NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aaronovitch, Ben - "Rzeki Londynu"

Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki




Marokaina


Paweł Ciećwierz

Marokaina

Od autora: Paweł Ciećwierz - urodzony w roku 1978 na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel, autor kulturowo - wampirycznego eseju pt „Synowie Kaina, córy Lilith”, zbioru opowiadań „Nekrofikcje” oraz wielu innych tekstów publikowanych w antologiach i czasopismach. Buddysta, anarchista, kolekcjoner wrażeń. Bez żony, dzieci, prawa jazdy i planów na przyszłość. Szczęśliwy. Marokaina - większość motywów marokańskich w tym tekście jest rzeczywista. Postać siostry zakonnej, figura Jezusa - kaleki i taksówkarz z małpą to autentyki. Zachęcam do odwiedzenia pięknego kraju, żeby się o tym przekonać. Postać Skuda też ma swój realny odpowiednik. Mój przyjaciel, o ile wiem, nikogo nie zabił, ale cała reszta się zgadza. Jako autor wychodzę z założenia, że nawet tworząc fantastykę należy szukać inspiracji we własnych doświadczeniach. Jeśli nie potrafisz naprawdę żyć, nie potrafisz też naprawdę pisać.(PĆ).


Ściągnij opowiadanie w formatach: pdf, epub, mobi i doc

.

pani Vigil

Minarety, mozaiki, łagodne łuki portali w ostrym południowym słońcu. Europejczyk o twarzy zmęczonej śmierci przygląda się temu z podcieni hotelowego baru.
Hotel i bar to w tym przypadku zdecydowanie zbyt duże słowa. Brązowe ściany budynku zlepione są z trawy i zesmażonej słońcem gliny, a na poddaszu mogą się zakwaterować cztery osoby naraz pod warunkiem, że nie rzucają się zanadto podczas snu. Miejsc w barze jest dokładnie dwa razy więcej i są zdecydowanie wygodniejsze niż ponadgryzany przez czas i karaluchy siennik. Mężczyzna rozpiera się wygodnie na krytych wzorzystą otomaną poduchach zastępujących krzesła. Stuletni właściciel wysilając się i gestykulując ustala zamówienie. Jego jedyny gość posługuje się łamaną francuszczyzną, której podstaw nauczył się w wojsku. Na szczęście obaj doskonale znają termin berber whiskey – dziadek wybiera się zatem na długi spacer aż do rynku, by u znajomego sprzedawcy kupić świeże liście mięty. Potem, już na miejscu, miesza je z zieloną herbatą, niemiłosiernie słodzi i przelewa kilka razy po to, by woda miała szansę się napowietrzyć. Klient obserwuje to wszystko zmrużonymi oczyma.
Traktem co jakiś czas przechodzą ludzie i niknące pod ciężarem juków osły. Kopyta wzniecają chmury kurzu. Biały wzorem nomadów przysłania twarz chustą. Jego uwagę przyciągają zasłonięte barwnymi dżelabami ciała kobiet. Mimo upału i kurzu stroje w niewytłumaczalny sposób pozostają czyste, tak jak pokryte henną stopy i ręce. Poza tym widać tylko oczy, ale to wystarczy, żeby stwierdzić, że tutejsi mężczyźni mają szczęście. Obcy wdycha ciężko i spuszcza wzrok, by nie drażnić tubylców. Stuletni gospodarz stawia przed nim dwie szklanki. Gość przesuwa jedną z nich na drugi koniec blatu, podnosi głowę i mrużąc oczy patrzy wprost na bielony wapnem meczet. Czeka, aż ukryta w cieniu budynku osoba zrozumie, że nie ma już sensu się chować. To wysoka, ogolona do skóry Afrykanka, która znika na chwilę w tumanie kurzu, a potem pojawia się przy stoliku i zajmuje miejsce naprzeciwko.
- Nie sądziłem, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Na innym kontynencie, tak daleko od domu. Chociaż, z tego co pamiętam, ty urodziłaś się właśnie tutaj.
- Dalej. W Ruandzie – odpowiada po chwili milczenia czarnoskóra dziewczyna. Ani na chwilę nie traci z pola widzenia dłoni swojego rozmówcy.
- Minęły już trzy lata. Dużo się zdarzyło przez ten czas – mówi mężczyzna.
- Podczas naszego ostatniego spotkania przyrzekłam coś tobie i twojemu przyjacielowi. Ja zawsze dotrzymuję słowa.
Mężczyzna kręci z niedowierzaniem głową.
- To już trzy lata, Izis.
- Trzy i wystarczy. Poza tym mam powód, żeby tu być. Pracuję dla pana Golda.
- Znam gościa?
- Nie udawaj, Skud. Płacą ci za przelewanie krwi jego zawodników.
- I co teraz? Zabijesz mnie na oczach tych wszystkich ludzi?
- To nie miejsce i nie czas na prywatne porachunki. Poza tym, kogoś mi tu jeszcze brakuje.
- Brighella ciągle siedzi w Mgławie.
- Teraz jeszcze tak, ale mam swoje źródła i wiem, że go tu zaprosiłeś. Bardzo nierozsądnie.
- Nic ci do tego, kobieto – warczy Skud, który nigdy nie grzeszył nadmiarem cierpliwości.
- Nie przyszłam się bić – uspakaja dziewczyna o skórze czarnej jak heban. – Jeszcze nie dzisiaj. Dziś mam dla ciebie propozycję. Możemy nasze sprawy załatwić zupełnie inaczej. Pozwolę ci żyć i nie będę przeszkadzać w turniejowym starcie. Ale taki spokój ma swoją cenę. W zamian ty sam załatwisz Brighellę. Własnymi rękami. Taka satysfakcja mi wystarczy.
Skud bierze łyk słodkiej, aromatycznej herbaty. Z całych sił stara się zapanować nad morderczą furią, którą budzi w nim samo brzmienie głosu tej kobiety.
- Przemyślę to – odpowiada szeptem.
- Powinieneś – mówi dziewczyna. – Oglądałam pojedynki. Widziałam, jak zmieniał ci się wyraz twarzy po każdym zwycięstwie. Na początku nawet nie wierzyłeś, że przejdziesz eliminacje. No i proszę. Nagle okazało się, że masz talent. I to nie byle jaki. Gdyby życie poukładało się inaczej, mógłbyś być wielki jak Ali czy Machida. Starzejesz się. Te zawody to twoja ostatnia szansa na jakiekolwiek życiowe zwycięstwo. Dobrze o tym wiesz, dlatego teraz zależy ci już tylko na tym, żeby zostać mistrzem. Co stawia cię w dość kłopotliwej sytuacji, bo u mnie wszystko zostało po staremu: ciągle nie mam nic do stracenia. Przemyśl moje słowa. Każda przyjaźń, tak jak wszystko inne na tym świecie, kiedyś się kończy. Znasz Brighellę dobrze. Wiesz, jakim jest cynicznym draniem. Myślisz, że on postawiony przed podobnym dylematem zawahałby się chociaż przez chwilę? – pytanie zawisa w powietrzu.
Dziewczyna dwoma haustami wypija swoją herbatę. Potem nie spuszczając wzroku ze Skuda cofa się na pustynny trakt. Znika w tumanie kurzu.
Mężczyzna machinalnie rozwiera i zaciska pięść z knykciami obitymi do kości. Słońce wyświeca pozłacaną kopułę meczetu. Jest teraz sam. Sam w Afryce.

Zaczyna się od żółtego niczym ostatnie płótna Van Gogha drinka z parasolką. Wyciskany sok z cytryn zmieszany pół na pół z dżinem Bolsa, czyli gimlet. Parasolka – niepotrzebna. Wypijam szybko, zanim stopią się kostki lodu, a chłopiec hotelowy natychmiast przynosi mi następny i znowu muszę się śpieszyć. W słońcu mamy dziś pięćdziesiąt osiem stopni. Trzeba dżinu, żeby mój organizm zaakceptował takie warunki. Poza tym jednak naprawdę nie ma na co narzekać.
Promienie prześlizgują się po powierzchni wody w basenie. Rozłożyste liście palm chronią mnie przed upałem. Naprzeciwko, na drugim brzegu basenu, zalegli nowi Ruscy. Ona – piękna jak modelka mimo źle zafarbowanych włosów, uwieszona na ramieniu Jego – tłustego, różowego, świecącego biżuterią. Facet jest moim dokładnym przeciwieństwem, dlatego panna zerka ciekawie w tę stronę, ale siedzi tam, gdzie siedzi. Po namyśle muszę przyznać, że sytuacja tego sowieckiego prosiaka jest trochę lepsza. Ma za to włosy na plecach, a ja nie. Uśmiecham się do Ruskiej, która natychmiast spuszcza wzrok, i kończę kolejnego drinka. Chłopak z obsługi macha ręką i wędruje do baru.
Jest promiennie, wilgotno i leniwie. Zmęczony podróżą i popołudniem spędzonym w basenie z pijacką życzliwością przyglądam się afrykańskiemu niebu. Chwilo trwaj, nie ma mowy, żebym teraz ruszył się z leżaka. Za moimi plecami marmurowe schody wiodą do przeszklonego hotelowego foyer. Posadzka pokryta jest tam ręcznie robioną mozaiką z Fezu, a w pokoju czeka czysty szlafrok i kosz owoców. Woda chlupoce, dzieciaki wrzucają się wzajemnie do basenu, na brzegu cztery nastolatki prężą ciała koloru czekolady. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam szczególnych oczekiwań w sprawie raju – ten wystrój w zupełności wystarczy.
Nie muszę się nawet zastanawiać, co taki typ jak ja tu robi i kto płaci za luksusy, bo za chwilę zjawi się mój przyjaciel i wszystko nam wyjaśni. Byle nie teraz. Jeszcze nie w tej chwili. Przysypiam ukołysany szumem palmowych liści i multilingwistycznym brzęczeniem wczasowiczów.

Strużka wody ściekła mi po twarzy. Tak skończyła się popołudniowa drzemka. Skud stanął nade mną z pustą szklanką w ręku i zasłonił słońce.
- Bardzo śmieszne – mruknąłem, gramoląc się z leżaka. Napoczęty drink miał temperaturę odstanej herbaty. Wypiłem i bez słowa uściskałem intruza. W końcu był moim przyjacielem. Najlepszym i jedynym albo najlepszym, bo jedynym – mała różnica. Widzieliśmy się prawie rok temu w innych okolicznościach, na innym kontynencie, ścigani we własnym mieście jak pospolici przestępcy. Nie całkiem bez powodu. Przez pewien czas zastanawiałem się, czy przeżył, a tydzień temu zadzwonił z bardzo nieoczekiwaną propozycją.
Teraz przyglądał mi się krytycznie, zdejmując lustrzanki.
- Dobrze wyglądasz – ocenił – wypoczęty, mniej kościsty niż zwykle. Gotów do nowej przygody. Ale mógłbyś chociaż tutaj założyć coś, co nie będzie brązowe albo czarne.
- Ty też się nieźle trzymasz – skłamałem, przyglądając się wyblakłym tatuażom i podsiniałej prawej stronie twarzy.
- Nie cierpię walczyć z mańkutami. Zawsze zapominam i łapię kontrę.
- Z tego, co widzę, sprawa była całkiem niedawno. Dojechałeś go przynajmniej?
- No, ba.
Skud zamówił sobie białego ruska i zaczął kręcić się niespokojnie na krześle, obserwując z uwagą swoje obite knykcie. Pytanie, którego się spodziewałem, w końcu padło.
- Widziałeś się może z Anną? Wiesz, siedzę tu już cztery miechy. Telefony są chuja warte. Nie mam żadnego kontaktu z ludźmi w kraju – wyjaśnił gładko i bez potrzeby.
Pokiwałem przecząco głową.
- Nadal jest z tym gościem?
- Przecież ci mówię, że nie mam pojęcia. Zniknęła zaraz po tym, jak się rozstaliście. Nie, chwilę. Zaraz po tym, jak włamałeś się do domu jej nowego chłopaka i chciałeś tam na niego czekać.
- Stara sprawa – machnął ręką Skud. – No trudno. Kiedyś się pewnie spotkamy, inszallach.
- Co?
- Insz Allach. Jeśli Allach tak zechce. Tutejsi bez przerwy to powtarzają.
- Tylko mi nie mów, że się nawróciłeś. Mam słabe nerwy. Mogę tego nie wytrzymać.
- To takie powiedzenie. Zdziwisz się, jak często się przydaje.
Kiwnąłem głową.
- Na razie najbardziej dziwi mnie, że w ogóle jestem w tym kraju. Wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu opłacone przez anonimowych dobroczyńców. Co ci będę mówił, w mojej branży nie zdarza się to zbyt często.
Skud uśmiechnął się złośliwie, bo tylko tak potrafił.
- Podobno po tej aferze w Ostańcu palił ci się grunt pod nogami.
- Nie tylko po tym. Od pewnego czasu wszystko zaczęło się kumulować. Sprawa z opętaniem córki Palewicza, afera w Ostańcu, a potem nasz gościnny występ w tej wsiórze. Ktoś się w końcu zdenerwował.
- Milicjanci?
- Gorzej. Znajomi widzieli pod moim hotelem Czerwia.
Uśmiech Skuda zrobił się jeszcze szerszy i mniej podobny do uśmiechu. Chyba był dumny z tego, że osobiście uczestniczył w większości incydentów, które doprowadziły mnie na samo dno. Do Afryki.
- Może tylko zaglądał tam przejazdem?
- Nie zostałem, żeby sprawdzić. Prawdę mówiąc, twoja propozycja pojawiła się w najlepszym momencie. Dzięki – powiedziałem, chociaż wcale nie trzeba było tego mówić. To było oczywiste.
- Nowy świat, stara śpiewka – oznajmił Skud. – Musisz zrozumieć, że sprawy tutaj wyglądają trochę inaczej niż u nas. Ale wszędzie znajdą się ludzie, którzy będą ci chcieli zapłacić za to, co potrafisz najlepiej.
Westchnąłem. Słońce chyliło się ku zachodowi ponad dachami i meczetem białego miasta. Już jadąc do hotelu zauważyłem, że system zabudowy jest zupełnie inny niż u nas. Zapomnij o kątach prostych. Ulice przecinają się w najdziwaczniejszy sposób, zamiast skrzyżowań są ronda, tarasy zamiast zaułków. Afrykańskie miasto rozrasta się wielowymiarowo, wielopłaszczyznowo.
- Trudno tu będzie spierdalać – mruknąłem pod nosem. A skoro zapłacą mi za to, co potrafię najlepiej, to po wszystkim na pewno będzie trzeba.
Skud rozsiadł się wygodnie, spojrzeniem odstraszył bawiące się w pobliżu dzieciaki i zaczął opowiadać.
- To państwo jest monarchią, jak zapewne zdążyłeś się zorientować, bo na każdym słupie wiszą portrety Grubego. Kiedyś rządziła tu arabska mniejszość, wtedy był porządek i jako taki dobrobyt. Teraz w drodze demokratycznego przewrotu władza przeszła w ręce Berberów, którzy zamieszkują te ziemie od początku, czyli od czasu, kiedy nasi przodkowie iskali się wzajemnie i łazili po drzewach. Stolica i parę innych pięknych miast sporo ucierpiało podczas rewolucji. Ludzie nie mieli co jeść i tak dalej. Wiadomo, Afryka. I wtedy, hola, zgadnij kto nieproszony zgłosił się z propozycją odbudowy tych miejsc.
- Wiem. Nie musisz mi mówić. Co było dalej?
- Odkąd Amerykanie zaprowadzili tu swój, przepraszam za wyrażenie, protektorat, zrobiło się dość chaotycznie i wesoło. Diabli wzięli dawne państwo policyjne. Od niedawna gdzieniegdzie wybuchają bomby.
- Słyszałem w wiadomościach. Ktoś się nawet wysadził live – przed kamerami.
- No, był taki jeden. Polak, wyobrażasz sobie?
- Polak z Koranem?
- Z plastikiem – odpowiedział Skud, myśląc już o czymś innym. – Tak czy inaczej, tęsknota za starym, oswojonym złem w postaci Mohammeda któregośtam zaczyna być coraz bardziej odczuwalna. Są też tacy, którzy na całego korzystają ze świeżo nabytej wolności. Tuaregowie, moi towarzysze. Wkrótce ich poznasz.
- Nie mogę się doczekać – mruknąłem, zastanawiając się, jacy są ci Tuaregowie, skoro odpowiada im towarzystwo Skuda.
- Mówi ci coś imię Aisha Kandisha?
- To miało być pytanie retoryczne?
- Już wkrótce się dowiesz, kto to jest. I, uwierz mi, Brighella, po wszystkim trudno ci będzie o niej zapomnieć – oznajmił z tajemniczą miną Skud.
I tak spokojne wakacje diabli wzięli.

Tamtej nocy Skud przedstawił mnie swojej nowej rodzinie. Nie mam pojęcia, co połączyło go z tymi ludźmi. Jakie wspólne cechy mógł mieć były żołnierz, niezrównoważony najemnik z miasta i banda dziwnych, zakutanych w dżelaby, niemówiących w żadnym ludzkim języku ludzi pustyni? Może połączyło ich to, że wszyscy żyli i funkcjonowali w warunkach, w których normalny człowiek wymiękłby po tygodniu?
Połacie drobnego piasku koloru rdzy rozciągały się jak okiem sięgnąć na zachodzie. Słońce wydawało się śmiesznie małe w porównaniu z Saharą. Nigdy wcześniej nie byłem na żadnej pustyni. Boję się wielkich, pustych przestrzeni. Życie człowieka wydaje się znaczyć tu równie mało, co życie skorpiona, tyle że skorpion potrafi się przystosować.
Zasuszony mężczyzna w trudnym do określenia wieku bez uśmiechu podał mi czarkę miętowej herbaty na przywitanie. Był chyba szefem grupy. Oprócz niego w obozie znajdowało się jeszcze dziesięć osób: mężczyźni, kobiety i dzieci, które obległy mnie natychmiast, prosząc o coś słodkiego. Żyli w chatkach wzniesionych ze słomy, desek i gliny: jeden namiocik był spiżarnią, inny pokojem gościnnym, ale najważniejsze miejsce w całym obozowisku zajmowały zwierzęta. Kozy, koty, osły, w symbiozie z ludźmi.
Popatrzyłem na Skuda, oczekując jakiegoś złośliwego komentarza, ale on wdał się w dyskusję z seniorem rodu. Przeklinał przy tym po naszemu i machał rękami. Na koniec obaj wycałowali się siarczyście.
- Pięknie, prawda? – powiedział, podchodząc do mnie z kawałkiem wędzonego mięsa w ręku.
- Osobliwie. Często ich odwiedzasz?
- Żyję z nimi. Wynoszę się tylko na walkę, potem wracam. Nie byłem tak ustawiony psychicznie od kiedy Anna zabrała swoje rzeczy.
Dla niego odejście tej kobiety było jak narodziny mesjasza. Liczył czas od tego momentu.
- Stałeś się nomadem? – zrobiłem, co mogłem, żeby stłumić niedowierzanie we własnym głosie. – Po co?
Skud tylko potrząsnął głową.
- Nie zrozumiesz tego, Brighella. To jest teraz moje miejsce. Wśród nich potrafię oddychać. Do mistrzostwa zostały mi jeszcze dwie walki. Cieszę się, że będziesz mógł je obejrzeć. Potem ty wracasz do Mgławy, a ja zostaję tutaj, braciszku. Będę pasł owce, a mistrzowski pas powiesi się przy wejściu do namiotu.
- Długo zamierzasz tak żyć? – zapytałem, bo zrobiło mi się przykro. – Miasto nie będzie takie samo bez ciebie.
- Jak najdłużej. Tutaj budzę się i zasypiam w ciszy. Niewiele rzeczy mnie wkurwia. Do niedawna wydawało mi się, że mieszkałem w Mgławie. Teraz wiem, że byłem na nią chory.
- Jeszcze się przekonwertujesz na Islam, co?
Słuchanie nowego, przemienionego Skuda było ciężkim doświadczeniem. Trochę przerażającym. Może to zazdrość? Przyjechał tutaj, ponieważ kiedy władzę przejęli zupełnie do tego nieprzygotowani Berberowie, państwo otworzyło się jak ostryga na wszelkie legalne oraz nielegalne formy obrotu kapitału. Malownicze miejscówki, legislacyjny chaos i nieprzyzwoicie tanie zioło przyciągnęły wszelkiej maści ekspertów z szarej strefy. Casablanca stała się stolicą walk bez zasad. Stąd retransmitowano je na cały świat, zbijając grubą kasę. Policja była kupiona tak skutecznie, że funkcjonariusze sami pomagali przy ustawianiu ringu. Pojedynek kończył się, kiedy jeden z zawodników tracił przytomność. Czasem kończył się dopiero parę kopnięć później.
Nagroda przyciągnęła wojowników z całego świata. Tajscy bokserzy, karatecy, ochroniarze, eksperci od brazylijskiego ju jitsu, barowi napierdalacze, zapaśnicy zdyskwalifikowani za doping – wszystko to ściągało do Casablanki na umówione pojedynki, które toczyły się na całym obszarze kraju. Wiedziałem o tym od Skuda, teraz miałem się przekonać na własne oczy, bo po paru miesiącach udało mu się zyskać status niezależnego, obiecującego zawodnika, którego publiczność chce oglądać. Walki były nielegalne, ale to nie znaczy, że nie były komercyjne.
Patriarcha rodu oprowadził nas po lepiankach, niezrozumiale i obszernie wyjaśniając mi wszystko, co powinienem wiedzieć o kozach, i kiedy już znałem wszystkie pięć z imienia i nazwiska, poczęstował nas świeżo wypieczonym chlebem.
- To, co powiedziałeś, nasuwa mi jeszcze jedno pytanie. Kiedy siedziałem w Mgławie, sprawa wydawała mi się oczywista: przyjechałeś tutaj, żeby skasować nagrodę za miejsce na podium. Ale teraz nie jestem już do końca przekonany, czy rzeczywiście chodzi o forsę.
Skud, stary najemnik, człowiek, który pakował klientów w ramki za byle tysiąc jarków, teraz przecząco pokręcił głową. – Chcę wygrać to mistrzostwo, braciszku. Może to nie jest najwspanialsza rzecz, jakiej można dokonać, ale jedyna, do której się nadaję.
Coś nieuchwytnego zmieniło się, odkąd widziałem go po raz ostatni. W takich chwilach czuję się jak dinozaur: ostatni relikt epoki, w której wszystko było dozwolone i nikomu na niczym nie zależało.
- Nie wiem, co zrobię, jak zostaniesz tu na stałe – powiedziałem szczerze. – Tylko razem jesteśmy tak skuteczni. Zgrany zespół. Ludzie od wszystkiego. Jak do tej pory nie było na nas bata – pomyśl o tym.
- Myślę o tym, jak długo można tarzać się w gównie. Odkąd Anna odeszła, moje życie to dragi, imprezy i trupy. Ani ty, ani ja nie dokonaliśmy do tej pory niczego, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Ten turniej to konfrontacja najlepszych. Jak wygram tutaj, będę wiedział, że wygrałbym wszędzie. A wtedy położę na wszystkim lachę, zostanę z moimi nowymi ludźmi i będę wypasał owce.
- Chyba kozy.
- Właśnie.
Pokiwałem głową z niedowierzaniem. Znałem go od lat, ale nigdy nie spodziewałbym się takiej wolty. Może nie mówił mi wszystkiego? Chciałem jeszcze zapytać, co się stanie ze mną, ale poczułem, że byłoby to żałosne. Jest, jak jest… Pustynny wiatr niósł ze sobą skwar i piach koloru rdzy.
Mimo upału zimny dreszcz rozpoczął wędrówkę od podstawy kręgosłupa. Poczułem się nagle bardzo zagubiony, sam na obcym kontynencie, daleko od domu. Skud się zmienił. Coś złego dzieje się z umysłami ludzi siedzących tu za długo. Może to afrykańskie słońce wyzwala tęsknotę za rzeczami, które nie dają się ani sprzedać, ani wytłumaczyć. Powinienem o tym pomyśleć, zanim tu przyjechałem. Powinienem iść do doktora i powiedzieć mu, że jadę do dziwnego kraju, dlatego potrzebuję szczepionki przeciw marokainie.

- Zobaczysz – powiedział Skud, gdy jechaliśmy na miejsce – że wybierają pojechane miejscówki dla tych walk.
Nie bał się. Czekał na ten dzień jak dziecko na gwiazdkę
- Co najgorszego może mi się stać? – pytał. – W końcu jestem chłopakiem z ulicy Rycerskiej.
Przytaknąłem, wspominając rodzimą Mgławę. Parę lat temu na Rycerskiej – ulicy meneli – zlikwidowano rzeźnię. Zamknięto ją, kiedy wyszło na jaw, że do wyrobu kiełbas używano mięsa bezdomnych. Po namyśle doszedłem do wniosku, że w ogóle nie tęsknię za domem.
Dżip telepał się na wybojach, kiedy podążaliśmy w stronę miasta. Rozległego, o niewysokiej zabudowie, gdzie większość domów ze względu na wiatr i piach od pustyni pomalowana była na czerwono. Jadąc przez przedmieścia, minęliśmy bidonville – sklecone z odpadków osiedla biedaków. Mimo gróźb i obietnic kolejnych władców nigdy nie udało się ich zlikwidować. W centrum szklano-marmurowe bryły luksusowych hoteli niknęły wśród lokalnej architektury – kopuł, łagodnych łuków sklepień, suto zdobionych attyk i minaretów. Zapach dojrzałych owoców mieszał się w Marrakeszu z gęstym smogiem. My zmierzaliśmy prosto do bijącego serca miasta.
- Od cholery policji – mruknąłem, rozglądając się. – Nie wiem, w jaki sposób chcecie zorganizować tę imprezę na placu głównym.
Skud uśmiechnął się krzywo.
- To nie jest wcale taki zwykły plac – odpowiedział – Zobaczysz. Wszyscy gliniarze świetnie wiedzą o zawodach. Niektórzy nawet dają łapówy, żeby tylko mieć patrol przy ringu. Burmistrz też dziś wpadnie, chociaż pewnie będzie incognito.
- Czyli dokładnie jak u nas.
Skud miał rację – to rzeczywiście nie był taki sobie zwykły plac. Mila kwadratowa otwartej przestrzeni po zmroku wypełniła się ludźmi tak, że trzeba było przepychać się łokciami. Nad głowami unosił się tłusty dym ze smażalni i kotłów. Z daleka przypominał szare zadaszenie. Miejscowa biedota spotykała się tu co wieczór. Plac zastępował im gazety, telewizję, kościół i knajpę. Po prawej stronie ktoś wykrzykiwał z siebie poranne newsy, tuż obok rozentuzjazmowana gromadka oklaskiwała szalejącego schizofrenika. Minęliśmy dentystę. Usunięty cęgami ząb mogłeś u niego za darmo zastąpić zębem wyrwanym wcześniej komuś innemu.
- To ci się może za chwilę przydać – poinformowałem Skuda.
Prócz owoców wszelkiej maści i ciasteczek tworzących barwne szachownice na straganach, można się tu było posilić także skruszałą wielbłądzią głową z pokrytymi bielmem oczyma oraz pyskiem przewiązanym sznurkiem. Egzotyka, panie. Zaklinacze węży, kieszonkowcy, cyrkowcy, szaleńcy, odmieńcy, komicy i czarodzieje. Pasowaliśmy do tego miejsca.
Ring wzniesiono w samym centrum placu. Ot tak sobie, w biały dzień, miała się tu odbyć nielegalna walka na gołe pięści, która może się skończyć dla któregoś z zawodników naprawdę kiepsko. Gliniarze pałkami odpędzali gapiów. Balustrada piętrowej kawiarni zmieniła się w lożę VIP-ów. Przecisnąłem się do narożnika razem ze Skudem. Prócz mnie był tam jeszcze promotor – siwawy Anglik w białej marynarce – oraz lekarz, też na szczęście cudzoziemiec. Na widowni młoda kobieta o pięknych orzechowych oczach co rusz zerkała w naszą stronę. Patrzyła na Skuda. Chyba nie opowiedział mi wszystkiego o swoim pobycie tutaj. Słońce zachodziło ponad Wieżą Książek. Miodowy blask ześlizgiwał się po marmurowych ścianach najwyższego minaretu w mieście.
Przeciwnik był Tajem, a z nimi nie ma żartów. Na głowie nosił rytualną opaskę i odprawiał swój taniec przed walką, ignorując Skuda.
Wyszli na ring bez koszul i butów. Pojedynki odbywały się według zasady no rules, no problem. Walczono raczej w stójce, bo publika lubiła krew i szybką akcję. Skud był z tego powodu przeszczęśliwy.
Sędzia główny miał dziary legii cudzoziemskiej na rękach i karku, złamany nos, a gabarytowo górował nad obydwoma zawodnikami. Ogłosił, że przeciwnik Skuda nazywa się Kaoklai i jest byłym mistrzem swojego kraju w tajskim boksie. To dobra rekomendacja. Jeśli wygrał w Tajlandii, może walczyć wszędzie. Parę dni później dowiedziałem się, że jego sportowa kariera w ojczyźnie skończyła się, kiedy za grubą kasę podłożył się jakiemuś dzieciakowi ze Stanów. Pokazali to w reality show. Tłusty Amerykanin okładający wytrenowanego jak sprężyna Tajlandczyka, który robi wszystko, żeby zainkasować jak najwięcej ciosów i wreszcie paść na deski. Chyba po czasie pożałował swojego telewizyjnego debiutu. Przyjechał tu, by odzyskać szacunek widowni i swój własny. Dlatego teraz stał naprzeciw Skuda lekko uśmiechnięty, bez ściemy i udawania. Wojownicy podali sobie ręce.

Na początku pojedynczymi uderzeniami badali dystans i wyczuwali się wzajemnie. Publika okrzykami w różnych językach zagrzewała do starcia. Ci, którzy znali się trochę na sprawie, siedzieli skupieni, ale hałaśliwa większość przyszła, żeby zobaczyć krew.
Skud wykorzystał przewagę wzrostu, atakując z kontry kombinacją trzech uderzeń zakończonych niskim kopnięciem. Taj przyjął wszystko na gardę, lecz lowkick doszedł celu i zachwiał nim porządnie. Na udzie pojawił się krwawy zarys sińca. Ból pozostanie z nim do końca walki. Oddał z nawiązką, skracając dystans tak nieostrożnie i skutecznie, jak tylko oni potrafią. Próbował klinczu, ale Skud uciekł, odpychając go od siebie prostym kopnięciem. Przy okazji umieścił zamaszysty lewy sierp na skroni Kaoklaia. Gdyby to była szczęka, walka skończyłaby się, zanim się na dobre zaczęła. Zamroczenie pozwoliło przez chwilę okładać zasłoniętego wysoką gardą przeciwnika i dobić kopniakiem w żebra. Oklaski. Akcja nabrała tempa.
Skud poczuł się pewniej. W końcu podszedł zbyt blisko, zapominając, że przy tej długości ramion dużo bardziej opłaca mu się walka w pełnym dystansie. Taj sklinczował i błyskawicznie ściągnął jego głowę na kolano. Dobił dwa, trzy razy łokciem, kiedy przeciwnik cofał się do narożnika. Zamroczony Skud schował się za wysoko podniesionymi przedramionami. W następnym klinczu był już mądrzejszy. Uderzył głową w twarz, zanim Kaoklai zdążył powtórzyć technikę. Szanse się wyrównały.
Musiałem przyznać, że braciszek ma talent. Nigdy wcześniej nie widziałem go w tak dobrej formie. Był młodszy ode mnie: niedawno skończył trzydzieści dwa lata. W jego branży to już ostatni dzwonek, żeby coś osiągnąć. Żeby wywalczyć sobie tę jedną rzecz, która się w życiu udała. Jeśli nie jesteś dobrym mężem, ojcem i nie żresz trawy razem z resztą stada, musisz mieć coś takiego. Swój własny powód do dumy. Wtedy nawet śmierć robi się trochę mniej straszna.
Skud wygrał tę bitwę po swojemu, widowiskowo. Taj za bardzo skoncentrował się na neutralizowaniu lowkicków. Opuścił ręce, wtedy jego przeciwnik zmienił płaszczyznę kopnięcia i w chorwackim stylu doprowadził zaskakująco wysoką mawachę aż do szczęki. Kaoklai ustał, ale to już był koniec. Na swoje nieszczęście zawiesił się na linach i sędzia nie przerwał walki. Publiczność wyła. Skud zapomniał o gardzie, cepując z lewej i prawej szczękę i nos przeciwnika. Taj był już tylko połamanym strzępem człowieka, kiedy wreszcie trafił na deski. Cała impreza nie trwała dłużej niż dziesięć minut, lecz widzowie byli zachwyceni. Półfinał mistrzostw: dobrze wydane sto dolców.

Przedstawienie się skończyło, gliniarze znowu byli gliniarzami – wzięli się do rozganiania tłumu. Na przekór ludzkiej fali próbowałem przepchnąć się do zziajanego Skuda. Pomarańczowe słońce zachodziło nad kawiarnianą balustradą. Eleganccy mężczyźni kończyli swoje drinki – przegrani spłacali długi. Widowisko było tylko dodatkiem, tak naprawdę chodziło o zakłady. Setki tysięcy dolarów przeszło dziś z rąk do rąk. Wystrojeni w białe garnitury biznesmeni udawali Ernesta Hemingwaya, płacąc grubą forsę za przelewaną w Afryce krew. Ludzi, zwierząt, w takich miejscach nie robi to żadnej różnicy.
Przyglądałem się im przez chwilę i wtedy, wśród zaróżowionych, spoconych twarzy zobaczyłem jedną ciemnoskórą, która przemknęła jak cień i zniknęła, zanim zdążyłem ją zidentyfikować. Zimny dreszcz przepełzł mi po kręgosłupie. Poczułem się tak, jakby ktoś próbował w mojej głowie na siłę rozewrzeć skrzypiące drzwi szafy. Wtedy jeszcze mogłem myśleć, że to spowodowane przez niedobór dragów lub nadmiar słońca przywidzenie.
W tym czasie zwycięzca wraz ze swoim promotorem przyjmowali gratulacje od krępego mężczyzny w białych płóciennych spodniach i hawajskiej koszuli. Facet przypominał łysawego, dobrotliwego nauczyciela geografii z mojej dawnej podstawówki, ale – sądząc po ilości obstawy – zajmował się czym innym. Kiedy tam dobrnąłem, usłyszałem jeszcze, jak życzy im powodzenia w finałowej walce.
- I wzajemnie, panie Gold – odpowiedział zziajany Skud. To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem, jak zwraca się do kogoś w ten sposób. Pan Gold odszedł flankowany przez ochroniarzy i wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Skurwiel – wyjaśnił mi Skud, podchodząc z butelką wody. – Od początku mu mówiłem, żeby stawiał na mnie, ale się uparł na tego swojego Taja. Ciągle nie może uwierzyć, że Słowianin sprawdza się w full kontakcie. Drogo go to będzie kosztować.
- Też promotor?
- Największy. Poza tym gangster, polityk, handlarz ludźmi. Praktycznie wymyślił i sfinansował ten turniej. W finale znowu stanę naprzeciw jego zawodnika. Od początku czułem, że tak się to potoczy i teraz już nie mogę się doczekać.
- Wracasz ze mną do hotelu, czy dalej bawisz się w mesjasza Diuny?
- Sorry, stary – Skud zrobił przepraszającą minę, którą też widziałem u niego po raz pierwszy. – Zostaję na pustyni. Tam trenuję. Poza tym chłopaki już na mnie czekają. Zawsze możesz się zabrać ze mną.
Pokręciłem głową, zdecydowany jeszcze przez kilka dni pławić się w luksusie.
– Jednak obstawię basen. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na wakacjach. Życie jest krótkie, trzeba z niego korzystać. Daj znać, jak już mi nagrasz robotę.
Pożegnaliśmy się wylewnie. Uściskałem te jego obite żebra, aż syknął z bólu. Wtedy przypomniałem sobie orzechowooką dziewczynę na widowni.
- Powiedz mi szczerze, stary. Tak naprawdę nie chodzi ani o trening, ani o chłopaków w namiotach, prawda?
Schylił głowę jak uczeń przyłapany przy drzwiach żeńskiej szatni.
- Za dobrze mnie znasz.
- To coś poważnego?
- Jestem z nią zbyt krótko, żeby ocenić. Potrzeba czasu. Po odejściu Anny wydawało mi się, że te sprawy mam już za sobą. Chyba się pomyliłem. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale teraz jest mi cholernie dobrze z tym, co jest.
Proszę, proszę, jak to dziwaczne państwo zmienia ludzi. Jeszcze pół roku temu mój przyjaciel był świrem. Nawet ja sam czasem się go bałem. A teraz rzuca mądrościami z licealnych pamiętników. No, dobra. W końcu to też jest jakaś odmiana szaleństwa.
Wynajęta taksówka czekała na mnie przed wejściem na plac. Od hotelu dzieliło nas parę godzin jazdy. Wszechobecny rdzawy pył osiadł na szybach samochodu. Wieńczone kopułami marmurowe budynki, zmęczone smogiem i upałem palmy, sznury trąbiących na siebie riksz, rowerów, osłów i samochodów wyglądały jak skadrowane sepiowym filtrem. Niczym zapomniane zdjęcia z wakacyjnego albumu. Obrazki sprzed lat, kiedy życie było jedną wielką niespodzianką. Prologiem niewybrzmiałej jeszcze opowieści.
Sceny z zakończonej właśnie walki trwały powidokiem pod powiekami. Tak samo, jak twarz młodej dziewczyny w dżelabie. To dobrze, że Skud znalazł sobie kogoś, kogo może się trzymać. Jeszcze lepiej, że zauważył to teraz, a nie za jakiś czas, kiedy pozostałoby mu już tylko rozpamiętywanie zmarnowanej szansy. Szczęście ma to do siebie, że najlepiej rozpoznaje się je z dystansu mijających chwil. Wtedy, kiedy jest już za późno.
Bardzo chciałbym ci to wyjaśnić, ale naprawdę sam nie wiem, dlaczego po kilkunastomiesięcznej podróży po hotelowych barach i łóżkach rozstaliśmy się z Vigil. Od czasu, kiedy wpadliśmy na siebie nad morzem, życie było w porządku. Bardziej niż w porządku. Wspólnie przepuszczaliśmy jej łup z Dalekiego Brzegu. Budziliśmy się w południe, marnowaliśmy czas przed telewizorem, zamawiając pizzę i browar do pokoju. Żyliśmy daleko od Mgławy i zupełnie obok dziejących się wydarzeń, które przez parę miesięcy musiały sobie radzić bez nas.
Nie wiem, co było między nami. Jakoś wytrzymuję bez tego wszystkiego. Łatwiej byłoby jednak nie pamiętać jej smaku i zapachu, kiedy owinięta w ręcznik, z mokrymi włosami, kładła się obok mnie. Nasz jedyny problem polegał na tym, że byliśmy do siebie zbyt podobni. Eksperci od zostawiania wszystkiego. Ucieczka była dla mnie i dla niej sposobem na życie. W końcu zadziałała siła rozpędu, której nabraliśmy przez te wszystkie spędzone bez siebie lata. Nie pokłóciliśmy się, co to to nie. Rozstaliśmy się w idealnej przyjaźni, bo ktoś ustawił jej wielką rozgrywkę na wybrzeżu. Parę dni później ja odebrałem telefon i pojawiła się okazja wyjazdu tutaj. Pożegnaliśmy się więc przekonani o tym, że kiedyś znowu się spotkamy. Bez stałego adresu, co rusz zmieniając numery telefonów, nie mieliśmy się czym wymienić. A teraz nie wiedziałem nawet, co się z nią dzieje. Czy wygrała tę swoją wielką partię pokera? Może dzisiaj śpi już z kimś innym?
O tym właśnie myślałem, kontemplując krajobraz w sepii, kiedy samochód wyjeżdżał na pokrytą pyłem autostradę. Czy Vigil myślała w ten sposób o mnie? Nie wiem. Nie sądzę, żeby tak było.
Mimo moich wyraźnych sygnałów taksówkarz nie pozwolił mi spokojnie popaść w melancholię. Rozgadał się zaraz jak tylko opuściliśmy miasto, wjeżdżając w dolinę drzew arganowych. Na horyzoncie majaczyły majestatyczne góry, którym kilkadziesiąt lat temu włoscy filmowcy kazali udawać Dziki Zachód. Jak większość tutejszych, kierowca był otwarty i ciekawy świata. Jak mi się tu podoba? Czy kiedyś tu wrócę? Czy wpadnę na herbatę do lokalu jego wuja niedaleko hotelu? Szczerbaty uśmiech i yes, yes my friend. Ponieważ przybywałem z kraju, gdzie ignorancja była zasadą porządkującą relacje międzyludzkie, tego typu życzliwość na początku wydała mi się podejrzana. Trzeba czasu, żeby poczuć się swojsko w miejscu, gdzie ludzie są ludźmi.
Coś poruszyło się za moimi plecami i ciężka dłoń spoczęła na ramieniu. Powinienem wcześniej sprawdzić zarzucony szmatami tył taksówki. Odwróciłem głowę i skurczyłem się w sobie, oczekując ataku. Jeśli będzie trzeba, dorwę się do kierownicy i wszyscy skończymy w rowie. Ciemne, załzawione oczy spojrzały na mnie z tylnego siedzenia, a długie palce szarpnęły za odstający kosmyk włosów.
- Co to jest, do cholery?
- Matylda – odpowiedział kierowca szczerząc się jeszcze bardziej. – Matylda, makak.
- Małpa?
- Matylda, makak, małpa, my friend.
Zwierzę objęło mnie ramionami i wycisnęło mokrego całusa na karku.
- Co ona tu robi? – zapytałem rozsądnie.
- Jeździ taksówką – rozsądnie odpowiedział kierowca.
Uwolniłem się z uścisku starej małpy i wgapiłem w okno, licząc mile dzielące naszą wesołą taksówkę od hotelu. Matylda makak zajęła się leżącą na tylnym siedzeniu torbą. Posmakowały jej słodycze, które kupiłem na wieczór. Na pierwszy rzut oka zdawało mi się, że na drzewach arganowych rośnie coś dużego i włochatego. Przyjrzałem się temu dokładniej, gdy zwolniliśmy na serpentynach.
- Co to jest, do cholery? – powtórzyłem pytanie, nie dowierzając własnym oczom.
- Kozy – odpowiedział taksiarz, a Matylda makak krzyknęła coś aprobująco.
- Jak tam weszły?
- Po gałęziach, my friend.
- Co one tam robią?
- Jedzą.
- Czemu nie z ziemi?
- Bo owoce arganowca nie rosną na ziemi – wyjaśnił cierpliwie taksówkarz. Matylda makak poklepała mnie pocieszająco po ramieniu, a ja odwróciłem się i podrapałem ją pod brodą. W sumie oboje mieli rację.

Coś jeszcze wydarzyło się w drodze powrotnej. Życie jest pełne epizodycznych rozmów z ludźmi, których więcej nie zobaczysz. Egzystencjalny strumień płynie niezmącony. Rysy twarzy zostają zapomniane już w chwili, kiedy obcy znika z oczu. Tamto spotkanie jednak zapamiętałem. Wieczorem dla kierowcy nadeszła pora modlitwy, więc musieliśmy się zatrzymać. Rozłożył swój dywanik na pylistym poboczu, twarzą w stronę Mekki. Poza tym Matyldzie chciało się sikać.
To była kantyna pośrodku niczego. Droga z Marrakeszu, w stronę gór ciągnęła się aż po horyzont. Jedyny ślad cywilizacji stanowiło kilka chat nieopodal. Nie mam pojęcia, z czego się utrzymywali ich mieszkańcy. W knajpie było chłodniej niż na zewnątrz, co w tym przypadku oznaczało temperaturę trzydziestu paru stopni. Stary Murzyn polerował monstrualnie długi szynkwas. Czterech klientów popijało berberską whiskey i co jakiś czas zerkało w moją stronę. Silni mężczyźni, prawdopodobnie rolnicy. Ze stanu ich uzębienia wnosiłem, że miasto było daleko. Zresztą służba zdrowia w Afryce zajmuje się głównie tym, żebyś nie umarł, a nie stomatologią. Dlatego życie tutaj choć przez chwilę stwarza zdrowy dystans do wielu spraw, które jeszcze przed wyjazdem z Europy wydawały się ważne.
Za barem nie było żadnego alkoholu, biedni rolnicy musieli się zadowalać tym, co wydestylują potajemnie w domach. Nie ma cywilizacji, nie ma taniego wina – trudno. Bałem się pytać o haszysz, bo któryś z obecnych na pewno jakoś doniósłby policji, a nie stać mnie na łapówki. W tej sytuacji pozostało zamówić wyciskany sok z pomarańczy. Brighella: biały człowiek samotny w Afryce. Spocony i zmęczony. Zdany tylko na witaminę C.
Drzwi do toalety otwarły się gwałtownie tuż przed moim nosem i do sali weszła kobieta. Jasnoskóra i jasnooka, ładna, chociaż jak na mój gust trochę zbyt szeroka w biodrach. W ogóle nie pasowała do tego miejsca. Uśmiechnęła się, czując na sobie mój wzrok.
- Wydawało mi się, że w tym kraju laski nie mają wstępu do barów – zagadnąłem po angielsku.
- Taki jest zwyczaj. Koran, wiadomo. Ale to nie przymus. A ci panowie mieli czas przyzwyczaić się do mojej obecności.
Rozejrzałem się. Rzeczywiście, wszystkie podejrzliwe spojrzenia skierowane były w moją, a nie w jej stronę.
- Zagadnął mnie pan, bo jestem jedyną białą w tym pomieszczeniu? – zapytała.
- Zagadnąłem cię, bo jesteś jedyną kobietą w tym pomieszczeniu – sprostowałem.
- To mogę zrozumieć.
Wskazała pusty stolik. Przenieśliśmy się tam z kawą z mlekiem i moim sokiem owocowym.
- Pierwsze tygodnie na kontynencie?
- Tak bardzo to widać?
- Masz spieczoną skórę. Po pewnym czasie przyzwyczaja się do słońca.
- Nie wydaje mi się, żebym został tu aż tak długo.
- Turysta? – zapytała – Nie wyglądasz na turystę. Turyści mają zawsze zbyt dużo bagażu i domagają się, żeby na ich oczach myć szklanki na sok.
- Jestem tu w interesach. Można tak powiedzieć. Jestem tu, bo miałem żywotny interes w tym, żeby wynieść się z własnego kraju.
- Uuu, bandyta – mruknęła drwiąco. Zastanawiałem się, ile może mieć lat. Na oko okolice trzydziestki. Przedwczesne zmarszczki – zasługa afrykańskiego słońca – w przedziwny sposób dodawały jej uroku. Znać po nich było, że dziewczyna często się uśmiecha.
- W moim kraju nie trzeba być przestępcą, żeby mieć przejebane – wyjaśniłem. I to była prawda, tyle że nie w moim przypadku. Bo ja rzeczywiście byłem przestępcą.
- Przybyłeś po coś konkretnego? Afryka to piękny kontynent. Obdarowany przez Boga jak żaden inny. Mimo to białym ludziom, którzy tu przyjeżdżają bez ustalonej daty powrotu, zwykle chodzi tylko o interes. Uciekają czym prędzej, kiedy źródełko z zielonymi wysycha. Dlatego jest tak, jak jest.
- Jest, jak jest – powtórzyłem. – Może też dlatego, że pół kontynentu gorliwie wyżyna się nawzajem. Teraz przynajmniej jesteśmy po bezpiecznej stronie.
- My, biali, zawsze jesteśmy po bezpiecznej stronie. Granicę wyznaczyli pierwsi kolonizatorzy, handlarze niewolników, przemytnicy diamentów, najemnicy, misjonarze i Czerwie. Ale o tym się już nie mówi. Po kilkuset latach wspaniałomyślnie ofiarowaliśmy tej ziemi opłacaną tysiącami kałasznikowów samorządność.
Machnąłem ręką. Od pewnego czasu miałem przesyt ideologicznych gadek.
- Dobra – skapitulowałem – niech będzie. Załóżmy, że jestem bandytą na urlopie. Rabunkowa eksploatacja biednych Afrykanów mnie nie interesuje. Jak każdy uczciwy bandyta, okradam tylko swoich. A ty?
Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo. Uśmiechem, do którego nie potrafiłem dopasować żadnej historii ani profesji.
- Przed rewolucją berberyjską ten kraj był jednym z najzamożniejszych w Afryce. Dla nas to oczywiście nic nie znaczy, bo nijak ma się do europejskiej skali, ale przynajmniej było tu spokojnie i bezpiecznie. Taka mentalność. Mili ludzie, zauważyłeś. Po przewrocie zabrakło króla, który wziąłby ich za mordę. Zaczęła się korupcja, korporacje i tak dalej. Ale ludzie nadal są mili. I żyje się ciągle w miarę bezpiecznie. Dlatego ofiary wojny ściągają tu z całej Afryki. Z Sierra Leone, Ruandy, Kenii, Kongo, Liberii. Robią, co mogą, żeby przedostać się za granicę. Dodaj do tego miejscowych, którzy ucierpieli w konflikcie z Algierią i uzbiera się całkiem pokaźna liczba sierot i kalek. Rząd nie potrafi albo nie chce sobie z tym radzić. Dlatego tu jestem.
Takie moje szczęście – pomyślałem – ostatnio wszędzie trafiam na dobre samarytanki. Zero szans na seks. Gdy wychodziliśmy na zalany słońcem ganek, wszyscy mężczyźni w knajpie wykonali pożegnalne gesty.
– Byslema, mon soeur – mruknął właściciel i uśmiechnął się jednocześnie smutno i porozumiewawczo. Jakby jego i dziewczynę łączył ciężar wspomnień, których nie da się ani opowiedzieć, ani sfotografować.
- Byslema, Hassan, byslema – odpowiedziała już na zewnątrz, zakładając okulary przeciwsłoneczne.
- Czy on powiedział do ciebie „siostro?”
- Myślałam, że się wcześniej zorientujesz – przytaknęła.
- Nie wyglądasz na zakonnicę. Potraktuj to jako komplement.
- A ty? Z twoich słów wynika, że jesteś jednym z tych „wynoszę się z kościelnego zadupia” emigrantów? Dlatego wyjechałeś z własnego kraju?
- Wyjechałem, bo chcieli mnie zabić. Ludzie z twojej firmy, siostro.
- Tak za nic? – zapytała.
- Historycznie rzecz biorąc nigdy nie potrzebowaliście zbyt wielu zapałek, by podpalić stos.
Dziewczyna pokręciła głową zniecierpliwiona.
- Słyszałam podobne rzeczy już wiele razy. Jestem zakonnicą, ale nie jestem głupia. Wiem, co się dzieje w Instytutach Inkwizycji.
- Ja też wiem. Kiedyś byliśmy tam z przyjaciółką. Ona została.
- Tortury i ból. Zawsze ta sama historia. Istnieją państwa, w których Czerwie używają magii i religii jako narzędzi sprawowania władzy, ale to nie ma nic wspólnego z wiarą. Krzyż jest dla nich jedynie wymówką. Tak jak dla ciebie, tylko że ty zdecydowałeś się być po drugiej stronie. Dobrze wyczułam?
Kiwnąłem głową. Byliśmy w Afryce. Tutaj nie musiałem się obawiać heretyckiego pentagramu wbitego w papiery. Szybko się domyśliła, spryciara.
- Więc wiara jest nam potrzebna tylko do wyznaczenia granic, względem których trzeba się określić – podsumowałem. – Wtedy sytuacja staje się jasna. Jesteśmy my i ci inni. Wiadomo, do czego to prowadzi.
Uśmiechnęła się z politowaniem. Rzeczywiście, mój wniosek nie był zbyt odkrywczy.
- Nie jesteśmy jedynymi ludźmi, dla których krzyż stał się symbolem absolutu – powiedziała – dla tutejszych jest znakiem nieba nad pustynią, nieskończoności. Małe krzyże takie jak ten – wskazała wisiorek na szyi – służą do wyznaczania północy względem położenia gwiazd. Jest pięć nomadycznych plemion. Każde ma swój własny symbol, różniący się nieco od pozostałych. Różnią się też w zwyczajach, mowie i tym, jak rozumieją islam. Niektórzy modlą się pięć razy dziennie, inni po zmroku, kiedy Allah nie widzi, piją wódkę. Pięć saharyjskich plemion. Wyobraź sobie, że żyją w pokoju.
Wzruszyłem ramionami.
- Może są lepsi od nas i reszty Afrykanów.
- Może pustynia jest dla nich lepszym nauczycielem niż dla nas Kościół?
- Dziwnie słyszeć takie słowa z twoich ust, siostro.
Pokręciła głową, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że znów jej nie zrozumiałem.
- Myślisz, że gdyby mi się podobał porządek Czerwi, siedziałabym tutaj? Ta misja to moja ucieczka w stronę prawdziwej wiary.
- Czymkolwiek by nie była.
- Ja wiem, czym jest – odpowiedziała natychmiast.
- Oświeć mnie.
- Prawdziwa wiara to działanie. Dla człowieka, a nie przeciw niemu.
- Sprytne – oceniłem.
Dziewczyna, ku mojemu zdziwieniu, wzięła mnie za rękę, prowadząc w stronę ledwo widocznych chatek tubylców. Obejrzałem się w stronę samochodu.
- Chodź ze mną – powiedziała – zanim odjedziesz, chciałabym ci jeszcze coś pokazać. Jak każda baba, lubię mieć ostatnie słowo. To będzie ostatnie słowo w naszej rozmowie.
Jedna z chatek okazała się małą kapliczką. Na upartego dałoby się tam odprawić mszę dla pięćdziesięciu osób, czyli całego tutejszego powiatu. Byłem tam parę minut, potem pożegnałem się z bezimienną siostrą miłosierdzia i w milczeniu pomaszerowałem w stronę parkingu.
Kapliczka wewnątrz była dokładnie taka sama jak wszystkie inne wiejskie kapliczki, które zdarzyło mi się w życiu widzieć. Tyle, że do budowy zamiast drewna użyto gliny. W środku znajdował się krzyż. Pierwszy od wielu lat, przed którym ukląkłem. Na krzyżu wisiał spiżowy Jezus – kaleka bez rąk i nóg.

pani Aisha

Ten dziwny kraj, dziwny kontynent, boleśnie piękny, obdarowany wszelkimi bogactwami naturalnymi i od wieków użyźniany krwią przelewaną w najbardziej absurdalnych konfliktach, był jednocześnie przesycony metafizyką. Religijnością traktowaną inaczej niż u nas: bez przymrużenia oka. Jego poznawanie dostarczało mi nieznanych wcześniej wrażeń. Kto by przypuszczał? Przez ostatnie spędzone w Mgławie lata wydawało się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.
Czekali na mnie późnym wieczorem przed wejściem do hotelu, kryjąc się w zalegających pod drzewkami pomarańczowymi cieniach. Zauważyłem. Byłem gotów zareagować, ale w jednej z zakapturzonych sylwetek rozpoznałem Skuda.
- Czas zapracować na wakacje – oznajmił i przedstawił swoich kompanów. Achmed i Momo będą mi towarzyszyć w drodze na pustynię. Nie trzeba niczego tłumaczyć, tłumaczenie tylko wzbudza ich nieufność. Na miejscu wszystko zrozumiem. Wtedy już będę wiedział, czego ode mnie oczekują.
- Wierzę ci, stary – oznajmiłem w drodze do niemiłosiernie brudnego dżipa – bo inaczej nigdy bym się w ciemno nie pakował w taką imprezę. Jedziesz z nami?
Skud zaprzeczył ruchem głowy.
- Odbijam do obozu. Walka już za tydzień, nie mam teraz czasu na głupoty. Ale to są moi bracia. Możesz im ufać. Ja ufam im całkowicie.
Zimny dreszcz przepełzł mi po kręgosłupie, Zawsze tak mam, kiedy przez wszystkie przypadki odmienia się słowo „zaufanie”. Niechybnie zwiastuje to kłopoty.
- Ja, ja – przytaknąłem niechętnie – długo to wszystko potrwa?
- Jutro o tej porze będziesz już w hotelu – odpowiedział Achmed, a może Momo. Nawet jego nienaganny angielski w tej sytuacji wydawał się mocno podejrzany.
Kiedy tylko wyjechaliśmy poza miasto, do naszego dżipa dołączyły dwa inne, oblepione skorupą błota i piachu. Skończyły się zabudowania, skończył się też asfalt. Resory jęczały za każdym razem, kiedy wóz podskakiwał na wyboistej drodze. Gdyby nie moc silnika i napęd na cztery koła, utonęlibyśmy w piachu albo rozbilibyśmy się o sterczące gdzieniegdzie wysepki osmalonej słońcem endemicznej roślinności. To nie była droga dla wypasionych, nowobogackich terenówek, to nie był kraj dla takich ludzi.
W lusterku zauważyłem, że do naszego małego konwoju dołączyły kolejne trzy auta. Mknęliśmy z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, trzymając się kto czego mógł i co chwilę podskakując na siedzeniach, a ciemność wokół nas wydawała się tak gęsta, że prawie wlewała się przez otwarte okna. Halogeny samochodów jadących z tyłu co jakiś czas rozpraszały na chwilę mrok na poboczach. Dla mnie, Europejczyka, pustynia wyglądała jak wzburzone i znieruchomiałe morze. Tyle że morze jest zawsze pełne życia, a to przede mną było z całą pewnością od wieków martwe. Odniosłem absurdalne wrażenie, że splątane ścieżki losu po raz kolejny zaprowadziły mnie na cmentarz.
Droga się skończyła. Przez pół godziny jechaliśmy tyralierą w głąb pustyni. Niektóre wydmy były potężne jak domy mieszkalne. Gdybym teraz został tu sam, nie miałbym szans wrócić.
Na miejscu czekało na nas kilkanaście innych wozów z włączonymi światłami. Mężczyzna z zakrytą twarzą zapukał w szybę lufą karabinu AK47, przyjrzał mi się podejrzliwie i rozmawiał przez chwilę z kierowcą po arabsku. Strażnicy pilnowali samochodów oraz sprawdzali nowo przybyłych. Ktoś przyniósł kosz pełen świeżo wypieczonego chleba i herbatę miętową, słodką jak wszyscy diabli.
- Jedz – odezwał się po angielsku kierowca – Musisz być dzisiaj silny.
Po posiłku kilkanaście osób boso rozpoczęło wspinaczkę po zboczu wydmy. Achmed i Momo trzymali się blisko mnie. Nie wiem, czy chcieli mi w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo, czy pilnowali, żebym nie uciekł.
Na miejscu w niecce pomiędzy szczytami piaskowych gór płonęło wielkie ognisko, a wokół niego zgromadzili się ludzie, Kilkaset osób zebranych na pustkowiu nocą robiło niesamowite wrażenie. Kiedy się zbliżyliśmy, stwierdziłem, że są wśród nich kobiety i mężczyźni, starsi i młodsi, o poważnych, ściągniętych niepokojem twarzach. Baz trudu rozpoznałem unoszący się wszędzie zapach. Specyficzną, słodkawą woń haszu.
- Teraz pewnie złożycie białego w ofierze, co? – mruknąłem do Momo albo Achmeda, ale nie docenił mojego subtelnego poczucia humoru. Spojrzał poważnie, jakby zastanawiał się, czy decyzja o sprowadzeniu mnie tutaj była słuszna.
- Aisha Kandisha – odpowiedział zagadkowo nazwiskiem, które chyba już gdzieś słyszałem. Przyszliśmy tu dla niej i ty musisz nam pomóc.
- Kim ona jest?
- To pani-śmierć, pani-taniec. Jej imię jest przeklęte. W mieście wsadzą cię do więzienia, jeśli wymówisz je głośno. Dlatego w mieście o tym nie rozmawiamy. W mieście nie patrzymy na siebie, gdy spotykamy się w meczetach. Ale miasto to nie wszystko. Miasto można zburzyć, ludzi można wyrżnąć.
- Udowodniono to już wiele razy – dopowiedziałem. Chyba zaczynałem rozumieć tego typa.
- A pustynia będzie trwała wiecznie. Tu jest nasz prawdziwy dom. A pani-taniec, pani-śmierć, Aisha Kandisha jest naszą prawdziwą matką. Rozumiesz to, biały?
Kiwnąłem głową.
- Jak mogę ci pomóc?
- Pomóż im – odpowiedział, wskazując na zbocza wydm. – My zajmiemy się resztą.
Na modlitewnej macie, rozłożonej w pewnej odległości od tłumu, siedział okutany w dżelabę staruszek z fajką w zębach. Na zboczach wokół dostrzegłem jeszcze trzy takie sylwetki. Od razu rozpoznałem kolegów z branży. Razem z dziadkiem i ze mną było nas pięciu. Tworzyliśmy wierzchołki pentagramu, w którego centrum zgromadzili się ludzie.
Na moim miejscu przygotowano matę, zapalniczkę i żelazną faję. Szybko stwierdziłem, że nabita była najczystszym i najmocniejszym jaraniem, jakie zdarzyło mi się ostatnio palić. Chmura dymu nad zgromadzonym poniżej tłumem zgęstniała – oni też nie tracili czasu. Grudki haszu rozsypane były na odpustowym obrazku przestawiającym piękną kobietę z długimi, czarnymi włosami i bielmem zamiast oczu. Zastygła w tanecznej pozie, a uśmiechnięte usta ukazywały dwa równe rzędy ostrych kłów. Na dłoniach i stopach miała bransolety, pod stopami stos trupów. Aisha Kandisha.
Ludzie stopniowo cichli, słyszałem już tylko szum wiatru i szelest piasku przesypującego się po zboczach wydm. Na atramentowym niebie nie było gwiazd, ale nad naszymi głowami świecił blady i pełny księżyc.
W sercu pentagramu, tuż obok ogniska pojawili się muzycy. Zaczęli grać gnawę zupełnie inną od tej, jaką można usłyszeć pod Wieżą Książek, gdzie Japończycy płacą dziesięć dirhamów za zdjęcie artysty w ludowym stroju. Ci tutaj byli półnadzy i naćpani po same uszy. Noce na pustyni bywają chłodne, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mnie już też nie, bo adrenalina zrobiła swoje.
Czułem, że będzie dziwnie. Przez parę spokojnych miesięcy zdążyłem już zatęsknić za takimi chwilami. Zjarany haszem tłum kłębił się na sporej przestrzeni pomiędzy nami a płomieniem. Ludzie zdejmowali koszule i zaczynali tańczyć do hipnotycznego, przyśpieszającego rytmu bębnów.
Muzyka folklorystyczna z tych stron to nie rzewne przyśpiewki o górach i czerwonych koralach – brzmi bardziej jak weekend w piekle. Wokół tylko noc i pustynia. Duchy zmarłych z wycieńczenia podróżników przyglądały się nam z ciekawością. Zauważyłem, że stary mag odłożył fajkę. Zamknął oczy i skoncentrował się, eskalując emocje tańczących. Wiem, jak to się robi. Kiedyś w Psychocandy brałem pieniądze za takie rzeczy. Wpatrzyłem się w czarne cienie na tle ognisk. Chmurę dymu ponad głowami. Rytmiczne falowanie nagich, lśniących od potu ciał. Muzyka sprawiła, że z łatwością wtopiłem się w klimat. Pobudzona haszem i tym, co tu widziałem, magia dosłownie wyrywała się na zewnątrz bez formuł i inkantacji.
Dzięki ci, Boże, za konopię indyjską. Przeszkadzał mi tylko dystans pomiędzy mną a tłumem. Ogromnie chciałem stać się częścią tego rytmicznego ruchu. Roztopić się w nim i chociaż przez chwilę nie myśleć o sobie. Jak w transie opuściłem pozostałych czterech szamanów i swój wierzchołek pentagramu, ześlizgując się po stromej wydmie. Zdarłem koszulkę i już po chwili byłem między nimi. Z nimi. Tańcząc do melodii starszej niż wszystkie święte księgi. Moc płynęła jak krew z otwartej rany głowy. Ludzie ocierali się o mnie, żeby przeżyć to jeszcze mocniej. A ja wreszcie byłem na swoim miejscu. Przez jedną chwilę, szczęśliwy.
Muzyka osiągała kulminację. Wokół wrzało. Obok mnie jakaś para (a może było ich więcej) kopulowała na stojąco. Młody mężczyzna z drugiej strony stracił przytomność i upadł, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. W samym środku ogniska, pośród płomieni, tańczyła kobieta o czarnych włosach i oczach pokrytych bielmem. Miała twarz i ciało bogini, ale pełne kolców jadowych usta przypominały pysk węża. Poczułem, że ją kocham, tak jak wszyscy wokół. Kocham ją od zawsze. Tęskniłem za nią jeszcze przed swoim urodzeniem. Chciałem iść tam i wstąpić w ogień, lecz resztki rozsądku powstrzymały mnie przed samobójstwem. Nie pierwszy raz w życiu przyglądałem się więc, jak moja miłość rozmywa się i znika niczym płomienny miraż.
Kiedy bogini odeszła, zauważyłem, że tłum zgęstniał. Jakby wokół tańczyło nie kilkuset, ale kilka tysięcy ludzi. Trans osiągnął swoje apogeum. Wtedy, w ciemnościach rozpoznałem twarze moich rodziców, bladą buzię Alicji, Małgorzatę, która przyglądała mi się kpiąco. Rozpoznawałem przyjaciół, wrogów, dawne kochanki. Zobaczyłem uśmiech Jarzębinki, którego tak bardzo brakowało mi przez te wszystkie miesiące, odkąd mściliśmy jej śmierć i spaliliśmy ciało na wzgórzu niedaleko Ostańca. Byli tu wszyscy. Opletli mnie jak delikatny całun, a ja chciałem, żeby to trwało wiecznie.
Impreza skończyła się o świcie. Pozostał tylko ślad po ognisku, trochę drewna dowiezionego nie wiadomo skąd i krew na piasku. Wspomnienie tych paru osób, które miały nieszczęście stracić przytomność podczas rytuału. W drodze kierowca nie silił się już na kurtuazyjną gadkę o niczym. Nie było takiej potrzeby. Rozumieliśmy się teraz trochę lepiej niż wieczorem. Cisza nie była już niewygodna – milczeliśmy, wspólnie rozpamiętując to, co zobaczyliśmy w mroku. Ciekawe, kto tańczył wokół niego? Ile duchów udało się wywołać na pustyni tamtej nocy? Aisha Kandisha – pomyślałem, przymykając oczy. Bogini.
- Dobrze było? – zapytał Achmed (albo Momo), kiedy żegnaliśmy się pod hotelem. Wczasowicze wracali ze śniadania i mijali nas w drodze do basenu.
- Lepiej niż dobrze – odpowiedziałem, ściskając mu dłoń. – W razie czego wiecie, jak mnie znaleźć.
- Następnym razem? – zapytał.
- To będzie przyjemność – odpowiedziałem. Potem wróciłem do hotelu, w ubraniu i nie swojej koszulce padłem na łóżko. Spałem przez dwanaście godzin.

To niewiarygodne, ile różnych miejsc i krajobrazów zmieściło się w jednym kraju. Snułem się brzegiem morza, korzystając z tego, że dzień był pochmurny. Tubylcy pochowali się w domach, łaźniach parowych i kawiarniach. Byłem w nastroju na samotny spacer. Dwumetrowe grzywacze fal rozbijały się o wyrastające wprost z morza bryły granitu. Szare niebo przebłyskiwało na horyzoncie, a wiatr po raz pierwszy, odkąd tu przyjechałem, był chłodny.
Rozebrałem się szybko i wszedłem do spienionej wody. Ciemnoskóra dziewczynka w zbyt dużej puchowej kurtce patrzyła na mnie z przerażeniem spod palm. Ocean był nadspodziewanie ciepły, ale nie dało się dziś w nim pływać. Trzeba było z całych sił walczyć o utrzymanie się na powierzchni, a w tym akurat byłem niezły. Odplułem słoną wodę zalewającą mi usta. Unosiłem się na kolejnych falach, prąd nieubłaganie ściągał mnie w głąb. Z całych sił machnąłem ramionami, spinając mięśnie brzucha i grzbietu, by znaleźć się trochę bliżej plaży.
Od pewnego czasu wizja powrotu do ojczyzny wydawała się coraz bardziej nierealna. Nie chcieli mnie tam, ja chyba też nie miałem ochoty wracać. Lepiej być dobrowolnym rozbitkiem tutaj, na obcej ziemi (w tym momencie raczej w obcym morzu). Tu mam czyste konto, nikt mnie nie zna, nikt nie będzie za mną tęsknił. I ja też nie będę.
Zdarza się, że wzburzony ocean nudzi się zabawą i wypluwa cię na brzeg prosto w ramiona przeszłości.
- Powinieneś zabrać ze sobą ręcznik – powiedziała niskim głosem.
Nawet się nie odwróciłem. Obawiałem się tej chwili od trzech lat, a teraz, kiedy wreszcie nadeszła, poczułem ulgę. Założyłem bojówki i koszulkę wprost na mokre ciało, wziąłem do ręki trampki, zmierzwiłem włosy i podszedłem przywitać się z Izis.
Siedziała po turecku na wilgotnym piasku wpatrzona w morze. Boso, w jasnej letniej sukience, wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ją poznałem. Dopiero teraz zauważyłem, że mimo ogolonej głowy była całkiem ładną dziewczyną. Dużo młodszą ode mnie. Rysy twarzy świadczyły o tym, że pochodziła z głębi kontynentu. Podczas naszego ostatniego spotkania miała zakrwawioną maczetę w dłoni. Cieszyłem się, że dzisiaj maczeta została w domu. Chyba jeszcze tym razem mnie nie zabije, bo przyniosła dwa piwa. Browar nazywał się Casablanca.
- Wydawało mi się, że widziałem cię na placu Jemma el Fna.
- Byłam na tarasie.
- Przyszłaś tam po nas?
- Nie. Przyszłam obejrzeć walkę. Bardzo dobry pojedynek. Twój kumpel dużo się nauczył od czasu spotkania na stacji Wytrwałych.
- Jeszcze to pamiętasz?
- Wiesz, że nie zapominam. Ma teraz lepszą technikę, bardziej szczelną gardę. W ogóle jest ostrożniejszy. Nie mogę się doczekać konfrontacji.
- Przyszłaś tylko, żeby mnie straszyć? Nie przesadzasz trochę z tą zabawą w kotka i myszkę?
- Ma swój urok. Ale dzisiaj jestem tu w sprawach zawodowych, nie prywatnych. Poznałeś pana Golda?
- Promotor, gangster? Skud coś o nim wspominał.
- Pan Gold jest wielkim fanem sportu. To on zorganizował i sponsorował turniej. Chciał zobaczyć, jak tajski bokser staje naprzeciwko zawodnika brazylijskiego ju jitsu i obaj wiedzą, że tym razem sędzia nie przerwie walki. W każdych, nawet najbardziej brutalnych zawodach full contact organizowanych do tej pory były jakieś ograniczenia. Limity czasowe, poddanie zawodnika, zakaz dźwigni skrętnych, uderzeń czaszką albo bicia w tył głowy. Tym razem walka toczy się do utraty przytomności, nawet życia. Vale tudo.
- Wolno wszystko. Zauważyłem.
- Pan Gold wiele zrobił dla tej dyscypliny. Jest wielbicielem sportu, ale także biznesmenem, który nie może sobie pozwolić na stratę kilku milionów dolarów z powodu jednego nieprzewidywalnego słowiańskiego zawodnika. Rozumiesz?
- Rozumiem. Miłość do sportu w przypadku pana Golda ma swoje precyzyjnie określone granice. Skud powinien się podłożyć w finale.
- Takie jest polecenie mojego pracodawcy. Dlatego przyszłam do ciebie dzisiaj z browarem, a nie z bronią.
- Nie jestem jego alfonsem. Skud jest już duży i sam podejmuje decyzje. Pogadaj z nim.
- Nawet chciałam, ale zniknął gdzieś na Saharze ze swoimi przyjaciółmi, wielbłądami i kobietą. Kto by przypuszczał, nie? Poza tym uznałam, że zabawniej będzie powiedzieć o tym tobie. Wiem, jak bardzo kochasz życie. Jeśli chcesz się nim jeszcze nacieszyć, będziesz musiał go przekonać.
Napiłem się piwa i pokręciłem głową.
- Nigdy się nie zgodzi. Ma więcej niż trzy dychy na karku. To ostatnia szansa. Mistrzostwo jest dla niego wszystkim.
- To rzeczywiście problem. Twój problem – powiedziała obojętnie. Jak dziecko przesypywała z rąk do rąk rudawy piach.
Powoli zaczynało mnie to wszystko wkurwiać. Wilgotne ciuchy ziębiły coraz bardziej. Miałem już gęsią skórkę od wiatru. Piach lepił mi się do tyłka, a ona siedziała obok sucha i wygrażała nam w imieniu jakiegoś saraceńskiego gangstera. Skończyłem piwo i zamaszyście odrzuciłem butelkę.
- Za co ty nas tak nienawidzisz, kobieto? Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nawet jak na afrykańskie standardy jesteś solidnie pojebana. Tam, na Wytrwałych, mogłem cię przecież zabić. Pokonaliśmy cię. Gdybym posłuchał Skuda, zarobiłabyś kulę w sam środek czaszki. Puściłem cię wolno. Czego ode mnie chcesz?
- Puściłeś mnie wolno, bo chciałeś, żebym o tobie pamiętała. Potrzebowałeś kogoś na stałe, kto byłby ci do końca życia wierny. Idealny związek. Zabójczyni i ofiara. Masz, czego chciałeś. Nie pękaj, póki przedstawienie się nie skończy.
Zatkało mnie, bo dziewczyna miała rację. Zrozumiała. Musiałem nieźle ćpać, kiedy to wymyślałem.
- Przez cały ten czas miałam cię na oku, tropiłam świeże ślady i wiem, że zmieniłeś się od tamtej nocy. Zestarzałeś się. Zwolniłeś, stałeś się nieuważny. Dlatego w końcu się spotykamy. Przypomnij, jak nazywała się ta szulerka, która rok temu złamała ci serce?
- Nikt nikomu niczego nie złamał. Wpierdalasz się w moje życie jak jakiś paparazzi.
- Już pamiętam. Nazywała się Vigil. Uciekłeś od niej aż do Afryki. A może uciekłeś od wszystkich ludzi, których poznawałeś i opuszczałeś przez te wszystkie lata.
Tamtego dnia na plaży po raz pierwszy naprawdę pożałowałem życia darowanego tej kobiecie. W tej chwili nienawidziłem tak bardzo, że mógłbym się na nią rzucić z gołymi rękami. I zrobiłbym to, gdyby wynik starcia nie był z góry przesądzony. Izis uśmiechnęła się, jakby czytała mi w myślach. Jej uśmiech mówił, że na wszystko przyjdzie czas. Odetchnąłem głęboko parę razy, żeby się uspokoić.
- Przyznaję, że trochę mnie poznałaś. A ja ciebie nie. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego zwlekasz. Nie prościej byłoby mnie sprzątnąć tu i teraz? Obietnica dotrzymana, sprawa rozwiązana, po kłopocie. Naprzód, ku nowej przygodzie.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytała, wyraźnie nieprzyzwyczajona do tego, że zwierzyna okazuje zainteresowanie myśliwym. – Czytałam kiedyś powieść o wojnie. Nie przepadam za książkami, ale ta została napisana przez naocznego świadka. Nic o nim nie wiem, lecz pisał w taki sposób, że musiał to widzieć. Było o człowieku, który dwa dni przeleżał pod gruzami zwalonego budynku, czekając na pomoc lub na śmierć z odwodnienia. Wyobraź sobie, wszędzie wokół gruz, żadnej możliwości ruchu. Tuż przed jego oczyma leżała złamana brzytwa, ale nie mógł jej dosięgnąć. Czterdzieści osiem godzin. On i bezużyteczny przedmiot. Facet stał się w tym czasie ekspertem od brzytew. Znał każdą rysę na ostrzu, każdy odprysk na rękojeści. Tak czasem bywa z ludźmi, którzy przeżyli zbyt wiele. Szukają sobie różnych spraw, żeby wypełnić nimi myśli. Ze mną jest tak samo – potrzebuję celu. Czegoś, na czym mogłabym skupić wzrok. Zwierzyny. Nasze niewyrównane rachunki… Ty jesteś moją złamaną brzytwą.
- Ta wojna, o której opowiadała książka… Czy to była Ruanda? Czy to była wojna w twoim kraju?
Izis przez dłuższy czas milczy, wsłuchana w dalekie echo zadanego przeze mnie pytania. Jej twarz wygładza się, nie wygląda już na dwadzieścia dziewięć przypisanych w policyjnej kartotece lat. Nigdy jej takiej nie widziałem. My się przecież prawie w ogóle nie znamy. Łączy nas tylko wiarygodny fundament nienawiści.
- Jakie to ma znaczenie? – mówi w końcu i otrząsa się z zamyślenia. – Macie parę dni czasu, żeby opuścić kraj. Ja zostanę tu jeszcze pół roku, tyle obejmuje mój kontrakt. W tym czasie, Brighella, jesteś bezpieczny. Ciesz się życiem. Tylko w tym jesteś dobry. Jeśli nie wyjedziecie przed finałem, Skud zginie, ty pewnie też. Tak czy inaczej powinien oswoić się z myślą, że nie zostanie mistrzem. To nie dla niego.
Afrykańska dziewczyna kończy piwo i odchodzi, nie oglądając się za siebie. Letnia sukienka lgnie do sprężystego, kociego ciała. Morze zmywa wilgotne ślady stóp na piasku. A ja żałuję, że nie mam przy sobie broni.

Walka o mistrzostwo miała się odbyć w sobotni poranek, więc zostało mi jeszcze kilka dni, żeby dojść do siebie, ułożyć w głowie to, co stało się przedwczorajszej nocy na Saharze i zaskakującą rozmowę z Izis. Pobyt w Afryce ani trochę nie przypominał już wakacji. Snułem się po centralnym deptaku, wpadając na wczasowiczów w hawajskich koszulach. Byłem wśród nich obcy, ale sprzedający skórzane bibeloty nomadowie, ludzie o wysuszonej wiatrem i spalonej słońcem skórze patrzyli na mnie z coraz większym zrozumieniem. Nawet nie zauważyłem momentu, kiedy tak jak Skud i Izis przeniosłem się na drugą stronę lustra. Wtorkowe popołudnie spędziłem w przybrzeżnych knajpach, potem na targu. Apetyt wciąż dopisywał mi bardziej niż kobiecie w ciąży – skutek uboczny całonocnego jarania czystego haszu. Osobny plac na suku przeznaczony był wyłącznie dla sprzedawców oliwek, a ja postanowiłem spróbować po jednej z każdego rodzaju, potem zagryźć to czymś słodkim.
Plan wieczornego relaksu był dobry, ale jak zwykle przerwano mi w połowie. Zamiast po słodycze udałem się więc w stronę najbliższego zejścia na plażę. Wyschnięte palmowe liście szeleściły na wietrze od strony morza. Asfaltowa nawierzchnia skończyła się. Zdjąłem buty i przeszedłem parę kroków po rozgrzanym piasku. Potem spojrzałem za siebie i szybko, jak tylko potrafiłem, przesadziłem druciany płot, ukrywając się w cieniu palm. Poczekałem parę minut, żeby się upewnić, że przeczucie mnie nie myli. Biały kapelusz, który rzucił mi się w oczy już na suku, pojawił się wraz ze swoim równie białym właścicielem. Gość przypominał pomarszczonego, francuskiego szczurka i był zbyt czujny jak na turystę, poza tym snuł się za mną od jakiegoś czasu. Przepłacony najemnik lub prywatny detektyw. Sprawa była zbyt oczywista, żeby brać go na spytki. Ukryłem się tylko dlatego, że miałem ochotę dać komuś w mordę. Nie byłem w tym zbyt dobry, nigdy niczego sumiennie nie trenowałem, ale przyjaźń z typem takim jak Skud zobowiązuje.
Mężczyzna wstąpił ostrożnie na opustoszałą i niezbyt czystą plażę rozglądając się. Nie mógł niczego wypatrzyć, bo ja stałem za jego plecami, szacując dystans. Przy czwartym kroku wziąłem potężny zamach i całym ciałem, z rotacji bioder, kopnąłem go goleniem ponad kolano. Miałem ochotę to zrobić, odkąd zobaczyłem walkę Skuda. Złamało go jak drewnianą kukiełkę. Zawył coś żałośnie, a ja wypłaciłem mu jeszcze z lewej w podbródek. Trochę przy tym chybiłem i cios zatrzymał się na uchu. Ten zabieg też okazał się skuteczny. Wtedy facet opamiętał się na tyle, żeby skoczyć z wysuniętymi rękami, sprowadzając nas do parteru. Zaskoczył mnie, lecz nie potrafił tego wykorzystać. Przerzuciłem go, prostując nogi, potem zaplotłem mu prawą na twarzy i lewą na piersiach, wyciągając jednocześnie ramię. Oparłem dźwignię na biodrze i to właściwie wystarczyło, żeby zakończyć nasz mały sparring. Skud byłby ze mnie dumny. Przez chwilę mocowałem się z jego łokciem. Im bardziej go odginałem, tym cieniej skomlał. Potem przestało mnie to bawić. Wstałem i patrzyłem, jak gramoli się z piasku.
- Powiedz jej, żeby następnym razem wybrała sobie miejscowego – poradziłem, chociaż dobrze wiedziałem, dlaczego Izis kazała mnie śledzić Europejczykowi. Wiedziała, że go zauważę i liczyła się z tym, że zostanie spacyfikowany. Miał mi tylko przypomnieć o upływie czasu: do finału pozostały cztery dni. Niezbyt dużo na załatwienie sprawy ze Skudem.
Szpicel pozbierał się i patrzył na mnie przez załzawione oczy. Był niższy i drobniejszy. Nagle zrobiło mi się go żal.
- Sorry, stary – mruknąłem, wzruszając ramionami. – To paskudna branża. Może powinieneś poszukać sobie innego zajęcia?
Otrzepał się i podniósł z piasku kapelusz.
- Tym razem miałeś szczęście, fiucie – odpowiedział po angielsku z akcentem Edith Piaf. Potem oddalił się wyprostowany, próbując wyglądać godnie, w czym przeszkadzało nadwyrężone kolano.
Stałem tam jeszcze przez chwilę, wpatrując się w ocean. Postanowiłem wrócić do hotelu. Przy zejściu z plaży okazało się, że pieprzony szczur z zemsty ukradł mi buty, które tam zostawiłem. Pokręciłem głową. Mam teraz dowód, że przemoc nie popłaca.
Światła restauracji odbijały się od powierzchni wody w basenie. Hotelowy klezmer grał na elektrycznych organach Hammonda jazzującą wersję Moon over Bourbon Street, ale w barze nie było nikogo. Posłuchałem chwilę, potem powlokłem się do siebie. Zbliżała się północ. Drzwi do pokoju były uchylone. Przystanąłem nasłuchując.
- No wejdźże w końcu – ze środka dobiegł głos Skuda.
Pobyt w Afryce mu służył. Wyglądał coraz lepiej – trening i detoks zrobiły swoje. Popijał miętę przy nocnym stoliku.
- Nie zapalaj – poprosił, kiedy sięgnąłem w stronę kontaktu.
- Nerwy przed walką? – zapytałem, siadając naprzeciwko.
- Tak jakby. Jutro wracam do miasta. Lepiej, jeśli przez parę dni pomieszkamy razem w jakimś małym hotelu, o którym nikt nie wie. Trudniej będzie nas znaleźć.
- Obawiasz się czegoś? – zapytałem retorycznie.
- Przed twoim wyjazdem widziałem się z Izis – odpowiedział, a ja zastrzygłem uszami. Do tej pory jakoś o tym nie wspominał.
- Ja rozmawiałem z nią wczoraj – powiedziałem, bo nie dało się dłużej odwlekać tej sprawy.
- Suka – ocenił beznamiętnie Skud. – Miała dla ciebie jakąś propozycję?
- No. Pozwoli nam wyjechać, jeśli zrezygnujesz z walki. Inaczej kaplica, powiedziała.
- Suka.
- Trzeba ją było sprzątnąć na Wytrwałych.
- E, tam. Nigdy do końca nie wiesz, na co by wtedy wyszło. Nie ma sensu rozpamiętywać.
Milczałem, czekając aż Skud opowie o swoim spotkaniu z ciemnoskórą morderczynią. Nie poganiałem go, za długo się znaliśmy. Blask odbity od powierzchni wody wpadał przez żaluzje i kładł się długim cieniem na narzucie łóżka. Muzyka z zewnątrz była ledwie słyszalna, zniekształcona echem hotelowych ścian. Nad basenem goniło się stado nietoperzy.
- Obiecała, że pozwoli na walkę, nawet da mi potem stąd wyjechać. Pod jednym warunkiem – oznajmił cicho.
Nie podobał mi się ten ton, jeżył mi włosy na karku. Skud był moim przyjacielem, ale to nie znaczy, że kiedykolwiek przestałem się go bać.
- Jaki to warunek?
- Twoje życie, braciszku.
Długą chwilę milczałem. Propozycja najemniczki była tym groźniejsza, że obaj zdawaliśmy sobie sprawę ze szczerości jej słów. Nie miała w zwyczaju kłamać. Na tym polegały reguły wymyślonej przez nią rozgrywki.
- Suka – podsumowałem, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Machinalnym ruchem sięgnąłem po papierosa.
- Co jej odpowiedziałeś, Skud? Płomień zapalniczki oświetlił przez moment nasze twarze. Nie patrzył mi w oczy. – Co jej odpowiedziałeś?
Mój przyjaciel otrząsnął się z zamyślenia i uśmiechnął maniacko.
- Wpadnę po ciebie jutro koło południa. Spakuj się i bądź gotowy. Wygląda na to, że potrzebujemy bezpiecznej mety do dnia zawodów. Na szczęście to już niedługo. Mówię ci stary, w życiu na nic nie byłem tak gotowy jak na tę walkę.
Dokończył herbatę, pozbierał się i wyszedł, jak zwykle bez pożegnania. Zostałem sam.
Muzyka ucichła, barowe światła zgasły. Pomieszczenie pogrążyło się w zupełnej ciemności, za oknem kłóciły się cykady. Zapaliłem nocną lampkę i podszedłem do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą siedział mój przyjaciel. Nie potrafiłem nie zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście odwiedził mnie późną nocą tylko po to, żeby pogadać o Izis. Świadomie lub nie, zostawił coś w pokoju. Na nocnym stoliku, obok wyczytanego egzemplarza Przygód kapitana Alatriste i kubka z resztką wczorajszej kawy leżał niepozorny nóż do rzucania, o wypolerowanej, ostrej jak brzytwa klindze.
Podniosłem wzrok na drzwi, zastanawiając się, po co tak naprawdę przyszedł i w którym momencie zmienił zdanie.

Najgorsze były poranki. Od wyjazdu z Dalekiego Brzegu minęły już prawie dwa lata, a mnie ciągle budziło przeczucie, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. Trochę czasu mijało, zanim w lepkiej szarości świtu zdawałem sobie sprawę, że teraz jestem gdzie indziej i nie ma już o kim pamiętać.
Nie wiem, dlaczego Vigil odeszła, nie wiem też, dlaczego nie wyczułem symptomów kryzysu. Pewnego dnia po prostu spakowała plecak i kulturalnie, po przyjacielsku, wyjaśniła, że potrafi żyć samotnie, potrafi też być z kimś, ale męczą ją wszelkie stany pośrednie. Poza tym jest za stara na niedopowiedzenia, a niczego więcej między nami nie ma. Pozwoliłem jej zamknąć za sobą drzwi, co innego miałem zrobić? Znam siebie, ją też zdążyłem już trochę poznać, więc od pierwszego dnia wiedziałem, że taka chwila nadejdzie. Myliłem się sądząc, że w końcu i tak spłynie to po mnie jak po kaczce. Przez rok byłem z nią szczęśliwy – to więcej niż większość ludzi dostaje przez całe swoje życie. A teraz nadszedł czas spłaty rachunku.
- Inszallach – wymamrotałem. Pierwsze promienie słońca wpadały do pokoju, rzucając na dywan cienie żaluzji. – Insz Allach. Wcale mnie to nie pocieszyło. Jeśli Bóg rzeczywiście ma swój cel, to zmierza do niego pijackim krokiem.
Na kilka dni przed zawodami Skud przestał udawać syna pustyni i wrócił do hotelu. Zameldowaliśmy się anonimowo na obrzeżach miasta. Szanse na to, że Izis i jej mocodawca nie dowiedzą się, gdzie jesteśmy i tak były znikome. Wzajemne pilnowanie stało się więc priorytetem. Nigdy nie wróciliśmy do nocnej rozmowy i sprawy pozostawionego na stoliku noża. Zbyt wiele rzeczy spadło mi na głowę tu, w Afryce, bym jeszcze chciał się martwić zdradą najbliższego przyjaciela. Teraz został mi już tylko Skud, więc właściwie nie miałem innego wyjścia, tylko mu zaufać. Reszta mojego życia stłukła się jak niegdyś magiczne zwierciadło w posiadłości Augustyna z Szarotek. Cały dotychczasowy pobyt na Czarnym Kontynencie układał się tak, że przeglądałem się w okruchach tego stłuczonego zwierciadła. Nie wiem, czy to pech, czy może z wiekiem straciłem wyczucie sytuacji. Może jednak powinienem wrócić? Powrót do Mgławy przywróci mi adrenalinowo – narkotycznego kopa, którego do tej pory nazywałem swoim życiem. Przedtem czekał nas jeszcze jeden, ważny dla mojego przyjaciela poranek. A groźba wypowiedziana przez Izis wisiała nad nami jak cienie tropikalnych liści nad zwieńczonym attyką budynkiem hotelu.

pani Izis

I Skud, i ja już wtedy wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu. Izis nie odpuści, uderzy w dogodnym dla siebie momencie, a wtedy życie stanie się kwestią chwili dzielącej gwałtowną akcję od instynktownej reakcji. Nie pierwszy to już raz.
Kula utkwiła w billboardzie głoszącym „Jezus o Tobie pamięta”. Budynek misyjny – mijaliśmy go za każdym razem podczas wędrówki do hotelu. Pozostałe zrykoszetowały o asfalt, wywołując atak paniki wśród spacerujących po promenadzie turystów. Był upalny wieczór – ostatni przed walką. Tego dnia poznaliśmy przeciwnika Skuda i wypiliśmy razem parę piw. Royce okazał się sympatycznym Brazylijczykiem o wyglądzie ogolonej małpy. Wielokrotny mistrz tajskiego boksu, czarny pas w brazylijskim ju-jitsu, skuteczna maszyna do zadawania bólu, w wolnych chwilach społecznie trenująca dzieciaki w podstawówce w Rio. Konflikt promotorów nie zepsuł atmosfery między zawodnikami. Byłem pod wrażeniem tego, jak szybko znaleźli wspólny język, biorąc pod uwagę fakt, że jutro mogą się nawzajem pozabijać. Spotkaliśmy się z nim w południe, walka miała się rozpocząć nazajutrz o dziewiątej rano, więc o siódmej byliśmy już w drodze do hotelu. Wtedy uderzyli.
Strzelców było tylko dwóch. Obaj chybili, mierząc zza zaparkowanego w alejce samochodu. Skud zareagował po swojemu, czyli tak głupio jak tylko było można. Ruszył w stronę napastników, ukrywając się za samochodami. Raczej nie byli zawodowcami w swojej branży, bo rzucili się do ucieczki, zamiast skupić się na celowaniu. A Skud, który przecież był zawodowcem, tyle że niespełna rozumu, zniknął za nimi w mrocznym labiryncie wąskich uliczek, przejść i zaułków wiodącym na miejscowy suk. Co miałem robić? Pobiegłem za nimi.
Arabskie targowiska są wiecznie pełne ludzi. Kupujących, sprzedających, handlujących, zawierających przydatne znajomości, wydających dzieci za mąż i ogólnie uczestniczących w życiu w sposób, który dla Europejczyka będzie zawsze egzotyką. Na widok broni wszyscy rozpaczliwie starali się zejść nam z drogi, wiele rzeczy wysypało się na ziemię, a osły zaryczały przeraźliwie, co tylko spotęgowało ogólny chaos. Skud nie odpuścił. Napastnicy byli zakwefieni, odziani w dżelaby i tym razem z całą pewnością miejscowi, ale mój przyjaciel uruchomił już swój instynkt łowcy i nie miał zamiaru pozwolić im uciec. Ja po prostu zmierzałem w stronę, z której dochodził hałas. W ten sposób już po trzech minutach biegu z przeszkodami znaleźliśmy się na placu Królewskiego Meczetu, który opustoszał wraz z zapadającym zmierzchem.
Wieżyca świątyni miała osiemdziesiąt metrów wysokości i zgodnie ze zwyczajem dwadzieścia szerokości. Ściany pokryte były ręcznie wykutą turkusową mozaiką układającą się w abstrakcyjne wzory. Nie było tam wizerunków boga, bo Koran zabrania kultu ikon. Co ciekawsze, w całym ogromnym meczecie prawie też nie było ludzi. Arabowie to dziwna nacja. Afrykańczycy również. Jeśli połączymy jedno z drugim, wyjdzie nam niezrozumiała dla człowieka Zachodu krzyżówka. Dlatego nie pytaj, czemu meczet świecił pustkami. Budowano go z wielką pompą na sztucznej wyspie dla dwudziestu tysięcy ludzi po to, żeby unieśmiertelnić imię władcy, o którym dziś już wiemy tylko tyle, że opodatkował swój naród, by wznieść to cudo. Teraz szary, wzburzony ocean upominał się o swoje i na ścianach świątyni pojawiły się pierwsze pęknięcia. Niszczejąca budowla stała się więc symbolem, ale nie takim, jak planował jej twórca. Może to Allach chciał mu w ten sposób udowodnić, że bez względu na znaczenie oraz majętność wszyscy bez wyjątku podlegamy prawu roślin.
Dziesięciokrotne echo kroków przetoczyło się po kamiennym wnętrzu. Potężne kolumny mamiły wzrok. Gdy znalazłem się przy wejściu, perspektywa uległa zaburzeniu, bo te dalsze były trochę grubsze i szerzej rozstawione. Poczułem się, jakbym stał niewidoczny w lustrzanym tunelu. Nadal słyszałem kroki i tłumione przekleństwa, ale Skud i zamachowcy zniknęli mi już z oczu. Blask wschodzącego księżyca padał na zapisane świętymi wersetami ściany. Kamienne rozety precyzją wykonania przywodziły na myśl muślinowe zasłony. Nie miałem teraz czasu tego podziwiać.
Pierwsze ciało leżało rozciągnięte na schodach prowadzących do łaźni. Skud trafił go nożem prosto w kark. Musiał rzucać z bliskiej odległości, bo ostrze utkwiło głęboko w kręgach szyjnych. Beretta, z której do nas strzelano, leżała obok z pustym magazynkiem. Ostrze zgrzytnęło o kość, kiedy je wyszarpywałem. Pilnie potrzebowałem broni.
Drugiego znalazłem przy wejściu do łaźni, gdy odgłosy walki jeszcze unosiły się w powietrzu. Marmurowe płyty podłogi poczerwieniały. Krew wyciekała strumyczkami z rozbitej o krawędź fontanny głowy i szukała sobie drogi do basenu.
Zbiornik był pełen lodowatej wody. Głuche echo niosło się po sali, mimo że nie było w niej nikogo prócz mnie. Powierzchnia falowała, jakby ktoś wzburzył ją przed chwilą. Rozejrzałem się bezradnie. Byłem zbyt ostrożny. Za bardzo się ociągałem i teraz jest już po wszystkim. Skud jak zwykle świetnie sobie poradził. Ale gdzie w takim razie się podziewa? Coś było nie w porządku. Zamach został zorganizowany zbyt nieporadnie, a Izis była przecież artystką w swoim fachu. Nie mogłem uwierzyć, że odpuściła sobie przyjemność osobistego załatwienia zaległych spraw. Kiedyś, na Wytrwałych, zastosowała ten sam manewr. Dwaj figuranci mieli wtedy odwrócić naszą uwagę i zwabić nas tam, gdzie chciała. Jak zwierzynę na polowaniu z nagonką.
Z tej odległości woda wydała mi się mętna. Gdy podszedłem bliżej, przekonałem się, że przy brzegu rzeczywiście tak było. Zmętniała od krwi. Ciało Skuda unosiło się twarzą w dół na powierzchni.
Nie widziałem jego ostatniej walki, ale wnosząc ze śladów nie trwała długo. Gdy już wyszarpałem trupa z basenu, zobaczyłem cięcie na wysokości nerek. Miał też głęboką ranę kłutą klatki piersiowej. Izis nie zaryzykowała uczciwego pojedynku. Uderzyła z tyłu i dokończyła sprawę, gdy był już na kolanach. Chuda, szara twarz zastygła w grymasie zdziwienia. Gdy tak trzymałem go przy sobie, wydawał się młodszy i bardziej łagodny. Przez chwilę widziałem odmienionego Skuda, który mógłby istnieć, gdyby w życiu zdecydował trochę inaczej. Myślę, że nie żałował. Chyba tylko tego, że śmierć przyszła o jeden dzień za wcześnie.
Płakałem wtedy jak bóbr i życzyłem Izis wszystkiego najgorszego. Gwałtu z pobiciem przed długą i bolesną śmiercią w ruinach własnego domu. Gdybym miał czas pomyśleć o tym na zimno, doszedłbym pewnie do wniosku, że obaj zasłużyliśmy sobie po stokroć na taki koniec. Nikt nie współczuje bohaterom negatywnym. Oni giną, bo taka jest kolej rzeczy i prawa dobrze skrojonej opowieści. Za to w życiu nie wygrywają ani ci do końca dobrzy, ani ci źli. W ewolucyjnym wyścigu przoduje nijakość. Umiejętność dostosowania się, twarze wrośnięte w maski. Nie ma już herosów i potworów – są okoliczności. Na to umarł mój przyjaciel.
Kiedy odchodzi bohater pozytywny, kończy się to przynajmniej wspaniałym pogrzebem, na którym ocaleni przez niego ludzie i panny, które dmuchał, opowiadają, jak bardzo go kochali. Będzie żył w naszej pamięci, będziemy się za niego modlić... i tak dalej, do wyrzygania. My, kanalie, nie możemy liczyć na takie afterparty. Zdychasz twarzą w dół na obcej ziemi. Nikt nie słyszy twoich ostatnich słów. Może to i lepiej, bo najczęściej mówisz „kurwa mać”, raczej ze zdumieniem niż ze złością.
Tak właśnie zginął Skud. Kiedy trzymałem na kolanach jego zakrwawioną głowę i patrzyłem przed siebie na grawerowane wersety oraz spłukany księżycowym światłem marmur, doszedłem do wniosku, że w sprawie pogrzebu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.

Finał przyciągnął tłumy. Wynajęto salę widowiskową wybudowaną z okazji mistrzostw świata, które w tym państwie nigdy się nie odbyły. Lokalna policja została już tak zblatowana, że mundurowi samorzutnie pomagali utrzymać dyscyplinę przy wejściu. Pan Gold był tam od samego początku. Jego hobby przerodziło się w całkiem zyskowny interes i chyba sam dziwił się temu, jak bardzo jawny i bezczelny jest to przekręt. Loży dla VIP-ów strzegli ochroniarze obnoszący arcydzieła sztuki użytkowej dwudziestego wieku, czyli karabiny AK47. Po prawicy biznesmena siedziała małżonka, co świadczyło, że jak na arabskie normy był niezwykle postępowy. Pewnie finansował też ochronki dla bezdomnych, a jego dzieciaki miały już opłacone miejsca na angielskim uniwersytecie.
- Chuj mu na grób – mruknąłem do siebie. Gość obok skrzywił się z niesmakiem. Co mi tam – jak chce kultury, to powinien jej szukać w meczecie, a nie na nielegalnych zawodach.
Noc po śmierci Skuda minęła i niewiele z niej pamiętam. Dopiero w sali zdałem sobie sprawę, że stanowię raczej malowniczy widok. Zmieniłem koszulkę, ale zupełnie nie pomyślałem o bojówkach, które wciąż nosiły ślady krwi. Miałem jej też trochę na rękach i we włosach. Zarośnięty i brudny, w porannym świetle przypominałem zombi. Jednego z tych żywych trupów, z którymi kiedyś walczyliśmy w Ostańcu. Strażnicy patrzyli na mnie podejrzliwie, ale widzieli, że nie nosiłem przy sobie broni. Odziani w białe dżelaby i letnie garnitury mężczyźni odsuwali się ze wstrętem, więc miałem pole manewru.
Trenerzy, prasa, ciekawscy, panienki, cutmani, lekarze, sędziowie oraz cała reszta odzianego w dresy tałatajstwa oblegała teraz ring. Trwały przygotowania do walki, więc póki co nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zauważyłem, że do loży VIP-ów weszła niewysoka, ciemna postać. Rozpoznałem ogoloną głowę, okrutne usta i migdałowe oczy. Ukryty za plecami gapiów przyglądałem się dyskretnie, żeby nie ściągnąć jej wzroku. Nienawidziłem, jak nigdy dotąd. Było to przedziwnie euforyczne uczucie. Znów ubrała się w letnią sukienkę i wyglądała jak afrykańska studentka. Pokręciła się chwilę przy Goldzie, potem zniknęła gdzieś na schodach prowadzących na trybuny. Nawet jeśli mnie nie zobaczyła, z pewnością czuła, że jestem w pobliżu. Bezduszna, czarna suka. Gdyby kiedyś na Wytrwałych sprawy potoczyły się inaczej, pewnie mogliby ze Skudem zostać dobrymi przyjaciółmi. Podobieństwo charakterów.
Egzotyczna hostessa rozpoczynała właśnie taniec brzucha, więc uwaga wszystkich skierowana była na ring. Korzystając z tego, przemykałem się w stronę szatni i wejść dla zawodników. Drzwi, którymi miał nadejść Brazylijczyk, były teraz oblężone przez personel, ale mnie interesowały te drugie. Niepostrzeżenie uchyliłem je i wślizgnąłem się do ciemnego, pachnącego strachem i potem tunelu. Promotor Skuda chodził po ścianach z niecierpliwości. Wydzwaniał do niego bez przerwy, ale martwi rzadko odbierają telefony. Zamieniłem z nim parę słów, po których jego twarz zbladła. Potem przez chwilę tłumaczyłem mu jeszcze coś, po czym przybrał kolor ściany.
- Co mam zrobić? – zapytał z wybałuszonymi oczyma.
- Otwórz okno na oścież – odpowiedziałem spokojnie, częstując się drogim papierosem z leżącej na stole paczki.

Z każdą upływającą minutą atmosfera robiła się coraz gorętsza. Pierwsze pogłoski o nieobecności zawodnika przeniknęły już na trybuny i ludzie zaczynali się czuć oszukani. Tymczasem pan Gold siedział spokojnie w swojej loży, konwersując od niechcenia z małżonką. Wyznaczony zastępca tylko czekał na sygnał, żeby stanąć w narożniku i dać gładką, ustawioną walkę, po której wszyscy będą nosić Brazylijczyka na rękach. Sam Royce łaził wokół ringu, rozpytując nerwowo lekarzy i sędziego. To był przyzwoity chłopak i wierzę, że cała sprawa działa się poza nim. W końcu był tylko pionkiem w rozgrywkach potężniejszych od siebie. Tak jak my przez całe życie.
Termin rozpoczęcia pojedynku dawno minął. Publika robiła się coraz głośniejsza. Istniało spore prawdopodobieństwo, że za chwilę wydarzenia na trybunach okażą się ciekawsze niż ustawiona walka. Pan Gold miał wyczucie czasu. Podniósł się ociężale z fotela, wolno podszedł do sprawozdawców i sięgnął po mikrofon. Publiczność ucichła. Wtedy, przez jedną krótką sekundę, spojrzeliśmy sobie w oczy. Chyba mnie pamiętał, a może Izis tak dobrze mnie opisała, w każdym razie zostałem rozpoznany.
Miał szare, pozbawione wyrazu tęczówki. Patrzenie w oczy pana Golda przypominało siłowanie się na spojrzenia z karpiem. W tej jednej sekundzie, kiedy zastygł z mikrofonem w ręce, dostrzegłem w nich coś jeszcze – z trudem maskowaną niepewność. Pewnie zobaczył, jak się uśmiecham.
A potem na arenę wyszedł Skud. Dla ludzi, którzy trochę go znali, było jasne, że coś jest nie w porządku, ale publiczność nawet nie zauważyła zmian. Mój przyjaciel miał szkliste oczy, szarą skórę, wydęty brzuch i fioletowe usta. Koszulka maskowała zszytą na okrętkę, wilgotną ranę na piersiach. Zawodowiec taki jak ja potrafił nawet wywąchać pierwsze oznaki gnicia. Zatrzymał się niepewnie tuż przed wejściem na ring, a potem skinął mi ręką. Przynajmniej na poziomie mentalnym nekromancja sprawdziła się bez zarzutu. Będzie świadomy jeszcze przez godzinę, może dwie. Ani on, ani ja nie dbaliśmy już o to, co stanie się potem.
Tak właśnie zaczęła się finałowa walka o mało znaczący puchar z podrabianego złota i o kasę, której nikt nigdy nie będzie miał czasu wydać. Brazylijczyk zaczął równo z gongiem, bombardując przeciwnika prostą i skuteczną kombinacją lewy – prawy w nadziei, że coś tam dojdzie szczęki. Większość uderzeń zatrzymała się na gardzie, a nawet te, które doszły, nie zrobiły Skudowi zbyt wielkiej krzywdy. Odpowiedział lowkickiem, szacując dystans i błyskawicznie wszedł w nogi rywala. Błyskawicznie, to było jednak trochę za wolno. Zamiast zyskać dosiad, nadział się na kopniaka, po którym wycofał się i otrząsnął, jakby nic nie zaszło. Brazylijczyk przeszarżował, licząc na zamroczenie przeciwnika i dostał kontrę za zbyt zamaszyste uderzenie z prawej. Potem pozwolił sobie ściągnąć głowę na kolano. Był już mocno rozbity, gdy gong przed czasem zakończył pierwszą rundę.
W przerwie, w rzędach naprzeciwko dostrzegłem Izis. Przez chwilę patrzyła w moją stronę i nie byłem pewien, czy mnie poznaje. Potem powoli skinęła głową tak, jak zrobili to Skud i Brazylijczyk przed walką. To był pierwszy raz, kiedy okazała mi swoje uznanie. Odkłoniłem się i pomyślałem, że właściwie dostałem od niej dokładnie to, czego chciałem na Wytrwałych. Stabilne i trwałe uczucie, które nie zwiędnie pewnego dnia, jak więdną cięte kwiaty i miłość. Piękną nienawiść. Taką na całe życie.

W tym czasie na ringu Skud toczył swoją najważniejszą walkę. Po niemrawej pierwszej rundzie rozkręcił się, imponując perfekcyjnym wyczuciem timingu. Kopał mawachy, a potem wchodził kolanami i łokciami, jakby ćwiczył na manekinie. Brazylijczyk próbował się pozbierać, ale każdy cios odbierał mu siły i koncentrację. Zasłonił twarz, żeby przeczekać trochę w defensywnej gardzie i zmęczyć przeciwnika, lecz Skud nie wykazywał żadnych oznak znużenia. Jakoś mnie to nie dziwiło. Tak jak brak reakcji na ciosy Royce’a. Trupy nie odczuwają bólu. Zakrawało na paradoks, że zarówno Skud, jak i ja bardzo chcieliśmy doprowadzić sprawę turnieju uczciwie do końca. Zależało nam na tym, żeby stwierdzić, kto z zawodników naprawdę jest najlepszy. To pan Gold razem z Izis pierwsi spróbowali nas przekupić, zastraszyć i skłócić, a kiedy to nie wyszło, posunęli się aż do morderstwa. W ten sposób potwierdzili moją złotą zasadę, która głosi, że w naszym czasie, na tym świecie nie ma już uczciwych walk. Oszukałem ich więc. Mam w tym trochę praktyki.
Skud odgiął się do tyłu w popisowym maegeri prosto w twarz klęczącego przeciwnika, posyłając go na deski. Na moje oko, co najmniej ze złamanym nosem i wstrząsem mózgu. Widownia rozwrzeszczała się. Byli gotowi nosić Skuda na rękach, bo takiej walki nie oglądali już dawno.
Ogłoszono werdykt. Zwycięzca, blady i cuchnący śmiercią zszedł na chwiejnych nogach z ringu, odnalazł mnie wzrokiem i usiadł obok na ławeczce. Pan Gold miotał się wściekły w swojej loży i krzyczał, a jego małżonka płakała. Wygraliśmy. W tym dniu, w tej krótkiej chwili, która niechybnie dzieli euforię od kaca, udowodniliśmy, że w swoim rzemiośle jesteśmy najlepsi i nie ma tu na nas bata. Wojownik i nekromanta – zupełnie jak rycerz i czarodziej z pożółkłych stron jakieś książki. Widok Izis rozstawiającej przy wejściach ochroniarzy dowodził, że słono zapłacę za swe ostatnie zwycięstwo.
- Udało mi się – oznajmił z niedowierzaniem Skud. Tracił czucie, więc prawie seplenił. Jak amerykański aktor w filmie o włoskim bokserze.
- Wyjebaliśmy ich wszystkich – stwierdziłem filozoficznie.
- Myślisz, że to ważne? – zapytał.
- Nie bardzo – odpowiedziałem szczerze – ale na pewno warto to było przeżyć.
Pogaszono światła nad ringiem. Przedstawienie było skończone, ludzie zaczęli się rozchodzić do domów. Zblatowani mundurowi też zniknęli czym prędzej. Została tylko cała masa wkurwionych arabskich gangsterów, no i my.
- Ta dziewczyna wtedy, na placu, pamiętasz? – mówił Skud, a siły życiowe, które dla niego ukradłem, wyciekały jak jucha z zarżniętej świni. – Moja dziewczyna. Przekaż jej ode mnie…
- Obawiam się, że nie będzie już ku temu okazji – odpowiedziałem spokojnie. Mistrz rozejrzał się wokół, dostrzegł uzbrojonych ochroniarzy Golda i zrozumiał.
- Aha, rzeczywiście. Wychodzi na to, że niedługo się spotkamy.
- Jeśli przez tyle lat radziliśmy sobie w Mgławie, to tam też damy sobie radę.
- Pewnie tak. W końcu w piekle nie może być dużo gorzej niż tu. Dziękuję ci, stary. Dzięki za wszystko – wyjąkał jeszcze Skud, a potem umarł po raz drugi i ostatni, zwieszając głowę nad pozłacany plastik, z którego wykonano pas dla zwycięzcy.
- Nie ma sprawy – odpowiedziałem, ale tego już nie usłyszał.
Tak naprawdę sam nie jestem do końca pewien, czy zrobiłem to dla niego. Może to Izis wkurwiła mnie tak bardzo, że musiałem się jej jakoś zrewanżować? Może dopiero w Afryce pogodziłem się z tym, że Vigil odeszła, a Jarzębinka nie żyje i nie mam już do kogo wracać? A może po prostu jeszcze ten jeden raz Brighella – kanciarz, ćpun i nekromanta – postanowił być cwańszy niż cała reszta?
Zamknąłem szkliste oczy mego przyjaciela i ociężale podniosłem się z ławki. Na zewnątrz rozpoczął się już dzień, ale promienie słońca nie rozproszyły panującego wewnątrz mroku. Długie cienie uzbrojonych strażników przemieszczały się na tle zaślepionych okien. Uśmiechnięta Izis stała zaraz obok wyjścia, w stronę którego się kierowałem. Szedłem ku niej z pustymi rękami, a strażnicy zbliżali się zewsząd. Dobra – pomyślałem – jeśli tego właśnie chcecie. Byłem w nastroju do bójki.



Bytom, październik 2007.



Autor: Paweł Ciećwierz
Dodano: 2012-04-05 11:47:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS