiana. Spodziewam się rozrywki na wysokim poziomie i kilku nowych wątków, rozwijających postać głównego bohatera i jego tajemniczego przeciwnika.

Krzysztof Kozłowski



Mark Lawrence, „Książę Cierni"

Debiuty przyjmujące postać trylogii powinny budzić uzasadnione wątpliwości. Zwłaszcza, gdy w nocie wydawniczej można przeczytać, iż „niektórzy mówią”, że jest to najlepsza fantasy od czasów „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina.

Bohaterem „Księcia Cierni” jest Jorg Ancrath, stojący na czele niebezpiecznej bandy, pustoszącej ziemie dawnego imperium. Trudno było przewidzieć taki obrót sprawy, sądząc po historii jego życia. Urodził się bowiem w rodzinie królewskiej, został wychowany na dworze wśród bogactw i nieograniczonych możliwości. Nieznane wydarzenia doprowadziły do upadku tego świata i dramatycznej zmiany roli Ancratha. Królewski syn stał się przywódcą wyjętych spod prawa łotrów, a ziemie upadłego królestwa zaczęli plądrować nie tylko jemu podobni. Zmarli wstają z grobów i nie mają dobrych zamiarów. Jak w każdej historii opowiedzianej z rozmachem, także u Marka Lawrance’a największe zagrożenie jest jednak nienazwane i ukryte. Zaś przeszłość księcia z pewnością się o niego upomni.

Z lektury fragmentu można się dowiedzieć, że nasz bohater ma ledwie trzynaście lat, oraz poczucie humoru będące mieszanką makabry i ironii właściwej dla dumnego, przesadnie pewnego siebie dzieciaka. Zaś „bracia”, którymi dowodzi to ledwie kilkudziesięciu mniej lub bardziej inteligentnych morderców i gwałcicieli. Ancrath rządzi nimi żelazną ręką i nie trapią go wyrzuty sumienia. Ani z powodu losu wieśniaków i ich córek, ani własnych towarzyszy. Ma też chrapkę na królewski tron, symbol dawnego życia w tym niebezpiecznym świecie.

Fragment tekstu nie pozwala na wyciąganie znaczących wniosków. Jednak nawet po tak krótkiej lekturze zadufanie i okrucieństwo tytułowej postaci może przeszkadzać. Spodziewam się diametralnej zmiany natury bohatera, który w obliczu wydarzeń trylogii dojrzeje i z utrapienia stanie się obrońcą królestwa. Dlaczego? Ot, o czymś przecież ta trylogia być musi, a żadna dobrze scharakteryzowana postać nie może pozostać taka sama, nieczuła na wydarzenia, będące sednem opowieści. Styl autora nie przeszkadza, a pretensjonalność młodego księcia sprawia, że chcę zobaczyć, co i w jaki sposób zetrze z jego twarzy ten nadęty uśmieszek.

Krzysztof Kozłowski


Neal Shusterman, "Podzieleni"

Jest coś znamiennego w rosnącej popularności dystopii. Może to tylko przypadek i po prostu kolejny przykład gatunkowej konwencji wyniesionej na fali mody. Lubię sobie jednak tłumaczyć, że to coś więcej, że elementy antyutopii, pojawiające się w literaturze popularnej, to odpowiedź na zagrożenia współczesności, że to swoisty rezonans między rzeczywistością a literacką fikcją, dowodzący, jak genialnym zjawiskiem jest fantastyka.

Im szersze kręgi zatacza jednak w kulturze motyw antyutopii, tym częściej zostaje spłycony. „Igrzyska śmierci”, wskazywane jako gatunkowy majstersztyk, są de facto zaprzeczeniem idei gatunku – miast zaangażowania i mrocznej, politycznej wizji, otrzymujemy bowiem pulpę; literaturą eskapistyczną zapakowaną w nijak do niej niepasującą dystopijną scenerię.

Łatwo było wybaczyć banalizowanie konwencji Suzanne Collins – autorka „Igrzysk...” wytrąca oręż krytykom, pisząc sprawnie, lekko i barwnie. Trudno czynić wykłady autorowi, przez którego zarwało się noc, przerzucając kartki z wypiekami na twarzy. Czy ta sama sztuka uda się Nealowi Shustermanowi? Powątpiewam.

Wnosząc z zapowiedzi, wizja antyutopijnego świata wydaje się wydumana i niedorzeczna (jakim niby cudem dopuszczalność mordowania dzieci między 13 a 18 rokiem życia miałaby stanowić kompromis w walce między Obrońcami Życia a Zwolennikami Wolnego Wyboru?!). Świat Collins – powiedzmy to otwarcie – też nie trzymał się kupy, ale jednak sprawnie poprowadzona fabuła skutecznie odwracała od tego uwagę. Wyobrażam sobie, że Shusterman będzie zawzięcie ścigał trójkę powieściowych nastolatków, nie szczędząc hollywoodzkich efektów i rozwiązań typu deus ex machina, będzie krzesał emocje związane z walką o przetrwanie i mnożył fabularne wiraże, bardziej przesłaniając dystopijny pomysł, niż go broniąc i wyjaśniając. Jeśli „Podzieleni” pozostawią pozytywne wrażenia, to nie dzięki ciekawemu pomysłowi na kreację świata i mądrej, socjologicznej refleksji, ale raczej za sprawą futurologicznych wizji i socjologicznych wynurzeń autora.

Krzysztof Pochmara



Stefan Grabiński, „Wichrowate linie"

Rok 2012 to czas bardzo ważny dla fanów opowieści niesamowitych. W marcu minęło siedemdziesiąt pięć lat od śmierci Howarda Philipsa Lovecrafta, w lutym z kolei przypadała sto dwudziesta piąta rocznica urodzin Stefana Grabińskiego. Ta ostatnia data zmobilizowała wszystkich miłośników powieści grozy do podjęcia działań propagujących twórczość polskiego Poego. Rok bieżący obfituje zatem w wiele imprez kulturalnych poświęconych wspominanemu pisarzowi (m.in. Festiwal „Groza, groteska, Grabiński” oraz inicjatywy promujące sylwetkę autora w mediach.

O prozie polskiego klasyka przypominają także wydawnictwa. Nie tak dawno byliśmy świadkami kolejnego wydania „Demona ruchu” (Zysk i S-ka), obecnie z niecierpliwością wypatrujemy „Wichrowatych linii”, które niebawem ukażą się dzięki wydawnictwu Agharta. Czego możemy oczekiwać? Przede wszystkim opowiadań praktycznie nieznanych dzisiejszemu czytelnikowi. Dla mnie owe teksty stanowić będą prawdziwą ucztę. Po znakomitym wznowieniu „Demona ruchu”, czytelnicy otrzymają perełkę – opowiadania, które dotychczas były publikowane jedynie w gazetach przedwojennych. Dodatkowo będziemy mieli okazję zapoznać się z tekstami krytycznymi twórcy horroru kolejowego. Czy trzeba czegoś więcej?

Przy tym wszystkim nie należy zapominać o najważniejszym: „Wichrowate linie” to znakomity przykład polskiej noweli fantastycznej. Czy od tego należało zacząć? Być może. Tak czy inaczej uważam, że będzie to kolejna – po „Demonie ruchu” i antologii „W cieniu mistrza” – prawdziwa uczta dla wszystkich miłośników opowieści z dreszczykiem.

Sylwester "Sharin" Kozdroj



Tad Williams, Deborah Beale, "Tajemnice Zwyczajnej Farmy"

Twórczość Tada Williamsa ma wiele oblicz. Potrafi napisać bardzo dobre powieści, jak chociażby te zawarte w cyklach „Pamięć, Smutek i Cierń” czy też „Inny Świat”, ale zdarza mu się też – i to wcale nierzadko – popaść w rutynę i wydać książkę raczej nudną. Do tej drugiej grupy zaliczam m.in. „Marchię cienia” oraz pisany wraz z żoną pierwszy tom serii dla młodzieży o „Zwyczajnej Farmie”. Być może jednak zaplanowana na ten miesiąc część druga odmieni moją opinię? To pytanie do momentu przeczytania „Tajemnic Zwyczajnej Farmy” pozostanie retoryczne, ale nie przeszkadza mi to odrobinę pogdybać.
Przypuszczenie pierwsze: nauczone na błędach (zakładam optymistycznie, że autorzy je dostrzegli) pisarskie małżeństwo zmieniło podejście do prowadzonej fabuły, serwując czytelnikom tym razem nieszablonową i zaskakującą historię.
Przypuszczenie drugie: rozbudowane zostaną postaci – nie tylko dwójka głównych bohaterów, ale także osoby pojawiające się na drugim planie. Dzięki temu całość nabierze barw i spowoduje, że czytelnicy zaczną się przejmować losami postaci.
Przypuszczenie trzecie: sama Zwyczajna Farma i zamieszkujące ją stwory nabiorą znaczenia – skoro już tajemnica została odkryta (chociaż tytuł powieści sugeruje coś wręcz odwrotnego), to teraz pora na rozbudowanie opisów i większą interakcję bohaterów z otoczeniem.
Powyższe przypuszczenia są oczywiście głównie moimi nadziejami, że elementy krytykowane przeze mnie w recenzji pierwszego tomu zostaną zmienione. Praktyka pokazuje, że zwykle tak się nie dzieje, więc niestety można się ponownie spodziewać powieści przeciętnej, powtarzającej błędy poprzedniczki. Chociaż oczywiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby rzeczywistość zweryfikowała moje czarnowidztwo, a trzy ww. przypuszczenia okazały się prawdziwe.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka





Pisząc zgadywankę z „Łowcy złodziei” Stephena Deasa, zakładałem, że będziemy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową. Tak się jednak nie stało. Pomimo młodego wieku głównego bohatera powieść nie ma w sobie niczego, co wskazywałoby na celowanie w młodszego odbiorcę. Przygody Berrena i jego mistrza są miejscami brutalne, a język i styl należy określić, jako dojrzałe i pozbawione typowych dla młodzieżówek zabiegów ułatwiających lekturę, bądź czyniących ją bardziej atrakcyjną. Nie znaczy to jednak, że książka przeznaczona jest dla starszych odbiorców. Moim zdaniem jest to powieść dobra niezależnie od wieku.

Wątek kradzieży okazał się jedynie pretekstem, by połączyć dwójkę bohaterów: młodego Berrena – sierotę i kieszonkowca, oraz mistrza Syannisa – najlepszego łowcę złodziei w Deephaven i jednocześnie skrytego następcę tronu gdzieś w odległej krainie.

Książka rzeczywiście nabiera rumieńców stopniowo i gdzieś do połowy prezentuje się ledwie przeciętnie, tak jak donosili zagraniczni recenzenci. Dalej jednak jest tylko lepiej, akcja nabiera tempa, postaci charakteru, a wątki poboczne pozwalają z zainteresowaniem wypatrywać dalszego ciągu cyklu. Dociekliwych zapraszam do lektury recenzji.

Krzysztof Kozłowski




W niekrótkiej już historii literackich zgadywanek chyba jeszcze nie zdarzyło mi się tak spudłować z typami, jak to miało miejsce w przypadku „Czarnego” Anny Kańtoch. Usprawiedliwienia szukam w bardzo skromnych informacjach dotyczących książki, jakie można było znaleźć przed premierą, ale nie zmienia to faktu, że autorce udało się mnie zaskoczyć całkowicie. W jednym tylko miałem rację: Kańtoch ponownie wybrała własną literacką drogę.
Nie będę zanadto zdradzał fabuły, bo odkrywanie kolejnych warstw jest jedną z większych atrakcji podczas czytania tej powieści; tylko pobieżnie ją sklasyfikuję – jeśli w ogóle jest to możliwe – skoro przynależność do gatunku, konwencji była głównym przedmiotem moich gdybań. „Czarne” okazuje się z jednej strony powieścią obyczajową, a z drugiej subtelnie utkaną pajęczyną wątków bazujących na elemencie fantastycznym. Jednakże, by się o jego naturze przekonać, trzeba doczytać książkę do ostatniego zdania.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka


Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2012-09-04 22:42:36
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS