NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zamiatin, Jewgienij - "My"

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

Linki

Farmer, Philip José - "Czarodziejski labirynt"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Farmer, Philip José - "Świat Rzeki"
Tytuł oryginału: The Magic Labyrinth
Data wydania: Lipiec 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7480-260-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 528
Cena: 39,00 zł
Rok wydania oryginału: 1980
Wydawca oryginału: Berkley Publishing
Tom cyklu: 4



Farmer, Philip José - "Czarodziejski labirynt" #3

3

Pościg nie ustawał.
Była jedenasta przed południem. Za godzinę najwspanialszy parostatek rzuci kotwicę, a gruby aluminiowy kabel połączy miedzianą pokrywę umieszczoną na wierzchu kamienia obfitości z akumulatorem wewnątrz jednostki. Kiedy kamień wyzwoli ogromny ładunek elektryczny, akumulator zostanie ponownie naładowany, a rogi obfitości stojące na drugiej miedzianej płycie na pokładzie statku napełnią się jedzeniem, alkoholem i innymi przedmiotami.
Parostatek miał biały kadłub, nie licząc osłon, pod którymi kryły się cztery koła łopatkowe. Na osłonach namalowano duży czarny napis: „NIE DO WYNAJĘCIA”. Poniżej mniejszą czcionką: „Samuel Clemens, kapitan”. A pod tym podpisem, jeszcze drobniejszymi literami: „Własność spółki Mściciele”.
Ponad sterówką wznosił się maszt, na którym powiewała kwadratowa jasnoniebieska flaga z wizerunkiem szkarłatnego feniksa.
Na maszcie rufowym, który sterczał pod kątem czterdziestu pięciu stopni z najniższego pokładu, wisiała kolejna flaga o jasnoniebieskim tle, także ozdobiona szkarłatnym feniksem.
Statek Sama miał sto sześćdziesiąt osiem metrów długości i trzydzieści pięć metrów szerokości przy osłonach kół. Przy pełnym załadowaniu jego zanurzenie wynosiło pięć i pół metra.
Bocznokołowiec miał pięć głównych pokładów. Na najniższym z nich, kotłowni oznaczonej literą A, znajdowały się liczne magazyny, studnia z olbrzymim akumulatorem, który sięgał kolejnego pokładu, cztery elektryczne silniki napędzające koła oraz gigantyczny kocioł.
Akumulator był potężnym elektrycznym urządzeniem o szerokości piętnastu i wysokości trzynastu metrów. Jeden z inżynierów Sama twierdził, że był to wynalazek z końca dwudziestego wieku. Inżynier utrzymywał jednak, że żył po roku 1983, więc Sam uważał go za agenta. (Mężczyzna już dawno umarł).
Akumulator mógł przyjąć olbrzymi ładunek elektryczny uwolniony przez kamień obfitości i przekazać go dalej, w całości bądź stopniowo. Był źródłem mocy dla czterech potężnych silników oraz innych urządzeń na statku, wliczając klimatyzację.
Elektrycznie podgrzewany kocioł miał szerokość ponad osiemnastu metrów i był wykorzystywany do grzania wody, która trafiała do pryszniców, ogrzewała kabiny, wspomagała produkcję alkoholu, napędzała parowe karabiny maszynowe i parowe katapulty, z których wyrzucano w powietrze myśliwce, a także dostarczała powietrza do działa na sprężone powietrze oraz parę do gwizdków i dwóch kominów. Te ostatnie wyrzucały parę wodną, której Sam czasem nadawał kolor dymu, jeśli miał ochotę urządzić mały pokaz.
Na poziomie wody tylna ściana kotłowni miała postać dużych drzwi, które można było podnieść, aby wpuścić bądź wypuścić dwie mniejsze jednostki oraz bombowiec torpedowy.
Pokład główny, znajdujący się powyżej i oznaczony literą B, był cofnięty i tworzył zewnętrzny pasaż, który nazywano promenadą.
Na parostatkach pływających po Mississippi, które Sam pilotował w młodości, najniższy pokład nazywano głównym, a pokład powyżej – kotłownią. Jednak jako że na Nie Do Wynajęcia podstawa kotła znajdowała się na najniższym poziomie, Sam właśnie ten nazwał kotłownią, a pokład powyżej przemianował na główny. Początkowo wprowadzało to w zakłopotanie pilotów, którzy przywykli do ziemskiego nazewnictwa, ale z czasem również oni się przyzwyczaili.
Czasami, gdy statek rzucał kotwicę w spokojnej okolicy, Sam pozwalał załodze zejść na ląd (oczywiście wyłączając strażników).
Następnie oprowadzał po pokładzie lokalne szychy. Ubrany w białą kurtkę z rybiej skóry, długi biały kilt, białe buty sięgające łydek oraz białą skórzaną kapitańską czapkę, prowadził swoich gości z góry na dół po pokładach parostatku. Rzecz jasna wraz z kilkoma żołnierzami bacznie obserwował zwiedzających. W końcu przedmioty znajdujące się na Nie Do Wynajęcia stanowiły nie lada pokusę dla szczurów lądowych.
Pykając cygaro pomiędzy kolejnymi zdaniami, Sam objaśniał wszystko, no, prawie wszystko, ciekawskiej wycieczce.
Przeprowadziwszy gości przez pokład A, czyli kotłownię, Sam poprowadził ich schodami w górę, na pokład główny, oznaczony literą B.
– Marynarze nazywają takie schody drabiną. Jednak jako że większość mojej załogi to byłe szczury lądowe, a na pokładzie mamy także kilka prawdziwych drabin, postanowiłem nazwać je schodami. W końcu wspinamy się po stopniach, a nie po szczeblach. Zarządziłem również, pomimo gwałtownych protestów wilków morskich, by ściany nazywać ścianami, a nie grodziami. Zezwoliłem jednak na wprowadzenie rozróżnienia między normalnymi drzwiami i lukami, czyli hermetycznie zamykanymi, nieprzepuszczającymi wody drzwiami, które zamyka się za pomocą dźwigni.
– A co to za broń? – zazwyczaj pytał któryś z turystów, wskazując umieszczoną na platformie długą duraluminiową rurę, która przypominała działo. Z tylnej ściany komory zamkowej wystawały plastikowe rurki.
– To parowy karabin maszynowy kaliber .80. Zawiera złożone urządzenie, które pozwala z dużą prędkością wystrzeliwać strumienie plastikowych pocisków, które są dostarczane z dołu przez rurę. Napędza je para z kotła.
Kiedyś jedna z osób, która miała okazję być na pokładzie Reksa, zauważyła:
– Na statku króla Jana jest parowy karabin maszynowy kaliber .75, a nawet kilka.
– To prawda. Sam je zaprojektowałem. Ale ten sukinsyn ukradł mój statek, więc kiedy zbudowałem tę jednostkę, postarałem się o większe działa.
Pokazał im rzędy okien – „ nie iluminatorów, lecz okien” – wzdłuż pasażu.
– Niektórzy członkowie załogi w swej niezmierzonej ignorancji lub bucie nazywają go korytarzem, a nawet holem. Oczywiście robią to za moimi plecami.
Wprowadził ich do jednej z kajut, aby pochwalić się przestronnością i luksusowym wystrojem pomieszczenia.
– Mamy dwieście dwadzieścia osiem kajut, z których każda jest przystosowana dla potrzeb dwóch osób. Zwróćcie uwagę na mosiężne łóżko. Rzućcie okiem na porcelanowe sedesy, kabinę prysznicową z gorącą i zimną bieżącą wodą, na umywalkę z mosiężną instalacją, lustra oprawione w mosiądz, dębowe komody. Nie są specjalnie duże, ale przecież nie wieziemy ze sobą zbyt wielu ubrań. Przyjrzyjcie się również półce z bronią, na której można przechowywać pistolety, strzelby, włócznie, miecze i łuki. Dywan wykonano z ludzkich włosów. Zerknijcie także na obraz na ścianie. To oryginał, namalowany przez Motonobu, wielkiego japońskiego artystę, który żył w latach 1476-1559 i stworzył styl malarstwa zwany kano. W następnej kajucie wiszą obrazy Zeuksisa z Heraklei. Mamy ich aż dziesięć. Tak naprawdę jest to kajuta Zeuksisa. Jak wiecie, a może nie wiecie, był on słynnym malarzem z piątego wieku przed naszą erą. Przyszedł na świat w Heraklei, greckiej kolonii na południu Włoch. Mówi się o nim, że namalował kiść winogron tak realistycznie, że ptaki próbowały ją zjeść. Sam Zeuksis nie potwierdza, ani nie zaprzecza tej opowieści. Osobiście wolę fotografie, ale mam kilka obrazów w swoim apartamencie. Jeden autorstwa Petera de Hoocha, holenderskiego malarza z siedemnastego wieku. Obok wisi dzieło Włocha, Giovanniego Fattoriego, który żył w latach 1825-1908. Biedny facet. To zapewne jego ostatnie malowidło, gdyż wypadł za burtę podczas przyjęcia i został rozgnieciony na miazgę przez

łopatki. Nawet gdyby został wskrzeszony, co jest wątpliwe, to nigdzie poza tym statkiem, bądź Reksem, nie znajdzie wystarczającej ilości barwników, aby namalować choćby jeden obraz.
Sam poprowadził gości promenadą na dziób, gdzie ustawiono osiemdziesięcioośmiomilimetrowe działo. Wyjaśnił, że jak dotąd nigdy nie zostało użyte, a wkrótce trzeba będzie wyprodukować świeży proch, aby wymienić ładunki.
– Jednak kiedy dogonię Reksa, z jego pomocą zmiotę Jana Zgniłka z powierzchni ziemi.
Wskazał również zainstalowane na promenadzie wyrzutnie rakiet, pocisków kierowanych za pomocą termolokacji, o zasięgu ponad półtora kilometra, uzbrojonych w głowice z osiemnastoma kilogramami plastiku każda.
– Jeśli działa spudłują, to rozwali mu dupsko.
Jedna z kobiet-turystek doskonale znała dzieła Clemensa oraz jego biografie. Cicho odezwała się do swojego towarzysza:
– Nie podejrzewałam, że Mark Twain jest tak żądny krwi.
– Droga pani – rzekł Sam, który usłyszał ten komentarz. – Wcale nie jestem żądny krwi! Jestem największym pacyfistą wśród ludzi! Brzydzę się przemocą, a myśl o wojnie skręca mi kiszki. Jeżeli czytała pani moje eseje na temat wojny i tych, którzy ją umiłowali, to doskonale zdaje sobie pani z tego sprawę. Jednak okoliczności zmusiły mnie do tej i wielu innych postaw. Aby przetrwać, musimy kłamać lepiej niż kłamcy, oszukiwać bardziej niż oszuści i jako pierwsi zabijać zabójców! Dla mnie jest to czysta konieczność, choć usprawiedliwiona! Co by pani zrobiła, gdyby król Jan ukradł pani statek po tym, jak przez całe lata szukała pani żelaza i innych metali, aby urzeczywistnić swoje marzenie! Przez lata walczyła z ludźmi, którzy starali się odebrać to, co pani znalazła, broniąc się przed zdradą i morderstwem, czyhającymi z każdej strony! Co by pani zrobiła, gdyby Jan zabił pani najbliższych przyjaciół oraz żonę, po czym uciekł, śmiejąc się pani w twarz! Czy pozwoliłaby pani, aby uszło mu to na sucho? Nie sądzę, jeśli tylko ma pani w sobie choć krztynę odwagi.
– Do Mnie należy pomsta, mówi Pan – rzekł jeden z mężczyzn.
– Tak. Być może. Jednak jeśli istnieje jakiś Bóg, który wymierza sprawiedliwość, to jak sobie poradzi bez pomocy ludzi? Czy kiedykolwiek słyszeliście, aby zły człowiek został porażony piorunem, nie licząc wypadków? Zresztą każdego roku pioruny trafiają tysiące niewinnych! Nie, On musi wykorzystywać ludzi jako Swoje narzędzia, a któż nada się lepiej ode mnie? Kogo okoliczności lepiej przygotowały do pełnienia roli Jego gorliwego wysłannika?
Sam tak się zdenerwował, że musiał posłać jednego z marynarzy na górę do głównego salonu po cztery uncje burbona, aby uspokoić skołatane nerwy.
Jednak zanim przyniesiono alkohol, jeden z turystów burknął:
– Gówno prawda!
– Wyrzucić go za burtę! – wrzasnął Sam. Tak też uczyniono.
– Nosi pan w sobie tyle gniewu – rzekła kobieta, która znała jego dzieła.
– Tak jest, proszę pani. I mam ku temu powody. Nosiłem w sobie gniew na Ziemi i noszę go również tutaj.
Marynarz przyniósł Samowi whisky, a ten błyskawicznie ją wychylił i odzyskawszy dobry nastrój kontynuował wycieczkę.
Poprowadził grupę w górę głównych schodów wiodących do salonu. Zatrzymali się w progu, gdzie turyści zaczęli wydawać z siebie odgłosy zachwytu. Sala miała sześćdziesiąt metrów długości, piętnaście metrów szerokości, a sufit znajdował się sześć metrów nad podłogą. Środkiem sufitu biegł rząd pięciu olbrzymich żyrandoli z rżniętego szkła. Salon był bardzo jasny dzięki licznym oknom, światłom na ścianach i suficie oraz wysokim ozdobnym lampom stojącym na podłodze.
Na drugim końcu pomieszczenia znajdowała się scena, gdzie według słów Clemensa występowały orkiestry oraz wystawiano tragedie i komedie. Był tam także duży opuszczany ekran, na którym wyświetlano filmy.
– Do ich kręcenia nie używamy taśm poddawanych obróbce chemicznej – wyjaśnił Clemens. – Mamy elektroniczne kamery. Tworzymy własne filmy, a także nowe wersje ziemskich klasyków.
Dziś na przykład wyświetlamy „Sokoła maltańskiego”. Nie dys-
ponujemy oryginalną obsadą, nie licząc Mary Astor, której praw-
dziwe nazwisko brzmi Lucille Langehanke i która wciela się w rolę sekretarki Sama Spade’a. Z tego, co mi powiedziano, Astor została niewłaściwie obsadzona. Ale nie przypuszczam, aby większość z was wiedziała, o czym mówię.
– Ja wiem – odezwała się kobieta, która wcześniej zarzuciła mu gniew. – Kto dostał jej rolę w waszej wersji?
– Amerykańska aktorka, Alice Brady.
– A kto zagrał Sama Spade’a? Nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo poza Humphreyem Bogartem.
– Howard da Silva, także amerykański aktor. Bardzo się cieszy z tej roli, gdyż uważa, że na Ziemi nie miał szansy na pokazanie pełni aktorskich umiejętności. Jest mu tylko przykro, że będzie miał tak niewielką publiczność.
– Niech pan tylko nie mówi, że reżyserem jest John Ford?
– Nigdy o nim nie słyszałem. U nas reżyseruje Alexander Singer.
– Nigdy o nim nie słyszałam.
– Nie dziwi mnie to. Ale wiem, że był dość dobrze znany w hollywoodzkich kręgach.
Rozdrażniony niepotrzebną zmianą tematu, Sam wskazał osiemnastometrowy bar z polerowanego drewna dębowego, który stał po lewej stronie, oraz równy rząd butelek i karafek z alkoholem. Zrobiły one na grupie spore wrażenie, podobnie jak kielichy ze szkła ołowiowego. Jednak gości jeszcze bardziej zachwyciły cztery fortepiany. Sam poinformował, że na pokładzie znajduje się co najmniej dziesięciu słynnych pianistów i pięciu kompozytorów. Na przykład Selim Palmgren (1878-1951), fiński kompozytor i pianista, który odegrał dużą rolę w tworzeniu szkoły fińskiej muzyki narodowej. A także Giovanni Pierluigi da Palestrina (1526-1594), słynny kompozytor madrygałów i motetów.
– Kiedyś płynął z nami Amadeusz Mozart – rzekł Sam. – To znakomity kompozytor, niektórzy mówią, że największy w historii. Ale okazał się kompletnym niewypałem jako człowiek, prawdziwą szują, zbereźnikiem i tchórzem. Musiałem wykopać go z pokładu.
– Mozart? – zdziwiła się kobieta. – Mój Boże, Mozart! Co z pana za potwór! Jak można potraktować w ten sposób takiego wspaniałego kompozytora, geniusza, boga?
– Proszę mi wierzyć, że wystarczająco sobie na to zasłużył. Jeżeli nie podoba się pani moje podejście, może pani opuścić statek. Jeden z marynarzy odstawi panią do brzegu.
– Kurwa mać, żaden z pana dżentelmen.
– Ależ wręcz przeciwnie.




Dodano: 2012-07-26 12:00:31
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS