NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nagata, Linda - "W stronę mroku"

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki

Friedman, C.S. - "Uczta dusz"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: Friedman, C.S. - "Trylogia Magistrów"
Tytuł oryginału: Feast of Souls
Tłumaczenie: Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski
Data wydania: Kwiecień 2012
ISBN: 978-83-7839-116-6
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 484
Cena: 42,00 zł
Rok wydania oryginału: 2007
Tom cyklu: 1



Dominium

Opowiadanie pierwotnie ukazało się w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym” 1/2012

W głębokim mroku prowizorycznego schronienia Gerald Tarrant czuł, że słońce zachodziło.
Przez chwilę leżał w bezruchu, rozkoszując się wszechobecną ciemnością. Mroczna fae opływała go niczym fale na plaży w bezgwiezdną noc. Jej natężenie w tym miejscu było słabe – wyczuwał niewiele ponad echa duchowej wrogości, które przyciągnął podczas snu – było to jednak odświeżające uczucie.
Poza granicami swojego tymczasowego schronienia wyczuwał głód stworzeń czających się w cieniach, czekających na zapadnięcie zmroku. Wkrótce słońce zajdzie, a wtedy równowaga sił w świecie znów ulegnie zmianie. Wszystkie zrodzone z nocy monstra, które powstrzymywała ich własna zabójcza natura, wyruszą ponownie na łowy, by żywić się krwią, przerażeniem, desperacją lub czymkolwiek innym należącym do ich jadłospisu.
Muszę podążyć do Puszczy, pomyślał nagle.
Słowa nieproszone wyrwały się z głębi jego duszy, zastępując wszystkie inne myśli. Nie zaskoczyło go to. Od paru dni doświadczał niespotykanych dotąd impulsów, zupełnie jakby jakaś zewnętrzna siła umieszczała je w jego myślach. Czasami głos, zdający się nie mieć źródła, szeptał: Przejdź przez Wężową Cieśninę. Idź na zachód. Prostszy człowiek uwierzyłby pewnie, że to jego własne myśli i zrobiłby dokładnie tak, jak mu kazano. Ale nie on, który był kimś więcej niż człowiekiem. On wiedział dokładnie, co się działo.
Puszcza przyzywała go do siebie.
Otwierając oczy, podniósł się z posłania. Mimo że wnętrze otaczającej go spiżarni było dla ludzkich oczu zupełnie czarne, dla niego było co najwyżej lekko niedoświetlone. Fae ziemi gromadziła się w kątach pomieszczenia, lodowato-niebieski blask w pełni widoczny dla wzroku adepta. Zebranie odrobiny mocy przyszło mu bez najmniejszego wysiłku, użył jej, aby oczyścić się z kurzu, który osadził się na nim podczas snu, neutralizując tym samym wszechobecny zapach stęchlizny. Fakt, że schronił się w piwnicy z klepiskiem nie oznaczał, że musi śmierdzieć jak to miejsce.
Użycie Sztuki sprawiło, że jego myśli wróciły na właściwe tory i przez chwilę nawoływanie Puszczy ucichło. Tarrant zdawał sobie sprawę, że chwila wytchnienia nie potrawa długo. Niecałe dwanaście mil od miejsca, w którym nocował, mieściła się krawędź natarcia przepastnego, metafizycznego wiru, który to krążył po okolicy, a pływy mocy w nim zawarte były zbyt potężne, ażeby zwieść je byle kuglarską sztuczką. Żywy człowiek mógłby ignorować wpływ wiru tak długo, jak udawałoby mu się zdusić w sobie mroczne żądze, ale istota żywiąca się esencją mroku nie miała takiej obrony. Strumienie czarnej mocy szarpały ciało Geralda Tarranta niczym niepowstrzymane prądy odpływu, usiłujące wciągnąć go w głąb wiru, do samego jego centrum. Słabszy człowiek już dawno poddałby się, nie rozumiejąc nawet, co przyciągnęło go w stronę wygłodniałego mroku. Jedynie ktoś, kto znał naturę mroku i wystarczająco dobrze ją rozumiał, mógł mu się oprzeć.
Chodź do mnie, nawoływała Puszcza wewnątrz jego umysłu.
Z góry dochodziły odgłosy krzątających się w tę i we w tę gospodarzy, niecierpliwie wyczekujących na jego pojawienie się. Wątpił, żeby pamiętali jakiekolwiek szczegóły związane z jego zeszłonocnym przybyciem lub czarnoksięskie rozkazy, które zmusiły ich do zakrycia drzwi i okien dla jego wygody. Wyczuwali jego przebudzenie dzięki zwierzęcemu instynktowi, tak jak myszy czują zbliżanie się wygłodniałego kocura. Gdyby nie Wiązanie, jakiego użył na nich nim udał się na spoczynek, owijając swą moc wokół ich dusz niczym ciasną obrożę, zapewne już dawno uciekliby z własnego domu.
Wspiął się do góry po schodach i pchnął drzwi prowadzące do wnętrza niewielkiej izby. Właściciele domku kulili się w kącie, z młodym chłopcem u boku; zaledwie parę kroków dalej stała dziewczyna wchodząca właśnie w wiek kobiecy. Domownicy zdołali zapalić pojedynczą lampę by rozproszyć cienie pojawiające się po zmroku. To słabe światło nie było jednak w stanie przegnać ogników mrocznej fae, które to kłębiły się u stóp Tarranta. Blask lampy, nie szkodził również zjawom strachu, manifestującym się zza jego sylwetki, by za chwilę zniknąć bez śladu. Mroczna fae była w tym miejscu bardzo niestabilna, co sprawiało, że zjawy wkrótce po zmaterializowaniu odlatywały na wschód, w stronę czającego się na horyzoncie złowrogiego wiru.
To moc, szeptał do niego wewnętrzny głos. Moc w surowej postaci, bezgraniczna. Idź na wchód i zdobądź ją.
Powoli, statecznie – przeciwstawiając się wezwaniu Puszczy – wszedł do ciasnej kuchni. Przez moment poczuł ukłucie żalu, przypomniał sobie wspaniałą posiadłość, którą zwykł był nazywać domem, zaprojektowany przez niego neogotycki zamek. Jeżeli istniał jakikolwiek aspekt jego obecnej egzystencji, którym gardził, było to właśnie tułanie się od schronienia do schronienia. Stał się wędrowcem bez domu, hipnotyzującym kolejnych gospodarzy, prowadzonym potrzebą przetrwania. Zmuszał ludzi, by dali mu schronienie na dzień lub dwa, dopóki nie stwierdził, że pora ruszać w dalszą drogę. Czy jakikolwiek inny model egzystencji był możliwy? Gdyby zbyt długo zabawił w jednym miejscu, z pewnością ściągnąłby na siebie uwagę. Światło dnia za bardzo go osłabiało, by mógł tak zaryzykować. Kościół wysyłał ostatnimi czasy drużyny łowców, żeby tępili wszelkie zrodzone z fae monstra. Wątpił, by mieli na względzie to, że był kiedyś człowiekiem albo to, że był autorem połowy świętych tekstów kościelnych, które spisał jeszcze za życia. Teraz był kreaturą zrodzoną z ciemności i pod tą postacią nie mógł liczyć na choćby cień ich łaski.
Tak jak być powinno.
Myśl o tym, że stworzony przez niego Kościół spróbowałby go zabić sprawiła mu perwersyjną przyjemność. Przynajmniej zrozumieli jego nauki.
Ledwie słyszalnym głosem wyszeptał formułę Przymusu. W odpowiedzi na jego wolę młoda dziewczyna zaczęła krzątać się po izbie, zbierając potrzebne mu do pożywienia się przedmioty. Nóż z pobliskiej krajalnicy. Drewniany kubek z jednej z półek. Jej rodzice z przerażeniem obserwowali jak zbliża się do Tarranta i stawia kubek na stole – zupełnie zamroczeni jego czarnoksięską mocą, nie byli w stanie zaprotestować w żaden inny sposób, niż wydanie z siebie cichego jęku. Gdy tylko dziewczyna odsłoniła ramię, Tarrant widział jak walczyła, ażeby odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Moc, jaką włożył w zaklęcie była zbyt duża, by ją przełamać. Przez parę sekund rozkoszował się jej oporem, niczym rybak popuszczając swojej ofierze tylko po to, żeby za chwilę wyjąć ją na brzeg. Po krótkiej walce jej słaba wola została złamana. Cięła nożem w dół, celując we własne przedramię. Niezgrabnie i z wielką zajadłością ostrze weszło w ciało. Czerwona krew popłynęła z rany wprost do kubka. Z ust matki wydostał się zduszony jęk, Tarrant widział, jak po ciele ojca przechodziły dreszcze, gdy próbował wyrwać się spod działania uroku. Ze strony dziewki nie dochodziły żadne odgłosy, jedynie wyborna mieszanina rezygnacji i przerażenia, która była dla niego równie pożywna, co sama krew.
Taka teatralność nie była oczywiście konieczna. Mógł po prostu rozedrzeć jej gardło przemienionymi kłami lub pazurami i pić ciepły, uderzający do głowy płyn wprost z jej żył. Robił to wielokrotnie we wczesnych latach swego potępienia, gdy nie potrafił jeszcze panować nad przemienionym ciałem. Taki proceder był brutalny, prymitywny i oczywiście niechlujny, sprawiał, że mroczna część jego duszy stawała się silniejsza. Teraz miał już dość doświadczenia, by rozumieć, że jeżeli pragnie zachować swoje człowieczeństwo i nie zamienić się w bezmózgą, wściekłą bestię, musi trzymać czającego się we wnętrzu potwora na krótkiej smyczy.
Zrób to tak jak kiedyś, pokusa szeptała mu bezustannie. Wiesz, że tego pragniesz.
Ignorując żądzę, Tarrant zamknął oczy, podniósł naczynie od ust i łapczywie pił cenny płyn. W smaku krwi wyczuł młodość dziewczyny, jej niewinność, jej kobiecość... i oczywiście strach.
Bezcenna mieszanina życiodajnych energii krążyła teraz w jego żyłach niby płynny ogień.
Gdyby tylko mógł wchłaniać je bezpośrednio, niepotrzebując tak prymitywnego nośnika jak krew! To byłaby zaiste słodka uczta, jeżeli kiedykolwiek udałoby mu się to osiągnąć.
Emanacje uczuć dziewczyny stawały się coraz słabsze, ale czego innego można było się spodziewać, skoro resztki życia właśnie z niej wypływały. Pierwszy łyk był zawsze najsłodszy.
Co do jej rodziców... Tarant wyszeptał formułę kolejnego Uroku i obserwował jak ich spojrzenia stają się puste, podczas gdy jego moc owijała się wokół ich wspomnień, aranżując je na nowo. Gdy tylko zniknie im z oczu, nie będą pamiętać, że kiedykolwiek gościł w ich domu.
Ktoś inny zmienił wygląd piwnicy zeszłej nocy. Ktoś inny zasłonił wszystkie okna podczas dnia. Ich córka odebrała sobie życie sama, nie podając przyczyny, a oni odnaleźli jej ciało, gdy było już za późno.
Łowcy wysyłani przez Kościół mogą ewentualnie domyślić się, że jakieś zło nawiedziło ten dom, ale nie będą w stanie określić jego pochodzenia. Nie będą też wiedzieli, jak na nie zapolować.
Ten potwór nie zostawiał śladów.
Na zewnątrz nocne niebo było ciemne, prawie pozbawione towarzystwa gwiazd. Jedynym widocznym punktem na zachodnim nieboskłonie był zawieszony nisko sierp księżyca. Pod nim – jarzące się iskrami fae ziemi – dostrzec można było miejsce nazywane przez śmiertelników Zakazaną Puszczą. Największe na tym kontynencie, a może i na całym świecie źródło naturalnej mocy.
Wybierając się w takie miejsce, człowiek musi być gotów zaryzykować swoje życie, pomyślał Tarrant. Natomiast istota nocy, wyjątkowo wrażliwa na wpływ mrocznych sił tego świata, ma do zaryzykowania o wiele więcej niż tylko życie. Czy było to tego warte?
Wiedział, że Puszcza wpływała na jego umysł. Każda myśl w jego głowie była teraz podejrzanym. Wszystkie instynkty drzemiące w jego duszy pchały go w stronę zachodu, nawet jeżeli oznaczało to nieuchronną zagładę.
Dlatego podjął decyzję, zanim znalazł się w zasięgu wpływów Puszczy.
Czerpiąc fae ziemi krążącą wokół jego stóp – jakże potężna była w tym miejscu! – opracował Przyzwanie, by przywołać najbliższego wierzchowca. Zaledwie parę minut później, galopując w dół drogi, pojawił się niekoń. Tarrant użył mrocznej magii by zrzucić jeźdźca i zrobił to z taką łatwością, z jaką zabija się muchę. Zazwyczaj zwierzęta wyczuwały jego naturę drapieżnika i nie mogły ścierpieć jego obecności. Pomniejszy urok Uspokojenia wystarczył, by załagodzić sytuację i dosiąść wierzchowca.
Nakładając na zwierzę uroki, tak by jego duch był spokojny i by zaniosło go aż pod bramy Piekieł, pogonił wierzchowca, pozwalając by syrenia pieśń Zakazanej Puszczy prowadziła go na zachód.

***
Wkrótce po przebudzeniu Faith nie miała pojęcia, gdzie jest ani jak się tam znalazła. Właściwie to ogólnie niewiele pamiętała, poza faktem, że jakiś czas temu wraz ze swoimi kompanami, innymi rycerzami, wyruszyła zapolować na wyjątkowo kłopotliwego demona zrodzonego z fae. Nękał on społeczności żyjące przy granicy z Puszczą... i... było ich około tuzina i...
Teraz była tutaj.
Tutaj to znaczy...
Gdzie?
Jej głowa pulsowała boleśnie. Sięgając do miejsca skąd emanował ból, odkryła we włosach zaschniętą krew. Niezbyt dobry omen. Sprawdzając ciało w poszukiwaniu innych ran i uszkodzeń w zbroi wędrowała dłońmi od stóp aż po czubek głowy. Nie znalazła żadnych więcej otwartych ran. Przy najmniejszym ruchu wszystkie mięśnie w jej ciele zdawały się protestować, a sądząc po pulsującym bólu, jaki odczuwała nabierając powietrza, miała złamane co najmniej jedno żebro. Wnioskując po zbroi, dostała niezły łomot. Kilka stalowych łusek odpadło z mocowań, a skórznia pod nimi była mocno nadpalona. Niewyraźny już zapach siarki unosił się znad zbroi, co sprawiło, że Faith zastanawiała się, z jakim dokładnie ogniem przyszło jej się mierzyć.
Co się z nią działo?
Nad jej głową rozpościerał się baldachim z koron drzew, tak gęsty, że przebijały się przez niego zaledwie cienkie strużki światła, pozostawiając ziemię spowitą cieniem. Słaba widoczność przeszkadzała we wstaniu na równe nogi, więc kobieta przeklinała ją pod nosem. Jej miecz odbił się od lewej nogi, znajomy ciężar dodał otuchy, miała jednak dziwne wrażenie, że pozostały ekwipunek nie znajdował się na sowim miejscu. Szybki przegląd uzbrojenia tylko ją w tym upewnił. Wszystko, czego mogła użyć do polowania na wytwory fae – lub do obrony własnego życia – zniknęło. Brakowało nawet najmniejszych broni, które nosiła blisko ciała. Zwykły upadek nie mógł pozbawić jej tego wszystkiego. Jednak miecz znajdował się dokładnie tam, gdzie być powinien. Zaschnięta krew demona sprawiła, że przykleił się do skóry w pochwie i ciężko było go wydobyć. Ktokolwiek zabrał jej rzeczy, pozostawił miecz u jej boku z premedytacją.
Wspomnienia zaczęły sączyć się do jej mózgu niczym zielonkawo-szare światło przez gałęzie drzew nad jej głową. Przypomniała sobie twarze swoich towarzyszy, ponure i zdeterminowane.
Wydawało jej się, że słyszy wznoszone przez wiernych modły do Jedynego Boga, tak jakby szykowali się do bitwy, wypełniając świętych wojowników duchową energią. Pamiętała dźwięk dobrze naoliwionej stali wydobywanej z pochwy...

***
Niklaus padł na ziemię, ciężko ranny. Nie mogą się teraz zatrzymać, by mu pomóc.
Ich zwierzyna wreszcie okazuje oznaki osłabienia, znaczy to tyle, że muszą podwoić wysiłki i wykorzystać moment dla swojej przewagi, zanim demoniczna kreatura zdoła zebrać wystarczająco dużo fae, by się uleczyć i odzyskać pełnię sił. W przeciwieństwie do większości zrodzonych z fae stworów, ten wydawał się mocno związany ze swoją cielesną powłoką; oznacza to, że zwykłe ciosy mogą go odesłać, ale nie wyklucza też faktu, że pewnie ma tysiące wrednych sztuczek w rękawie. Im mniej czasu dadzą mu na wykorzystanie którejś przeciwko nim, tym lepiej.
Święty gniew dźwięczy we krwi Faith, a iskierki słusznego gniewu tańczą wzdłuż ostrza jej miecza, podczas gdy ona sama staje twarzą w twarz z przeklętą istotą, osłaniając tym samym rannego kamrata.
Faith! Uważaj, za tobą!
Błyskawicznie obraca się w odpowiedzi na ostrzeżenie. Zbyt późno, zbyt późno! Gdy ona i jej towarzysze byli skupieni na walce z demonem, zbieranina ludzi podkradła się do nich od tyłu. Teraz, szereg za szeregiem, szaleńcy z prymitywną bronią rzucali się na łowców niczym wygłodniałe bestie. Rycerz, który wcześniej wykrzyczał do niej ostrzeżenie, krzyczy jeszcze tylko raz, bo dziki tłum wdeptuje go w ziemię. Nie zdoła dotrzeć do niego na czas. Nie zdoła dotrzeć do żadnego ze swoich kompanów na czas. Rycerze są rozproszeni w okręgu wokół demonicznej istoty. Rozdzieleni zostaną, pochłonięci przez tę wściekłą falę ciał i stali, zmuszeni odwrócić się plecami do stwora lub do jego rozszalałych wyznawców.
Stwór śmieje się z nich.
W momencie, gdy Faith podnosi miecz, by zasłonić się przed ciosem zardzewiałych wideł, rozpacz zaciska się w jej brzuchu niczym supeł. Ledwie zdążyła. Paruje cios na bok, ostre kolce ześlizgują się po powierzchni łuskowej zbroi. Kim są ci wszyscy ludzie? Czy nie pojmują czym naprawdę jest to stworzenie? Ani jaka jest cena za jego wyznawanie? Wszelkie stwory zrodzone z fae żywią się ludźmi. Ten tutaj to nie wyjątek. Czy ci głupcy naprawdę myślą, że uciekną przed takim losem, bo zgodzili się oddawać cześć demonowi?
To nie jest prawdziwy bóg!, chciałaby krzyknąć, ale musi odpierać chcących ją zalać jak fala kultystów. Ostrze jej miecza zagłębia się w gardle jednego z napastników, zadaje cios następnemu. To nie jest warte waszej wiary! Nawet gdyby ci nieszczęśnicy zdołali ją usłyszeć, jej słowa i tak by do nich nie dotarły. W chwili, gdy narodzony z fae byt zyskuje taką potęgę, przyciąga ludzi słabej woli, tak jak gnijące mięso przyciąga muchy. A niby czemu nie? Taki stwór był w stanie wykonać tysiąc i jeden „cudów”, a ludzi o słabych sercach łatwo zwieść sztuczkami. Bo niby czemu mieliby oddawać cześć bardziej skomplikowanemu bóstwu, które może kazać im zgłębiać święte pisma czy przestrzegać restrykcyjnych praw, skoro mogą pławić się w najprymitywniejszych rozkoszach, a demon nie prosi o nic w zamian. Mniejsza o to, że jest to wytwór fae, że nie istota z krwi i kości, a jej egzystencja ma tylko jeden cel. Zanim zdadzą sobie sprawę, co naprawdę to dla nich oznacza, będzie już za późno.
Tłum wydaje się nie mieć końca. Zepsucie, jakie rozsiewał demon musiało sięgnąć wszystkich pobliskich miasteczek. Czemu agenci Kościoła wcześniej o niczym nie donieśli? Faith walczy zaciekle z atakującym ją bezkresnym motłochem. Wie, że ta walka jest bezcelowa, ale jest zbyt dumna – a może zbyt uparta – by umrzeć. Nie widzi już swoich towarzyszy broni. Wojowniczka nie wie, czy polegli, czy też ludzka tłuszcza osłoniła ich przed jej wzrokiem. Przestali być częścią jej wszechświata. Teraz liczą się jedynie otaczający ją ludzie i gorąca krew tłocząca się w żyłach...
Nagle uświadamia sobie, że to wszystko ma na celu jedynie odwrócenie jej uwagi. Za plecami jest stwór, którego przybyli tu zgładzić, który kontroluje tych ludzi niczym kuglarz bawiący się marionetkami. Nawet teraz, gdy ona walczy o życie, demon zbiera siły by się uleczyć. Jakże blisko byli zniszczenia tej podłej istoty! Jeden cios mógł przegnać ją na zawsze. Lecz teraz ta ważniejsza bitwa zostanie przegrana z powodu rozszalałego tłumu. Nim zdoła przebić się przez chmarę wyznawców demona – jeżeli uda jej się to zrobić – on zdoła zregenerować siły i będzie bardziej niż zdolny pokonać pojedynczego rycerza.
Nie może na to pozwolić.
Niesłychane wręcz poczucie spokoju zstępuje na nią, gdy uświadamia sobie, co musi zrobić. W tej chwili widły wystrzeliwują w kierunku jej głowy, lecz ona unika ciosu, schodząc i wbija tarczę w twarz przeciwnika. Ten cofa się pod siłą ciosu i krzyczy z bólu, gdy ostrze topora, przeznaczone dla niej, wbija się mu w ramię. Chwilowy triumf powinien ją ucieszyć, lecz tak się nie dzieje. Kolejny napastnik powinien ją zmartwić, lecz tak również się nie dzieje. Jej umysł jest teraz zupełnie gdzie indziej.
To jest jej ostateczna chwila służby.
Zamierza się po raz ostatni na swoich napastników, tak by się cofnęli i by zyskała moment na swój ruch. Strategia działa i wokół niej powstaje niewielką przestrzeń, wie że nie potrwa to długo. W jej stronę zmierzają już mężczyźni z prawdziwymi kopiami. Gdy tylko będzie w zasięgu ich ciosu, już po niej.
Teraz albo nigdy.
Siekąc naokoło, bez ostrzeżenia rzuca się na demona. W jej żyłach nie płonie już ogień, a w oczach nie widać furii, jedynie niesamowite uczucie spokoju wypełnia ją i dodaje sił. Stwór wciąż jest osłabiony po ich wcześniejszym ataku i najwidoczniej udało jej się go zaskoczyć. Wiedząc, że ma tylko jedną szansę na wyprowadzenie ciosu, chce żeby był on śmiertelny, dlatego mierzy w czarną grubą żyłę pulsująca na szyi demona. Wkłada w cios całą siłę i rozpęd. Jeżeli Bóg nad nią czuwa, może uda jej się odciąć temu czemuś łeb. Jeśli nie, a fizjonomia potwora jest podobna do ludzkiej, to przetnie główną aortę i bydle powinno się wykrwawić. Modli się, by tak się stało. W tej chwili to jedyna nadzieja, jaką ci ludzie mają na uwolnienie się spod wpływu tego stwora.
Lecz zanim ostrze dotyka przeklętego cielska, coś uderza ją w tył głowy, wystarczająco mocno by wgnieść hełm. Jej cios chybia celu. Coś zwala się kobiecie na plecy, wywracając ją na ziemię. A wtedy pochłania ją tłum, fala wściekłych ludzkich ciał, najeżona pordzewiałymi ostrzami i powykrzywianymi pikami przygniata ją do ziemi, miażdżąc swym ciężarem, aż zaczyna brakować jej tchu. Nie może oddychać, ciemność ogarnia ją zewsząd, nie zazna już powietrza...
– Wybacz mi, mój Boże. Zawiodłam Cię. Wybacz mi.

***
Wspomnienia zniknęły.
Drżąc, Faith objęła się ramionami. Dziękowała Bogu za to, że wreszcie może wziąć głębszy oddech, pomimo przeszywającego bólu klatki piersiowej, który odczuwała po każdym ruchu. Gdzie mogli być jej towarzysze? Prawie na pewno byli martwi. Miała nadzieję, że byli martwi. Śmierć w bitwie była honorowym końcem, zwłaszcza jeżeli walczyło się z imieniem Boga na ustach. Podczas gdy możliwość bycia pojmanym i złożonym w ofierze demonowi zrodzonemu z fae – lub przez niego pożartym – łączyła się z całkowitym zbezczeszczeniem religii. On i jej bracia w mieczu związani byli świętą przysięgą niszczenia takich właśnie wytworów fae.
Pamiętała już dokładnie całą bitwę i przypomniała sobie, gdzie jest. Najwidoczniej demon pałał rządzą zemsty i rozkazał swoim wyznawcom, by ją tu przynieśli. Być może zrobił to sam. W którymkolwiek z przypadków odmówiono jej śmierci nie tylko w bitwie, ale również jako krwawej ofierze. To byłoby zbyt szybkie.
Porzucili ją w Puszczy.
Wokół były jedynie drzewa... a raczej coś, co można by nazwać drzewami, gdyby znajdowało się w mniej zdegenerowanym środowisku. Powykręcane, chore struktury, pokryte mozaiką plam składających się z pasożytniczych narośli. Gdzieniegdzie ziały czarne otwory, wypełnione przez perliste larwy insektów. Wysoko w górze, wśród koron drzew, gdzie docierało jeszcze światło dnia, może były jakieś ślady normalnego życia, lecz tu na dole wszystko cuchnęło śmiercią, rozkładem. I mocą. Prądy fae ziemi były w tym miejscu tak skażone i złowrogie, że aż przyprawiały ją o gęsią skórkę. W normalnych warunkach nie byłaby w stanie wyczuć mocy, jako że nie posiadała wzroku adepta, lecz w tym miejscu fae była na tyle skoncentrowana, że reagowało na nią całe ciało kobiety. Instynktownie wyczuwała plugawość, która była tak silna, że Faith o mało nie zwymiotowała.
Mówiło się, że wszelkie ludzkie koszmary tego świata są przyciągane przez to miejsce oraz że manifestują się tu w sposób, który przyćmiewa wszystkie inne okropieństwa zrodzone z fae. Pojedyncza rozpaczliwa myśl mogła tu powołać do życia tuzin zjaw, które natychmiast rzuciłyby się pożreć swego twórcę. Zwykły człowiek porzucony w Puszczy nie miałby żadnych szans na przeżycie; jego strach natychmiast przybrałby materialną formę i pochłonął go. Bez wątpienia taki właśnie los przewidział dla Faith demon: desperacki i bolesny upadek człowieka, ucieczka przed pazurami i kłami jej wewnętrznych koszmarów i obaw, prowadząca do niechybnej śmierci przez rozszarpanie na kawałki.
Drżącą dłonią dobyła miecza z pochwy. W jej oczach ostrze zdawało się być tępe, pokryte zaschniętą krwią po niedawnej bitwie, ale wiedziała, że dla wzroku stworzeń fae jarzyło się jasnym, świętym płomieniem. Czy wróg zostawił jej broń dlatego, że odpychała go sama jej obecność, czy może chciał przedłużyć jej przedśmiertne męki? Jeden miecz może nie wystarczyć do odegnania wszystkich koszmarnych stworów czających się w tej plugawej krainie, ale doda jej odwagi, by walczyła o życie, zamiast poddać się nieuchronnemu losowi. A tym samym wydłuży jej mękę i jego rozrywkę.
Było jednak coś, o czym demon nie wiedział. Miała dar.
Klęcząc w gliniastej glebie, trzymając broń przed sobą, pozwoliła by jej wzrok spoczął na symbolu wyrytym na jelcu miecza. Dwa nachodzące na siebie okręgi. Dwa światy, nierozerwalnie połączone ze sobą. Poświęciła swoje życie oczyszczeniu tego świata z zepsucia, jakie szerzyło się za sprawą fae. Bóg pobłogosławił ją darem, aby jej misja miała szanse powodzenia. Jej dar nie był z gatunku tych, którymi cieszyli się czarnoksiężnicy, pozwalając im na kształtowanie fae siłą umysłu. Nie był to również dar, jaki posiedli adepci, dla których wszystkie zawoalowane moce tego świata były widoczne jak na dłoni. Nie, jej dar był zdecydowanie rzadszy niż oba te talenty, a w świecie gdzie używanie magii było codziennością, niewielu by jej go pozazdrościło. Większość stwierdziłaby nawet, że to klątwa. Ta zdolność pozwoliła jej jednak stać się śmiertelnie niebezpiecznym łowcą w służbie Jedynego Boga, a teraz być może – ale tylko być może – uratuje jej życie.
Fae nie reagowała na nią. Nigdy. Ta sama straszliwa siła, która zmieniała sekretne pragnienia ludzi w rzeczywistość i mogła powołać do życia demony karmiące się strachem, nigdy nie manifestowała jej uczuć. Nie przynosiło jej to szczęścia ani pecha, zdrowia ani choroby, ani jakichkolwiek innych niezliczonych błogosławieństw i klątw jakie dotykały innych ludzi. Och, cóż to był za cenny, ale i straszliwy dar, wszyscy rycerze w służbie kościoła jej go zazdrościli. Błogosławieństwo Ziemi – tak to nazywali. Znak od Boga, że jej przeznaczeniem była służba w jego imieniu.
Jak silna była jej nietykalność? Czy faktycznie nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo ze strony fae, czy po prostu nigdy nie była w takim miejscu jak to, gdzie moc ziemi była na tyle duża, by przebić się przez osłonę.
Zaraz się dowiem, pomyślała ponuro.
W cieniach, ledwie poza zasięgiem jej wzroku, wyczuwała jakieś poruszenie. Złowrogie, plugawe istoty. Sama ich obecność w zasięgu jej zmysłów powodowała mdłości. W oddali słyszała dziwaczne, przypominające parskanie odgłosy. Wydawało się, że są coraz bliżej. Trupioblade insekty zaczęły wylegać z otworów w okolicznych drzewach i powoli pełzały po pnączach w jej kierunku. Musiała się stąd wydostać i to szybko. Ale jak? Południowa granica Puszczy była pewnie bliżej niż pozostałe, ale jak odnaleźć południe? Ponure światło zdawało się dochodzić ze wszystkich stron jednocześnie; nie była nawet w stanie dostrzec jakiegoś wyraźniejszego cienia, żeby na podstawie jego ruchu określić, skąd padają promienie słońca. Z czasem może przejaśni się na tyle, by mogła dostrzec gdzie jest zachód … Ale wkrótce potem zapadnie zmrok, a wtedy będzie już za późno.
Trzeba było zacząć się ruszać już teraz.
Na ziemi wokół niej wyraźnie widać było obniżenie terenu. Gdyby podążyła nim w dół, prędzej czy później dotarłaby do bieżącej wody. W puszczy była rzeka płynąca na południe, gdyby udało jej się ją odnaleźć, byłaby bezpieczna.
Jej plan był raczej słaby, ale to jedyny jaki miała.
Podnosząc z ziemi odłamaną gałąź, która miała jej służyć jako laska – otrząsnąwszy ją uprzednio ze wszelkiego plugastwa – łowczyni w służbie Jedynego Boga wymamrotała pomiędzy jendym oddechem a drugim modlitwę i ruszyła w głąb Puszczy. Przysięgając sobie, że jeżeli przyjdzie jej zginąć w tym parsyzm miejscu, nie odda skóry tanio.

***
Prądy mocy otaczające Puszczę były tak potężne, że Tarrant wyczuł je, zanim zbliżył się na milę. Wyciągały niewidzialne macki, chcąc złapać każdą cząstkę jego ciała i wciągnąć go w głąb wiru. Niezwykle rzadko moc ziemi bywała tak agresywna i tak fascynująca. Nad jego głową wisiał największy z księżyców Erny, świecący jaskrawo białym światłem. Widok ten bladł w porównaniu do tego, który oferowała sama ziemia, emanując zimną, niebieską mocą, falującą wzdłuż krajobrazu, nadającą wszystkiemu w zasięgu wzroku niesamowity i złowrogi blask. Od dnia swoich narodzin Tarrant posiadał dar widzenia fae bez konieczności używania zaklęć. Ale nawet on nigdy przedtem nie widział czegoś takiego. W tym miejscu kolor fae zdawał się być inny, niósł w sobie odrobinę fioletu, jak gdyby strumienie mrocznej fae jakimś cudem się weń zaplątały. Czy to było w ogóle możliwe? Czy dwie moce mogły się tak łączyć? Zapragnął zaczerpnąć wystarczająco dużo fae, by móc spleść należyte zaklęcie Poznania i uzyskać odpowiedź na nurtujące go pytania. Ale na to było jeszcze za wcześnie. Po pierwsze, musiał dowiedzieć się, co znajdowało się w sercu tego wiru. Wtedy będzie wiedział, jak właściwie czerpać z niego moc. Właściwie i bezpiecznie.
Ten region był kiedyś normalny. Pływy mocy zawsze były tu silne, aczkolwiek nie bardziej mroczne ani bardziej niebezpieczne, niż w innych miejscach. Fae była naturalną siłą i sama w sobie nie miała więcej osobowości niż powietrze czy woda. Ale w przeciwieństwie do wody i powietrza, fae mogła oddziaływać na człowieka jego własnymi obawami – najwidoczniej tutejsze prądy zgromadziły wystarczająco dużo koszmarów, by zamanifestować się w postaci tego śmiercionośnego wiru... który teraz przyciągał jeszcze mroczniejsze moce.
Tarrant wiedział, że wielu czarnoksiężników przybyło tu na przestrzeni ostatnich lat. Wiedział również, że żaden z nich nie wrócił. Jego zdolności mogą przekraczać ich umiejętności po stokroć, jednak jeżeli nie zachowa rozwagi, na niewiele mu się to zda.
W oddali majaczył skraj Puszczy, wysoki i czarny, górskie szczyty na jej północnym brzegu wznosiły się ponad gęstym baldachimem drzew niczym wyspy. Przebłyski mocy ziemi tańczyły nad czubkami drzew jak falujące welony, przywiodło mu to na myśl podniebne zorze, które widział kiedyś daleko na północy. Wszystko to było dziwnym, wręcz pięknym pokazem, pomimo złowieszczego wydźwięku. Zastanawiał się, jakby to miejsce wyglądało podczas prawdziwej nocy, gdy ani księżyc, ani gwiazdy nie są widoczne na nieboskłonie. Nieprzewidywalna w swej naturze mroczna fae mogłaby wtedy wznieść się ponad szczyty drzew, by dodać swojej złowrogiej esencji do tego mieniącego się przedstawienia. Jakże wspaniały musiałby to być widok!
Ostrożnie, ostrzegł się w duchu. Mówi się, że Puszcza z natury jest uwodzicielką. Czy jest lepszy sposób, by zauroczyć adepta, niż zaoferować mu wizję takich wspaniałych widoków?
Usiłował zmusić swojego wierzchowca do ponownego ruchu, ale ten rżał ze strachu i wbijał kopyta w ziemię, sprzeciwiając się urokom Tarranta. Nawet prosty koński rozum był w stanie wyczuć prawdziwy charakter tego, co znajdowało się przed nimi. Potrzeba było czegoś więcej niż zwykłego Uspokojenia, by okiełznać zwierzę. Taki czar wymagałby podłączenia się do okolicznych prądów lub zużycia części jego ograniczonych wewnętrznych zasobów. Żadne z tych posunięć nie wydawało się zbyt zasadne w danej chwili.
Płynnym ruchem zsiadł z niekonia, poły jego płaszcza zsunęły się po bokach zwierzęcia kaskadą, niczym wodospad jedwabiu. Odsunąwszy się od wierzchowca, rozproszył wiążące go do jego woli uroki. Na sam koniec zostawił Uspokojenie i gdy tylko kajdany nienaturalnego spokoju opadły z umysłu zwierzęcia, stanęło ono dęba i poczęło wierzgać kopytami, jakby walczyło z niewidzialnym wrogiem. Następnie niekoń opuścił na cztery nogi i pogalopował na zachód. Pozostał po nim jedynie zapach strachu, pikantny i przyjemny zarazem.
Tarrant obserwował go przez parę minut, jego nozdrza drgały, gdy delektował się perfumą zwierzęcego przerażenia. Chwilę później zwrócił się w stronę Puszczy i ruszył w samo centrum wiru.

***
Zdołała w końcu odnaleźć koryto strumienia, niestety było wyschnięte. Jednak na podstawie śladów była w stanie określić, w którą stronę kiedyś płynęła woda. Wszystkie źródła w Puszczy prędzej czy później docierały do Wężowej Cieśniny, więc nawet jeżeli ta ścieżka nie doprowadzi jej do rzeki, to i tak może przybliżyć ją do jakiegoś wyjścia. Wszystko było lepsze niż pozostanie w tym miejscu.
A przynajmniej tak sobie wmawiała, podążając wąskim pasem błota, kamieni i uważając na oślizgłe czarne wodorosty, które wydawały się być wszędzie. W słabym świetle zdawało jej się, że od czasu do czasu jakaś kępa wodorostów zmieniała pozycję, gdy kobieta się zbliżała, albo że przypominająca grzyba narośl na brzegu koryta kurczyła się, gdy ją mijała. Zadrżała i ruszyła przed siebie. Miała zamiar nie zatrzymywać się aż do momentu, gdy coś faktycznie złapie ją za kostkę.
Naprędce skleciła małą pochodnię z chrustu i kawałka swojej tuniki, a gdy tylko cienie wokół niej się wydłużyły, zapaliła ją. Wokół rozszedł się obrzydliwy smród – prawdopodobnie ogień strawił jakiegoś plugawego robaka, którego nie udało jej się strząsnąć, gdy ją robiła. Przynajmniej widziała dokąd zmierza.
Ku jej frustracji słońce nie zapewniło jakichkolwiek informacji o tym, gdzie znajdował się zachód. Padające pod niskim kątem promienie światła nie były w stanie przebić się przez gęste poszycie w ilości, która mogłaby nadać cieniom jakieś znaczenie. Mrok gęstniał z minuty na minutę, Puszcza powoli zgłębiała się w gęstej, przypominającej zupę ciemności, która wlewała się do płuc Faith i sprawiała, że nie była w stanie nabrać powietrza, dusiła się.
Wraz z ciemnością pojawili się zrodzeni z fae. Przerażone szepty zdawały się dochodzić do niej ze wszystkich stron, fragmenty ludzkich emocji, które przetrwały po śmierci swoich twórców i schroniły się w tym miejscu. Światło pochodni odstraszało większość zjaw, ale przecież nie będzie się ona palić przez całą noc. Jej płomień też nie przetrwa nocy.
Nie myśl w ten sposób. Po prostu idź.
Ból w boku był już niemal nie do wytrzymania, ale nie mogła zrobić z nim nic więcej, jak tylko zgrzytać zębami i iść naprzód. Nie kaszlała jeszcze krwią, to był dobry znak, ale nie miała żadnych złudzeń co do tego, w jak opłakanym stanie się znajdowała. Zdawało jej się, że słyszy jak złamane kości zgrzytają jedna o drugą, gdy tylko ruszała się nieco szybciej. Miała mnóstwo szczęścia, że żebro nie przebiło płuca. Do tej pory udawało się trzymać ból w ryzach, ale obawiała się, że gdyby jej skupienie choć na chwilę się załamało, całe cierpienie zwaliłoby się na nią i przygniotło, a ona nie miałaby już siły ponownie wstać.
Uparcie wmawiała sobie, że zdarzały jej się już gorsze rany. I przetrwała.
Ale nigdy w miejscu takim jak to.
Wkrótce koryto strumienia zaczęło się rozszerzać, a u jego wylotu pojawił się wyłom w ścianie drzew i zarośli, zalążek nadziei. Po raz pierwszy odkąd się tu znalazła mogła dostrzec gwiazdy, a górująca nad krajobrazem krawędź księżyca rzucała na wyschnięty strumień cienki promień niebieskawego światła. Ten widok doprowadził ją prawie do płaczu, przez usta przemknęła wypowiedziana bezwiednie modlitwa. W głębi świadomości wiedziała, że widok kawałka otwartego nieba nie oznacza wydostania się z Puszczy żywcem. Jednakże ten delikatny promień księżycowego światła był dla niej niczym wiosenny deszcz, odświeżył ją, a ona odwróciła doń twarz i pozwoliła, by ją obmył, czerpiąc siłę z normalności tego zdarzenia.
Nagle usłyszała za sobą trzask łamanej gałązki. Błyskawicznie odwróciła się w poszukiwaniu źródła hałasu. Dźwięk doszedł z głębi lasu. Ani blask księżyca, ani jej wątła pochodnia nie miały dostatecznej siły, by spenetrować czające się tam cienie. Przez chwilę stała nieruchomo jak posąg, wysilając słuch do granic możliwości. Cokolwiek to było, zamilkło. Wyczekiwało. Nawet dobiegające z głębi Puszczy szelesty i parsknięcia ucichły. Zapanowała martwa cisza. Być może mieszkańcy lasu również bali się tego nowego zagrożenia, niewykluczone, że sami już dawno uciekli z tej okolicy, pozostawiając ją sam na sam z czymkolwiek, co tam było.
Ni stąd ni zowąd usłyszała ponownie odgłos łamanej gałązki, tym razem bezpośrednio za sobą. Obróciła się błyskawicznie, by stawić czoła niebezpieczeństwu, wznosząc miecz w górę. Gwałtowny ruch sprawił, że przed oczami zatańczyły jej czerwone ogniki, lecz zagryzła tylko mocniej zęby, usiłując je zignorować. Mimo że przepatrywała cienie w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu, niczego nie zauważyła. Cokolwiek wydawało te dźwięki, skryło się w granatowoczarnych czeluściach Puszczy, a ona nie zamierzała zagłębiać się w odmęty złowrogich pnączy, by dowiedzieć się, co to takiego.
Może o to właśnie chodziło, pomyślała nagle. Może stara się odciągnąć mnie od światła księżyca. Ta myśl sprawiła, że zmroził ją strach. Jedynie stwór zrodzony z mrocznej fae przejmowałby się czymś takim. Wstąpiła w sam środek księżycowej wiązki, w duchu pragnąc, by światło wlało się w jej ciało i już w nim zostało.
Po chwili oczekiwania uświadomiła sobie, że cokolwiek kryło się w Puszczy, nie zamierzało się ujawnić. Ruszyła. Nie miała wyboru. Wzdrygnęła się, usłyszawszy szelest po jednej stronie strumienia, a później po drugiej. Była pewna, że więcej niż jedna istota flankuje ją w miarę jak szła. Nic nie mogła zrobić. W wyschniętym korycie była względnie bezpieczna i nie miała najmniejszego zamiaru go opuszczać. Zwyczajnie ruszyła więc, rękę zaciskała na pochodni tak mocno, że czuła krew zbierającą się w knykciach. Ból pulsował w boku z każdym krokiem.
Wtem coś błysnęło w ciemności dokładnie przed nią, odbijając światło pochodni dwoma jarzącymi się punkcikami.
Oczy.
Dostrzegła cielsko dużej, czworonożnej istoty, stojącej dokładnie przed nią. Wydawało jej się, że słyszy jak stwór dyszy zachrypłym, cierpiętniczym głosem. Złowroga aura omiotła ją niczym podmuch chłodnego wiatru, sprawiając, że włosy na karku stanęły jej dęba. Jedynie dzięki niezłomnej wierze i uporowi udało jej się stać nieruchomo, podczas gdy wszystkie prymitywne instynkty w jej umyśle domagały się, by uciekała wrzeszcząc z przerażenia. A może zwyczajnie zdała sobie sprawę, że nie było dokąd uciekać.
Nagle usłyszała za sobą hałas. Obróciła się częściowo, nie chcąc całkowicie odsłonić pleców przed zauważonym w pierwszej kolejności stworem – ruch sprawił, że jej tors przeszył paraliżujący ból, który pozbawił ją oddechu. Przez moment nie widziała niczego poza wirującymi wokół czarnymi plamami. Machając pochodnią na wszystkie strony, by osłonić się przed atakami z każdego możliwego kierunku, skierowała się ku drzewom, które, jak pamiętała, znajdowały się na lewo od niej. Niewielki gąszcz, porośnięty pnączami – to była najlepsza z osłon możliwych w tej sytuacji. Jakimś cudem udało jej się dotrzeć w bezpieczne miejsce i oprzeć się o nią plecami. Usiłowała złapać oddech. Dziwaczne sylwetki podchodziły bliżej, ale o dziwo nie atakowały. Ponieważ jej wzrok wrócił do normy, mogła wreszcie przyjrzeć się stworom. Wyglądały podobnie do wilków, lecz ich masywne klatki piersiowe były większe niż u jakiegokolwiek zwierzęcia, które stworzył Bóg. W proporcjach ich kończyn do reszty ciała było coś niepokojącego, co sprawiło, że po jej skórze przeszły ciarki. Gdyby była w lepszej formie, bez trudu mogłaby obronić się przed obydwoma potworami naraz, lecz w obecnej sytuacji nie była tego taka pewna. Były to jedynie dwa stwory i skoro obawiały się ognia, jak większość zwierząt – lub bały się wiary jarzącej się w ostrzu jej miecza – mogłaby dać sobie z nimi radę.
Jej rozważania zostały przerwane przez pojawienie się kolejnej bestii, który wyłonił się obok pierwszego, stojącego w korycie strumienia. Jej serce zamarło.
Po chwili pojawił się kolejny.
Rozpacz narastała w niej w miarę jak więcej bestii wyłaniało się z lasu, zajmując pozycje na otwartej przestrzeni i okrążając ją. Wkrótce wilków było już około dwóch tuzinów, ustawiły się w półokręgu dokładnie w miejscu, do którego nie sięgał blask pochodni. Ich oczy jarzyły się krwisto czerwonymi iskrami, a gdy jedna z bestii wysunęła się naprzód, wchodząc w światło księżyca, dostrzegła jak wynaturzone były ich kończyny. Mięśnie w zwalistych odnóżach zdawały się być bardziej ludzkie niż zwierzęce, a w miejscu gdzie powinny znajdować się łapy były ręce – lub coś, co było rękoma, zanim zdeformowała je fae.
Czy te kreatury były zrodzone z ciała, czy też z fae? Jeżeli były to jedynie zwierzęta zdeformowane przez mroczną fae, to zabicie ich było relatywnie łatwe. Lecz jeśli były to prawdziwe wytwory mocy, zrodzone przez złowrogą siłę tej planety, a nie z ciał, jak zwyczajne zwierzęta, nie było sposobu na przewidzenie, co mogłoby im zaszkodzić. Niektóre spośród manifestacji, jakie przybierały istoty stworzone przez fae, były na tyle silnie związane ze swoją cielesną powłoką, że były od niej zależne jak istoty żywe i tak jak one umierały po zniszczeniu ciała. Inne z kolei dryfowały w nocy niczym błędne ogniki albo zjawy – koszmarne siły powołujące je do egzystencji zapewniały im iluzję ciała, ale nie samą jego substancję. Przed takimi stworami nie było ochrony, poza wiarą
Wszystkie te stworzenia żywiły się ludźmi. Jedyną pewną na Ernie rzeczą było to, że wszelkie monstra zrodzone z podświadomości człowieka musiały żywić się nim, by przetrwać. Jakiego pokarmu potrzebowała dana manifestacja? To nigdy nie było pewne. Faith widziała różne makabryczne obrazy pożywiających się fae, lecz zdawała sobie również sprawę z istnienia gatunków, dla których pokarmem były emanacje uczuć z umysłów śpiących ludzi – sączyły je niczym wyborne wino, a jedynym tropem był mroczny ślad na granicy snów.
Wpatrując się w jaskrawe ślepia tych bestii, nie wydawało jej się by należały do tego subtelnego gatunku.
Wiedziała jedno – gdyby wszystkie ruszyły na nią naraz, nie byłaby w stanie obronić się przed tak wieloma przeciwnikami, zgniotły by ją samą swoją masą. Zimny pot spływał po karku kobity, w miarę jak przygotowywała się na nieuchronną rzeźnię. Przynajmniej umrę walcząc, pomyślała, zaciskając rękę na mieczu. I zabiorę ze sobą tyle tych potworów, na ile pozwoli mi Bóg.
Wtem z cienia wyłonił się nowy osobnik. Był wyższy niż pozostałe, lecz chudszy, a proporcje jego ciała były niepokojąco ludzkie. Futro miał chorobliwie białe, w odróżnieniu od pozostałych brudnoszarych, na krawędziach jarzyło się żółtawo i umazane było błotem oraz innymi, gorszymi rzeczami.
Łapy rozpłaszczyły się na ziemi jak ludzkie ręce, powykręcane i skarlałe palce miały nawet paznokcie. Spojrzawszy w oczy stworzenia spostrzegła w ich głębi jedynie szaleństwo. Niezwykłą zwierzęcą furię, czy też desperację wściekłego zwierza zmuszonego do egzystowania w tych koszmarnych warunkach. To było coś o wiele mroczniejszego. Bardziej przerażającego.
Bardziej ludzkiego.
Gdy szedł w jej stronę, pozostałe ustępowały mu z drogi. To był ich samiec alfa lub coś więcej? Niespodziewanie bestie znajdujące się najbliżej Faith zaczęły podchodzić do niej, skupiając na sobie jej uwagę. Z wściekłością machnęła mieczem, by zniechęcić je od dalszego zbliżania się. I w rzeczy samej, w ich oczach pojawiły się przebłyski strachu. Nieznacznie cofnęły się, nagle niepewne. W oczach białego samca nie gościł lęk, nawet gdy pobłogosławiona stal przecięła powietrze tuż przed jego nosem. Szaleństwo płonęło w nich za to z dziką siłą. Czyżby nie dostrzegał błogosławieństw chroniących jej oręż? Czy po prostu go to nie obchodziło? To drugie oznaczałoby, że pomimo upiornej postaci jest istotą z krwi i kości. A to z kolei znaczyło, że jest wrażliwy na zwyczajny, fizyczny atak.
Ruszyła szybko – błyskawicznie szybko – wchodząc między nich, zanim którykolwiek stwór miałby okazję zareagować. Pochodnią kreśliła wokół siebie szerokie łuki, odpędzając co bliższe osobniki, a w drugiej ręce poprawiała uchwyt na mieczu, szykując się do zadania pojedynczego ciosu. Wiedziała, że jeden cios to wszystko, na co mogła liczyć, zanim wataha odzyska odwagę i ruszy na nią. Musiała sprawić, by ten jeden jedyny cios miał znaczenie.
Czarny kształt wystrzelił z boku w jej stronę. Wsadziła pochodnię w paszczę wilka na chwilę zanim zdołałby ją ugryźć – wył z bólu, gdy jego szczęki zamknęły się nie na jej ciele, a na płonącej żagwi. Nie zmieniło to faktu, że jego cielsko zderzyło się z kobietą z oszałamiającą siłą, zmuszając ją do przyklęknięcia. Żebra eksplodowały rozżarzonymi do czerwoności odłamkami bólu. Gdy próbowała stanąć na nogach, potężne szczęki kolejnego wilka zacisnęły się na jej lewej łydce. Machnęła pochodnią w kierunku bestii, nie zważając na bliskość płomieni, ale ta nie miała zamiaru łatwo odpuścić. Zęby były mocno zakleszczone na stalowym nagolenniku, sam martwy ciężar stwora uniemożliwiał jej swobodne manewrowanie.
Nagle wszystkie wilki ruszyły w jej stronę. W razie gdyby te w pierwszych szeregach obawiały się ostrza i płomienia, napływające z tyłu masy nie pozwalały im się wycofać. Przez chwilę przytłoczyła ją koszmarna wizja déjà vu, przypomniała sobie tłum wieśniaków, którzy pokonali ją i jej kompanów. Pamiętała również cios, który udaremnił jej atak na demona; cokolwiek się wydarzy, w tej bitwie nie mogła sobie pozwolić, by ponownie zawieść w ten sam sposób.
Mamrocząc modlitwę do Jedynego Boga, pchnęła resztkami siły mieczem w stronę białego samca, zaciskając zęby z powodu bólu jaki nastąpił potem. Werwa tego ataku przesunęła uwieszonego u jej nogi wilka o parę stóp wprzód, a szczęki innych bestii kłapnęły w powietrzu dokładnie tam, gdzie przed chwilą znajdowała się kobieta. Zaskoczony atakiem biały wilk zaczął się wycofywać, lecz masa zgromadzonych za nim ciał skutecznie mu to uniemożliwiła. Gdy tylko miecz przeciął jego bok było jasne, że nie udało jej się zadać śmiertelnego ciosu, na który przecież liczyła. Pomimo to rana była długa i głęboka, buchnęła z niej szkarłatna posoka. Faith włożyła w cios całą swoją wagę, desperacko mierząc w jakiś ważny organ. Cios wytrącił ją z równowagi i w miarę jak wilk usuwał się spod jej ostrza, czuła jak upada. Mocarne cielska zderzyły się z nią z obu stron, a kły jednej z bestii przeszły obok naramiennika, przebijając się przez materiał, skórę oraz ciało. Ziemia ruszyła jej na spotkanie, a biały wilk szamotał się z lewej strony na prawą, starając uwolnić się od ostrza...
Nastąpiło uderzenie.
Oślepiający ból.
Skowyt wilka.
A potem już tylko ciemność.

***
Jeżeli tereny przynależne do Puszczy wydawały się dzikie, to jej wnętrze było ucieleśnionym chaosem. Prądy niszczycielskiej, jak i twórczej fae zderzały się w losowych odstępach czasu, sprawiając, że cała Puszcza płonęła lodowatoniebieskim płomieniem mocy. Fale czystej, nieokiełznanej, pochodzącej z emocji energii przemykały po krajobrazie niczym wściekłe błyskawice. Żaden żyjący gatunek nie mógłby ustabilizować się w takim miejscu, pomyślał Tarrant, lecz nie miało to większego znaczenia. Ewolucja w takim miejscu musiała być przyśpieszona, gdy tylko jedna forma życia zawiodła, tuzin nowych pojawiał się na jej miejscu.
Był to piękny widok dla jego oczu.
Strumienie mocy wirujące wokół jego stóp, nieważne jak chaotyczne, miały potencjał, by stać się czymś więcej, czymś o wiele więcej. Zastanawiał się, ile wysiłku wymagałoby ujarzmienie ich, zmuszenie do zaadaptowania bardziej uporządkowanej formy. Stwory syczące i wyjące w ciemnościach były jedynie spaczonymi wytworami, lecz wystarczająco potężny czarnoksiężnik mógłby przemodelować zarówno te zrodzone z ciała, jak i te powstałe z fae, i nadać ich ewolucji doskonalszy bieg. Nawet poskręcane i chore drzewa ponad jego głową mogły służyć w ściśle określonym celu. Gdyby tak powykręcać gałęzie drzew jeszcze bardziej, pomnożyć ich ilość, tak by powstała z nich gęsta sieć, w której jesienne liście osiadałyby i rozkładały się, tworząc tym samym wegetującą osłonę w koronach drzew, Puszcza skąpałaby się w wiecznym zmierzchu. Czy wytwory mrocznej fae dojrzewałyby szybciej, gdyby całkowicie pozbawić je zagrożenia, jakim było bezpośrednie światło słoneczne? Czy może zwiększyłoby to jedynie nieprzewidywalność mocy, sprawiając, że wytwory fae stałyby się jeszcze bardziej niestabilne, bardziej podatne na wyginięcie? Dla Tarranta wszystkie te pytania były fascynujące.
W głębi duszy czuł wzbierający w nim pradawny głód, ludzka ambicja usiłowała wydostać się z czarnego jeziora, jakim była jego dusza. Dawno temu, gdy zaliczał się jeszcze do śmiertelników, był naukowcem, a jego badania nad ewolucją doprowadziły do powstania wielu gatunków, których wzorcem wyjściowym były ziemskie zwierzęta. Stały się one nieodzowną częścią ekosystemu tej planety. Niestety, jego obecny tryb życia, wędrownego drapieżnika, nie pozwalał mu na gromadzenie próbek, luksus posiadania laboratorium, biblioteki naukowej czy chociażby stałej siedziby. Musiał porzucić tamto życie i część swojej egzystencji, gdy odszedł z Merenthy. Od tamtego czasu wszelkie jego rozważania intelektualne musiały skupiać się w ściśle wewnętrznej formie. Była to najbardziej irytująca ze zmian jakie zaszły transformacji.
Lecz teraz to miejsce mogłoby stać się jego laboratorium. Mógłby kształtować zupełnie nowe gatunki i testować ich zdolności adaptacyjne. Używając nieprzewidywalnych w swej naturze energii, miałby szansę osiągnąć przez kilka pokoleń to, co w innych warunkach zajęło by całe wieki. Jego podświadomość pragnęła tego rodzaju intelektualnej pożywki równie mocno, jak jego zmienione ciało pragnęło ludzkiej krwi.
Tarrant był jednak człowiekiem wystarczająco bystrym, by zastanawiać się, skąd pochodziła ta nagła wzmożona pokusa. Ta sama uwodzicielska moc Puszczy, która go tu przywiodła, teraz chciała związać go z sobą – wszystkie myśli kołaczące się w głowie musiał traktować jako podejrzane. Czy jego odczucia co do Puszczy byłyby takie same, gdyby ta nie usiłowała go do siebie zwabić? Jak ktokolwiek mógł trzeźwo myśleć, będąc tak blisko tego niesamowitego wiru energii?
Noc rozdarł krzyk.
Przez moment zdawało mu się, że był to głos człowieka. Niósł za sobą charakterystyczny ładunek emocjonalny, a wzrok Tarranta, czuły na zmiany w fae, wychwycił echa frustracji i gniewu, jakie uwidoczniły się w następstwie krzyku, wyraźnie już pochodzące od człowieka. Sam dźwięk jednak był zwierzęcy w swej naturze, nie mógł wydobyć się z ludzkiego gardła.
– Intrygujące.
W innym miejscu i o innym czasie zapewne użyłby zaklęcia Poznania, by zgromadzić więcej informacji, lecz nie odważyłby się zrobić tego tutaj. Jakikolwiek kontakt z fae Puszczy zwiększyłby podatność jego umysłu na jej wpływ po dziesięciokroć. Jeżeli był ciekaw źródła tego krzyku, nie pozostało mu nic innego, jak zbadać je w klasyczny sposób.
Poluzował miecz w pochwie i ruszył w kierunku, z którego doszedł go dźwięk. Poruszał się zwinnie i cicho, cień pośród cieni, okoliczne stworzenia musiały usuwać mu się z drogi, bo żadnego nie dostrzegł. Nawet niektóre gałęzie i pnącza zdawały się usuwać spod jego stóp, oczyszczając mu tym samym przejście. Czy to było w ogóle możliwe? Nie słyszał nigdy o roślinach na tyle świadomych, żeby były w stanie się poruszać, co jednak nie oznaczało, że takowe nie istnieją. W miejscu takim jak to wszystko było możliwe.
Wkrótce usłyszał niski, głęboki dźwięk, dochodzący dokładnie z naprzeciwka. Zatrzymał się i wyostrzył swoje zmysły do granic poznania, starając się zanalizować źródło hałasu. Po chwili stwierdził, że to, co wydawało owy odgłos, musiało pochodzić z rodziny psowatych. Wyraźnie słyszał tylko jedno zwierze, lecz do jego uszu dobiegły odgłosy ruchu i oddechów wielu innych. Być może wataha wilków? Poza Puszczą tego typu zjawiska nie stanowiły dla niego zagrożenia, zwierzęta wyczuwały jego nienaturalną aurę i trzymały się z daleka. Lecz tutaj, gdzie większość środowiska była sama w sobie nienaturalna, bestie mogą nie mieć takich zahamowań. Te wilki mogły być równie dobrze zrodzone z fae, co oznaczałoby że stosuje się do nich zupełnie inny zestaw zasad. Nie miał zamiaru ryzykować.
Dobył miecza, po jego powierzchni tańczyły bladoniebieskie płomienie, widmowy ogień pozbawiony ciepła. Na roślinach wokół niego nagle pojawił się szron, krawędzie liści stały się kruche niczym szkło i rozsypywały się, gdy ich dotykał, przedzierając się przez gąszcz.
Drzewa przed nim stawały się coraz rzadsze, aż w końcu odsłoniły polanę. Hałas zdawał się dobiegać właśnie stamtąd. Tarrant nie wyszedł na otwartą przestrzeń, zatrzymał się przy ostatnim drzewie, pozwalając by poły jego płaszcza opadły na miecz i zakryły jego blask.
Na polanie faktycznie dostrzegł watahę wilków, zwierząt z krwi i kości, lecz były to stworzenia wynaturzone, o zachwianych proporcjach, z gatunku o jakim nigdy nie słyszał. Było ich około dwa tuziny, miotały się wzdłuż polany wyraźnie spłoszone, powarkując na siebie, gdy tylko ich ścieżki się spotkały. W środku tego całego zgiełku leżało nieruchomo pojedyncze zwierze. Było większe niż pozostałe, jego futro musiało być kiedyś białe. Teraz pokrywały je wilgoć i nieczystości, spomiędzy brudu widoczne były jedynie kępy czystego futra. Zapach krwi rannego wilka doszedł nozdrzy Tarranta i ku jego zdziwieniu wzbudził w nim głód. Ponieważ mężczyzna żywił się jedynie ludzką krwią, odpowiedziało mu to na jedno pytanie... tym samym stawiając tysiąc innych.
Z mieczem w gotowości wyszedł z ukrycia.
Gdy tylko wilki go dostrzegły, rozległy się powarkiwania. Kilka z nich rzuciło się w jego stronę, lecz szybko zatrzymały się, nie mogąc pokonać wrodzonego strachu przed nadnaturalnym drapieżnikiem. Pozostałe zamarły nieruchomo, jeżąc kępy sierści na grzbietach i warcząc. Sprawiło to, że wyglądały jak starające się go przepędzić groteskowe jeżozwierze. Obserwował je przez chwilę, następnie, gdy był całkowicie pewien, że żaden z nich nie zbierze w sobie dość odwagi by go zaatakować, ruszył w kierunku rannego wilka. Zwierze zdawało się nie dostrzegać go aż do momentu, gdy zbliżył się na tyle blisko, by chłód pochodzący z jego broni oszronił ranny bok. Wilk wyszczerzył kły i zawarczał ostrzegawczo, lecz zrobił to bez przekonania, a groźna mina szybko zniknęła. W jej miejscu widniał wyraz skrajnego wyczerpania. Tarrant zauważył, że w boku stwora widnieje głęboka rana, a ziemia pod wilkiem przesiąknięta była krwią. Nie odpowiadało to Tarrantowi – czymkolwiek była ta istota, chciał się jej przyjrzeć, nim umrze.
Nie byłby oczywiście w stanie Uzdrowić bestii. Moc podtrzymująca go przy życiu wywodziła się od ciemności oraz śmierci, przez to prawdziwe Uzdrowienie w jego wykonaniu byłoby równie skuteczne, co próba wzniecenia ognia za pomocą dwóch brył lodu. Istniały za to inne rzeczy, które mógł zrobić. Zniżając miecz do rany wilka, wezwał zaklęty w ostrzu zimny ogień i pokierował nim zgodnie ze swoją wolą. Z powierzchni oręża zaczęła unosić się szronista mgiełka, przypominająca oddech człowieka na mrozie. Następnie przytknął broń do rany. Wilk zawył spazmatycznie, próbując się odsunąć, lecz mięśnie w boku spięły się, a następnie zamarzły, uniemożliwiając mu ucieczkę.
Mgiełka unosząca się z miecza była teraz szkarłatna, nozdrza Tarranta zadrgały, gdy wyczuł jej woń. Ludzka krew, bez wątpienia. Przesunął broń wzdłuż rany, upewniając się, że magiczna stal zetknęła się z uszkodzoną tkanką na całej powierzchni. Ciało w miejscach gdzie dotknęła go stal było czarne i zwinięte do środka, przez co wyglądem przypominało zmumifikowane zwłoki. Tarrant nie przestawał, dopóki cała rana nie została w ten sposób zasklepiona i dopóki krew nie przestała się sączyć. Zrobił krok w tył i przyjrzał się swojemu dziełu.
Minie sporo czasu nim tkanka, którą właśnie zniszczył złuszczy się i odrodzi, ale przynajmniej rana została skauteryzowana. Biały wilk leżał na ziemi i sapał płytko, oczy miał na wpół wywrócone w głąb czaszki, lecz wydawał się spokojny. Teraz, gdy minął już ból, wydawało się, że bestia rozumiała poczynania Tarranta. W oczach stwora pojawiło się coś na kształt przebłysku ludzkiej inteligencji, lecz równie szybko jak się pojawiło, zniknęło. Jakakolwiek cząstka człowieczeństwa tego stwora była głęboko ukryta.
Obrzuciwszy polanę spojrzeniem, by przekonać się czy pozostałe wilki trzymały się z dala – a tak właśnie było – Tarrant przygotował się do odprawienia zaklęcia Poznania. Jakakolwiek forma pracy z magią w tym miejscu była niezwykle ryzykowna, ale musiał wiedzieć czym było to dziwaczne stworzenie, a na szybkie zebranie informacji nie był innego sposobu. Prądy mocy gromadziły się wokół jego stóp, jakby zaintrygowane tym, co się działo. Bez wątpienia wplotły by się w jego zaklęcie, gdyby tylko im na to pozwolił. Lecz on utrzymywał swój umysł w skupieniu, zamknięty na zewnętrzne źródła mocy, nie chcąc ryzykować bezpośredniego kontaktu. Jego miecz jarzył się jasnym blaskiem w miarę jak pochłaniał zaklętą w nim od dawna fae; miecz był nie tylko bronią, ale także magazynem mocy.
Stopniowo Poznanie nabierało kształtu. Wyczuwał płynące od leżącego u jego stóp stworzenia informacje. Po chwili zamknął oczy i wchłonął je, nakazując im przybranie formy wizji.

***
Blady, on jest taki blady! Śnieżnobiała skóra, włosy niczym poświata księżyca i błyszczące czerwone oczy, bez wątpienia znajdował się na nich jakiś czar wzmacniający wizję. Stoi pośród drzew w Puszczy, a jej energia odwzorowuje jego własne odczucia: władza, ambicja, próżność. Tak dużo próżności! To miejsce jest największym źródłem mocy na całym kontynencie – na świecie – a on zostanie jego Panem.
Rozkłada szeroko ręce, jakby w geście powitalnym przeznaczonym dla kochanki, i szepcze do fae ziemi: przyjdź do mnie, przyjdź do mnie, przyjdź do mnie...
A ona przychodzi. Wygłodniała, pragnąca sił życiowych, rozżarzona moc wlewa się w jego duszę z siłą roztopionej lawy, zalewa mu umysł pozostałościami ludzkich koszmarów.
Szaleństwo zagnieżdża się w jego umyśle, gdy wchłania przedśmiertne lęki wszystkich tych, którzy byli przed nim, którzy próbowali ujarzmić Puszczę, ale im się nie powiodło. On nie zawiedzie. Wizualizuje sobie mentalne ścieżki, które pozwolą mu opanować tę olbrzymią falę, mamrocze rytualne inkantacje, które przygotował już tak dawno temu. Marzył o tym dniu odkąd udało mu się spleść pierwsze zaklęcie. Jest gotowy. Jest silny. Wkrótce, już wkrótce ta legendarna kraina, która pochłonęła życia tak wielu, będzie należała do niego.
Lecz nie jest wystarczająco silny.
Moc Puszczy pochłania go, dusi, topi. Wdziera się w jego duszę niczym fala przypływu i wypłukuje z niej wszelkie ludzkie myśli. Nawiedza jego ciało i zmienia je na kształt bardziej odpowiadający wypaczonemu charakterowi Puszczy. Wyje w agonii, lecz jest to agonia bestii, a nie człowieka. W tych ostatnich chwilach ludzkiej świadomości w pełni zdaje sobie sprawę ze skali swojej porażki...

***
Tarrant wpatrywał się w wilka, podczas gdy wizja się rozwiewała. Usiłował przyrównać aroganckiego czarnoksiężnika do godnego pożałowania zwierzęcia, bezbronnie leżącego u jego stóp. Ile czasu minęło odkąd to stworzenie doświadczyło pojedynczej ludzkiej myśli? Czy starczało mu świadomości, by zdawać sobie sprawę z wagi tego, co zostało utracone? By boleć nad tą stratą? Niezamierzona transformacja jaką przeszedł ten stwór była dla Tarranta równocześnie przerażająca i fascynująca, ponieważ oddawała sobą esencję Puszczy. Było to także wyraźne ostrzeżenia dla niego samego, by nie stracić mentalnego skupienia w tej zdradliwej, śmiercionośnej krainie.
Przyklęknąwszy przy wilku, Tarrant czekał aż bestia otworzy oczy i spojrzy na niego. Zdawało się, że w dostrzegł w nich przebłysk człowieczeństwa, głęboko z tyłu, lecz był słaby i odległy, szybko zastąpił go ból zwierzęcia.
W wizji Tarranta owy czarnoksiężnik dokładnie przestudiował Puszczę. Gdzieś w umyśle tego człowieka mogły czaić się cenne informacje na temat tego miejsca. Ale tak długo jak pozostawał pod postacią bestii, nie było sposobu by mógł je mu przekazać. Czy możliwe było przywrócenie mu dawnej postaci? Z pewnością była to intrygująca możliwość, ale również niebezpieczna. Tarrant wyczuwał fae Puszczy, która cały czas wygłodniale usiłowała dostać się do jego duszy i pochłonąć go na wszystkich płaszczyznach. Owa moc nie posiadała własnej świadomości, ale pięćset lat wchłaniania esencji ludzkich koszmarów zostawiło na niej behawioralny ślad człowieczego strachu. Równie dobrze mogłaby mieć świadomość.
Pożądała go. Wyczuwał jej głód. Chciała, by poddał się jej tak, jak zrobił to albinos, by mogła pożreć jego duszę i wydalić jej szczątki do swojego spaczonego ekosystemu. Jedna chwila nieuwagi i mógł podzielić los tego nieszczęśnika.
Mierzył wilka wzrokiem przez dłuższą chwilę, oceniając jaką przedstawiał dla niego wartość. W przeciwieństwie do albinosa, nie był lekkomyślny, nie zmieniało to jednak faktu, że niektóre rzeczy warte były ryzyka. Wiedza bez wątpienia była jedną z nich.
– Mogę przywrócić ci ludzką postać – powiedział wreszcie. – Może nawet twoją duszę. Ale za moje usługi będziesz musiał zapłacić. – Zrobił pauzę. – Będziesz musiał słono zapłacić.
Ranna bestia wpatrywała się w niego. Odczytanie jej spojrzenia było niemożliwe.
– Jeżeli zwrócę ci twoje ludzkie życie, będzie ono należało do mnie. Tak długo jak pozostaniesz człowiekiem, tak długo będziesz mi służył. Wszystko co posiadasz, wszystko co wiesz, cała moc jaką dysponujesz, będzie moje, gdy tylko o to poproszę. Oto cena za mą pomoc. Rozumiesz?
Wilk w dalszym ciągu wpatrywał się w niego. Czy rozumiał jeszcze ludzką mowę? Jeżeli nie, to szansa na przywrócenie go do naturalnej postaci była niewielka.
Wreszcie bestia skinęła łbem w niemrawym i bolesnym dla niej geście.
– W takim razie musisz poddać mi się w całości, bezgranicznie. Zapomnij o tym, czym byłeś aż do tej chwili i pozwól bym stworzył cię na nowo wedle mojego uznania. Jeżeli tego nie zrobisz, nie przetrwasz procesu przemiany. – Zamilkł na chwilę. – Też kiedyś byłeś czarnoksiężnikiem, więc rozumiesz, że to jest niezbędne.
Nie był w stanie odczytać malującej się na wilczym pysku emocji, ale wyczuł, że pod zwierzęcą czaszką usiłowały formować się na wpół ludzkie myśli. Być może stwór starał się przypomnieć sobie zasady według jakich działała magia, by ocenić instrukcje Tarranta. Być może zadawał sobie pytanie, czy jest w stanie poddać się komukolwiek do stopnia, jaki był od niego wymagany.
Jeżeli nie, pomyślał Tattant, to umrzesz.
– Zgadzasz się zatem na moje warunki? – naciskał.
Oczy wilka spoczywały na nim. Nieprzeniknione.
Ostatecznie – słabo – bestia skinęła głową.
Odsuwając się, Tarrant przygotowywał w myślach plan tego, co musiało nastąpić. Zmiana kształtu była zdecydowanie najtrudniejszą ze sztuczek w repertuarze czarnoksiężnika, wielu zginęło próbując ją opanować. By przyjąć formę innego stworzenia, należy poddać swe ciało i duszę w całości pod działanie fae, pozwalając na kompletną dominację. Był to przerażający i ogromnie skomplikowany proces. Najdrobniejsza nawet pomyłka oznaczała uwięzienie pomiędzy formami, a taki stan nie był możliwy. Niewielu odważyłoby się na takie ryzyko, jeszcze mniejszej liczbie z nich by się to udało.
Co się tyczyło transformacji jaką miał przeprowadzić Tarrant na innym człowieku... to wymagało takiego samego poddania, lecz nie tylko fae. Ten zmieniony w wilka człowiek musiał dobrowolnie powierzyć swą duszę w ręce Tarranta, bez zastanowienia i oporu. Tarrant przypomniał sobie albinosa takim, jakim zapamiętał go z wizji: próżny, arogancki, dumny. Czy ktoś taki był w stanie okazać posłuszeństwo? Jeżeli przypuszczenia Tarranta były słuszne i jego duch został złamany przez lata spędzone w Puszczy, to może istniał cień szansy. Jeśli nie, Tarrant musiałby pozyskać szukane przez siebie informacje z prochów tamtego. Trudne, lecz nie niemożliwe.
Przymknąwszy na moment oczy, wezwał zaklętą w mieczu moc zimnego ognia i zaczął splatać z niej monumentalne zaklęcie. Niebieskie płomienie buchnęły z ostrza: zimny, nienaturalny ogień, dla którego paliwem była sama śmierć. Parę wilków zawyło w popłochu, inne uciekły do lasu, a za nimi ruszyły kolejne. Po chwili polana opustoszała. Tarrant pozwolił, by czar opadł.
Zapadła cisza.
Teraz, powoli, pomyślał.
Czuł potęgę Puszczy czającą się na krawędzi jego świadomości, była tam, gdy tylko zaczął zaklęcie Transformacji. Tego rodzaju czar wymagał niebagatelnych ilości energii. W normalnych okolicznościach użyłby zasobów dostępnych wokół niego, przyzywając tyle mocy, ile było mu potrzebne. Refleks czarnoksiężnika. Lecz gdyby chciał użyć tych prądów na swój użytek, one spróbowałyby zrobić z niego swoją marionetkę. Nawet gdyby udało mu się obronić, koncentracja, jakiej by to wymagało, zniweczyłaby jego dotychczasowe poczynania. Transformacja żywego ciała nie pozostawiała żadnego marginesu błędu.
Musiał użyć tego, co miał pod ręką.
Ostatecznie, gdy przeplótł już całą dostępną mu fae i uformował ją zgodnie ze swoją wolą, skierował potężne zaklęcie Transformacji w stronę ciała wilka. Zwierz jęczał spazmatycznie, gdy ogarniała go potężna magia Tarranta, lecz nie można było się spodziewać niczego innego; zmiana kształtu nie należała do najprzyjemniejszych procesów. Zmieniając ciało wilka organ po organie – komórka po komórce – Tarrant narzucał mu nowy, ludzki kształt. Całość stawała się coraz bardziej człowiecza. Coraz bardziej i bardziej. Zazwyczaj zmiany podczas Transformacji zachodziły w ciągu mgnienia oka, a efekt końcowy widoczny był od razu, ale to nie była zwyczajna Transformacja. Każda, pomniejsza nawet część tego procesu musiała być zgodna na swój sposób, kombinacja organów, kończyn zdolna do podtrzymywania życia. Od wiedzy biologicznej Tarranta zależał dobór właściwej ścieżki, a od niej zależało, czy podmiot przeżyje, czy też nie.
Ciało albinosa było niegdyś ludzkie i na jakimś nieokreślonym, metafizycznym poziomie zdawało się pamiętać swoją poprzednią postać. Gdy tylko Tarrant to pojął, pozwolił by samo nadawało sobie kształt, jemu pozostało jedynie nadzorowanie procesu. Powoli kończyny wilka zaczęły się wydłużać i prostować, zęby zmniejszy się, a klatka piersiowa zapadła. Parszywe futro odpadało całymi płatami, pozostawiając krwawą warstwę skóry, która następnie stałą się różowa i surowa, a potem biała i delikatna. Ciało albinosa drgało, ale on sam zdradził się jednym czy dwoma jękami bólu, znosząc większość cierpienia w ciszy. Być może pamiętał wystarczająco dużo o czarnoksięstwie, by wiedzieć, że ból był tutaj kluczem do sukcesu.
Wreszcie było po wszystkim. Ciało leżące przed Tarrantem było teraz nagie i brudne, ale bez wątpienia ludzkie. Klatka piersiowa wznosiła się i opadała nierównomiernie, jego oddech był płytki, ale płuca działały bez zarzutu. Serce pompowało krew na tyle mocno, że widoczne pod skórą mężczyzny żyły pulsowały wyraźnie; puls mieścił się w ludzkich normach. Rana na boku zniknęła, najwyraźniej ciało, powracając do pierwotnej postaci, uleczyło się samo.
Pozwolił, by jego moc opadła, i czekał.
Przez dłuższą chwilę obiekt jego czarów leżał nieruchomo, bez jakichkolwiek oznak świadomości. Tarrant miał nadzieję, że mózg nie został uszkodzony na tyle, by uniemożliwić komunikację. Jeżeli tak się stało, to całe to przedsięwzięcie było daremne.
Niezwykle powoli, cienkie, niemal przezroczyste powieki otworzyły się. Szkarłatne źrenice otoczone były gęstą pajęczyną popękanych naczynek, sprawiło to, że gałki oczne przypominały czerwone kule.
– Jak cię zwą? – zapytał Tarrant.
Zmarszczył brwi, próbując przyswoić pytanie. Tarrant dał mu na to czas. Bez względu na to, jakie ośrodki mowy przetrwały w mózgu tego mężczyzny nienaruszone, nie używał on ludzkiej mowy od bardzo długiego czasu. Przypomnienie sobie jak mówić mogło zająć mu dłuższą chwilę.
– Amoril – wyszeptał wreszcie. Krzywił się, mówiąc jak gdyby wychodząca z gardła słowa sprawiały mu ból. – Imię... Amoril – powtórzył.
– Skąd pochodzisz, Amorilu? – zapytał Tarrant.
Czerwone oczy zniknęły pod powiekami, gdy starał się sobie przypomnieć. Wyglądał zdecydowanie bardziej ludzko z zamkniętymi oczami.
– Nie pewien... nie pamięta... może Sattin? Dawno temu...
Jego pamięć długotrwała mogła zostać uszkodzona, zaobserwował Tarrant. I łatwiej będzie można go kontrolować, jeśli nie zostanie przywrócona.
– Pić – wysapał albinos. – Wody, proszę.
Jego prośba była jak najbardziej uzasadniona, nie zmieniało to faktu, że Tarrant nie mógł jej spełnić.
– Będziemy musieli poszukać wody, nie mam przy sobie zapasów dla żywych.
Przekrwione oczy wpatrywały się w Tarranta, szeroko otwarte. Przez moment Amoril wgapiał się w niego, jakby chciał ułożyć sobie w głowie, co właściwie widzi.
– Czym jesteś? – wysapał.
– Stworzeniem pierwotnie bardzo podobnym do ciebie – odpowiedział Tarrant. Ale mniej bezmyślnym i o silniejszej woli. – Teraz jestem czymś... innym.
Oczy albinosa zwęziły się – nagle skrzywił się, cień bólu przemknął po jego twarzy. Zapewne usiłował spleść zaklęcie, uświadomił sobie Tarrant. Dotyk fae musiał przypomnieć mu, co się stało, gdy ostatnim razem próbował to zrobić. Mężczyzna będzie musiał poznać prawdę o swojej przeszłości bez pomocy Poznania.
Wskazówki tam były, Tarrant to wiedział, trzeba było tylko szukać w odpowiednim miejscu. A czarnoksiężnik powinien to wiedzieć
Niech to będzie dla ciebie test, pomyślał ponuro.
– Jesteś zrodzony z ciała – wykrztusił z siebie Amoril. – Ale nie jesteś żywy.
– Zgadza się – powiedział poważnie Tarrant.
– A jednak nie jesteś też martwy, nie naprawdę martwy. To takie dziwne...
Tarrant milczał.
– Twój strój... jakby z innej epoki. Jak gdyby. – Zdolność do artykułowania zdawała się do niego powracać; każde kolejne słowo przysparzało mu mniej trudności. – Z twoich czasów? – Potrząsnął głową. – Niewielu żyje tak długo. Żywi umierają, chodzące trupy są niszczone.
Tarrant ciągle milczał. Upiorne, czerwone oczy studiowały go z góry na dół. Być może oceniając bladość skóry, albo jej lekko nienaturalny odcień.
– Krwiopijca? – zapytał wreszcie.
Delikatny uśmiech wykwitł na twarzy Tarranta, gdy wstawał z ziemi.
– Między innymi. – Wyciągnął rękę, by pomóc albinosowi wstać. – Jestem Gerald Tarrant, pierwszy neohrabia Merenthy – powiedział, delikatnie, acz znacząco akcentując słowo pierwszy. Jeżeli ten człowiek wiedział cokolwiek o historii, to zdawał sobie sprawę, jak dawno temu utworzono ten tytuł.
Po chwili wahania Amoril chwycił wyciągniętą dłoń i z pomocą Tarranta podniósł się na nogi. Gdy się wyprostował, stanął stabilnie; jego ciało najwyraźniej pamiętało, jak poruszać się jako istota dwunożna.
– Niedaleko jest rzeka – powiedział Tarrant. – Będziesz mógł zaspokoić pragnienie. – Zmierzył albinosa wzrokiem. Przyglądał się żałosnej, umazanej błotem sylwetce i zmatowiałym od krwi włosom, po twarzy przemknął mu cień obrzydzenia. – I się umyć – dodał.
Zimny wiatr wdarł się na polanę; Tarrant zobaczył, że Amoril się trzęsie. Przypomniał sobie, że żywe ciało jest wrażliwe na zmiany temperatury. Rozpiął płaszcz i zaoferował go albinosowi. Amoril zawahał się, ale przyjął dar. Tarrant patrzył jak ten zakłada jego wspaniały, wełniany płaszcz na swoje brudne cielsko i doszedł do wniosku, że nie będzie chciał go z powrotem.
– Jak zostałeś zraniony? – zapytał. – Nie wyglądało mi to na robotę zwierzęcia.
– Nie zwierzęcia. – Albinos mówił już prawie płynnie, lecz jego wymowa wciąż kulała. – Ludzka suka. Stalowa zbroja. Nie wiem skąd się tu wzięła. Miała znak Jedynego Boga, o tu – uderzył się lekko w pierś. – Walczyła jak demon. Była ranna. Nie przetrwa długo. – Czerwone oczy zabłysły w ciemności, wygłodniałe. – Czy mam ją dla ciebie zabić, mój Panie?
– Nie trzeba– odpowiedział Tarrant, ignorując lekką nutę sarkazmu, jaka zabrzmiała w tytule, którym obdarzył go albinos. Minie trochę czasu, nim służenie będzie dla niego naturalną czynnością. – Sam się tym zajmę.
Amoril przekrzywił głowę i uśmiechnął się.
– Jesteś głodny?
Tarrant nie odpowiedział.
Jeżeli na napierśniku kobiety widniał symbol Jedynego Boga, oznaczało to, że prawdopodobnie była rycerzem Kościoła. Być może nawet jedną ze świętych Łowców. Teraz znajdowała się w miejscu, gdzie aż roiło się od stworzeń, które poprzysięgła tępić. Opuszczona przez swój zakon. Bez jakichkolwiek wątpliwości obawiała się zginąć tu za sprawą plugawych istot i tym samym zhańbić swoje powołanie. To był największy koszmar dla każdego krzyżowca.
Zastanawiał się, jak smakował strach w jej krwi.
– Gdzie ona jest? – spytał.
Albinos wskazał na południowy wschód.
– Niedaleko. Idzie wzdłuż wyschniętego strumienia. Niedaleko. – Zawahał się. – Wsłuchaj się w Puszczę, ona powie ci gdzie iść.
– Twierdzisz zatem, że Puszcza ma świadomość? – zapytał ostro Tarrant.
– Nie. Nie. Nie jest świadoma. Nie. – Albinos owinął się ciaśniej płaszczem, próbując znaleźć właściwe słowa. – Jest tu wiele snów – powiedział w końcu. – W ziemi, w powietrzu, w glebie. Ludzkich snów. Fae je odbija. Jak lustro.
Zgadzało się to z hipotezami Tarranta. Lecz czy były to informacje sprzed transformacji albinosa, gdy jeszcze był człowiekiem i badał Puszczę, a może pomieszało mu się w głowie po niedawnej przemianie i wyobrażał sobie różne rzeczy? Jedynie czas mógł dać odpowiedź.
Odwrócił się by odejść, lecz albinos uczepił się jego ramienia. Tarrant nie przywykł do tego, że ludzie go dotykali, więc kiedy się obrócił, jego mina była tak groźna i mroczna, że Amoril odruchowo się cofnął, w jego oczach był strach.
– Nie mogę zostać tu sam – zaprotestował albinos. – Nie bez Sztuki. Bez ochrony. Zbyt niebezpiecznie.
Tarrant głośno wypuścił powietrze, by dać upust rozdrażnieniu. Ale Amoril miał rację. Był teraz jedynie człowiekiem i to słabym, bez zbroi czy broni. Stworzenia bojące się podejść do Tarranta nie wahałyby się przed rzuceniem się na taką łatwą zdobycz, jaką był albinos. Zostawienie go tu samego było jak podpisanie na niego wyroku śmierci.
Wysuwając lekko miecz z pochwy, Tarrant przesunął kciukiem po ostrzu, tak by popłynęła krew. Sięgnął w stronę Amorila. Czerwone ślepia zabłysły strachem, lecz tym razem albinos nie odsunął się. Tarrant roztarł swoją krew wzdłuż czoła Amorila, szepcząc przywołał odrobinę pozostałej w mieczu mocy, by dodać do gestu osobistą esencję. Krew kontrastowała z mlecznobiałą skórą jak świeża rana.
– Teraz Puszcza będzie reagować na ciebie tak, jak reaguje na mnie – powiedział. – Więc dopóki nie napotkasz jakiegoś miłośnika nieumarłych, nic nie powinno ci się stać.
Następnie wmieszał się w cienie i opuścił polanę, byleby zdążyć nim znów coś rozproszy jego uwagę.

***
Wyczuwał jej strach w powietrzu. Niósł mu go wiatr, niosła ziemia, niosły wijące się u jego stóp prądy fae. Jego bukiet był złożony i kuszący niczym najwytrawniejsze wino, wzbudził w nim głód tak potężny, że nawet jego dusza drżała z pożądania. To, że jej strach był uświęcony w swej naturze, jedynie dodatkowo go prowokowało. Była to emocjonalna perfuma kobiety, która nie bała się fizycznych ran ani nie znała prawdziwego strachu. Nie bała się nawet śmierci, jej duch skręcał się w boleściach na myśl, że zawiedzie swego Boga. Święta służba: jej smak palił język Tarranta, jak przyprawa na ludzkiej potrawie raczej podkręcał apetyt, aniżeli go odbierał.
Na początku był zaskoczony, że mógł wyczuć tak dokładnie smak jej emocji bez udziału krwi, ale kto powiedział, że te odczucia były w ogóle prawdzie? Fae mogła zwyczajnie odwzorowywać jego głód, używając go przeciw niemu. Wybierać szczegóły pragnienia z jego umysłu tak, by łatwiej uwierzył w fałszywe odczucia. Metafizyczna przynęta. Poddaj się mocy Puszczy, dochodziły go uwodzicielskie szepty. A wszystko czego łakniesz zostanie ci dane.
Wystarczyło wyobrazić sobie, że to była prawda!
Kobieta poruszała się teraz szybciej; biorąc pod uwagę jak bardzo była ranna, można było wiele wywnioskować na temat zarówno jej siły ducha, jak i ciała. Tarrant widywał już ludzi zaprzeczających swojej śmiertelności, podtrzymywanych przy życiu jedynie przez pasję. A czyż istniała większa ludzka pasja ponad religijną wiarę?
W odmętach jego czarnej duszy odezwały się dawno niesłyszane echa życia, które utracił, o którym zapomniał. Przypomniał sobie człowieka wiary jadącego konno na wojnę w imieniu Boga, sztandar jedynego Kościoła łopoczący na wietrze ponad jego głową. Jakimże idealistą był ten człowiek. Jakże czyste były jego intencje. Jakiż on był oddany wszystkiemu, co moralne i prawe.
Ale już nie jest.
Wspomnienie zatonęło w głębinach jego duszy, odeszło w niepamięć.
Gdybym nie kochał Boga tak mocno, nie byłoby żadnej mocy w zdradzeniu Go.
Zbliżał się do niej. Być może słyszała gałązki, które od czasu do czasu celowo łamał. Być może to przerażało ją jeszcze bardziej. Niespodziewanie usłyszał ciche plaśnięcie, a zaraz po nim krzyk bólu. Dotarła do miejsca, gdzie w korycie była już woda i poślizgnęła się na mokrych kamieniach. Nowy ból. Nowy strach.
Zapowiadała się iście królewska uczta.
Ruszył szybciej w jej stronę, gotów zbliżyć się do swojej ofiary i zdobyć ją, gdy nagle fae ziemi wystrzeliła do góry, rozpryskując wysoko w niebo krople bladoniebiesko mocy. Mrugał, lekko oszołomiony, a krople spadały na niego z nieba dziwacznym deszczem. Gdy tylko dotknęły jego skóry, wiedza wlała się nieproszona w jego umysł. Lecz w nieuporządkowany sposób, jak to ma miejsce bez użycia Sztuki. To był istny chaos surowych, niepoukładanych informacji, które wryły się w zakamarki jego świadomości, wypierając wszelkie inne myśli.
Dokładnie wiedział, gdzie ranna jest jego zdobycz, jak groźne dla życia są poszczególne obrażenia. Rozumiał źródło jej bólu, jej wiary i jej strachu. Całe życie złożone ze wspomnień kobiety przemknęło mu przed oczyma, obrazy wlewały się jeden na drugi z taką prędkością, że jego umysł nie nadążał z ich absorbowaniem. Koszmary dziewczynki, troski nastolatki, żale dorosłej kobiety i desperacja rycerza. Tysiące bitew rozgrywało się w jego umyśle, walczyła przeciw koszmarom, ciemiężcom, despotom i rywalom, przeciw zrodzonym z fae demonom – było tego zbyt dużo, by zdrowy rozum mógł to pomieścić. Instynktownie sięgnął po moc, wiedząc że musi wznieść jakąś barierę obronną, zanim te szalone majaki dotrą do granic jego jestestwa. To był odruch, refleks czarnoksiężnika, użyty bez zastanowienia. To był śmiertelny błąd. Tarrant przeklinał swój brak rozwagi w momencie, gdy cała moc Puszczy zaczęła wlewać się do jego umysłu.
Gorąca moc wypełniła jego duszę, koszmarne energie tryskały z ziemi, by go pochłonąć. Towarzyszący temu chłód był tak wielki, że zmroził krew nawet w jego nieumarłych żyłach. Istny amalgamat straszliwej, mrocznej energii fae, o której istnieniu Tarrant do tej pory nawet nie miał pojęcia, niestałej w swojej strukturze. Wir mocy zaczął się przed nim materializować, metafizyczne siły manifestowały się na planie materialnym. Wiatr zaczął wiać w niego z siłą cyklonu, zaledwie po chwili był uwieziony w kokonie z krążących wokół śmieci, drzazg oraz odłamków kamieni, które rozcinały jego ciało przy każdym ruchu.
I głód Puszczy wlał się w niego. To nie był ludzki głód nic, co czego mógłby doświadczyć normalny czowiek, to było coś o wiele bardziej pierwotnego: pociąg, potrzeba pochodząca z samej ziemi. To była dusza Puszczy, szalona, niestabilna pustka, której jedynym celem było wchłonąć duszę każdego człowieka napotkanego na drodze, chęć wchłonięcia każdego źródła witalnych energii w zasięgu zmysłów. Tarrant zaprosił tę energię do własnej duszy. Fragmenty wspomnień przelatywały mu między oczyma, w miarę jak jego jaźń była rozrywana na strzępy. Kawałki przeszłości odrywane od całości tak, by dały się wchłonąć. Kilka myśli należących do kobiety również mignęło mu przed oczami. Nie miał czasu na pozbycie się ich – Puszcza nie dbała o to, czyje wspomnienia pochłania, jej bezrozumny głód był w pełni tolerancyjny.
Nogi się pod nim ugięły i upadł na ziemię. Ból upadku był rzeczą marginalną, zepchniętą na bok przez wojnę, jaka toczyła się wewnątrz jego ciała. Fae przekonfigurowywała każdą komórkę jego ciała, wypalając biologiczne zabezpieczenia, które stanowiły o jego fizycznej postaci, zastępując je wzorami oddającymi jej własną spaczoną esencję. Agonia, jaką odczuwał Tarrant, podwoiła się, gdy jego organy wewnętrzne zostały wyrwane ze swoich mocowań, czuł jak kości się wykręcają i wypaczają, układając się w nową formę. Tak jak miało to miejsce w przypadku Amorila.
Lecz on nie był Amorilem.
Niewielka część umysłu Tarranta wciąż trzeźwo myślała. Wiedział, co musi zrobić. Zdawał sobie sprawę z ryzyka jakie to za sobą ciągnęło i co się stanie w razie porażki. Mutacja Amorila była ledwie bladym cieniem jego własnej.
Nie po to przeszło cztery wieki temu oddał duszę ciemności, nie po to zniszczył wszystko, co kiedyś było mu tak drogie, by teraz stać się bezmózgą bestią.
Otwierając swą duszę na oścież, porzucając wszelkie mechanizmy obronne, jakie mu zostały, przyjął fae.
Moc wbiła się w niego, a on nie protestował, owinął swoją wolę wokół niej i pozwalał, by weszła w niego jeszcze głębiej. Fae z lubością czerpała z niego, nienasycona. Wyczuwał odchodzące w niebyt granice swojego fizycznego jestestwa i przez moment zawrzała w nim zwyczajna panika. To był moment, w którym Amoril się zachwiał, jego własny strach go zgubił. Ale Gerald był silniejszy, nic nie osłabiło jego koncentracji, nawet dezintegracja własnego ciała. W przeszłości walczył z demonami, wypowiadał wojny zazdrosnym bogom – a bardzo dawno temu – paktował z siłami tak mrocznymi, tak toksycznymi, że żadna żywa istota nie zdołałaby stanąć przed ich obliczem. I przetrwał wszystko. Wciąż tu był. Niechaj będzie przeklęty, jeżeli pozwoli, by ten kawał lasu go pokonał, fae czy nie fae.
Jesteś moja, pomyślał władczo. Począł narzucać fae swoją wolę, modelować ja zgodnie z jego życzeniem. Przez chwilę dwie siły tkwiły w martwym punkcie, bo Tarrant rzucił całą moc swojego ludzkiego intelektu przeciw prymitywnej potędze Puszczy... aż w końcu poczuł, że opór ustępuje. Z początku był to jedynie przebłysk słabości, lecz tylko tyle było mu potrzeba; zgromadził całą siłę, jaką dysponował i natarł na inwazyjną energię, by uczynić ją swoją własną. Uderzyła go fala nowego bólu, jego ciało odzyskiwało dawną postać. Był to ból zwycięstwa i przyjął go z lubością.
A potem, wreszcie, wszystko dobiegło końca.
Ocknął się skulony na ziemi, jak Amoril podczas Przemiany. Sprawdzając, czy wszystkie kończyny są takie, jakimi być powinny – a były – uświadomił sobie, jak mało brakowało, aby podzielił los albinosa.
Wiatr ucichł równie nagle jak się zaczął, jedynym dowodem na szalejący do niedawna sztorm były otaczające go szczątki. Jego miecz leżał na ziemi tuż obok; musiał dobyć go podczas zmagań. Ostrze z zimnego ognia lśniło niewyraźnie, prawie cała jego moc została zużyta. Nogi miał osłabione, ale mógł stać, cała reszta jego ciała zdawała się funkcjonować jak należy. Musiało wystarczyć. Wciąż czuł obecność Puszczy na obrzeżach świadomości, znajdowała się na granicy wtargnięcia, ale nie stanowiła chwilowo zagrożenia.
Usatysfakcjonowany, schował miecz.
Rozglądając się wokół zdał sobie sprawę, że Puszcza wydaje mu się jakby odmieniona. Mniej chaotyczna. Bardziej żywa. Przystanął i przez dłuższą chwilę starał się ustalić, co dokładnie się zmieniło. Gdy w końcu uświadomił sobie, co się stało, wciągnął z wrażenia powietrze. Ani drzewa, ani bestie czające się w cieniach nie zostały zmienione, nawet prądy fae były takie same... to on się zmienił.
Wyczuwał rytm serca Puszczy, istną mieszaninę żywych energii, które pulsowały pod powierzchnią świadomości, łącząc wszelkie żywe stworzenia w jednym wspólnym celu. Wyczuwał zrodzoną z koszmarów energię, płynącą przez ziemię niczym krew, wyczuwał rozległą sieć metafizycznych żył, które ją zawierały. Zdawało mu się, że jest w stanie wyczuć każdą żywą istotę w Puszczy, zrodzoną z ciała i z fae, żywą i martwą. Nie był jednak w stanie wyłowić pojedynczej istoty z tego chaosu informacji.
Wyczuwał również kobietę.
Była spragniona. Tak bardzo spragniona. Odnalazła źródło wody i nabierała jej w ręce, łapczywie zbliżając je do ust, lecz jej pragnienie pochodziło z głębi nadwyrężonego ciała i miało więcej wspólnego z utratą krwi i wyczerpaniem, niż z suchym gardłem. Mimo wszystko odczuwał przyjemność, jaką sprawiało jej picie, pozwoliła sobie nawet na iskierkę nadziei po dobrodziejstwie, jakim było napotkanie źródła wody. Nikła nadzieja, ale ona trzymała ją mocno w garści, niczym tarczę, zdolną odpędzić strach, który był w stanie powstrzymać ją przed dalszą wędrówką.
Jakże silna była jej dusza.
Gdy tylko zaczęła się znów poruszać, on o tym wiedział, tak jak poprzez tysiące istot, na które miało to wpływ wiedziała o tym Puszcza. Czuł ciężar jej kroków, przez insekty znajdujące się w glebie, ciepło jej ciała poprzez drzewa, o które się ocierała, zachwiania jej oddechu poprzez liście, jakie nim poruszała. No i oczywiście jej strach. Jego fale rozchodziły się w nocy, obmywając go jak czarna fala. Przymknął powieki by rozkoszować się aromatem, wyczuwał drapieżniki czające się w ciemnościach, poruszone jego podnieceniem. Wtem otworzył oczy i położył dłoń na pobliskiej gałęzi, ona również odpowiedziała na jego dotyk – kora po jednej stronie się złuszczyła, a sama gałąź zwinęła się niczym wąż.
Zapoluj ze mną, zdawała się szeptać Puszcza. Nakarm nas oboje.
Mimo przegranej w bezpośrednim starciu, Puszcza starała się dopiąć swego poprzez uwodzicielskie sugestie. Jej natura domagała się, by pochłonąć wszystkie stworzenia w jej granicach. Gdyby dał jej na to pozwolenie, bez wątpienia by jej się udało.
Lecz niektórych pokus nie można było uniknąć.
Stał w ciszy, rozważając możliwe opcje. Wtem skinął z lekka głową i ruszył na przód w stronę zwierzyny.
Bestie Puszczy ruszyły w ślad za nim.

***
Krew.
Gorąca.
Pulsowała w jej skroni.
Zdawało się, że ktoś rozłupał jej czaszkę. Może tak było. Może umarła i poszła do Nieba. Albo Piekła. Było jej teraz wszystko jedno. Gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj.
Przez moment leżała nieruchomo na ziemi, nie chciała otwierać oczu i znów przeżywać tego koszmaru. Lecz jej głowa płonęła, a klatka piersiowa kurczyła się z każdym oddechem. Wiedziała, że jeżeli chce liczyć na jakąkolwiek szansę przetrwania, musi iść dalej.
Z jękiem podniosła twarz z pokrytej szlamem ziemi, mrugając i usiłując się pozbierać. Nad jej głową księżyc wciąż świecił jasno. Nie minęło zbyt dużo czasu. To chyba dobrze? W ramieniu czuła rwący ból, w miejscu gdzie wilk zdołał ją ugryźć, lecz kończyna reagowała na bodźce jak należy, czyli nie było żadnych nowych złamań. Nie było też śladów krwi pod karwaszem. Również dobry znak.
Czemu właściwie jeszcze żyła?
Rozejrzała się w poszukiwaniu miecza. Leżał na ziemi, parę jardów od niej. Wilk musiał uciec po tym, jak go zraniła, ciągnąc broń za sobą, póki sama nie wypadła. Jeżeli reszta watahy podążyła za nim, to by tłumaczyło, czemu jeszcze żyła. Podczołgała się do broni i użyła jej jako podpórki przy wstawaniu. Gdy się wyprostowała, ciężko jej było utrzymać równowagę, chwiała się, a oczy nie chciały skupić się na jednym punkcie. W swoim życiu była już ranna wystarczająco wiele razy, by rozpoznać przyczynę oszołomienia. Straciła dużo krwi. Jeżeli wkrótce nie najdzie uzdrowiciela, który zatamuje krwotok, nie przeżyje.
Zmusiła się do ponownego ruchu. Powłóczyła nogami, potykała się co chwilę, ale pozostanie w tym miejscu nie wchodziło w rachubę. Musiała iść dalej, i to szybko. Tak szybko, jak tylko była w stanie. Każda minuta była na wagę życia. Jej życia.
Boże Ziemi i Eterny, pomóż mi pozostać na nogach. Jeszcze tylko przez parę godzin.
Ale zdołała ujść zaledwie parę kroków, nim nogi się pod nią ugięły. Pochodnia wypadła jej z rąk, gdy usiłowała złagodzić swój upadek. Zaryła twarzą w ziemię, prawe kolano uderzyło w kamień. Lodowato zimny płyn spłynął jej po czole, szokując w zetknięciu z rozpaloną przez gorączkę skórą. Gdzieś w oddali pochodnia zasyczała i zgasła.
Woda.
Gdy tylko jej oczy odzyskały ostrość widzenia w świetle księżyca, zauważyła że leży w płytkiej sadzawce, z której niczym błyszczące macki rozchodziły się strumienie wody. Na ten widok wezbrało w niej pragnienie, lecz myśl o piciu czegokolwiek z ziemi sprawiła, że jej żołądek wywracał się na drugą stronę. Bóg jeden wiedział, jakie obrzydliwe pasożyty czaiły się w tej wodzie. Krople potu spływające po twarzy przypomniały, jak wiele czasu minęło, odkąd miała coś w ustach, i jak wiele jeszcze może minąć, nim będzie miała ku temu okazję.
Jeżeli nie masz siły dotrzeć do uzdrowiciela to i tak jesteś zgubiona, powiedziała sobie w duchu.
Pochyliwszy się, nabrała wody i zbliżyła ją do ust. Smakowała dziwnie, ale nie obrzydliwie. Po chwili wahania zaczęła pić łapczywie. Zimna woda łagodziła ból wyschniętego gardła i chłodził rozgrzane gorączką ciało. Po jakimś czasie, czując w żołądku ciężar lodowatego płynu, przestała pić, zdając sobie sprawę, z czym wiązała się zbytnia łapczywość.
Jakimś nieznanym sposobem woda oczyściła jej myśli, postanowiła więc zbadać otaczającą ją sadzawkę. Powierzchnia była zmącona przez jej upadek, ciężko było dostrzec jakiś naturalny prąd; po chwili kobieta podniosła z ziemi liść i położyła go na tafli wody. Wirował chaotycznie przez parę sekund, a następnie powoli zaczął się od niej oddalać. Patrząc na listek poczuła, jak cień rozpaczy nieznacznie wypuszcza jej serce ze swych szponów. Prąd oznaczał grawitację, kierunek... i nadzieję. Przyjmując, że ten mały strumyk nie niknął gdzieś pod ziemią, być może ją stąd wyprowadzi.
W oddali zawył wilk.
W panice obracała głowę we wszystkie strony, szukając źródła dźwięku, ale nie dostrzegła niczego, poza blaskiem księżyca i cieniami. Stanęła na nogach tak szybko, jak było to możliwe, ale obite kolano odmówiło posłuszeństwa. Pochodnia wpadła w najgłębszą część sadzawki i była doszczętnie przemoczona, nie marnowała więc czasu na jej odzyskanie. Jeżeli wilk nie był świadomy jej obecności, może miała jeszcze szansę, ale tylko jeżeli będzie się poruszać naprawdę szybko.
Kolejny wilk zawył, a po nim jeszcze jeden. Dźwięk był przerażający, upiorny i sprawiał, że skóra na jej ciele pokryła się gęsią skórką. Czy to były te same zwierzęta, z którymi walczyła? A może jakieś inne wezwane przez Puszczę bestie. Zaczęła iść wzdłuż strumienia tak szybko, jak tylko mogła, lecz gdy tylko jej prawa stopa dotykała podłoża, przychodził potworny ból w kolanie. Mocno kulała.
Usiłowała o tym nie myśleć, skupiać się na jednym tylko celu. Patrz na wodę. Nie spuszczaj z niej wzroku. Idź naprzód...
Wtem usłyszała ruch jakiegoś zwierzęcia, biegnącego przez las z jej prawej strony, przebijającego się przez zarośla. Robiło sporo hałasu. Zaledwie po chwili z lewej również dobiegły ją podobne dźwięki. Najwidoczniej bestie zwęszyły trop i miały zamiar ją okrążyć. W tempie, w jakim się obecnie poruszała, nie miała szans, żeby im uciec.
Zaciskając zęby z bólu, zaczęła biec. Niepewny trucht, to wszystko, na co było ją stać, ale lepsze to niż chód. Raz czy dwa noga zaplątała się jej w zwisającą nisko gałąź czy pnącze. Miała szalone wrażenia, że Puszcza starała się ją uwięzić. Udawało jej się przeskoczyć przez większość przeszkód, a przez pozostałe przedzierała się siłą, parła naprzód. Biegła jak ranne zwierze, wykorzystując zmagazynowane w ciele na wypadek bliskości śmierci siły. Przerażenie i walka o życie upoważniały ją do ich użycia.
Biegła jak zwierzyna.
Nagle zdała sobie sprawę, że wszelkie odgłosy dochodziły jej z lewej strony; z prawej panowała cisza. Najwidoczniej wataha zjednoczyła się, porzucając próbę okrążenia jej. Oznaczało to, że miała szansę – może i nikłą, ale jednak – im uciec.
Gromadząc całą dostępną energię, rozpędziła się i pobiegła w stronę, z której nie dochodziło ujadanie sfory...
Zatrzymała się jak wryta.
Instynktownie wyczuła, że coś było nie tak. Łapiąc oddech, z walącym sercem, starała się zrozumieć, co się dzieje. Gdy w końcu jej się to udało, strach zmroził ją niemal do kości.
Spojrzała w dół na strumień biegnący przy niej, była to zaledwie odrobina wilgoci między skałami, a potem w czarną otchłań Puszczy, która otaczała koryto wody. Strumień był jej linią życia, jeżeli straciłaby go z oczu, nie miała już nadziei na ucieczkę. Wilki pozostawiły jej przejście. Gdyby je wybrała, musiałaby oddalić się od wody. Jeżeli zaś zostałaby tutaj, wataha szybko by ją namierzyła.
Zaganiały ją.
Zdała sobie sprawę, że ma tylko dwa wyjścia: mogła pozostawić wodę i światło księżyca za sobą i uciekać na oślep, jak spłoszona zdobycz – zdecydowanie tego oczekiwali od niej jej napastnicy – lub mogła zostać tu i umrzeć, jak przystało rycerzowi Kościoła, odmawiając im ostatecznego triumfu.
Nie był to de facto wybór.
Rozglądając się w poszukiwaniu najlepszej pozycji do obrony, opanowała się, spłynął na nią niesamowity wręcz spokój. Uświadamiała sobie, że im dłużej będzie w stanie się bronić, tym więcej bestii uda jej się wysłać do piekła, gdzie ich miejsce. Niestety, tu gdzie się znajdowała, drzewa nie były równie gęste jak w miejscu jej ostatniej potyczki z wilkami. Nie dostrzegła żadnego dogodnego schronienia. Ostatecznie udało jej się namierzyć rozciągające się pajęczyną pomiędzy dwoma pniami pnącza, a ponieważ wcześniej próbowała się przez podobne przedrzeć, wiedziała jakie są mocne. Przynajmniej spowolnią atakujące ją od tyłu bestie.
Przygotowała się najlepiej jak mogła.
Odwróciła się twarzą do pościgu, a plecami do prowizorycznej osłony. Poprawiła chwyt na rękojeści miecza, wzięła głęboki oddech – na tyle, na ile pozwoliły jej poobijane płuca – i przygotowała się na swoją ostatnią bitwę.
Boże, pozwól bym mogła spełniać Twą wolę aż do końca.
Wtem wycie ustało. Wstrzymała oddech, nasłuchując jakichkolwiek oznak pościgu, lecz nie doszły jej żadne dźwięki. Czymkolwiek były ścigające ją przez Puszczę istoty, przestały się poruszać.
Przestępując nerwowo z nogi na nogę, spostrzegła,­
że jej kostka jest uwięziona przez pnącza. Próbowała strząsnąć roślinę. Pnącze chwyciło ją za nagolennik i nie było mowy by puściło. Nerwowo zerkając na znajdujące się obok drzewo, sięgnęła mieczem, chcąc rozciąć pnącza...
Lecz jej ramię również było oplątane. Nagle coś schwyciło ją za drugą kostkę. I za klatkę piersiową. Nim pojęła co się działo, pnącza owinęły się wokół całego jej ciała, trzymając mocno jak stalowe okowy. Wiedziała, że nie zdoła się wyrwać tak wielu roślinom naraz, oraz że jej jedyną nadzieją było ich przecięcie. Niestety, ręka, w której dzierżyła miecz była tak silnie oplątana, że nie mogła nią poruszyć. Gdy poczuła jak jedna z gałęzi oplata się wokół jej głowy, ogarnęła ją panika. Nieważne jak mocno próbowała, nie była w stanie się otrząsnąć.
I wtedy coś wyłoniło się z mroków Puszczy. Nie był to wilk. Stał w świetle księżyca, tuż przed nią.
Mężczyzna.
Był wysoki i szczupły, widziała wyraźnie delikatne rysy twarzy i skórę tak bladą w blasku księżyca, jakby była zrobiona alabastru. Włosy sięgały mu do ramion, w świetle słońca zapewne byłyby brązowo-złote, lecz zimne światło Dominy nadało im dziwaczny odcień popiołu. Bijący z jego twarzy nienaturalny blask pochodził od aureoli, jaką tworzyło mu nad głową światło odbijające się od włosów. Był czysty. Nienaturalnie czysty. Jego surdut w kolorze ciemnego granatu był wolny od jakiegokolwiek brudu czy kurzu. Nawet jego buty wyglądały nieskazitelnie, mimo że pod jego nogami było pełno błota. Głownia przypasanego do boku miecza jarzyła się jasnym światłem. Wtedy w pełni uświadomiła sobie swój opłakany stan. Była spocona, upodlona, brudna od błota i innych świństw, w jakich przyszło jej się czołgać. Sprawiło to, że jego pedantyczny wygląd wydał jej się podwójnie nienaturalny.
Jego oczy spoczęły na niej, jak spojrzenie kobry hipnotyzującej swoją ofiarę. Nie była w stanie odwrócić wzroku.
– Kim jesteś? – wyszeptała, swoim chrypliwym głosem.
Jego spojrzenie było zimne – tak zimne! – ludzkie w swej formie, lecz w głębi nie dostrzegła człowieczeństwa. Zauważyła, że spogląda na jej miecz, a jego twarz przybrała dziwny wyraz. Czy mógł być zrodzony z fae, wrażliwy na wiarę zawartą w jej błogosławionym ostrzu? Starała się podnieść broń wyżej, by móc się bronić, ale ten wysiłek był bezcelowy. Mucha w sieci pająka miała większą swobodę, niż ona.
Ruszył w jej stronę. Strach uwiązł jej w gardle. Zaczęła się wić, starając jak najbardziej się od niego odsunąć; w duchu przeklinała samą siebie za słabość. Cóż takiego było w tym człowieku, że wzbudzał w niej strach, jakiego nie czuła nigdy dotąd? Bała się go bardziej aniżeli wszystkich demonów, z jakimi przyszło jej się mierzyć. Czy to z powodu, że ciemność, jaką w nim wyczuwała, nie zostawiła jakichkolwiek śladów w jego wyglądzie? Piękna twarz i księżycowa poświata nad głową sprawiały, że wyglądał niemalże anielsko. Łagodnie. Czy łatwiej było obcować z potworami, gdy wyglądały w ten sposób?
Znalazł się tuż przy niej. Ogromnym wysiłkiem woli zmusiła się, by nie ukorzyć się przed jego spojrzeniem.
– Taka dzielna – powiedział czule. W jego głosie wyczuwała delikatne naleciałości, których nie potrafiła rozpoznać: echo zaginionych już krain i języków.
– Walczyłabyś ze mną, gdybyś tylko mogła, prawda? Nawet gdyby bitwa była przegrana, zanim byś ją rozpoczęła.
Sięgnął po jej miecz. W odpowiedzi zacisnęła palce na rękojeści – ale wtedy on dotknął jej i zamarła – wyjął broń z jej dłoni z taką łatwością, jakby odbierał dziecku zabawkę. Przez chwilę wpatrywał się w wyryte na uchwycie kościelne insygnia. Cała nadzieja, jaką wiązała ze świętym symbolem i tym, że powstrzyma przybysza, zniknęła, gdy dotknął jego powierzchni. Iskierka rozbawienia złowieszczo rozbłysła w jego oczach.
– Czym jesteś? – wyszeptała.
– Sługą Jedynego Boga, w sposób, jakiego nie jesteś w stanie pojąć.
Odstawił miecz na bok, wbijając go w podłoże, tuż poza jej zasięgiem. Sięgnął dłonią do jej twarzy. Usiłowała się odwrócić, ale pnącza były tak ciasne, że nie zdołała ruszyć się nawet o parę cali. Blade palce musnęły jej policzek, przedrzeźniając dotyk kochanka.
– Bezsilność – wymamrotał. – To jest twój największy strach, nieprawdaż? Lepiej odnieść tysiąc ran w walce, niż oddać kontrolę nad własnym losem w ręce kogoś innego. – Uśmiechnął się chłodno, odgarniając z jej twarzy pukiel spoconych włosów. – Jakie to smutne, że ostatecznie twoja wiara cię zdradziła.
Gniew wezbrał w niej niespodziewanie, wypierając cały strach i rozpacz; jej dusza wypełniona była rozpalonym do białości oburzeniem. Nie będę twoją marionetką, krzyczała jej dusza. Kobieta wpatrywała się w niego – był taki piękny, czysty, idealny w swej próżności – i zdała sobie sprawę, że pozostała jej jeszcze jedna broń. Być może nie odzyska dzięki temu wolności w tym życiu, ale odbierze ją, zmierzając do następnego.
Znam twoją słabość, pomyślała.
Zebrała flegmę z głębi płuc. Nie było to trudne; jej klatka piersiowa była pełna tego świństwa.
– Pierdol się! – wyryczała.
I splunęła mu w twarz.
Był wyraźnie nieprzygotowany na takie posunięcie i przez moment stał nieruchomo, a glut pełen krwi i śliny spływał mu po policzku. Ludzka fasada zniknęła, gdy chwycił ją za czubek hełmu i wykręcił jej głowę, od­-
sła­niając tym samym szyję. Ślina na jego twarzy eksplodowała tysiącem lodowych odłamków, ale kobieta wiedziała, że wciąż czuł jej ślad, niczym palące znamię. Niedoskonałość. Brud. Zaprzeczenie jego dominacji. Gotował się w nim czarny gniew, bardziej intensywny, niż jakakolwiek ludzka emocja, którą miała prawo zawierać śmiertelna dusza. Wyczuła wzbierający w nim głód krwi. Było lepiej niż przywidywała.
Zamykając oczy, wymamrotała modlitwę. Szykowała się na śmierć. Przyjmij moją duszę, Boże Ziemi i Erny, obym mogła ci służyć w kolejnym życiu, aż po wieczność.
Lecz sekundy mijały i nic się nie działo. Czuła drżenie jego ręki, w miejscu gdzie jego palce wbijały się w jej ciało. Poza tym jednak, stał zupełnie nieruchomo.
Boże, pozwól by ogarnął go gniew. Niech skonam szybko. Proszę.
Wreszcie zniżył twarz do jej gardła. Przygotowała się, że je rozszarpie, albo przetnie, albo zrobi cokolwiek innego, co sprowadzi na nią upragnioną śmierć. Lecz ta nie przyszła. Faith wyczuwała jego chłodny oddech tuż nad krawędzią jej ryngrafu. Niespodziewanie dotknął jej skóry ustami. Rozbrajająco delikatnie, w perwersyjnie intymny sposób. Czuła się bardziej splugawiona przez ten jeden pocałunek, aniżeli przez wszystko, co jej się dotąd przytrafiło. Wzdrygnęła się, gdy zimny oddech przyprawił ją o gęsią skórkę.
– Powiedz swoim mistrzom, że Puszcza ma teraz swój głos – wyszeptał jej do ucha z czułością kochanka. – Powiedz im, że intruzi nie będą mile widziani.
Po tych słowach puścił ją i odsunął się. Trzymające ją pnącza zaskrzeczały, zesztywniały i rozprysły się niczym szkło. Zamarznięte, czarne kryształy sypały się wokół niej, gdy niespodziewanie została uwolniona. Nieoczekiwany brak podpory sprawił, że opadła na kolana. Przez chwilę nie była w stanie nic zrobić, starając się złapać oddech i pojąć, co właśnie miało miejsce. Potem na niego spojrzała. Burza emocji, które chwilowo nim zawładnęły, już zniknęła. Jego spojrzenie znów było nieprzeniknione jak zamarznięte jezioro.
Wskazał w głąb Puszczy, w stronę, w którą miała zamiar biec.
– Tam jest południe – powiedział, po czym dodał: – Nic cię nie zatrzyma.
Odwróciwszy się do niej plecami, wszedł w mrok Puszczy. Po chwili nie było po nim śladu.
Faith przymknęła oczy i zadrżała. Jej instynkt samozachowawczy krzyczał, że wskazówkom takiej istoty nie można ufać. Wilki chciały zagnać ją dokładnie w to samo miejsce, dla własnych celów. Skąd mogła wiedzieć, że jego motywy były inne? Logika jednak podpowiadał co innego. Nie było sensu, by przekazywał jej wiadomość skierowaną do Kościoła, gdyby nie spodziewał się, że ją doręczy, prawda? Jeżeli miałoby to ją zgubić, zaprzeczałby własnym słowom.
Powiedz swoim mistrzom, że Puszcza ma swój głos.
Po raz ostatni spojrzała na migoczącą w strumieniu wodę, po czym odwróciła się i pokuśtykała w głąb lasu i cieni, w stronę, która, jak miała nadzieję, była południem.

***
– Nie da rady stąd uciec.
Zaskoczony, Tarrant odwrócił się, by dostrzec stojącego zaledwie kilkanaście kroków za nim albinosa. Czy ten człowiek go śledził? Jeżeli tak, to może się okazać bardziej niebezpieczny, niż Tarrant początkowo przewidział.
Perwersyjnie odkrył, że ten koncept wcale go nie niepokoił. Ostatnimi czasy zbyt mało rzeczy na tym świecie stawiało przed nim jakiekolwiek wyzwania.
– Niech to będzie dla niej test wiary – odpowiedział.
– Jej towarzysze z Kościoła tu przyjdą. Twoje ostrzeżenie ich nie powstrzyma.
Nie, pomyślał Tarrant. Moje ostrzeżenie spowoduje dokładnie to, co zamierzyłem.
Kościół nie będzie miał wyboru, będzie musiał do niego przyjść. Być może nie od razu – może za pokolenie lub nawet dwa – ale prędzej czy później będą musieli tu przyjść. Jako religia, która oddana była kontrolowaniu fae, nie mogli po prostu siedzieć z boku i patrzeć, jak ludzki czarnoksiężnik przejął dominium nad Puszczą. Przyjdą. Przyjdą w sile. Było to równie nieuchronne jak wschód słońca o poranku.
– To będzie test ich wiary – powiedział po cichu.
Nie spodziewał się, że Amoril doceni ironię tej sytuacji. Ten człowiek nie mógł wiedzieć, że w odległej przeszłości – odległym życiu – Tarrant był jednym z ojców założycieli Kościoła. Jeżeli księża przyjdą wydać mu wojnę, wydadzą ją tym samym swojemu Prorokowi.
Jeśli zdobędą się na odwagę, by wyzwać mnie w tym miejscu, będę wiedział, że moje dzieło nie poszło na marne.
– Masz zamiar tu zostać? – zapytał Amoril. Pomimo że wyartykułował tylko jedno pytanie, parę innych zabrzmiało w jego echu: Czy naprawdę moglibyśmy stąd odejść? Czy Puszcza nam pozwoli? A co, jeśli ty możesz wyrwać się spod jej mocy, a ja nie? – Czy to rozsądne?
To, że Amoril tak bardzo bał się Puszczy było oznaką słabości. Jeżeli ten człowiek miałby być mu przydatny jako sługa, Tarrant będzie musiał zniszczyć w nim tę słabość.
Przypomniał sobie chwilę, gdy jego własna siła została poddana próbie. Gdy gniew i żądza krwi szalały w jego żyłach niczym pożar, grożąc spaleniem duszy na proch, jeśliby poddał się ich pragnieniu i pożarł kobietę. Oparcie się temu atakowi wymagało całej siły jego woli, ale udało mu się. Teraz Puszcza znała jego prawdziwą potęgę. Żadne sztuczki nie mogły go zmusić do wypicia choćby kropli krwi czy zabicia na polecenie. Puszcza zmierzyła się z nim w teście sił i przegrała.
Jęzory fae lizały jego stopy niczym ozór zbitego psa. Wciąż niebezpieczne i nieprzewidywalne – co do tego nie było wątpliwości – ale jednak posłuszne jego woli. Sprawił, że Puszcza dopasowała się do niego, czy to on dopasował się od niej? Żądza krwi, która określała jego byt przez wieki, teraz wydawała się czymś odległym, pozbawionym mocy. Czyżby wreszcie się od niej uwolnił, czy może była to jedynie chwilowa przerwa? W każdym razie było to coś, co miał zamiar docenić, wolność, o której marzył przez tyle lat, ale nigdy nie podejrzewał, że jest możliwa.
Spojrzał na północ w stronę czarnych szczytów górskich, skąpanych w świetle Dominy, wznoszących się dumnie nad morzem migoczącej mocy. Wybornie. Wyczuwał, że na południu kobieta powoli docierała do wolności, pomimo że w ślad za nią nie podążały żadne zjawy zrodzone ze strachu – tak jak miałoby to miejsce wypadku normalnej kobiety – jej przerażenie było wyczuwalne, niósł je wiatr. Również wyborne.
Nic w Puszczy nie spowolni jej marszu. Przynajmniej dopóki on tak zechce.
Tyle piękna, tyle potęgi.
– Chodź – powiedział cicho. – Mamy zamek do zbudowania.
Wślizgnął się między cienie Puszczy bez najmniejszego wysiłku, jego ciemnogranatowe szaty zlały się z nimi. Albinos patrzył na niego przez chwilę, czerwone ślepia wypełniał cały szereg niewypowiedzianych emocji. Zacisnął jednak usta, lekko skinął głową i podążył w ciemność za swoim nowym panem.

Przełożył Jakub Wiśniewski


Autor: C.S. Friedman
Dodano: 2012-04-21 10:00:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS