NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Maberry, Jonathan - "Pacjent Zero"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Po staremu

Paweł Ciećwierz


Po Staremu

Od autora: Paweł Ciećwierz - urodzony w roku 1978 na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel, autor kulturowo - wampirycznego eseju pt „Synowie Kaina, córy Lilith”, zbioru opowiadań „Nekrofikcje” oraz wielu innych tekstów publikowanych w antologiach i czasopismach. Buddysta, anarchista, kolekcjoner wrażeń. Bez żony, dzieci, prawa jazdy i planów na przyszłość. Szczęśliwy. Po staremu - serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy byli na opisanej we wstępie imprezie. Cała reszta to gangsterska opowieść w stylizacji noir. Kluczowa dla akcji bohaterka jest samodzielna, inteligentna i piekielnie niebezpieczna. Parę razy spotkałem się z zarzutem, że zbyt często korzystam z takich postaci. To się raczej nie zmieni. Niezależne dziewczyny są najciekawsze, tak w życiu, jak w literaturze, a „branki wojowników” w typie bohaterek Piekary i Howarda szczerze mnie nudzą.


Ściągnij opowiadanie w formatach: pdf, epub, mobi i doc

.

I don't have to shoot. I don't even have to aim. I just smile. Deal me in.
Mark Sandman

Miałem pięćdziesiąt gramów ziela schowanych w tarczy do ćwiczeń, która i tak od miesiąca pokrywała się kurzem. Przykro mi, że nasza opowieść znów musi się zacząć w ten sposób. Na obecnym etapie znajomości masz prawo oczekiwać, że przynajmniej na początku będę trzeźwy. Jeszcze nie tym razem, ok? Miesiąc temu wróciłem z korporacyjnego przyjęcia żywych trupów prosto do Jamy, żeby zapić smutki i Doktor w rzadkim przypływie ludzkich uczuć zaproponował mi lokum na zapleczu. Przypuszczam, że chciał w ten sposób trochę uspokoić swoje sumienie, bo już dwa razy mnie zakapował, a ja nie miałem mu tego za złe. Lojalność w moim mieście redefiniuje się na bieżąco. Przyjąłem zaproszenie. Po miesiącu bezczelnej wegetacji zacząłem trochę przeszkadzać.
Gęsty dym unosił się nad dywanem. Pudełka po pizzy, butelki, książki, płyty i laptop walały się wokół legowiska, w którym czułem się jak wielki, leniwy pająk. Zły nastrój zniknął dwadzieścia gramów temu, a po kolejnych dziesięciu zapomniałem, czym był spowodowany. Tytoń do fajki wodnej ma zupełnie inną konsystencję niż marihuana, ale jeśli masz sporo ziela, trochę miodu i cierpliwości, da się coś z tego ulepić. Jedynym większym zakupem ostatnich tygodni prócz płyt Morphine i kolekcji horrorów z lat 80 był abażur w wesołych rastafariańskich barwach. Czułem się dobrze. Nie widziałem najmniejszego powodu, żeby jeszcze kiedykolwiek wychodzić na zewnątrz.
- Co się z tobą dzieje, człowieku? - Doktor próbował swoją szlachetną, słowiańską twarzą wyrazić coś w rodzaju ojcowskiej troski. Brak praktyki zniweczył jego wysiłki.
- Trochę ostatnio palę i tak jakby wypoczywam - oznajmiłem mu z uśmiechem.
- Siedzisz bezproduktywnie na dupie już miesiąc, demoralizujesz Złotko, twoja obecność źle wpływa na personel. Inaczej to sobie wyobrażałem.
- Demoralizuję Złotko? Wiesz, Złotko to fajna dziewczyna, ale ma osiemnaście lat, jest dziwką, tańczy na rurze i waży czterdzieści kilo, bo od roku jedzie na amfetaminie. Jej się już nie da bardziej zdemoralizować.
- Klienci narzekają. Po jaraniu robi się ospała. Ty też straciłeś tempo, Brighella. Takiego cię nie znałem.
- Mówisz tak, bo nie ogarniasz wzrokiem całości. Nie masz pełnego obrazu. Chcesz bucha?
- Nie palę tego gówna. Trudno się potem skupić na ważnych sprawach.
- I właśnie o to chodzi - wyjaśniłem mu oblizując spękane wargi. - To jest właśnie pełny obraz. Siedzę u ciebie, palę i nigdzie się nie ruszę.
- Twój nowy pomysł na życie?
- Póki co sprawdza się lepiej niż stary. Nie mam już zamiaru pakować się w żadne kłopoty. Ostatnio pierdolę wszystko, za co się tylko wezmę. Niedawno zrobiłem zombi z własnego kumpla, a wcześniej była wycieczka do stolicy oraz zamieszanie z rodziną Singera. Swoją drogą ciekawe jak im poszło. Czuję, że nad moim życiem ciąży jakaś klątwa. Wystarczy, że gdzieś wyjdę albo wezmę proste zlecenie i zaraz się zaczyna kocioł: przemoc, milicja, ofiary śmiertelne. Mam tego dość. Odrodziłem się, by być prorokiem Jah.
Doktor nawet nie starał się zrozumieć.
- Jama to uczciwa knajpa, a nie żaden pierdolony kościół. Jako właściciel informuję cię, że już najwyższy czas, żebyś się zebrał do kupy, bo inaczej skończysz pod mostem. Wakacje minęły.
Zgodziłem się ze wszystkim, co mówił, zerkając jednocześnie ponad jego ramieniem na ekran, gdzie prywatny detektyw z czarnego filmu płakał przed lustrem powtarzając: "Wiem, kim jestem". Zajebista scena. Widziałem ją już milion razy i zawsze przechodzą mnie ciarki. Wiem, kim jestem. Rozszarpane ciało młodej dziewczyny w zakrwawionej pościeli, winda zjeżdżająca do piekieł i Luis Cyphre zacierający z satysfakcją dłonie o długich, zakrzywionych szponach. Genialne. Z tego wszystkiego zrobiłem się trochę głodny. Czekolada, albo coś...
- Słucham? - zapytałem Doktora, bo wyleciało mi z głowy, o czym do mnie mówił.
Wyszedł bez słowa i zabrał ze sobą tarczę z całą resztą towaru. Sukinsyn.

Przyjechała parę miesięcy temu i dowiedziałem się o tym ostatni, bo wcale nie przyjechała do mnie. Wtedy jeszcze sądziłem, że chodziło jej o jakąś wysoką partię pokera. Kto wie, może tak właśnie było? Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że to, co zdarzyło się kiedyś między nami na wybrzeżu, jest historią. Oswoiliśmy się już, każde na swój sposób, z gorzkim smakiem straconej szansy, który na co dzień zanadto nie przeszkadzał. Nie my pierwsi i nie ostatni przyprawiliśmy sobie egzystencję w taki sposób. Przyzwyczajenie pozwoliło mi wreszcie po powrocie z subkontynentu stwierdzić z całą pewnością, że jej już nie kocham.
A potem wróciła do Mgławy. Okazało się, że znamy tych samych ludzi, spotykamy się na tych samych imprezach. Łączy nas środowisko naturalne. Jeśli wyobrazisz sobie Mgławę jako wielki organizm miejski, miejsca takie jak Psychocandy albo Jama będą organami zaatakowanymi przez pasożyty. I te małe, kłębiące się, ślepe robaczki, to właśnie my. Po trzech latach ciągle mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Ciągle śmialiśmy się z tych samych rzeczy. Kiedy już rzuciłeś palenie, dowodem silnej woli może być fakt, że raz na jakiś czas sięgniesz po papierosa, prawda? Nazywała się Vigil.

Koniec lata był duszny, ospały i gorący. Wychodziłem już tylko wieczorami przewalając resztę pieniędzy, która została mi po Grzesiu i jego absurdalnych pomysłach. Wilgotna zasłona chmur wisiała nad miastem nabita na wieżyce kościołów, oparta o dachy wieżowców jak słabo naciągnięta płachta namiotu. Padało codziennie, telewizja zalecała bawełniane maseczki dla ochrony przed smogiem. Światła latarni załamywały się w zanieczyszczonych benzyną kałużach. Ciepły wiatr targał śmieci, samochodowe reflektory zlały się w świetlny korowód przetaczający się wolno kanionami wytyczonymi przez stal i szkło wieżowców. Tak odbierałem świat na haju. Nic poważnego. Parę skrętów, które sprawiły, że w ogóle zachciało mi się wyjść z Jamy. Doktor wydzwaniał za mną, dlatego ściszyłem telefon i wiedziony pierwotnym instynktem ruszyłem w stronę Psychocandy.
W przepastnym i mrocznym wnętrzu tego lokalu czułem się już jak w domu. Knajpa świeciła pustkami. Latem, w środowy wieczór można tu było spotkać tylko starą ekipę. Pijaków, handlarzy, bandytów, dziwki i wałkarzy. Znajomych.
- Trzy pociski - Kulek, którego znałem już dobrych kilkanaście lat, tłumaczył coś swojej żonie - jeden dla premiera tego pseudoliberalnego burdelu w stolicy, drugi dla barana, który napisał ustawę o ograniczeniu praw obywatelskich dla heretyków, a ostatni dla ciebie, kochanie. Potrzebuję trzech kul. Potem zostanę pacyfistą.
Wszyscy wokół przysłuchiwali się dyskusji czekając, aż Betka zakończy ją w typowy dla siebie sposób. Na przykład rozbijając Kulkowi na głowie kufel z piwem. To była ich knajpiana rutyna i nawet ochroniarze nie wtrącali się już w małżeńskie sprzeczki.
- O co im poszło? - przywitałem się z ludźmi.
- Nic szczególnego - odmruknął Długi - Kulkowi się nudzi. Chce sobie przypomnieć smak szpitalnej herbaty.
Usiadłem z boku, żeby zalać alkoholem zielne odurzenie i przywrócić się do pionu. Obiecałem sobie, że już nie będę, ale co tam. Kółko mitsubishi zadziała nawet lepiej niż wóda. Wystarczyło sięgnąć przez stół, na którym walały się piguły, bletki, lufy, plastikowe woreczki i setka pustych kieliszków, bo kelnerka bała się już podchodzić do naszego stolika. Otoczenie zaczęło absurdalnie przypominać obraz ostatniej wieczerzy w wersji narko, gdzie każdy wyrzucał na blat, co miał ze sobą w kieszeniach, a wkurwiony na żonę Kulek machał rękami na osi symetrii widowiska. Mieszało mi się we łbie, więc jak Alicja połknąłem gorzką pigułkę. Za chwilę wszystko zacznie rosnąć i maleć jednocześnie. Odchyliłem się na krześle czekając na przypływ nieskoordynowanej, chemicznej energii, która poprowadzi mnie przez resztę wieczoru. To, co walało się dziś po stole, w innych okolicznościach i w innym barze kosztowałoby nas wszystkich dwadzieścia lat więzienia. Podniosłem wzrok znad blatu i nieoczekiwanie spojrzałem prosto w zielone oczy Vigil. Kiedy następnego ranka rozmawiałem o niej z Kulkiem, powiedział, że to laska z wyższej półki. Tak wysokiej, że nie widać cen.
Nie zmieniła się szczególnie od czasu naszego ostatniego spotkania. Miała silnie zarysowane szczęki kogoś, kto radzi sobie w życiu bez pomocy sponsorów i głęboko podsiniałe oczy. Pamiętałem, że potrafiła spławiać barowych natrętów jednym, przepełnionym pogardą i poczuciem wyższości spojrzeniem. Spojrzenie też zostało bez zmian. Przycięła trochę dredy, ale nadal wyglądała i zachowywała się jak nieślubna córka Strummera i Miss Dynamite. Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie dbała o to, że jest piękna. Ale wiedziała o tym dobrze.

Uśmiechnąłem się czule do barmana, bo zioło w połączeniu z pigułką uczyniło ze mnie na chwilę kochającego wszystkich i wszystko super - hipisa.
- Wypierdalać z baru - rozdarł się na mnie i prawie dostałem zawału. O co chodzi? Czyżby lato miłości minęło bezpowrotnie? Zebrałem myśli i odwróciłem się do Vigil, ale zniknęła. Czy była tylko halucynacją mojej wywróconej na nice wyobraźni? Deszczówka wlewała się przez pękniętą rurę do wnętrza knajpy. Kable sprzętu nagłaśniającego taplały się w wodzie. Może to sam Bóg zdecydował wywrzeć swoją zemstę na dekadenckiej populacji Psychocandy? Na ludziach zdegenerowanych do tego stopnia, że uprawiają pijaństwo, narkomanię i nierząd w środku tygodnia, kiedy inni oglądają telewizję. Wielki Boże, przecież nie jesteśmy aż tak zepsuci. Nie robimy tego codziennie. Raczej co drugi, czasem nawet co trzeci wieczór. Kulek przerwał moje rozmyślania. Jedną potężną łapą zgarnął ze stołu dragi, drugą wyszarpał mnie z knajpy. Tak półprzytomni i przemoczeni trafiliśmy do baru karaoke trzy przecznice dalej.

Dalsze wspomnienia tego miłego wieczoru układają się w mojej głowie w zestaw niepowiązanych ze sobą logicznie kompromitujących slajdów, którymi mógłbyś zilustrować w encyklopedii termin "zezwierzęcenie":
Ja i Vigil niekompletnie ubrani, splątani kończynami, tarzamy się po brudnej ziemi z Betką, kiedy Młody robi nam zdjęcia telefonem komórkowym.
Kulek ściga po scenie emo - nastolatka z mikrofonem, a potem wywrzaskuje do niego (mikrofonu, nastolatek spadł ze sceny) swoją wersję Riders of the storm w sposób świętokradczy wobec oryginału.
Kulturalna młodzież opuszcza masowo ulubiony bar karaoke, w którym rozpętało się piekło.
Długi przepija barmankę. Kwadrans później barmanka rozlewa wódę po blacie z pozycji półleżącej za kontuarem. Pomalowane pazury wbite w blat, żeby nie skończyć na glebie.
Moja patologiczna księżniczka tańczy półnago i boso na stole w ramionach jakiegoś nawciąganego gościa. Kulek rozwiązuje problem, kiedy gość nie chce się odczepić.
Snujący się za nami cały wieczór frajer próbuje zrobić wrażenie: "To jeszcze nic" - tłumaczy protekcjonalnie obserwując imprezę ze stołka - "musielibyście zobaczyć, co się dzieje w tawernie po regatach." "Nie bywam w takich miejscach, ty świnio" - odpowiada oburzony Kulek. Na jego białej koszulce widać abstrakcyjny deseń brudu i żygowin.
Stare, dobre czasy grzechu i upojenia, gorącej krwi i obrzydzenia wracają do nas tego dnia.
- Moglibyście trochę zluzować - zwraca się do mnie barman błędnie zakładając, że rozmawia z najrozsądniejszym przedstawicielem hordy. Potem pokazuje gdzieś palcem.
- Łysy gość, co tam siedzi, jest gangsterem. Wiesz, facet jest z mafii. Przed chwilą mi powiedział, że wkurwia go ten cały hałas.
Mimo najszczerszych chęci nic nie mogę na to poradzić, bo zaniemówiłem, a głowa obraca mi się tylko w prawo i w lewo jak kamera przemysłowa.
Ostatni slajd już przed knajpą: Kulek rzuca kieliszkami i kawałkami hamburgera w wycofującego się szybko gangsterskiego mercedesa. Potem radiowóz, jakieś taksówki, dużo szumu i negatywnych fluidów. Siedzę samotnie na chodniku obejmując dwiema rękami głowę, żeby powstrzymać eksplozję rozgrzanego do czerwoności mózgu.

Nie tak miało się skończyć. Barman wywala wszystkich o czwartej rano zamykając na klucz drzwi od knajpy. Vigil zostaje w środku bezbronna i pijana. Każde uderzenie odbija się tępym bólem w mojej zmaltretowanej czaszce, mimo to dzielnie walę w drzwi tak długo, że nie może tego zignorować. Potem wyciągam go za głowę na zewnątrz i duszę lekko przedramieniem, żeby nie zawołał ochroniarzy. Na szczęście dziewczyna rozumie powagę sytuacji, więc spieprzamy stamtąd w samą porę. Na pożegnanie kopię barmana w nery. Dopiero w taksówce oddycham z ulgą ignorując fakt, że kierowca już po pięciu minutach rozmowy oferuje Vigil darmowe prywatne lekcje jazdy. Dość już przemocy jak na jedną noc. Siedzę cicho i zachodzę w głowę, jak ona to robi, że goście kręcą się wokół jak bączki.
Noc na skrzypiącym materacu nie kończy się happy endem. Za dużo alkoholu, za mało tlenu. Zamiast gorącej sceny erotycznej nie mniej intymna alkoholowo - narkotyczna zapaść we dwoje.
Następny dzień jest oczywiście koszmarem, z którym można sobie poradzić tylko środkami przeciwbólowymi (garść) i klinem w postaci krwawej mary. Dopiero kwadrans po takiej kuracji potrafię się rozejrzeć po domu i wejść w interakcję ze światem. Mieszkanie jest niewielkie i wygląda jak z katalogu Ikei. Stworzone z myślą o młodych japiszonach, drzewkach bonzai, plazmowych telewizorach i amfetaminie w lodówce. Sielski, parkowy widok za oknem szpeci ogrodzenie z elektrycznego drutu, osiedle jest strzeżone. Nawet nie pytam, kogo zrobiła na szmaty, że stać ją na taką miejscówkę.
Moja wilgotna koszulka wygląda dziś jak rekwizyt z horroru. Do Jamy wracam więc w obcisłej damskiej piżamce w kolorze róż, którą Vigil znalazła na wyposażeniu mieszkania. Jestem pusty w ryj - w kieszeniach nawet drobnych. Wstrząsy podmiejskiego autobusu sprawiają, że niestrawiony alkohol, żółć i popite kawą środki przeciwbólowe łączą się w żołądku w żrący koktail o mocy granatu ręcznego. Zgaga, nudności, ból głowy, metafizyczna rozpacz. Czuję się słaby, smutny i bezradny, kiedy w samo południe mijam uczciwych obywateli Mgławy wyglądając jak skacowany, psychopatyczny gej. Każdy zatruty atom mojego ciała drży ze strachu i obrzydzenia. Nogi plączą się, a południowe słońce wypala źrenice aż do oczodołów. Ludzie rozstępują się przerażeni moją obecnością w handlowym centrum miasta. Próbuję to powstrzymać, zdusić w sobie, lecz sytuacja mnie przerasta i rzygam na buty pierwszemu facetowi, który odważył się na nieprzychylny komentarz. Ofiara odsuwa się rakiem nie spuszczając mnie z oczu. Po zarośniętym podbródku ścieka mi coś w rodzaju płynów ustrojowych potwora z filmu science fiction. Uczciwi ludzie szepczą do siebie oburzeni, stare kobiety rozglądają się za egzorcystą. Teraz czuję się zdecydowanie lepiej.
To była dziwna impreza. Naprawdę nie ma się czym chwalić, lecz powiedz szczerze: znasz jakąś inną historię miłosną z takim kontrapunktem?

- Nie wrócimy do siebie - oznajmiła mi spokojnie.
- Wcale tego nie chcę - odpowiedziałem prawie szczerze.
Noc dopiero się zaczęła. Siedzieliśmy nad jeziorem w samym centrum miasta mijani przez zakochanych nastolatków i rodziców z wózkami oraz starsze, dystyngowane małżeństwa. Niektóre pary trzymały się za ręce. My patrzyliśmy na to z boku, za plecami atramentowa powierzchnia wody odbijała rozmyte światła śródmieścia. Ciepły wiatr szarpał gałęziami drzew. Lato odchodziło z fasonem.
- Zastanawiam się, co sprawiło, że tu wróciłaś. Grasz dla Doktora?
- Dawno już nie grałam - odpowiedziała z nostalgią w głosie. - Miałam z tym... przerwę. Miałam przerwę ze wszystkim. Wróciłam tylko po to, żeby pozałatwiać zaległe sprawy. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że cię zobaczę. Nie chciałam tego.
- Trudno by ci było uniknąć spotkania. Tymczasowo mieszkam u Doktora. Mówił ci o tym?
- Wspominał, że się zalęgłeś.
- Stary niewdzięcznik. Kiedy odeszłaś, wyjechałem do Afryki, potem byłem w Indiach. Piękne miejsca. Na stare lata zostałem podróżnikiem.
- Dużo tam roboty dla europejskiej hieny cmentarnej?
- Niezbyt. Dlatego wróciłem. No, a teraz koniunktura sprzyja. Przez parę miesięcy zdążyłem już pochować i odkopać parę osób. Co w tym czasie działo się z tobą, mała? Znalazłaś sobie jakąś przytulną niszę ekologiczną?
- Mówiłam ci, że miałam przerwę. Parę miesięcy, kiedy nie byłam do końca sobą. Miejsca, w którym spędziłam ten czas, nie nazwałabym przytulnym. Nisza ekologiczna.. spokojna przystań.. Może wcześniej myślałam, żeby sobie coś takiego znaleźć. Teraz już wiem, że to nie dla mnie.
- Dom?
- Dom? Może więzienie?
- Zaraz. O czym my właściwie rozmawiamy? - zapytałem, bo pogubiłem się w tych półsłówkach.
- Nieważne - mruknęła Vigil stukając szyjką swojej butelki o moją.
- Góra dół... - zaczęła toast.
- ...jesteśmy święci - dokończyłem.
Jeśli nie dorastałeś w Mgławie, to tego nie zrozumiesz.
- O domu pomyślę, gdy pozałatwiam tu swoje sprawy - powiedziała lodowatym głosem. Wyraz jej twarzy wydał mi się znajomy. Taki sam miała wtedy, kiedy na wybrzeżu ograła mnie w pokera. Tysiąc lat temu.
- Ale to nie dzisiaj. Dzisiaj jesteśmy tutaj i jest nam dobrze. Czas mija. Nie trzeba się śpieszyć i o niczym myśleć. Wiesz, jaka to sztuka, doceniać takie niepowtarzalne chwile, kiedy trwają? Większość ludzi definiuje szczęście dopiero z perspektywy czasu. Tak jak z gwiazdami, zobacz. Niektóre już pewnie nie istnieją. Ze szczęściem bywa podobnie. Nagle stwierdzamy, że gdzieś było pięknie, kiedyś byliśmy szczęśliwi, ale to minęło. Tej gwiazdy już nie ma - mówi przeciągając się i popijając piwo - Więc teraz weź głęboki wdech, pomyśl o tym, że jesteś właśnie tutaj. I powiedz sobie...
Uniosłem dłoń z butelką i wznieśliśmy kolejny toast za dzisiaj i za teraz. Za szczęście. Za gwiazdy. Za chwile, które muszą minąć.

Wszystkie metropolie Zachodu są do siebie podobne, różnią się tylko sprzedawanymi w folderach detalami. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że Mgława również ma swoje atrakcje turystyczne. U nas niepowtarzalne są bramy. Już przy wejściu owiewa cię zapach stęchlizny i człowieka, a dokładniej jego wydzielin. Bez względu na to, jak ciepło i jasno jest na zewnątrz, wkraczasz w chłód i cień. Mijasz wybebeszone wnętrzności starego domofonu. Z pożółkłych, nadpalonych wizytówek straszą nazwiska zmarłych. Ściany klatki schodowej pomalowano kilkadziesiąt lat temu na ohydny, zielony kolor, potem wałkiem od góry do dołu pociągnięto abstrakcyjny wzór. Kiedy już całe śródmieście zostanie wreszcie zrównane z ziemią, zobaczysz, że na gruzowisku znajdziesz ten zielony kolor i ślady nieszczęsnego wałka. Bardziej współczesne napisy sprayem informują, jakiej drużynie kibicuje cała dzielnica. Weź sobie tę informację do serca. Sień wiedzie na wewnętrzne podwórko, wychodzi na zagruzowane pozostałości ogrodu. Tu trzeba uważać, żeby nie wleźć na potłuczone szkło lub strzykawki. Zapach moczu staje się jeszcze bardziej intensywny. W oknie o każdej porze dnia i nocy znajdzie się też jakaś rozparta na poduszkach obserwatorka, która widzi wszystko, ale mówi o tym tylko sąsiadom, a psom nigdy. Można też ruszyć w górę zmurszałymi schodami wzdłuż mosiężnej poręczy, lecz to bezcelowy spacer. Jeśli nie jesteś stąd, i tak nikt nie wpuści cię do domu. Mieszkańcy tych kamienic byli tu zanim się urodziłeś i będą tu, żeby oplotkować okrutne okoliczności towarzyszące twojej śmierci. Bo w bramach Mgławy bywa tłoczno. Gromadzą się tam duchy byłych lokatorów. Takich, co kiedyś mieszkali vis a vis cmentarza, a teraz mieszkają vis a vis domu. W moim mieście jest tego więcej niż gdziekolwiek.
Ludzie też tam są. Bliźniaczo podobne do siebie łyse karki albo ich przepici rodzice. Wyznaczają kolejne stacje lokalnej drogi krzyżowej, stadia śródmiejskiej ewolucji. Nadchodzi wieczór, więc w bramie na Rycerskiej robi się gwarno. Szczupły, odziany w sztruksową marynarkę mężczyzna pasuje tu jak, nomen omen, pięść do nosa. Widać to w jego twarzy, w nerwowych ruchach, w skurczu ramion. Ma więcej niż trzydzieści lat, hiszpańską bródkę i ciemne włosy. Jest blady i ładny jak kobieta, co w takim miejscu nie może działać na jego korzyść. Roztargniony nauczyciel, dajmy na to języka francuskiego, który zgubił się we własnym mieście o jeden raz za dużo.
- Cho no tu, pedale jebany - rzuca na przywitanie jeden z trzech łysych gości pijących wódkę w ceglanym podcieniu bramy.
- Pieniądze pokaż, kurwo, telefon pokaż - dodaje natychmiast drugi.
Facet udaje, że nie słyszy. Przyśpiesza kroku. Błąd.
Sękate dłonie szarpią poły marynarki, potem wciągają frajera do ciemnej klatki schodowej. Miejscowi chłopcy robią to wszystko flegmatycznie, na luzie, z dużą wprawą.
Wystraszona ofiara trafia w zaciemniony róg pomieszczenia i znika.
- Wyjebał do piwnicy? - dziwi się jeden z dresiarzy. Są grubi, brzydcy i niemal identyczni, co praktycznie uniemożliwia milicyjną identyfikację. Brat jednego z nich sam jest stróżem prawa, więc właściwie wszystko zostaje w rodzinie.
- Nikt jeszcze tam nie wyjebał - włącza się do rozmowy drugi. W głosie słychać ciekawość, będzie miał o czym gadać przy piwie.
- Idź po niego - proponuje największemu.
Największy nie strzępi języka, tylko kiwa głową. Reszta się śmieje.
Piwnica jest jednak pusta. Duży ściąga z twarzy pajęczynę, włazi w trutkę na szczury. Początkowy entuzjazm zanika. Z każdym krokiem robi się jakoś tak... bardziej piwnicznie. Głosy kolegów motywujących go do akcji już tu nie dochodzą. Im dalej od światła i wrzasku, tym duży robi się mniejszy. Chce już wracać. Nikogo tu, kurwa, nie ma.
Wtedy z cienia za jego plecami wyłania się szczupła postać. Błyszczą obnażone w uśmiechu białe zęby. Zaplecione na szyi przedramię zdusza bojowy okrzyk dresiarza. Francuz pomaga sobie drugą ręką dusząc ogromną szyję. Duży nie może krzyczeć. Ze wszystkich sił próbuje się wyrwać, ale w takich wypadkach technika musi zatriumfować nad siłą. Niedoszła ofiara przylepia się do niego ciasno jak zboczeniec w tramwaju i tak już zostaje. Pozycja, która pozbawia dużego możliwości ruchu, jemu samemu zostawia pole manewru. Łysy charczy i po kilkunastu sekundach traci świadomość. Jego mózg, jaki by nie był, i tak potrzebuje tlenu. Przeciwnik wyczuwa wiotczenie, luzuje sobie jedną rękę i wprawnie sięga po knebel.
Chłopak wolno wraca do siebie i znów nie może wrzasnąć. Nie może też się ruszyć, bo prawą rękę ma wykręconą za plecami. Opiera się twarzą o zimne, wilgotne cegły. Nigdy w życiu nie czuł się taki bezradny. Francuz ciężarem ciała przyciska go do ściany.
- To dopiero początek - szepcze mu lubieżnie do ucha. Potem wyciąga nóż. Duży stoi teraz w kałuży moczu. Jeszcze pięć minut temu wiódł, według własnych standardów, całkiem udane życie. Miał rodziców, kumpli i plany na wieczór. Koszmar dopadł go niespodziewanie wpędzając w przedziwną spiralę bólu i szaleństwa.
Francuz uśmiecha się bez przerwy, coraz szerzej. Ma mało czasu, ale zależy mu, żeby chłopak dobrze odczuł ten moment, każde subtelne zawirowanie emocji.
- Nie bój się. Nie zabiję cię - mówi prawie z żalem - pamiętasz rozprawę miesiąc temu? Szesnastolatkę pamiętasz? Jej życie bardzo się zmieniło z powodu tego, co z nią zrobiliście. Po dzisiejszej nocy twoje też nie będzie już takie samo - kończy szeptem Francuz. Przez parę sekund delektuje się przerażeniem wywołanym przez tak wieloznaczną obietnicę. Wolno wbija nóż w plecy ofiary. Wtedy przydaje się knebel.
- Spokojnie, spokojnie. Nie wierć się, bo jeszcze coś mi się nie uda. O, jest. Zgrzyt, który pewnie poczułeś, oznacza, że trafiłem ostrzem na kręgosłup. Czuję go. Czujesz? Krwawisz bardziej, bo trochę wiercę ostrzem. Sam czubek musi się zahaczyć między kręgami. Im dokładniej to zrobię, tym większe masz szanse na przeżycie. Przeszkadza mi cholerny krwotok i to, że tak bardzo się wiercisz. Za chwilę nacisnę w środku, mocno. Będziesz cierpiał jak nigdy życiu, ale to przejdzie, kiedy kręgosłup pęknie. Potem nie będziesz już czuł bólu, innych rzeczy też nie. Gotowy? Trzy, dwa... Mam nadzieję, że byłeś dobry dla mamy i kumpli, bo od dzisiaj będziesz bardzo potrzebował ich pomocy. Jeśli nie byłeś, cóż, masz przejebane.
- Gdzie ten chuj się kurwa zapodział? - pyta drugi co do wielkości ziomek. We dwójkę ruszają do piwnicy zachowując się demonstracyjnie głośno. Pochłania ich mrok i mleczny zapach świeżo przelanej krwi. Są tak oszołomieni, że pierwszy prawie potyka się o zwiniętą w embrion niepełnosprawną istotę, która kiedyś była ich przyjacielem. Patrzą. Patrzą na nią z obrzydzeniem. Ktoś przemieszcza się cicho w perspektywie piwnicznego korytarza i obaj mężczyźni kamienieją. Kiedy pięć minut temu grzali się w blasku popołudniowego słońca, czuli, że są u siebie. Czuli się panami tej okolicy. Teraz stoją bez ruchu tracąc kontrolę nad własnym oddechem i zwieraczami zalewani przez fale najczystszego przerażenia.

- On nas robi w Mikołaja - pożalił mi się Kulek z miną smutnego psa, która nie zmiękczyła serca Doktora. - Pakuje nas w jakąś chryję na wybrzeżu. Normalnie wysyła nas tam za karę. Powiedz mu coś, Brighella.
Obaj siedzieli w piwnicznych głębinach Jamy nad otwartą butelką białego porto. Wnętrze baru oświetlały płomienie świec spływających woskiem z mosiężnych lichtarzy, ktoś jazzował na pianinie, uśmiech Doktora niknął w cieniu.
Natychmiast pożałowałem, że tam przyszedłem. Kulek był prawdomównym gościem, a Doktor już nieraz pakował mnie w kłopoty. Poszedłbym do kina, dłużej miałbym spokój.
- Ja wam tylko wyświadczam przysługę, chłopaki - powiedział stary kłamca. - Robota jest łatwa, prosta, parę dni posiedzicie sobie nad morzem, nawdychacie się jodu. Możecie to potraktować jako płatne wakacje.
Kulek tylko zgrzytnął zębami. Mnie też zabrakło argumentów, bo już od miesiąca żyliśmy i imprezowaliśmy na rachunek Doktora, podświadomie czekając, aż uzna, że czas wystawić rachunek.
- Stary, zrozum, ja mam żonę - próbował jeszcze Kulek. Wszyscy znaliśmy tę jędzę, więc argument nie zadziałał. Oficjalnie był ochroniarzem baru, nieoficjalnie jako były legionista idealnym chłopakiem od mokrej roboty. Odkąd zaczął słuchać reagge i palić zioło, jego brutalne instynkty osłabły. Ze złamanym nosem, małymi oczkami i bokserską szczęką wyglądał jak stukilowy zakapior i był zakapiorem, lecz obecnie o wiele większą agresję przejawiała jego niepaląca małżonka. Kulek miał za to wszystko, cały ten świat, jego szaleństwa, kompleksy, pożądania i niejasności, głęboko w dupie. Jednakże przez trzydzieści pięć barwnych lat swojego żywota nauczył się tylko kręcić blanty i krzywdzić ludzi. A Doktor nie płacił za kręcenie blantów.
- Powiecie mi w końcu, o co chodzi? - dosiadłem się do nich i nalałem sobie porto.
- Dobre czasy minęły, wy pasożyty - powiedział Doktor takim tonem, że wolałem z nim nie dyskutować - pamiętacie gościa o ksywie Jurij? Taki gruby, wesoły, gada z ruskim akcentem. Był tu u nas parę razy, wymieniał doświadczenia.
- Gangster z wybrzeża? - przypomniałem sobie - twój kumpel, tak?
- Kumpel to za dużo powiedziane - mruknął Doktor. - Taki sobie znajomy z pracy. Nic szczególnego. Nic, czego nie dałoby się przeliczyć na paręset tysięcy jarków ulokowanych w kamieniach szlachetnych.
- Chcesz go obrobić? - zapytałem, a Kulek kiwnął żałośnie głową.
- Niezupełnie. Chcę, żebyście wy go obrobili. Na wybrzeżu nikt was nie zna i nikt nie połączy was ze mną...
- ...w razie wpadki - dokończyłem.
- Żadnej wpadki nie będzie. Robota prosta jak pierdolenie. Facet zwykle trzyma swoje cenne zabawki w bankowym sejfie, ale raz na jakiś czas przewozi je do siebie. Co za frajda z posiadania drogich błyskotek, jeśli nie można ich pokazać znajomym, co nie? Teraz będzie je miał w swojej rezydencji przez jakiś czas. Lokacja jest silnie chroniona, ale nie ma tam żadnej odjechanej elektroniki. Wszystko po staremu. Nic, tylko wejść, zrobić rozpierdol i zabierać się spowrotem. W sam raz dla takich, bez urazy, mało wysublimowanych chłopaków jak wy. Znalezienie kupców na te cudeńka biorę na siebie.
- Ja myślę. Nie boisz się rewanżu gości z wybrzeża?
- Przecież mnie tam z wami nie będzie, a sprzedaż załatwię dyskretnie. Poza tym akcje Jurego i tak ostatnio zniżkują. Nikt nie będzie dochowywał wierności bandycie, którego strefa wpływów się kurczy. I nikt nie będzie po nim płakał. Dobrze mówię?
Skrzywiłem się, bo miał rację. Taki był nasz świat. Bandycka solidarność jest hollywoodzkim mitem. W Mgławie, kiedy znajdziesz się w dołku, to zawsze twój kumpel pierwszy sięgnie po łopatę.
Kulek podrapał się z namysłem po krótkiej, rudej szczecinie porastającej jego czerep i policzki.
- Skąd ty to wszystko wiesz, co? - zapytał.
- Mam swoje źródła. Z resztą informator pojedzie z wami - najlepiej zna ten teren. Będzie was czwórka, bo dostaniecie jeszcze jednego człowieka do pomocy.
- Któryś z twoich? Znam go? - zapytałem. Nie podobał mi się wyraz twarzy Doktora, kiedy wspomniał o towarzystwie
- Nie sądzę. To człowiek z zewnątrz. Najemnik.
- Stary, proszę cię, nie ściemniaj. Widzę, że coś kręcisz.
- Dobra - skapitulował z wrednym uśmiechem Doktor - posyłam z wami Francuza.
- Kogo? - Kulek jak zawsze był nie na bieżąco.
- Kolejnego cholernego socjopatę - wyjaśniłem. - Czy my w ogóle mamy innych znajomych? Francuz wymyślił sobie, że będzie zawodowym mścicielem. Na własną rękę i za sporą kasę usprawnia działanie systemu sądowniczo - penintencjarnego.
- To chyba dobrze, nie?
Spojrzałem w oczy Doktorowi, który najwyraźniej świetnie się podczas całej naszej rozmowy bawił.
- Jak dla kogo. Opowiedz mu, na co wydaje te pieniądze - poprosiłem Doktora.
- Francuz jest z wykształcenia chemikiem. Wszystko ładuje w projektowanie i produkcję dragów. Na własny użytek. Pomagam mu czasem.
- Gotujesz dla niego narkotyki?
- Tak jakby, ale tylko jednego typu. Facet jest prekursorem, wizjonerem i maniakiem seksualnym przy okazji. Szuka idealnie perwersyjnej jazdy. Rozkoszy tak silnej, że mogłaby go zabić.
- Sadysta?
- Raczej taki trochę bardziej nowoczesny romantyk. Dziewczyny w klubie miło go wspominają, ale nie pozwalam już z nim pracować, bo szprycuje je świństwami. Za szybko się uzależniają.
- Jednym słowem wysyłasz z nami zboczonego ćpuna - podsumował Kulek.
- Tylko on chciał jechać.
- Jeśli mamy zrobić wjazd na chatę jakiemuś powiązanemu kolesiowi, to trzy osoby mogą nie wystarczyć. Tym bardziej że, z całym szacunkiem, Brighella w akcji jest średni.
- Czy ciebie to nie męczy, Kulek? - westchnął Doktor.
- Co?
- Zacznij czasem myśleć, dobrze? Zobaczysz, że to ci dużo w życiu ułatwi. Trzech to mało, ale właśnie dlatego Brighella nie jedzie się tam napierdalać.
Z wyrazu twarzy wnosiłem, że Kulek dalej nic nie skumał i było mu trochę głupio. Zlitowałem się nad nim.
- Później ci wyjaśnię - poklepałem go po szerokim ramieniu. Natychmiast się rozpogodził.
Mnie również średnio zachwycała perspektywa pracy z Francuzem, bo wiedziałem o nim trochę więcej niż Doktor. Był nieświadomym źródłem magii. Miał potencjał, lecz nigdy nie nauczył się go kontrolować, dlatego manifestował się on tylko w jeden, instynktowny i bardzo przydatny sposób. Gość potrafił zniknąć nawet w najmniejszym cieniu. Potrafił być prawie niewidzialny. Nie miałem pojęcia, jakie wydarzenia z dzieciństwa tak go ukształtowały i nie chciałbym tego wiedzieć. Myśl o wakacjach spędzonych z byłym legionistą oraz morderczym ćpunem nie napawała mnie optymizmem. A najgorsza wiadomość tego wieczora miała dopiero nadejść.
Kiedy Doktor postanowił wtajemniczyć nas w szczegóły planu, polecił kelnerowi zawołać swojego nadmorskiego informatora. Do stolika podeszła Vigil.

Rzeka świateł przepływa pod naszymi stopami wprost do centrum. Kiedyś po tym moście jeździła kolejka wąskotorowa, ale zamknięto fabrykę. Szkielet ze szkła i stali straszy teraz za plecami, a ziemię na kilometr wokół zarasta trawa i pokrywa gruz. Daleki szum samochodów kojarzy się z szumem morza, które za niedługo zobaczymy. To jedyna dobra strona nowego pomysłu Doktora.
- Na pewno wiesz, w co się pakujesz? - pytam ponownie. Vigil flegmatycznie kiwa głową. Dlaczego wszystkie kobiety, na których mi kiedykolwiek zależało, są takie wkurwiające?
- Dobrze znasz Jurego? - pytam cynicznie świadomy tego, że jeśli dziewczyna orientuje się w zwyczajach i rozkładzie domu gangstera, to on kiedyś musiał jej ufać. Vigil zdradza go więc i robi to dla pieniędzy.
- My też trochę go znamy - kontynuuję, kiedy milczy - był tu raz odwiedzić Doktora. Pili razem. Rozmawiali jak starzy kumple. Teraz koniunktura osłabła, przemyt dragów zza wielkiej wody przestał się opłacać. Doktor chce go dorżnąć, a ty mu w tym pomagasz.
- Wiem, czym sama ryzykuję, akceptuję konsekwencje. Ale nigdy nie chciałam pakować w to ciebie - mówi Vigil. Nawet nie udaję, że jej wierzę.
- Nie chodzi mi o kasę. Mam z tym człowiekiem rachunki do wyrównania. Trochę to trwało i wreszcie znalazłam sposób.
W odpowiedzi wzruszam ramionami, bo jestem już za stary na takie fabuły. Chcę tylko zmienić temat, zabrać ją do hotelu i miło spędzić parę ostatnich wieczorów, które nam pozostały. Nie zastanawiając się, co będzie później i co było wcześniej.
- Jest jeszcze jedna sprawa - mówię jej. To nic przyjemnego, ale musisz wiedzieć, bo chyba jednak nie doceniasz w pełni powagi sytuacji. Dużo ryzykujemy zaczynając z ruskimi. Jurij ciągle jeszcze ma kontakty. Doktor chce jego pieniędzy, lecz wojna z wybrzeżem byłaby katastrofą. Dlatego wysyła ludzi, których nikt tam nie zna. Nawet jak dostaniemy czapę, nie będą w stanie udowodnić, że nie działaliśmy na własny rachunek. A żaden z nas nie jest na tyle głupi, by dać się schwytać żywcem i pozwolić się przesłuchiwać przez Ruskich. Lepiej już strzelić sobie w łeb, kiedy jeszcze masz okazję. Załóżmy jednak przez chwilę, że nam się uda go obrobić. Doktor może być pewien, że ani ja, ani Kulek nigdy się o tym nie wyprujemy. Kulek będzie się bał o żonę, a na mnie może zawsze donieść czerwiom. Doktor ma nas w garści, dlatego może nam zaufać. Tymczasowo, oczywiście. Rozumiesz już, do czego zmierzam?
Vigil kiwa głową. Jej twarz tężeje.
- Doktor nie ma żadnego powodu, żeby mi wierzyć.
- Właśnie. Tym bardziej, że było nie było zakablowałaś mu Jurego. Kto wie, może jutro będziesz chciała wystawić samego Doktora? Lojalność innych wobec ciebie jest określona wyłącznie twoją użytecznością wobec innych.
- Próbujesz mi zasugerować, żebym po wszystkim nie wracała do miasta? Nie miałam takiego zamiaru.
Milczę przez chwilę i pozwalam jej się nad tym wszystkim zastanowić.
- Nie wiem, dlaczego wysyła z nami akurat Francuza. To psychopata i dewiant. Za swoje nowe dragi zrobi dla Doktora wszystko. Podejrzewam, że może mieć jakieś dodatkowe polecenia, o których nam nie powie, kumasz?
Z dystansu śródmieście wygląda jak kałuża radioaktywnego światła. Blask odbija się w zaszklonych oczach dziewczyny. Vigil się boi. Ma do tego wszelkie powody.

Zdecydowaliśmy, że pojedziemy pociągiem, a samochód wynajmiemy na miejscu. Po części dlatego, żeby nie walić po oczach tutejszymi tablicami rejestracyjnymi, poza tym nikomu nie chciało się przez cały dzień prowadzić. Logistykę napadu ze względu na wojskową przeszłość zostawiliśmy Kulkowi. Kiedy zobaczyłem go na dworcu w dresie i sportowych butach, z potężnym abs - em i łukami brwiowymi przysłaniającymi małe brązowe oczka, zrozumiałem, że nie będzie łatwo. Ja, on, Francuz oraz Vigil - zupełnie, jakby Doktor zdecydował się wyrzucić śmieci. Pocieszałem się jednak, że równie dobrze mógł to załatwić w dokach Mgławy. Jest sknerą. Nie wysyłałby nas w tym celu aż nad morze.
Powietrze o świcie było chłodne i wilgotne. Myślałem głównie o tym, żeby jak najszybciej wrócić do łóżka. Wszelkie brawurowe, pełne przemocy eskapady typu "tędy do skarbu" wydawały mi się teraz absurdalne. Piąta rano to nie godzina dla bohaterów.
Wynajęty przez Doktora morderca czekał na nas pod kasami biletowymi. Obnosił swój niezdarny i nieszkodliwy wizerunek jak płaszcz maskujący. Szczupły mężczyzna o delikatnych rysach twarzy i ustach uwydatnionych hiszpańską bródką, w sztruksowej marynarce z łatami na łokciach. Mógł przypominać roztargnionego profesora z liceum, dopóki nie zajrzałeś mu naprawdę głęboko w oczy. Dopiero wtedy zdawałeś sobie sprawę, jak bardzo jest chory. Przywitał się z nami uśmiechając się nieśmiało do Vigil. Trochę jej o nim opowiedziałem, zanim tu przyszliśmy, więc ledwo się zmusiła, żeby podać mu rękę.
Francuz przyniósł ze sobą oklejoną hotelowymi nalepkami walizkę, dziewczyna ściskała mały, wypakowany po brzegi plecak, ja miałem swój chlebak, a Kulek brezentową torbę treningową. Już na stacji stało się dla mnie oczywiste, że po przyjeździe do Wodogrzmotów (całkiem niedaleko znanego skądinąd Dalekiego Brzegu) musimy się jak najszybciej rozdzielić, bo razem stanowiliśmy bardzo podejrzaną ekipę. Poza tym po cichu liczyłem na to, że uda mi się spędzić jeszcze parę spokojnych dni z Vigil. Przed Francuzem udawaliśmy, że nie mamy ze sobą nic wspólnego.
Krajobraz za oknami zlewał się w zieloną smugę, koła stukały o podkłady kolejowe, drzwi trzęsły się w futrynach. Oczom konduktora, który wpadł do nas w połowie podróży, przedstawił się osobliwy widok. Pyskata studentka w dredach grała w karty z wysuszonym gościem o prezencji kojota, zagubionym intelektualistą oraz dresiarzem, który na twarzy miał wypisaną kryminalną przeszłość. Wszystko jakoś szło, dopóki się nie okazało, że Francuz zapomniał kupić bilet. Jestem pewien, że sukinsyn zrobił to specjalnie. Konduktor niecierpliwił się, nabierał podejrzeń. Rozejrzał się niespokojnie i jego spojrzenie padło na mnie. Pobladł wtedy i trochę zbyt długo mi się przyglądał. Potem zaczął coś majstrować przy krótkofalówce.
- Zabijemy go? - zagaił Francuz takim tonem, jakby pytał, czy zamknąć okna.
- Konduktora? - wzdrygnął się Kulek - co ty, pojebany jesteś? Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy, już chcesz tu robić borutę? Poparłem go całkowicie.
- Nie możemy go puścić - oświadczyła ni z tego ni z owego Vigil - przecież rozpoznał Brighellę.
Proszę bardzo - potrzebujesz więcej dowodów? Z takimi zimnymi sukami mam do czynienia przez całe życie.
Kulek może i wyglądał na tępaka, ale wtedy sięgnął do torby i rozwiązał nasz problem genialnie. Wmusiliśmy w kanara prawie litr wódki wypitej duszkiem. Nawet wieloletni staż w branży alkoholowej nie pomógł mu tego przetrwać. Spruł się jak świnia i przestał był groźny. Parę przystanków przed Wodogrzmotami śpiewaliśmy już wspólnie harcerskie piosenki. I tylko Francuz siedział z miną cierpiętnika. Nie powinien się aż tak przejmować. Byłem pewien, że jego specyficzne zdolności się na tym wyjeździe nie zmarnują.

Rozdzieliliśmy się od razu na dworcu. Miałem nadzieję, że Vigil zamieszka ze mną. Uznała to za kiepski pomysł. Francuz uśmiechał się drwiąco, kiedy rozmawialiśmy na stronie. Ciągle miał do nas uraz za tego pijanego kanara. Zameldowałem się w pierwszym lepszym małym pensjonacie i parę godzin później włóczyłem się już samotnie po mieście.
Nadmorski kurort u kresu sezonu stanowił prawdziwie depresyjny widok. Granatowe chmury przysłaniały nieboskłon, który kolorystycznie stopił się w jedno z niespokojnym morzem. Piasek pod stopami był zimny i wilgotny. Sklepikarze zwinęli biznes, lokalni alkoholicy już nie brylowali w knajpach na koszt przyjezdnych - snuli się smętnie po falochronach lub spędzali dni przed sklepem całodobowym. Noce zrobiły się chłodne, ulice opustoszały. Kurort żegnał się z latem tak, jak chory na raka żegna się z rodziną. Vigil swoim telefonem wcale nie poprawiła mi humoru. Jasne, że chciałem się z nią zobaczyć. Wieczorem, na plaży, jak najbardziej. Ale sposób, w jaki mi to zaproponowała, niczego dobrego nie zwiastował.
- Musimy porozmawiać, Brighella. Ty i ja. Dziś wieczorem.
"Musimy porozmawiać". Zauważyłeś, że ten zwrot nie oznacza nigdy niczego dobrego? Nie istnieje przyjazne "musimy porozmawiać". Nikt nie mówi: "Kochanie, musimy pogadać o tym, że jest nam razem dobrze, a może będzie jeszcze lepiej". W ustach kobiety ten zwrot zawsze zwiastuje kłopoty. Nazajutrz spotkaliśmy się na wydmach.

- Trochę cię okłamałam - mówi patrząc mi głęboko w oczy. Jej wargi lekko drżą, ale dzielnie stara się zachować spokój. Pierdolę to. Na takie sztuczki to ja się dałem łapać w liceum. Nieprawdopodobne, ile cynizmu mogą w nas zaszczepić upływające lata. I jak się ten cynizm w życiu przydaje.
- Trochę, powiadasz? Wal.
- Nie ma żadnych klejnotów - oznajmia i głos jej się łamie. To znaczy, nie ma ich w domu. Zostały w bankowym skarbcu. Nie dostaniemy się tam.
Przyznaję, że udaje jej się mnie zaskoczyć.
- I mówisz, że trochę mnie okłamałaś? Przyjechaliśmy tu po te pierdolone fanty. Od tygodnia gadamy tylko o tym, jak się do nich dobrać. Przywozimy ze sobą różnych świrów. To ma być "trochę"? A jak według ciebie wygląda duże kłamstwo, co?
- Musiałam to zrobić. Nie potrafiłam znaleźć innego sposobu...
- Na co, kurwa? Na wakacje nad morzem? Trzeba było poprosić.
- Na to, żeby go zabić - mówi bardzo rzeczowo. Zimny ton jej głosu dziwnie przypomina mi teraz Francuza. Świadomość konwencji uderza we mnie jak młotem. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że historia, w której bierzemy udział, opowiada o zemście. Zemście w stylu Seneki. Tylko że w jego tragediach na końcu wszyscy ginęli.
- Jurij jest stręczycielem i alfonsem. Dobrze o tym wiesz. Wszyscy o tym wiecie. Kiedy wyjechałam z tobą z Dalekiego Brzegu, Fedor uznał, że jestem współodpowiedzialna za twoją ucieczkę. Potem odsprzedał nasz dług Juremu. A Juri mnie znalazł.
Po kręgosłupie przepełzł mi dreszcz lodowaty jak ton jej głosu. Wspomnienia. Odpowiedzialność. Pożyjesz wystarczająco długo po mojemu, to zrozumiesz, że nie ma ucieczki przed przeszłością. Nie dla mnie, nie dla Vigil. Znałem ją przecież. Była twardą dziewczyną. Jakie straszne rzeczy musieli zrobić, żeby ją złamać?
- Parę miesięcy siedziałam w piwnicach jego rezydencji. Przyuczał mnie do nowego zawodu - opowiada odległym i nieobecnym głosem. Kiedy za pierwszym razem nie chciałam się zgodzić, jeden z pomocników połamał mi żebra i butami odbił nerki. Twarzy nie ruszył - była potrzebna w pracy. Potem rozkrzyżował mi nogi tak szeroko, że wywichnął biodro ze stawu. Zainstalowali tam taki specjalny stół, do którego przypinali nieposłuszne dziewczyny. Potem się zmieniali. Nazwali to "tresurą". Próbowałam uciec, więc "tresowali" mnie trzy razy. Po trzecim trafiłam do jakiegoś weterynarza, miałam czas się zrosnąć. W lecznicy mniej pilnowali, wreszcie udało mi się zwiać. Wróciłam, żeby ich pozabijać, Brighella. I zrobię to. Z tobą albo bez ciebie.
- Rozumiem i ... - zawiesiłem głos, bo kompletnie nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Nie, Brighella. Zapewniam cię, że nie jesteś tego w stanie zrozumieć.
- Ok - skapitulowałem - masz najlepszy z możliwych powód do zemsty. Ale to nie zmienia faktu, że swoim kłamstwem naraziłaś się Doktorowi. Jak myślisz, co zrobi, kiedy się dowie, że wysyłał nas tutaj i ryzykował konflikt z chłopakami z wybrzeża zupełnie za darmo?
- Doktor siedzi w Mgławie. Ty i ja nie musimy wcale tam wracać.
- Tak. Tylko że tu też nie jesteśmy sami. Kulek się wkurwi, trzeba będzie go spłacić, ale ostatecznie nic ci nie zrobi. Jestem jednak pewien, że Francuz nie odpuści sobie takiej okazji. Nie wiem, czy razem jesteśmy na tyle szybcy, żeby mu dać radę. Dlatego powinnaś być bardzo ostrożna. A kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, będziesz musiała wiać tak szybko, jak się tylko da. Na miejscu spróbujemy to jakoś zaimprowizować.
- Czy to znaczy, że mogę na ciebie liczyć? Jesteś ze mną? - pyta, a ja nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że znowu dałem się jej podejść. Nawet nie zauważyłem, kiedy kolejny raz wciągnęła mnie w swoją wersję rzeczywistości. Skud by mnie wyśmiał.

Na wieczornym seansie nie było nikogo prócz mnie i Kulka. Wytarty, czerwony plusz na siedzeniach i ściany pokryte czymś na kształt zszarzałego styropianu tworzyły klimat tego miejsca, różnego od wypasionych, śmierdzących żarciem i głupotą multipleksów. Może dlatego ludzie rzadziej tu zaglądali.
- Wiesz, że będziemy musieli zabrać ze sobą Francuza?
- Teraz też?
- A kto inny lepiej się do tego nada?
- Nagrałeś sprawę? - zapytałem, choć dobrze znałem odpowiedź. Kulek nie przepadał za swoją robotą, w skrytości ducha wolałby pewnie być uczciwym hydraulikiem, ale nigdy nie dał dupy na akcji. Po prostu narzekał i robił swoje.
- Dlaczego sam do nich nie zadzwoniłeś? - zapytał przymierzając mosiężny kastet.
- Nie potrafię tak dobrze udawać tego ich specyficznego żargonu. Wyszedłem z wprawy. Poznaliby mnie od razu.
Pokręcił głową dając do zrozumienia, że trochę przeceniam inteligencję tubylców.
Zabraliśmy się stamtąd w połowie filmu. To była rodzima komedia romantyczna, więc zrobiliśmy to z ulgą.
Lokalizacja tawerny doskonale odpowiadała naszym potrzebom. Obskurna knajpa mieściła się za miastem, tuż przy samym zejściu do lasu. Powietrze pachniało igliwiem i słoną, morską wodą. Tlen, jod. Nawet Kulek się ożywił. My, mieszkańcy Mgławy, rzadko mamy okazję wdychać na raz tyle zdrowych pierwiastków. Zapachy dochodzące zza przymkniętych drzwi mordowni były dużo bardziej znajome. Odetchnąłem głęboko.
- Zaczynaj - poleciłem Kulkowi. Sam zszedłem ze ścieżki i zniknąłem wśrod drzew.
Wtedy Kulek zaśpiewał, a głos miał mocny jak dzwon.
- Naprzód Wodogrzmoty to kurwy i cioty - poniosło wśród listowia.
- Jesteś poetą, stary - wychyliłem się zza konara sosny. Nie było innych zwrotek. Kulek powtarzał swoje haiku do skutku. Przy czwartym razie był już otoczony przez lokalną młodzież i recydywę - w każdym mieście są bary, w których jedna grupa społeczna płynnie przeradza się w drugą.
- To ja dzwonił - uprzedził, zanim spadły pierwsze ciosy - bylimy ustawieni.
- Bylimy - potwierdził najwyższy tubylec z więzienną pajęczyną na policzku - Ino, chuju, uczciwie, honorowo, pięć na pięć. I bez sprzętu. Kiedy?
- Teraz - odparł Kulek. - Gdzie?
- We lesie, cwelu. Tam we lesie i chuj - pożegnał się miejscowy.
Właśnie dlatego to nie ja dzwoniłem. Wolniej łapię melodykę gwary.
Kwadrans później na niewielkiej polanie pojawił się ten z pajęczyną w towarzystwie czterech innych opasłych sukinsynów z szalikami w klubowych barwach. Piłka nożna była dla nich czymś w rodzaju fetyszu, placebo sensu życia. Jak amerykański wresling dla jankesów - wszyscy wiedzieli, że mecze były do ostatniego szczegółu wydrukowane i kupione, ale i tak bawili się świetnie. Mimo, że nawet sami gracze drużyny Naprzód Wodogrzmoty stracili już rachubę, do której ligi spadli.
- Pięć na pięć. Uczciwie - oświadczył prowodyr grupy - za klub, za honor, za wybrzeże.
Potem rozejrzał się za pozostałymi przeciwnikami, ale Kulek stał na przeciw niego zupełnie sam. Zza drzew, spokojnie śledziłem rozwój wypadków.
Miejscowy nabrał podejrzeń.
- Gdzie reszta?
- Tyle wystarczy - odpowiedział Francuz materializując się nagle za jego plecami. Wiedziałem, że się tam pojawi, mimo to wcześniej trudno mi go było dostrzec. Miał niesamowity talent. Może to właśnie ten talent - niekontrolowana i nieukierunkowana moc - tak bardzo spaprała mu psychikę. Czy ze mną dzieje się to samo?
Francuz uniósł pożyczony od kulka pistolet z tłumikiem i zaczął strzelać. Nie był w tym zbyt dobry, ale z tej odległości, z bronią kaliber 9 mm nie musiał być precyzyjny. Chuligani próbowali się bronić, potem zaczęli uciekać, chwilę później wszyscy zmienili się w mięso. Tęskniłem za czasami, kiedy taki widok był jeszcze w stanie mną wstrząsnąć.
- Pięciu - oznajmił Francuz wbijając zakrzywione, kilkucentymetrowe ostrze w kręgosłup ostatniego mężczyzny, który z raną postrzałową żołądka próbował sie jeszcze wyczołgać na ścieżkę. Wystarczy ci tyle? - zapytał, gdy ostrożnie, żeby sie nie pobrudzić, przeszukiwaliśmy zwłoki.
- Wystarczy - odpowiedziałem wpatrzony w roztartą na igliwiu gałkę oczną, na której chwilę wcześniej poślizgnął się Kulek - wystarczy.
Francuz wzruszył ramionami ze stoickim spokojem. W ten sposób zaakceptował fakt, że nie wszyscy potrafimy się dobrze bawić. Potem poczęstował mnie papierosem.
- Naprzód Wodogrzmoty to... jak to dalej szło, bracie? - zwrócił się do Kulka.
Podśpiewywał sobie wlokąc ciała po leśnej ściółce. Ja zabrałem się do roboty.

Umówiliśmy się, że wkraczamy trzy dni po przyjeździe. Kulek jako specjalista zajął się obserwacją terenu i weryfikacją naszkicowanego przez Vigil planu. Zadanie dziewczyny polegało na tym, żeby nie rzucać się w oczy i cierpliwie wyczekać akcji. Nie miałem pojęcia, jak spędzi ten czas Francuz i niewiele mnie to obchodziło. Przerażał mnie, a postanowiłem sobie zredukować do minimum ilość horroru w życiu. Incydent z kibicami świadczył o tym, że na razie wychodziło mi średnio.
Egzekucja chłopaków z bojówki musiała się odbyć kilkanaście godzin przed właściwą akcją, co oznaczało, że w rezydencji Jurego będę już jechał na rezerwie mocy. Na szczęście to nie ja byłem gwiazdą wieczoru. Tym razem chętnie ograniczę się do roli przebiegłego służącego.
Popołudnie spędziłem spacerując po plaży i ciesząc się ciszą, wilgotnym piaskiem, słonym wiatrem i niezakłóconą linią horyzontu, której nie zobaczysz w mieście. Niebo przybrało barwę wody. Z każdej strony otaczał mnie głęboki, nieprzejrzysty błękit. Mijałem czasem wtulone w siebie pary, które z dala przypominały wyrzucone na brzeg morskie zwierzęta. Pocałunki na wybrzeżu - romantyzm z licealnych powieści. Ze zdziwieniem poczułem, że im tego zazdroszczę. Zazdroszczę szczęścia płynącego z nieświadomości i darmowego odlotu zwanego miłością. Może niektórzy tylko udawali, żeby zaliczyć ostatni wakacyjny numer? Nieważne. W ogólnym rozrachunku liczą się tylko emocje, których udało im się doświadczyć. Jasne, że wszystko prędzej czy później się źle skończy - rozstaniem albo małżeństwem. Ale nikt im nie zabierze wspomnienia obecnych chwil.
Jeżeli jednak nawet tu i teraz nie są już w stanie niczego poczuć, to, metaforycznie rzecz biorąc, znaleźli się na długiej, mrocznej ścieżce, która wiedzie środkiem lasu, a drzewa po lewej i prawej ociekają żywicą naznaczone głębokimi cięciami noży. Na jednym z nich zabliźnione szramy układają się w słowo: Brighella. Kumasz?

Od czasu naszej ostatniej rozmowy sporo o niej myślałem. Odkryłem nawet, że podświadomie próbuję się już oswoić z faktem, że może tego wyjazdu nie przeżyć. Nie musiałem się specjalnie wysilać, żeby przewidzieć reakcję Francuza, kiedy się dowie, że przyjechał tu po nic. Co zrobi Kulek? Bez jego pomocy nie mam szans powstrzymać wtapiającego sie w mrok zboczeńca. Z drugiej strony to była prywatna wendetta Vigil. Rozumiałem jej motywację. Lubiłem ją. Byłem jej nawet w stanie pomóc. Ale nie miałem zamiaru poświęcić dla niej życia. Z całą czułością i sympatią uznałem więc, że powinna sobie znaleźć innego bohatera do odstrzału. Tak było do chwili, kiedy na godzinę przed akcją Kulek nie zapytał mnie, czy poradzę sobie z motorówką. Potem przedstawił nam swój plan opanowania nadmorskiej rezydencji. Zwęszyłem okazję i, przeklinając się w duchu, zacząłem kombinować.

Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się zostać z Vigil sam na sam przed akcją. Chciałem z nią jeszcze pogadać. Ustalić szczegóły tego, jak szybko powinna się zmyć z miasta, wybrzeża, może nawet kraju, gdy Francuz poinformuje Doktora, że zostali wystawieni i obaj będą jej chcieli zrobić to, co potrafią w życiu najlepiej. Tymczasem Kulek sięgnął do swojej torby treningowej po gadżety. Ja dostałem dziewiątkę beretty, z której pewnie i tak nie będę potrafił nikogo trafić. Francuz odmówił z uprzejmym uśmiechem. Miał swój zakrzywiony nóż. Taki, który kiedyś służył myśliwym do rozpruwania zwierząt. Gdy mu się przyglądałem, momentami przypominał mi Skuda. Tylko że Skud był uczciwym najemnikiem, a u Francuza popęd seksualny i agresja zlały się w pierwotny, racjonalizowany komiksowym poczuciem sprawiedliwości instynkt. Poza tym Francuz nie miał żadnych kumpli. Tylko Vigil nie dostała spluwy i było jej z tego powodu wyraźnie przykro. Udało mi się nakłonić Kulka, żeby pozwolił jej poprowadzić motorówkę. Zgodził się przeładowując swojego AK 47. Na razie wszystko układało się po mojej myśli, lecz doświadczenie uczyło, że sprawy i tak spierdolą się w najważniejszym momencie.
Rezydencja leżała w pewnym oddaleniu od miasta. Vigil twierdziła, że działał tylko wewnętrzny system alarmowy - Jurij bardzo polegał na swoich ochroniarzach. Oddzieliłem się od reszty grupy i z zarośniętego sosnami, piaszczystego wzgórza obserwowałem dom. Z tej odległości przypominał szklano - stalowy monolit w stylu art - deco, nostalgiczny pomnik wystawiony tandetnej architekturze lat osiemdziesiątych. Kolejny dowód na to, że dobrego smaku nie da się kupić. Wystrzyżony we francuskim stylu ogród prowadził do głównego wejścia i okazałej fontanny przed frontem. Brakowało na niej tylko napisu "świat należy do ciebie". Rezydencja została wzniesiona na skalnym klifie, przestrzeń ograniczona z dwóch stron plażą. Wąsko, ale na upartego da się jakoś wślizgnąć od tyłu. Jeśli tylko czterej ochroniarze będą bardzo zajęci czymś innym. Właśnie...
Zlazłem ze zbocza, żeby sprawdzić, co słychać u moich chłopaków. Budzili się do życia jak perwiosnki w pierwszych promieniach słońca. Nie wierz mitom - powrotne przekroczenie Hadesu kosztuje znacznie więcej niż obola. Żaden harfista ci tego nie załatwi - będziesz potrzebował pomocy zawodowca. Taki trip zabierze ci całą poczytalność, zostawiając tylko strzępki świadomości. Jak jesteś wystarczająco silny psychicznie, a nekromanta bardzo się starał, wtedy możesz jeszcze przez chwilę logicznie działać i myśleć. Jeśli nawet za życia twoja świadomość była ograniczona, wtedy wrócisz jako lalka z mięsa oddana emocjom, które wżarły się w twój umysł mocniej niż inne. Kierowany ostatecznym pragnieniem zombie.
Moi dzisiejsi klienci znajdowali się właśnie w takim stanie. Spodziewałem się makabrycznego widoku, lecz oprócz wlotowych dziur po pociskach niewiele się u nich zmieniło. Nawet miny mieli podobne. Może przeoczyli chwilę zgonu? Obawiałem się trochę, że do głosu dojdzie instynkt seksualny i ruszą na miasto jak wyposzczeni rezerwiści, ale tak się nie stało. Chyba nawet za życia żaden z nich nie był szczególnie romantyczny. Z takimi mordami to ja się w sumie nie dziwię. Chłopaki obudziły się więc z jedną i tylko jedną myślą. Szeleszcząc i pohukując wskazałem im właściwą drogę.

Widząc, jak raźno zabierają się do dzieła, pożałowałem, że nie mam kamery. Na obecnych w domu gangsterach też musiało to zrobić piorunujące wrażenie. W ciemną noc, przy blasku księżyca i rozmazanych burymi chmurami gwiazd z lasu wychynęło pięć postaci, które biegiem rzuciły się w stronę wejścia. Muszę kiedyś dopracować tę inkantację. Wolałbym, żeby ruszali się wolno i złowieszczo, jak na filmach.
Kulek i Francuz czekali na mnie po drugiej stronie rezydencji. Udało mi się dwa razy spieprzyć zaklęcie otwarcia, a wytrych ślizgał się w zamku. Zawsze tak jest, kiedy się człowiek śpieszy. Kulek kurwował cicho obserwując moje zmagania. Francuz uśmiechem dodawał mi otuchy i to było jeszcze bardziej denerwujące. Zamek puścił, gdy strzały z drugiej strony domu zaczęły już milknąć.
- Robimy wjazd na chatę - mruknął do mnie Kulek z radością - zupełnie jak za starych czasów.
Kiwnąłem głową. Krwawy chaos rodem z Mgławy wdarł się do rezydencji Jurego. Po staremu.

Obszerny korytarz prowadzi nas w stronę schodów. Sylwetki ochroniarzy odbijają się w nieskończoność w kryształowym, lustrzanym tunelu. Są łysi i ubrani w dresy. Kulek, który ostrzeliwuje się zza mosiężnego kredensu po lewej stronie, wygląda jak jeden z nich. Skupia na sobie uwagę, gdy ja i Francuz znikamy po przeciwnej stronie, żeby zajść ich od tyłu. Francuz ma radochę pojawiając się znienacka za plecami pierwszego, który zapuścił się w prawe skrzydło. Wciąga go do ciemnej kuchni. Ciekawość okazuje się silniejsza od rozsądku i idę za nimi zobaczyć, co się stanie. Mój uzbrojony w nóż współpracownik przyciąga przeciwnika do siebie, klei się ciasno, żeby uniemożliwić uderzenia. Przez chwilę wydaje mi się, że będzie go chciał pocałować. Wolno, z łagodnym uśmiechem rozpruwa mu jamę brzuszną dokładnie wpatrując na zaszokowanej twarzy każdej najmniejszej oznaki cierpienia. Strażnik krzyczy, zaczyna płakać, ale w rezydencji jest teraz taki hałas, że nikogo to nie rusza. Francuz bawi się z nim już zbyt długo. Ja też wrzeszczę, żeby się pośpieszył, lecz to do niego nie dociera. Sprawia wrażenie, jakby chciał jak najdłużej asystować w procesie umierania, rozpoznając drogę, którą kiedyś dane mu będzie przejść. W tej chwili po raz kolejny żałuję, że zabraliśmy go ze sobą To nie jest profesjonalne podejście.
Wokół panuje chaos. Tak jak planowaliśmy. Tak jak ja tego chciałem. Kulek wali z kałasza przyczajony w lewym skrzydle galerii. Na parterze szaleją moje wskrzeszone fraglesy. Nasz czas się kończy. W końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy, zabarykaduje się gdzieś i zadzwoni po posiłki. Podchodzę z tyłu do Francuza, żeby mu o tym powiedzieć, a ten idiota zrywa się do lotu przez balustradę i ląduje na plecach ostatniego niezaangażowanego w polowanie na żywe trupy strażnika. Ochroniarz Jurego nawet w ciemnym garniturze wcale nie wygląda mi na zawodowca. Zaskoczony pozwala sobie założyć duszenie zza pleców, które powinno właściwie zakończyć sprawę, ale Francuz z nieznanych mi powodów luzuje chwyt. Osuwa się jak wąż po klocowatym ciele lądując między nogami przeciwnika i błyskawicznie sprowadza go do parteru. Przez chwilę mocuje się z dźwignią na kolano, potem znów odpuszcza i przechwytuje rękę, którą strażnik okłada go po głowie. Nie lubię tego gnoja, ale nie mogę nie docenić jego kunsztu. To brazylijskie jiu - jutsu w najczystszej formie. Francuz zwija się jak sprężyna. Unieruchamia rękę przeciwnika i przerzuca swoją nogę na jego szyję dopinając balachę. Oglądam całą tę kotłowaninę z wysokości galerii. Ciała przetaczają się po puchowym, marokańskim dywanie. Laikowi mogłoby się to kojarzyć raczej z gejowską grą wstępną, bo na pozór wygląda zupełnie niegroźnie. Wiem jednak, że w dole toczy się pojedynek na śmierć i życie i nie mam złudzeń, komu przypadła rola ofiary. Przez moment, za późno, uderza mnie myśl, że śmierć Francuza rozwiązała by wiele naszych problemów, ale jestem zbyt przestraszony, żeby sięgnąć po broń. Łokieć ochroniarza wyłamuje się ze stawu, wcale nie tak szybko jak na filmach. Nie słychać żadnego pojedynczego trzasku. Torebka stawowa pęka, kości trą o siebie, twarz ofiary robi się sina. Zwieracze puszczają. Wielki chłop nie krzyczy, tylko jęczy jak dziecko. Francuz wreszcie maksymalnie przeciąga dźwignię. Kiedy to robi, patrzy mi prosto w oczy. Nie potrafię ukryć strachu i obrzydzenia. Niepożądany współpracownik krzywi się wtedy w uśmiechu, którego znaczenie pozostaje dla mnie niejasne. Odwracam wzrok ,bo nie chcę wiedzieć, co będzie dalej. Mam tu jeszcze coś do zrobienia. Vigil opisała mi dokładnie drogę do prywatnych pokojów Jurego. W skrajnych sytuacjach wszyscy, bez względu na to, jak dużymi i złymi ludźmi się nie staliśmy, instynktownie szukamy dla siebie dziecięcych schowków z nadzieją, że świat o nas zapomni. Zwykle nie zapomina.
Szef siedzi za mahoniowym biurkiem mierząc w stronę wyjścia. Jakaś rozkrzyczana dupa wpada na mnie przy drzwiach. Wysuwam pięść, na którą się nadziewa siłą rozpędu tracąc na chwilę dech.
- Tam nie wychodź - ostrzegam - za duże zamieszanie. Poza tym nie chcesz poznawać tych ludzi. Przyczaj się gdzieś. Dzisiaj nie chodzi o ciebie.
- Przyszliście po mnie - dopowiada Jurij mierząc mi w łeb z pistoletu. Nienawidzę, kiedy ludzie to robią. Ostatnio zdarza się zdecydowanie zbyt często.
Przyglądam się ze złością gangsterowi. Jest podtatusiałym jegomościem w podkoszulku, szelkach i spodniach od garnituru. Jego okazały brzuch spoczywa na kolanach. Gdyby nie komiczny wyraz przerażenia, nalana twarz mogłaby wzbudzać sympatię. Duży, przytulasty, łysawy miś.
- Spierdalamy - proponuję rozsądnie.
- Nie wyciągniesz mnie stąd - odpowiada. Łapa, w której trzyma broń, drży. Niedobrze.
- Opuść klamkę, człowieku, bo mnie przypadkiem zajebiesz. Właśnie cię ratuję. I uwierz, że nie jest to czyn bezinteresowny. Masz kilkanaście sekund, zanim dym na zewnątrz się skończy. Ale wtedy nie będzie tam już ani jednego twojego ochroniarza.
Potem dobijam go jeszcze tekstem wprost z tandetnych filmów akcji:
- Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć.
Śmiesznie się wypowiada takie rzeczy.
Chyba zrozumiał, bo rzeczywiście opuszcza spluwę i bardzo szybko jak na takiego grubasa zrywa się z fotela. Skacze niczym wańka - wstańka.
- Gdzie?
- Nad zatokę - krzyczę.
- Tędy będzie szybciej - wskazuje prowadzące na taras drzwi balkonowe. Chwilowo mi ufa. Zwierzęca chęć przetrwania pomaga mu podjąć decyzję.
Trzydzieści sekund później tupiemy już po jego prywatnym molo. Zza lśniącego w świetle księżyca luksusowego jachtu wyłania się rybacka motorówka. Nocą wody zatoki tworzą mętną toń gęstą jak atrament. Echo niesie po powierzchni zamierające odgłosy walki. Świetlne łańcuchy na drugim brzegu i unosząca się nad wodą mgła sprawiają, że zakapturzony kierowca motorówki znów wpisuje mi się w mitologiczny kontekst. Oczekuje, by przewieźć nas na drugą stronę, do królestwa cieni, pleśni i zapomnienia. Już tam byłem. Zerkam ukradkiem na Jurego, który pakuje się do łodzi przede mną. Na jego miejscu tak bym się nie śpieszył.
Docieramy do ponurej przystani po drugiej stronie zatoki. Jurij zadaje nam jakieś pytania, Vigil go ignoruje zachowując zakapturzoną anonimowość. Gałęzie tarataku gniją w stojącej wodzie. Doki, użyteczne w czasach, gdy jeszcze istniała marynarka handlowa, dziś świecą pustkami. Drewniany pomost pleśnieje w świetle jedynej sprawnej latarni. Powierzchnię zbiornika pokrywa zawiesina ścieków i wspomnień. Jurij robi się niespokojny - pierwszy schodzi na ląd.
- Co my tu robimy - pyta podniesionym, nawykłym do wdawania poleceń głosem - potrzebuję się skontaktować z moimi ludźmi. Muszę się dowiedzieć, kto mi to zrobił.
Drze się na nas z opuszczonymi rękami i wystawionym do ciosu podbródkiem. Zbieram się w sobie.
- Nie wiem, co powiedzą w telewizji, ale to wcale nie były mafijne porachunki - mówię mu grzecznie.
- To co się stało? - pyta zdziwiony.
- Wkurwiłeś nie tę laskę co trzeba - wyjaśniam i uderzam z pełnego zamachu, z rotacją bioder. Piąty z kolei strzał w dosiadzie wreszcie pozbawia go zmysłów.

Kiedy odzyskuje przytomność, jest już przypięty kajdankami do wmurowanego w sufit haka. Zwisa z łańcucha jak śnięta ryba. Jego godność zniknęła razem z ubraniem. Teraz jest tylko tłustym, bladym i obnażonym facecikiem w spranych slipach i butach za tysiąc jarków.
Vigil wyczekała do ostatniego momentu. Rusek spogląda na nią, próbuje coś powiedzieć i wtedy dziewczyna zdejmuje kaptur. Jurij milknie. Zmienia się na twarzy.
- Zapłacę ci - bełkocze w moją stronę, a ja łaskawie kiwam głową spodziewając się tego typu argumentacji.
- Widzisz - tłumaczę mu - ten argument w świecie Brighelli zazwyczaj działa. Zazwyczaj, ale nie tym razem. Zostawiłem sobie w życiu parę spraw, na które nie mam cennika. I ta mała - wskazałem Vigil - jest jedną z takich spraw.
- Ale ja jej nie znam - zdumienie w jego głosie wydaje się prawie szczere.
- Twoja reakcja temu przeczy - wyjaśniam spokojnie. - Poza tym nie chcę nawet myśleć, co zrobiliście tej kobiecie, skoro sam jej widok tu i teraz tak tobą wstrząsnął.
- Chcesz wiedzieć? - pyta mnie dziewczyna w dredach podchodząc do skutego mężczyzny.
- Mogę ci opowiedzieć o seansach po dwadzieścia osób od zmierzchu do świtu - mówi gładząc Jurego po wydętym brzuchu - albo jeszcze lepiej pokazać. Na nim.
- No, zobacz - szepczę pakując mu knebel w usta. - Jak to się nam zrobiło... feministycznie.
- A teraz zamienimy się rolami - kontynuuje Vigil z coraz większą słodyczą w głosie obracając w dłoniach piłkę do metalu, z której przed chwilą zerwała metkę z ceną.
- Tylko że to niestety nie wszystko - dodaję przepraszającym tonem odpalając papierosa. - Widzisz, mam wobec tej małej pewne zobowiązania i w ten sposób je spłacam. Dziewczyna zrobiła się ostatnio trochę zajadła, ale chyba potrafisz ją zrozumieć.
- Śmierć jest w sumie niewielką karą za całe sześć miesięcy piekła, które mi zgotowałeś - mówi Vigil - dlatego zabrałam ze sobą Brighellę.
- ...do usług... - wydmuchuję dym ponad jej ramieniem.
- Jedna śmierć to za mało. Dlatego będziesz umierał...
- ...kilka razy - kończę z uśmiechem. W sumie mam sporo frajdy z tego, że po raz pierwszy walczę w słusznej sprawie. Przez chwilę przyglądam się torturom. Kiedy pomysłowość Vigil przekracza wytrzymałość mojego żołądka, wychodzę przed budynek. Woła mnie dopiero godzinę później. Wtedy wracam i robię swoje.

Rozdzieliliśmy się, gdy tylko długa noc dobiegła końca. Skatowane ciało Jurego trafiło do wykopanego wcześniej dołu, zakrwawione ubrania spaliliśmy. Piekło nie zna takiej furii jak gniew zranionej kobiety, mawiają Angole. Patrząc na oskalpowaną czaszkę Ruska doszedłem do wniosku, że mają rację. Po trzykrotnej nekromancji mój mózg był teraz białą, pogniecioną kartką, a z nozdrzy płynęła krew. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny okazały się bardzo niezdrowe. Dla wszystkich.
- Gdzie teraz uciekniesz? - zapytałem Vigil, gdy próbowała domyć ręce zimną wodą z bidona.
- Mam znajomych za granicą, na południu. Przechowają mnie. Wrócę do gry w karty. Chciałbyś...?
- Nie wygłupiaj się - przerwałem - wiesz, że to by nie zadziałało. Doktor, Francuz, może nawet Kulek znaleźliby nas, gdybyśmy uciekali razem. Nie ułatwiaj im roboty. Ja wrócę do Mgławy i będę się zachowywał tak, jakbym o niczym nie miał pojęcia. Nikt nie wie, co nas kiedyś łączyło w Dalekim Brzegu. Nikt nie będzie podejrzewał, że byłem na tyle głupi i nierozważny, by ci pomagać w tym przypale. Poza tym tak naprawdę wcale nie chcesz, żebym z tobą jechał.
- Masz rację - odpowiedziała - nie chcę. - Muszę teraz przez chwilę pobyć sama. Zregenerować się. Zapomnieć o tym wszystkim. Rachunki zostały wyrównane - powiedziała takim tonem, jakby sprawiło jej to zawód.
- No właśnie - uśmiechnąłem się ponuro - myślałaś pewnie, że jego śmierć przywróci w twoim życiu równowagę, co? Ale to tak nie działa. Cierpienie, jego, twoje, czy kogokolwiek, nie ma żadnego znaczenia, żadnej metafizycznej funkcji. Nikogo nie czyni szlachetniejszym. Uwierz mi. Trochę się na tym znam. Zrobiłaś, co chciałaś. Planowanie zemsty było przez dwa lata sensem twojego życia. Chyba trzeba sobie poszukać czegoś nowego.
- Zostały blizny - odpowiedziała cicho i przez chwilę chciałem całować ją tak długo, aż przestanie o nich myśleć. Żeby było jak dawniej, w Dalekim Brzegu. Ukradliśmy wtedy trochę tego sensu życia. Starczyło na parę miesięcy.
- Czasem tęsknię - powiedziałem.
- Za mną?
- Za ludźmi, którymi wtedy byliśmy.
- Teraz pewnie wrócisz do Mgławy, tak? - zapytała niepotrzebnie.
Odpowiedź była oczywista.

Nie wiem, czy było mi przykro, że znów się rozstajemy. Na pewno żałowałem, że wzięła w tym udział. Ktoś, kto nigdy nie zabił człowieka, powinien robić wszystko, żeby tak pozostało. Ale Vigil miała zajebiście dobry powód do zemsty, no i zawsze lubiła przesadzić. To właśnie nas do siebie zbliżyło i to sprawiało, że teraz znów zmierzaliśmy w przeciwne strony. Nie wiedziałem, czy jej się uda. Doktor miał długie ręce i bardzo nie lubił być oszukiwany. Francuz... nie miałem pojęcia, co zrobi, ale jakoś wątpiłem, by przyjął wieść o prawdziwym celu naszej akcji z humorem. Vigil grała teraz w zupełnie inne karty z ludźmi, którzy znali się na tym zdecydowanie lepiej od niej. Przed wyjazdem powtarzałem co kwadrans, żeby na siebie uważała. Żeby zniknęła. Wiedziałem, że mnie nie posłucha. Też bym nie słuchał na jej miejscu. Walnęliśmy szota tequili, potem machnąłem jej ręką. Wyszedłem z baru unikając tandetnej sceny dworcowego pożegnania. Zrolowałem do plecaka swój cień i nocnym pociągiem zmyłem się z miasta.

Od tamtego czasu jej nie widziałem. Miesiąc później, po paru trudnych rozmowach z Doktorem, całkiem przypadkiem wpadłem kiedyś na Francuza. Jak każdy degenerat, musiał prędzej czy później trafić do Psychocandy. Zmaterializował się przede mną nagle w kłębach dymu z fajki wodnej. Siedziałem samotnie w loży unikając imprezowego zgiełku, bo ostatnimi czasy znajdowałem się w dość ponurym nastroju. Stał w jedynych drzwiach niewielkiego pomieszczenia, nie było gdzie zwiewać. Niechętnie nalałem mu herbaty z lychee i zaproponowałem miejsce na pufie naprzeciwko. Jeśli będzie coś kombinował, bramkarze to zauważą.
- Co słychać? - zapytałem podając mu zimną ze zdenerwowania dłoń.
Upił trochę herbaty i uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Stara bieda. Źli ludzie chodzą ulicami, pedofile dostają wyroki w zawiasach. Ktoś musi coś z tym robić, nie?
- Jednoosobowe przedsiębiorstwo oczyszczania miasta?
- Właśnie. Mam drogie hobby. Muszę się jakoś utrzymywać.
- Drogie hobby? Dragi i pierdolenie? Myślałem, że tego jest wszędzie pełno.
- Nie dragi, tylko jeden, specjalnie zaprojektowany narkotyk. W pełni synestetyczny oraz syntetyczny pobudzacz zmysłów. Mój wkład w historię ludzkości. Chrześcijańscy mistycy już dawno doszli do wniosku, że raj to pewien określony stan świadomości. Jeśli tak, to da się go stymulować chemicznie.
- Taaa, i jak tam poszukiwania?
- Napotykają niespodziewane trudności. Doktor ogranicza mi dostęp do swoich najlepszych dziewczyn.
Pokiwałem głową. Po akcji na wybrzeżu Doktor traktował Francuza jak zło konieczne.
- Jego dziewczyny aż się do ciebie garną. Ale on się boi, że je uzależnisz, czy coś.
- Przesądy - żachnął sie Francuz - starzec czerpie nieuzasadnione poczucie wyższości z powodu bycia weekendowym alkoholikiem. W czym to jest lepsze od ćpania? Cóż, wybaczam mu tę ignorancję.
- Szukałeś mnie, żeby się wyżalić?
- Też. Jednak głównie dlatego, że mam dla ciebie robotę. Potrzebuję magicznego wsparcia. Trupy, przemoc, trochę biegania - standard. Piszesz się? - zapytał. Wzruszyłem ramionami. Facet mnie przerażał, może nawet chciał mnie zabić, ale z drugiej strony miałem akurat wolny weekend.
- Jest jeszcze coś, kolego - mruknął niewyraźnie Francuz i wyciągnął w moją stronę pojednawczym gestem paczkę szlugów. Jeśli mamy razem pracować, powinniśmy być wobec siebie szczerzy, prawda?
- Prawda - odpowiedziałem. Przed oczyma stanęły mi sceny sprzed miesiąca, kiedy z uśmiechem łamał człowiekowi rękę w łokciu. - Jasne. Powinniśmy być wobec siebie uczciwi.
Zaciągnął się dymem.
- W takim razie muszę się do czegoś przyznać.
Przeraził mnie tymi słowami. Czy teraz opowie mi, że po akcji na wybrzeżu odnalazł Vigil, żeby ją ukarać za to, jak nas wystawiła?
- Ta afera miesiąc temu - mówił z rozmysłem dobierając słowa - miałeś przez nią trochę problemów z Doktorem, prawda? To moja wina. Wiedziałem, że w domu.... nie będzie żadnych szlachetnych kamieni. Vigil powiedziała mi o tym wcześniej.
O, kurwa.
- Spotkałem się z nią parę razy przed wyjazdem i potem na wybrzeżu. Miała swoje powody, żeby rozliczyć się z Jurim. A ja, no cóż, hmmm, postanowiłem jej w tym pomóc.
Ciekawe, czy w moich ustach brzmiałoby to równie idiotycznie.
- Miała powody, wiem - odpowiedziałem - przez pół roku była jego dziwką. Gwałcił ją i prawie zabił. Znam tę historię.
- Znasz? - zapytał Francuz. Dobrze, że byliśmy wtedy przy stoliku sami. Obaj mieliśmy bardzo dziwny wyraz twarzy.
- Znam. Jeśli oczywiście jej smutna opowieść w ogóle była prawdziwa.
- Myślisz, że miała jakieś inne powody, żeby go zabić?
- A skąd ja to mam wiedzieć, stary? Przecież dałem się przekręcić jak frajer. Zupełnie tak jak ty. Teraz dopiero rozumiem, dlaczego Doktor tak łagodnie przyjął informację o tym, że w willi nie było żadnych cennych fantów. Czemu nas po wszystkim nie przycisnął. I dlaczego wysłał nas na akcję bez żadnej obserwacji i wywiadu.
- Sądzisz, że on też...? - zapytał Francuz. Bladą twarz wykrzywił mu szeroki, tym razem jak najbardziej szczery uśmiech.
- Nie mam pojęcia. Wiesz, że Doktor jest czuły na punkcie kobiet. Tak jak ty i ja. Chyba tylko biedny Kulek jechał tam po skarb. My jechaliśmy ratować księżniczkę.
- Ale przypał - ocenił Francuz - ale wstyd.
Lepiej bym tego nie ujął.
- Skoro rolowała równo nas wszystkich - kontynuował - dlaczego po prostu nie zagrała w otwarte karty? Prawie wszyscy wiedzieli, że chodzi o zemstę i nie ma w tym żadnego zysku. Więc po co ta cała piętrowa ściema?
- Bo to baba - odparłem zrezygnowany - więc jest mądrzejsza od nas. - Wiedziała, że wtedy nikt by się nie zdecydował nadstawiać za nią karku. Każdy z nas musiał uwierzyć, że jest jedyny. Że jest samotnym mścicielem, jej ostatnią nadzieją na sprawiedliwość. Trafiła w miękkie, bo nawet cyniczni faceci lubią czasem bawić się w rycerzy.
- Masz, kurwa, rację - przyznał z podziwem Francuz. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby przeklinał. - No, ale wyszło szydło z worka. Wiemy, że nas wykorzystała. I nie jesteśmy nawet do końca pewni, dlaczego to zrobiła. Gwałt? Może nie było żadnego gwałtu. Może gangster podpadł jej zupełnie czymś innym. Może zabił jej kogoś bliskiego? Może ją porzucił? Obiecał, ale nie zadzwonił, albo coś w tym stylu. Kobiety bywają pamiętliwe.
Przypominając sobie oskalpowaną, bezoką twarz Jurego, przyznałem mu rację.
- No i co teraz? Będziesz próbował ją odnaleźć? Ukarać? Zabić?
- Dawno wyjechała z Mgławy - odparłem - nie mam pojęcia, gdzie się zaszyła. A to szulerka, ma znajomości wszędzie. Poza tym porobiłem tu sobie długów i zobowiązań. Nie bardzo mogę się ruszać z miasta.
- No, ja też nie. Ta robota, potem parę innych. Taki teraz zajęty okres...
Wzruszyłem ramionami. Przez pewien czas siedzieliśmy w milczeniu. Francuz naprzeciw mnie z miną, jakby usłyszał niezły dowcip i nie miał się nim z kim podzielić. Uśmiechnąłem się krzywo do swoich myśli. Nie potrafię ci wyjaśnić dlaczego, ale poczułem wtedy, że po raz pierwszy od paru dni mam znów dobry humor. Z głębi lokalu dobiegał wytłumiony puls gitary basowej. Nabrałem ochoty na imprezę.
- Sól, cytryny i butelka tequili - rzuciłem do barmanki. Wiedziałem, że Francuz chętnie się przyłączy.
Rozstawił między nami wysokie kieliszki.
- Za kogo pijemy?
Spojrzałem na niego kpiąco odbierając z rąk kelnerki butelkę schłodzonej Olmeki.
- Pytasz, a wiesz - odparłem.

Bytom, grudzień 2009.


Autor: Paweł Ciećwierz
Dodano: 2012-04-12 00:34:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS