NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Legion"

Cetnarowski, Michał - "Bestia najgorsza"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki


Przynieś mi serce Matki Teresy

Andrzej Zimniak

Przynieś mi serce Matki Teresy

Od autora: Ktoś powiedział, że jestem piewcą miłości. Coś w tym jest, albowiem od dawna fascynuje mnie ogromne spektrum odczuć i emocji, związanych z miłością - od negatywnych do najbardziej pozytywnych - które jest nie do oddzielenia od pojęcia człowieczeństwa. Począwszy od zabójstw w afekcie, miłości niespełnionej i bez wzajemności, miłości obsesyjnej, przez miłość rodzicielską, siostrzaną, narzeczeńską i małżeńską, młodzieńczą i dojrzałą, miłość własną, egoistyczną i altruistyczną, aż po miłość chrystusową - to tylko niewielka próbka spośród możliwości. Czy istnieje wspólny mianownik? A może pojęcie jest zbyt pojemne? Niezależnie od tego, miłość jest jedną z największych zagadek ludzkości, którą warto wciąż od nowa badać, lecz nie warto jej rozwiązywać.

Ściągnij opowiadanie w formatach: pdf, epub, mobi i doc




Aristo, Nurek Zerowej Klasy z Gildii Genlordów, spędzał czas w jednej z tokijskich dzielnic rozrywki, popijając piwo i oddając się pingpongowej konwersacji z gejszami poziomu lux. Latawce o kształtach parasolek unosiły się ponad karuzelami z rodzaju "buzi-buzi w Disneylandzie", przy barze jakiś Hiroto czy inny Keizo rozluźnił kołnierzyk i zdjął nienagannie czarną marynarkę, a dalej całe ławice kolorowych kimon opływały stoliki, oczekując na nadzianych gości. O tak wczesnej porze Cesarska Scena była ciemna i pusta.
- Widzisz te czarne dechy, Michiko? No, deski na Scenie - sprecyzował Aristo, przysuwając się do młodo wyglądającej adeptki o genetycznie podrasowanej urodzie - co do tego założyłby się o jej miesięczną gażę. Na dziś musiał zadowolić się takim towarem. Cóż, oczekiwał na duże zlecenie i niezły szmal, ale to mogło jeszcze trochę potrwać. Godzinę lub rok. Mogło też nie nadejść wcale, taki obrót sprawy był wkalkulowany w ryzyko zawodowe.
- Widzę, panie czarodzieju - odpowiedziała dziewczyna, zachowując nieporuszony wyraz twarzy. - Ale nie jestem Michiko, za to specjalnie dla ciebie zostanę na dziś Kaori.
- W porządku. Tam, w starych słojach tych desek, mieszkają duchy. Czyż nie tak?
- Ależ tak, mój panie. Jeśli właśnie to interesuje cię dzisiaj najbardziej.
Aristo skrzywił się i popił piwem. Jak by to nazwać: słowna gra wstępna, wynikająca z wyuzdanych potrzeb kulturalnych. No i tak zwany poziom lux. Przyszło żyć w czasach, w których znaczenie słów dewaluuje się znacznie szybciej od wartości walut.
Chwycił dziewczynę za przegub i lekko przyciągnął. Poddawała się bez oporu, ułatwiała każdą jego akcję, przewidując ją bezbłędnie na dwa posunięcia naprzód. Przyszło mu na myśl dobrze wyregulowane urządzenie ze wspomaganiem hydraulicznym. Właściwie powinien być zadowolony, bo nie miał zamiaru dopłacać złamanego jena za jakieś nowomodne extras typu "zgryz tarantuli na jabłku Adama". Bez pośpiechu obejrzał sobie jej krótkie palce, rasowo krzywe nogi i pełne uda, rozpychające pajęczynę kimona. Porządny standard. Uważał się za konesera lokalnej architektury przestrzennej i wiedział, że tutaj trawa nie chce rosnąć inaczej niż w wąziutkich szpalerach. Między innymi dlatego notorycznie nawiedzał kraj pod Fudżi-Jamą.
Próbował uzyskać od dziewczyny choćby strzęp informacji, w końcu spędziła tu całą świadomą część swojego krótkiego życia. A jeśli była genetycznie połataną starą wiedźmą, tym bardziej warto pociągnąć ją za język. Cholernie go interesowała Cesarska Scena i jej legenda, wszak nie wolno zaniedbywać żadnej okazji doskonalenia profesji.
- Słyszałem, maleńka, że aktor, grający na tej Scenie, czasami potrafi stać się kimś innym. Ciągle tu przesiadujesz, może widziałaś taki numer?
Spojrzała badawczo, a w jej czarnych oczach mignęła mu otchłań bez dna. W tej chwili mogła być równie dobrze wyczekującą szesnastką, jak i zgorzkniałą stulatką. W ogóle gejsza nie powinna patrzeć w taki sposób, zwłaszcza za jego uczciwie zarobione pieniądze.
- To zależy, jak zdefiniuje się aktorstwo, panie Aristo.
Żachnął się. Tytułomanii przecież nie było w protokole tych kilku uciesznych odsłonięć.
- Podobno zdarzało się, że niektórzy znikali. Ot, tak. - Nachylił się i zdmuchnął świecę, stojącą na ich stoliku. - Odbijali się od trampoliny wiekowych desek Sceny i dawali nura w otchłań. Wiesz coś o tym, dziewczyno?
Szarpnęła się, jakby chciała wstać i odejść, ale natychmiast opanowała odruch. Przypisanie do pradawnej tradycji trzyma ten kraj i utrzyma go do końca świata, pomyślał z dumą. Czuł się tutaj jak u siebie.
- Wolałabym o tym nie rozmawiać, panie Aristo. Mogę tylko powiedzieć, że żadne duchy nie wykonają pracy za pana, za mnie, ani nawet za młodego Cesarza Hirohito-San. Można tylko duchom pomóc w taki sposób, żeby one pomogły nam. Proszę, porozmawiajmy o czym innym.
No tak. Gejsza to nie byle kurwa i może odmówić rozmowy, i nie tylko rozmowy, korzysta z praw wolnej wykonawczyni wolnego zawodu.
- Już dobrze, złotko. - Pogłaskał ją po dłoni, a potem powędrował nieco wyżej. - Przejdziemy się trochę po ogrodach?
- Jak sobie życzysz, mój miły panie.
Bez zacięć powróciła do swojej zwykłej roli. I bardzo dobrze.
Właśnie wtedy gdzieś w przestrzeni odezwał się sygnał, przeznaczony wyłącznie dla jego uszu. Komunikator nastawiony był tak, że przepuszczał tylko ważne rozmowy. Ciągłe oczekiwanie i stan gotowości należały do zawodu Nurka i z tego powodu nie wolno mu było tracić czasu na jakieś elektroniczne ple-ple.
Bezzwłocznie dał świat zewnętrzny na hold i połączył się z Inteligentną Sekretarką. Rozmawiał kilka minut, po czym zwinął elektroniczną otulinę i jednym skokiem znalazł się na kontuarze. Wyrzucił ręce w górę i zawołał, aż echo wróciło od sufitu, malowanego w smoki z pyskami ryb:
- Dziesięć pierwszych ślicznotek zapraszam na sperminta! Kaori jest moja od początku, więc wchodzi poza kolejnością.
Chichoczący tłumek dziewczyn przepłynął do dwudziestoosobowego buduaru z amfiteatralnie usytuowanymi rzymskimi leżankami, dokąd zaraz dostarczono skrzynki szampana. Aristo robił pianę i strzykał musującym płynem, kobitki piszczały, zasłaniając oczy i nadstawiając usta. Wszystkie miały niemal jednakowo poprawne buźki, zostały odpicowane niezawodnym wodoodpornym tuszem, były chętne z godnością i łatwe bez cienia namolności. Gdyby zechciał, mógłby publicznie zanurkować w każde z tych niegłębokich oczek wodnych i zaraz wynurzyć się bez dekompresji czy szumu w uszach, witany rzęsistymi brawami.
Podniósł butelkę i zakrzyknął:
- Sto lat!
Kolorowe gejsze i kelnerzy w białych garniturach wiwatowali, choć nie mieli pojęcia, z jakiego powodu. Ale było wesoło, stały bywalec płacił dobrym bank-grafem, zbliżały się orgazmy wielokrotne w seksie grupowym. Ci ludzie zwyczajnie lubili swoją pracę, i chwała im za to.
Nagle Aristo znieruchomiał z ręką wzniesioną do toastu. Wyczuł w pobliżu obecność drugiego Nurka. Był gdzieś całkiem blisko, nawet dostrzegał jego rozmytą sylwetkę w objęciach prądów, ciągnących ciało w głębinę. Ale przybysz walczył i dawał sobie nieźle radę, więc po chwili jego twarz zbliżyła się ku powierzchni. Aristo pochylił się nad nim, ale zobaczył tylko płaską maskę, owal bez szczegółów.
Z powrotem przestroił się na swój świat, na buduar i szampana. Wszystko było na miejscu, tylko zaniepokojone gejsze wpatrywały się z napięciem w pana wieczoru, któremu przecież nie wolno było zasłabnąć, bo miał zamiar płacić za calutką noc. Podniósł puchar.
- Pijemy za zdrowie Cesarza, a potem przenosimy się na Jego Scenę! Wynajmuję ją na kilka zacnych godzin!
Do ogólnego aplauzu nie przyłączyła się Kaori. Opuściła głowę i nerwowo skubała pas kimona.
Obcy Nurek był coraz bliżej. Teraz dało się zauważyć, że holował drugą osobę, która stanowiła całkowicie bierny obiekt. Nurek musiał również należeć do Gildii Genlordów, inaczej nie byłby zdolny do takich akrobacji. Poza tym bez wątpienia potrafił coś, o czym Aristo marzył od lat. Poruszał się w innej rzeczywistości, w prawdziwie innym świecie, który nie miał nic wspólnego z trywialnością wirtualnych szmerków.
- Na Scenę! Na Scenę! - zawołał i ruszył przodem, trzymając przed sobą otwartą flaszkę.
Tańcząc, zbliżali się do podium z ciemnych desek, wypolerowanych niezliczonymi dotknięciami bosych stóp. Nad Sceną rozpalały się majestatyczne lampiony. Zabrzmiała jękliwa, piszczałkowo-strunowa muzyka.
Obcy Nurek, szczupły i zręczny jak morska syrena, szukał przejścia. Krążył, przemieszczał się gwałtownymi rzutami ramion i tułowia, znów nawracał, przypominał pływaka pod lodem, nerwowo wypatrującego drogi na powierzchnię. Na pewno był młody, lecz w jego ruchach wyczuwało się maestrię doświadczonego gracza. Jeśli nie potrafił wrócić, to dlaczego zaryzykował niebezpieczny wypad z biernym towarzyszem? Holowany obiekt dryfował w przestrzeni, podobny do martwej ryby, a Nurek musiał bezustannie dzielić się z nim energią.
Wąskimi schodkami wspinali się kolejno na Cesarską Scenę. Muzyka potężniała, ostro szarpane struny rezonowały w głębi starożytnej budowli o doskonałej akustyce, dołączyły bębny i gong, świat utonął w łoskocie, aby niespodziewanie porazić ciszą tak nagłą, że aż bolesną. W tę ciszę sączył się daleki śpiew, kobiecy głos skarżył się, ale z dystansem, nie gubiąc godności.
Aristo słyszał już podobne preludia, albowiem Cesarska Scena, jak opoka wynurzająca się z topieli wieków, pozwalała na komponowanie przedziwnych nastrojów. Jednak tym razem nie mógł w pełni delektować się koncertem, bo przyjemność zepsuł mu obcy Nurek, jak idiota szamoczący się na granicy światów. Jego smukłe ciało raptownym rzutem skierowało się w szczelinę, która nagle otworzyła się na obrzeżu rzeczywistości. Aristo domyślił się tego, bo zauważył przejście dopiero wtedy, gdy Nurek zaczął materializować się ponad sceną, w połowie odległości od powały. Jeszcze nie w pełni cielesny, płynął swobodnie w rzeczywistej przestrzeni jak w morskiej toni. Przy akompaniamencie chóru piszczałek opuścił się ostrożnie, odbił się rękami od podłogi, podciągnął kolana w eleganckim salcie, i wreszcie stanął na lekko ugiętych nogach, kompensując narastającą siłę grawitacji.
Aristo odczuł zazdrość, graniczącą z zawiścią. Oto młody chłopak, jeszcze gołowąs, posiadł wiedzę i umiejętność eksploracji akwenu, otaczającego zewnętrzne zręby naszego świata. I potrafił prześliznąć się przez szczelinę, której on, Aristo, Nurek Zerowej Klasy, samodzielnie nie mógł nawet zlokalizować!
Holowana osoba bezwładnie jak worek przeleciała przez przejście i runęła na scenę. Zanim zmaterializowała się do końca, przybysz zdołał zmniejszyć jej pęd, chociaż było widać, jak wiele go to kosztowało. Jego nozdrza drżały, szczęki były zaciśnięte, a wargi pobladły i zbiegły się w wąską kreskę. Był wyczerpany do ostateczności.
Jej nozdrza i jej wargi. Obcy Nurek, przybywający z innej rzeczywistości, był kobietą, młodą i piękną. Przynajmniej wyglądającą młodo i pięknie. Całkowita materializacja wyostrzyła i dodefiniowała jej rysy i okazało się, że Aristo znał ją, cóż, znał ją tak dobrze, że z wrażenia nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą, zapomniał też języka w gębie. Kiedyś, cholernie dawno temu, spędzili razem całe dwa tygodnie na rajskiej wyspie Korfu, gdzie uczyli się nurkowania wielofazowego. Tam właśnie wygłupiali się, ćwicząc nocne przepływanie przez ściany pobielanych chatek albo ostre sprinty pod wiatr tuż nad dachami, oczywiście przy pełni Księżyca. Ćwiczyli jeszcze inne rzeczy, psia kość, i zupełnie nieźle im to wychodziło.
- Adrianna! - krzyknął i przypadł do niej, jak tylko odzyskał zdolność ruchu. - Ja...nie wiem... - jąkał się, usiłując sklecić choćby jedno sensowne zdanie. Nie udało się.
Tymczasem dziewczyna opadała coraz niżej, zbliżając się do absolutnego dna przestrzeni, do której z takim wysiłkiem dążyła. Najpierw przygarbiła się, bezwładnie zwieszając ramiona w stronę desek Sceny, potem przyklękła na jedno kolano, podparła się i ciężko usiadła. Zachowywała się tak, jakby przybyła na planetę o grawitacji kilkakrotnie większej od ziemskiej, i jakby jej wewnętrzny czas płynął o wiele za szybko.
Aristo był przy niej. Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał w oczy. Straciły blask, było w nich całe morze udręki, która nie miała jednak wiele ze zwykłego cierpienia ciała.
- Zacznij od poziomu chromosomalnego - zaordynował - i natychmiast zwolnij lokalny upływ czasu. - W sytuacjach krytycznych działał bez wahania i zwykle dokonywał właściwych wyborów. Ale ona pokręciła głową.
- Poznaję cię - stwierdziła, jakby to nie było oczywiste. - Aristo, mój przyjacielu. Witaj i żegnaj. To wszystko nie ma sensu.
- Adrianna, moja droga. Weź się w garść, musisz się ratować! Zrób to bez zwłoki, bo możesz sobie zaszkodzić!
Uśmiechnęła się blado.
- To już się stało. Nigdy nie nurkuj w tamtym oceanie. - Zrobiła nieokreślony ruch ręką w stronę miejsca, gdzie po zasłonie z falującego jedwabiu spacerowały takie same smoki, jakie obserwowały ich z powały.
- Na miłość Boską, kobieto, po co tam poszłaś?
- Z głupoty. Z ciekawości. Każdy chciałby kiedyś zanurzyć się w rozszalałym gorącym morzu, prawda?
- Pleciesz. Weź się za siebie, dopóki nie jest za późno!
- Ech, mój kompanie od nurkowania w beczułkach greckiego wina. Ty nigdy tego nie rozumiałeś, i twoje szczęście. Spójrz na tamtego człowieka. - Wskazała za siebie.
Krąg kolorowych gejsz rozsunął się. Na dechach leżał mężczyzna, który mimo ogromnego wysiłku Adrianny rozbił się przy lądowaniu. Spoczywał nieruchomo z podkurczonymi nogami, z zastygłym grymasem złości na twarzy.
- Zwykły fagas, a zakochałam się w nim bez pamięci. Powiedziałbyś: tuzinkowa miłość na wyjeździe, zwykła pociecha dla ciała i ducha. Ale tam było tak purpurowo, że nawet ty, wyniosły komesie, pewnikiem byś się zadurzył w co drugiej bulwarowej strzydze, mój drogi. Ach, tutaj świat składa się z lodu i zupełnie nie nadaje się do życia. Mam prośbę: będzie nam raźniej, jeśli umieścisz nasze prochy w jednej urnie, przyjacielu. Obiecujesz?
- Przestań pieprzyć i weź się do cerowania! To ostatnia chwila.
- Ta chwila już dawno minęła. Uległam nieodwracalnej, fatalnej mutacji, drogi Aristo. A teraz zostaw mnie w spokoju, bo muszę przygotować się do zejścia w mroźną głębinę.

***
Przed upływem tygodnia nadeszło potwierdzenie. Gdy tylko usłyszał sygnał, dał świat zewnętrzny na hold i połączył się z ISią, Inteligentną Sekretarką.
Pstryknęło i natychmiast znalazł się w swoim gabinecie, gdzie na antycznym biurku spoczywała skrzynka pełna elektroniki z grzywką kabli w pomarańczowych koszulkach. Zdecydował, żeby właśnie tak wyglądała, coś jak wrak XX-wiecznego telewizora, wydobyty z przydennego mułu kanału La Manche, więc nie miała wyboru.
- Cześć Aristo - zapiszczała. - Chyba masz ten kontrakt.
- Sie masz, Ruda. O co chodzi?
- Jest kontakt galaktyczny. Łączyć?
- Poczekaj.
Nie chciał, żeby tamci widzieli jego uśmieszek. Cóż, musi im zależeć, skoro pompują tyle energii przez wormhole. Wygładził policzki, a potem jeszcze bardziej przyciemnił wizję zewnętrzną, w której uwijały się gejsze, i niemal całkowicie odciął dźwięk. Dopiero wtedy dał znak ISi.
Sprawiła się dobrze. Wygenerowała standardowe pomieszczenie konferencyjne z owalnym stołem i kierunkowymi lampami, wszystko w czerni i srebrze. Miękkie skóry i barwione szkło.
Tamci wizualizowali się dosyć długo, neutrinowe modemy pracowicie dostrajały parametry. Wreszcie ukonstytuowali się w rogu pomieszczenia, wielcy, śniadzi, o wysoko sklepionych kościach policzkowych. Byli ubrani w szaty koloru rdzy.
- Witaj, Nurku z Gildii Genlordów - odezwali się nieskładnym chórem, pochylając w ukłonach ogolone głowy. Aristo nie był pewien, czy ów powszechny gest pokojowego powitania, oddający cześć drogą własnego chwilowego uniżenia, był również kultywowany przez Wyspiarzy, czy ISia nastawiła translatory na hiperczułość kulturową. Nie lubił tego, wolał mniej oswojoną surowiznę życia.
ISia była naprawdę Inteligentną Sekretarką, bo odezwała się miękkim altem w jego uchu wewnętrznym:
- Jest jak lubisz, Ar, ale w takim razie powinieneś być staroświecko układny, jeśli zależy ci na kontrakcie. Wiem, że rozmawiali też z konkurencją: AppleBlack i White Horse Cindy.
- Oboje do pięt mi nie dorastają - poinformował ISię bezgłośnie, samym językiem przy zamkniętych ustach. Po czym zwrócił się do przybyłych, skłaniając się w odpowiedzi podobnie jak oni, lecz utrzymując głowę w pochyleniu o mrugnięcie dłużej. Niech mają.
- Goszczenie was, dostojni Wyspiarze, jest dla mnie zaszczytem - powiedział uroczystym tonem. - Jeszcze większym będzie zaoferowanie wam moich usług.
- Ach, tak, tak - cicho powtarzali klienci, zwracając się raz do niego, raz do siebie. - To wyróżnienie dla naszej małej społeczności, że Nurek Zerowej Klasy z Gildii Genlordów, sam Aristo, chce z nami rozmawiać. Naprawdę, to wspaniale!
Znów dyskretnie włączyła się nieoceniona ISia. Powinienem być dla niej uprzejmiejszy, przyrzekł sobie w duchu.
- Oni cały czas są na serio i działają w najlepszej wierze. Taka sobie wyspiarska subkultura. Ale uważaj i nie bądź zdziwiony, bo oni...
Weszli jej w słowo.
- Nasz Merlot byłby zachwycony, gdyby słyszał twoje słowa, Nurku Aristo. Ach, naprawdę. Powiedz teraz, co potrafisz, Nurku. Ach, na pewno nie skłamiesz, szlachetny Genlordzie, ale mimo tego spraw, żebyśmy ci uwierzyli. Czy masz w swojej wizytówce demo, opatrzone sygnetem autentyczności Srebrnego Wizarda?
Aristo, choć zaprawiony w różnego rodzaju bojach, był jednak zaskoczony. Kiedyś, jeszcze w wieku szczenięcym, nurkował w pobliżu Galapagos w miejscu krzyżowania się prądu powierzchniowego z głębinowym, i tam właśnie niefrasobliwie, jednym rzutem ciała, przemieścił się przez mętną granicę: z gorącej wody przypowierzchniowej wpadł w lodowatą głębię, od razu, bez żadnego przygotowania. Teraz również zesztywniał, tyle że opanował się znacznie szybciej niż wtedy.
- Po prostu potrafię nurkować, jak wynika z mojego tytułu, szanowni Wyspiarze. Wszędzie, zawsze i w każdych warunkach. W powietrzu, wodzie, ziemi i skale, w ogniu i próżni, tam, gdzie ustają cieplne drgania molekuł, i tam, gdzie ekstremalne temperatury zrywają powłoki elektronowe, zmieniając materię w kłęby plazmy. Mogę zanurzyć się w każdej rzece, oprócz zewnętrznej rzeki innego czasu, i w każdej ciemności, oprócz tej, w której następuje gwiezdny kolaps. Niemal cały wszechświat stoi przede mną otworem.
- Ten wszechświat, Nurku?
Aristo żachnął się. Trafili w słaby punkt. Pragnął skłamać, ale wiedział, że tego nie zrobi.
- Stoję u bram do innych światów, ale jeszcze nie odważyłem się postąpić naprzód. Być może uczynię to już jutro, jeśli będę miał dostateczną motywację, dostojni Wyspiarze.
Ogolone głowy obcych zetknęły się, a potem zaczęły pochylać się synchronicznie w taki sposób, aby nie utracić fizycznego kontaktu. Naradzali się, przekazywali informacje w jakimś niewerbalnym kodzie. Podczas oficjalnych spotkań czynność nieelegancka, ale w końcu akceptowalna.
- Czy wiesz, szlachetny Nurku, jak nawiązać kontakt z Genlordem Adrianną? Nurkowanie we dwoje jest bezpieczniejsze i efektywniejsze, jak śmiemy przypuszczać.
- Zawszę nurkuję sam - stwierdził mało dyplomatycznie. - A jeśli na krótko potrzebuję pomocnika, dobieram go według własnego uznania.
- Oczekujemy odpowiedzi na nasze pytanie, Genlordzie Aristo.
- Nawiązanie takiego kontaktu nie jest możliwe. Nurka Zerowej Klasy, Genlorda Adrianny, nie ma już wśród żywych. Jej prochy własnoręcznie umieściłem w urnie i zgodnie z pradawną tradycją złożyłem w naszym morskim grobowcu.
Ogolone głowy znów dotknęły się czołami w milczącej naradzie, tym razem zaledwie na kilka sekund.
- To zastanawiające, szlachetny Aristo. Według naszych informacji, dotychczas tylko pięciu nurków z Gildii oficjalnie potwierdziło zdolność przemieszczania się poza naszą rzeczywistość, i żaden z nich nie żyje. Czy to prawda?
Aristo zacisnął szczęki. Nie musiał udzielać tej informacji.
- Tak, to prawda - przyznał po chwili. - Jednak wciąż nie wiadomo, kto z żyjących potrafi dokazać tej sztuczki.
- Słuchamy cię, Genlordzie?
- Chciałem powiedzieć, że nic nie wiadomo o tym, kto z pozostałych Nurków Zerowej Klasy potrafi przemieszczać się do innych rzeczywistości. Może niektórzy umieją bezpiecznie przenikać na tamte akweny i wracać cało, lecz zachowują sekret dla siebie? Wiele zapewne zależy od cech psychicznych, a także od techniki. Jak pędzi na ciebie dziesięciometrowa fala, nie walcz z nią, lecz spokojnie zanurz się na metr lub dwa. Czy wyrażam się dostatecznie zrozumiale, dostojni goście?
- Ależ tak, oczywiście. Czyli jesteś przekonany, Nurku, że jest to zawsze tylko wewnętrzne niebezpieczeństwo?
- Och, tak. Groźba pojawia się wtedy, gdy m y nie potrafimy sprostać światu.
- Tak, tak, to logiczne. Jakie techniki nurkowania stosujesz, Genlordzie?
Znów nagła wolta. Zupełnie jak krzyżówka martwej fali ze spiętrzeniem wód przez nagły szkwał.
- Mogę powiedzieć tylko to, co jest na Ziemi powszechnie znane, reszta pozostanie tajemnicą klanu. Potrafię korzystać z niektórych nadmożliwości organizmu, które pozwalają człowiekowi zapanować nie tylko nad światem, ale także nad materią. Wykorzystuję oddychanie beztlenowe, zmianę gęstości ciała, bezkolizyjne rozmijanie intermolekularne i odtwarzanie matrycy organizmu dzięki pamięci przestrzeni. Jednakże przypuszczam, że bardziej interesuje was efektywność, niż teoria.
- Ależ tak, z pewnością, bez wątpienia. Mamy problem godny ciebie, Genlordzie. Ktoś, albo coś z głębi...
- Nie, moi drodzy, to znaczy, dostojni przybysze. W tej chwili wykładanie sprawy nie jest potrzebne i nie ma wielkiego sensu. O wszystkim dowiem się na miejscu od świadków, a także zapytam ziemi, obłoków i słońca. A przede wszystkim oceanu, który jest wszędzie, przybiera tylko różne postacie. Pozostaje kwestia ceny, którą musimy uzgodnić tutaj i teraz.
- Ach tak, to bardzo roztropne, godne pochwały, o szlachetny. Naprawdę nic nie chcesz wiedzieć o celu?
- Swoją opinię już wyraziłem. Stawka za usługę galaktyczną w Zerowej Klasie Gildii wynosi pięć wiosek na Aliquocie-C. Czy macie zamiar skorzystać z niej w dobrej wierze?
- Och, jednakże, zważywszy na okoliczności, Genlordzie... Rozważaliśmy jedną wioskę, duży wysiłek budżetowy pozwoliłby na dwie, biorąc pod uwagę kwalifikacje zleceniobiorcy.
- W drodze wyjątku, stosując specjalną taryfę dla zaprzyjaźnionych z Unią Ziemską Wyspiarzy z Tau Ceti, zgodzę się na cztery wioski. Niestety, więcej nie mogę opuścić.
Dostojni zetknęli się czołami i pogadali po swojemu, po czym skłonili się, pozostając w uniżonej pozycji o sekundę dłużej niż to ostatnio uczynił Aristo.
- Ach, tak. Ze względu na wagę sprawy zgadzamy się na trzy wioski w imieniu naszego Merlota. Kiedy rozpoczniesz, Genlordzie?
- Niezwłocznie. Jutro, według okołoziemskiej astronomii. Rejs na Wyspy zajmie mi odpowiednik kilku naszych dni.
Na zgodę uścisnęli sobie łokcie, łącząc na chwilę przedramiona. Dzięki nieocenionej ISi, która nadawała mu prosto do ucha, zrobił to bezbłędnie.

***
Nurek Zerowej Klasy Genlord Aristo szykował się do kolejnej wyprawy. Pozbył się natłoku myśli, wyciszył wewnętrznie, sprawdził funkcje organizmu. Rozpoznał i uruchomił możliwości, których zalążkami dysponuje każdy człowiek: wyczuł istnienie układów molekularnych, będących czymś więcej niż tylko łańcuchami atomów węgla i wodoru, zyskał świadomość cielistości przestrzeni, żyjącej i posiadającej pamięć, poczuł się współgospodarzem, reprezentującym jedną z cech świata.
Znajdował się na płaskim terenie, z dala od miasta i jego nerwowej krzątaniny, na skraju oceanu nieba, w którym pulsowały roje żywych gwiazd. Jak zwykle, był pod wrażeniem transcendencji tej głębi, co pomogło mu nowo włączonymi zmysłami dostrzec misterną sieć wędrownych szlaków, wokół których dalekie słońca przepływały na wyciągnięcie ręki jak wielkie świecące ryby.
Musiał dostać się na początek szlaku. Od razu rozpoczął przemianę - odcisnął molekularny sygnet ciała w pamięci przestrzeni i wytworzone pułapki obsadził nanocząstkami. Ostrożnie wysunął się z cielesnej powłoki, która w tej samej chwili zaczęła funkcjonować jako zombie, sterowane z centrali Gildii.
Naraz odczuł lęk - to bała się ISia. Potem zobaczył Kaori. Cóż, jak zwykle w trakcie przemiany otwierały się tunele, przez które swobodnie migrowały psychoklastery czasoprzestrzenne. Musiał uważać, bo częstokroć informacja tunelowa była nieodróżnialna od rzeczywistej, a wirtualne bagnisko mogło otumanić i błyskawicznie wessać jaźń nieostrożnego wędrowca. W dżungli złożonej z tworów retrospekcji i obcych sygnałów myślowych łatwo o pomyłkę, a błąd Nurka w trakcie trwania misji nader często okazywał się błędem ostatnim.
- To się nie uda - stwierdziła ISia. Głos miała miarowy, maszynowy, ohydny, najwyraźniej modulator nie mógł funkcjonować w holowanej matrycy jej elektronicznego ego. Jej lęk udzielał się. - To się nie może udać. Nie wziąłeś pod uwagę faktu, że wszystkie twoje misje zawsze były nietechnologiczne.
- Nie idź tam, Aristo San - błagała Kaori. - Po co szukać duchów, jeśli tutaj nie zdążysz spotkać wszystkich ludzi, których chciałbyś poznać?
Opuścił się na ziemię i powrócił do mumii własnego ciała. Brr, była lodowata jak mokra koszula w listopadowy wieczór.
- Sama widzisz, ISiek, że nie mogę zabrać nawet twojej jaźni, dolega mi całe to technologiczne zmanieryzowanie. Oto dlaczego nie podbiłaś świata, móżdżku na tranzystorach: musisz siedzieć w swoich drucikach! A ty, Kaori, zmykaj do białych kołnierzyków, o które należy zadbać, bo przecież nadchodzi wieczór. Już zapomniałaś, co to powinność?
Wtedy pojawiła się Adrianna. Karminowa suknia, karminowe wargi, niezdrowe rumieńce, drapieżne zęby.
- Idź tam, zanurkuj aż do dna! Szkoda, że nie mogę udzielić ci instrukcji, ale dasz sobie radę, jestem pewna. Może twoje serce uderzy naprawdę choć jeden jedyny raz. Tylko uważaj przy powrocie, hi, hi!
Aristo zacisnął szczęki. Musi przepędzić precz cały ten babiniec, inaczej nici z wycieczki na Wyspy Tau Ceti.
- Żegnaj, ISiek, zostawiam cię, wrócę za małe kilka chwilek. A wy obie, zwidy i zmory, uciekajcie, a kysz!
Adrianna spłoszyła się i znikła, ale Kaori cofnęła się tylko o krok i skłoniła ze złożonymi dłońmi. Najwidoczniej duch samurajskich przodków trzymał się dobrze w jej delikatnym ciele.
- Nie uciekniesz daleko, Aristo San. Zawsze zdążymy za tobą, choćby na koniec świata, albo i jeszcze dalej.
Wreszcie odeszła, a Aristo zdołał wygasić wszystkie łuny nad widnokręgiem i znów pochylił się nad tonią wszechoceanu, w którym unosiły się roje fosforyzujących śnieżynek. Jeszcze raz wysunął się z ciała i zanurkował bez pośpiechu, rozgarniając przestrzeń, która stawiła tylko nieznaczny opór. Gdyby ktoś oglądał go teraz, zobaczyłby jedynie obrys brwi, nosa, ust, głowy, i tułowia, przezroczysty kształt, skąpo posypany tysiącem zimnych iskier, przemykający po niebie ruchem delfina; był podobny do egzotycznych mieszkańców największych głębin. Kierował się na początek szlaku, który zaczynał się promienistym pękiem wici, otaczających ujście wormhola.
Gdy dopłynął na miejsce, natychmiast wessał go prąd. Boczny strumień był nieregularny, musiał uważać na bystrzyny, rozlewiska i pułapki. W miejscu, w którym odnoga łączyła się z głównymi prądami, wybrał strugę gnającą przestrzennym skrótem w kierunku Tau Ceti. Oceaniczna rzeka niosła go tak szybko, że musiał skupić całą uwagę na sterowaniu.
O Ziemi zapomniał, od kiedy podjął wędrówkę. Był w swoim żywiole, gnał wskroś pierwotnej przestrzeni wszechoceanu, a zewsząd napływały filigranowe konstelacje gwiazd.

***
Gazowa korona gwiazdy Tau Ceti wytworzyła grube obłoki zagęszczonej materii, sprasowanej gigantyczną siłą grawitacji z jednej strony, a monstrualnym gejzerem promieniowania z drugiej. Wewnątrz tych chmur, albo może raczej wysp, wirujących w zawrotnym tempie wokół cielska gwiazdy, gnieździło się życie, wywodzące się w prostej linii od człowieka. Wyspiarze byli kolonią totalnie kosmoformowanych ludzi, którzy kiedyś przeżyli katastrofę antycznego statku podprzestrzennego. Uszli z tonącego wraku i uratowali się z kipieli wszechoceanu, czepiając się najbliższych skał, czyli właśnie Wysp Tau Ceti. Na szczęście wszyscy mieli wszczepiony gen kosmoformowalności, i u większości przeistoczenie, dokonane pod osłoną zwolnionego upływu osobniczego czasu, dało zadowalające rezultaty. Zanim ich odnaleziono, przywykli do Wysp i zostali ich gospodarzami. Żaden z ocalałych nie opuścił gazowo-magmowych zgęstków, bezustannie rozciąganych i tłamszonych siłami pływowymi gwiazdy. Nie chcieli poddawać się powtórnej transformacji i uznali niegościnne Wyspy za swoją nową ojczyznę.
Gdy Aristo podpłynął do archipelagu, przywitały go dwie młode dziewczyny. Przytuliły i wyściskały przybysza, a on uścisnął i ucałował ich gorące dłonie. Przez moment gdzieś w pobliżu kłębił się niszczący żar, lecz potencjał adaptacyjny nurka dostroił się błyskawicznie. Gwiazdy i mgławice zaszły za gazową chmurę, a pod stopami zastygła spękana glina, parująca siarkowym czadem i dudniąca przy każdym stąpnięciu.
Miasteczko sprawiało wrażenie Palermo pokolorowanego w stylu Hundertwasserhaus, albo jakiejś innej równie urokliwej architektonicznej kakofonii. Wąskie kamienne uliczki, brudne domy z odpadającym tynkiem, krużganki i balkony z markizami w wypłowiałe pasy prezentowały się w czerwieni, sepii, różu i brązie. Ospowatą tarczę słoneczną, chyżo pędzącą po rdzaworóżowym niebie, zniekształcały wykwity protuberancji.
To wszystko było jakimś rodzajem prawdy, najpewniej tym, co on sam chciał widzieć, jedną z subiektywnych masek rzeczy. Gdyby pragnął oglądać pancerne rozgwiazdy, taplające się w półpłynnej skale, pewnie i to byłoby możliwe, aczkolwiek całkowicie bezcelowe. Oni, tubylcy, pewnie go właśnie takim widzieli, i cholernie się cieszyli, że tak się do nich kurtuazyjnie dopasował. Na szczęście wszyscy ludzie byli od dawna informatyczni i posiadali zdolność sterowania stopniem wirtualności postrzeganego świata. Właściwie człowiek od zawsze tłumaczył rzeczywistość na język zrozumiałych dla siebie symboli, a różnica była tylko ilościowa: teraz robił to sprawniej i w większym zakresie niż niegdyś.
Jeden z zastępców Merlota przyjął Arista w obszernej komnacie o wysokich i wąskich otworach okiennych, w których kłębił się ogień. Gdy potencjały wyrównały się, z dworu wpadało już tylko łagodne, pomarańczowe światło.
- Ach, tak, to wspaniale, że przybyłeś do naszego świata, Nurku z Gildii Genlordów. Jesteśmy zaszczyceni, naprawdę - mówił cicho Merlot. Siedział za kamiennym stołem i wciąż pochylał ogoloną głowę.
- Jakie jest moje zadanie? - spytał Aristo. Lubił wykonać robotę jak najszybciej, zainkasować wynagrodzenie i powrócić do swoich gejsz, do kraju, w którym trawa wschodzi zawsze w równych rządkach. Kraj wschodzącej trawki? Może być, brzmi nieźle.
- Acha, aa, no dobrze. Chodź ze mną, szlachetny.
Merlot wstał, obciągnął haftowaną szatę i wszedł w ognistą jasność drzwi. Aristo podążył za nim.
Szli, ostrożnie posuwając stopami po wygładzonych kamiennych płytach i przezornie nie unosząc kolan, bo opór materii wzrastał wtedy tak bardzo, że powietrze zakleszczało się wokół nóg jak kamieniejąca maź. Wolał nie wiedzieć, co naprawdę działo się w tej przestrzeni pełnej fantomów, na sprasowanej bryle półpłynnych minerałów, gnającej po ciasnej orbicie wokół zionącej ogniem Tau Ceti. Przecież to był tylko krótki postój, przygotowanie do właściwej przygody.
Napotkani przechodnie pochylali głowy i krzyżowali ramiona na piersiach, po czym oddalali się pośpiesznie. Kobiety ubierały się tak samo jak mężczyźni i też goliły głowy, choć ich szaty były trochę obficiej haftowane przy zastosowaniu nieco jaskrawszych nici. Aristo nie dbał o to, czy to rozróżnienie stanowiło jakieś dalekie odbicie stanu faktycznego, czy też może jedynie projekcję jego własnej orientacji kulturowej. Nie widział par, kobiety i mężczyźni chodzili osobno. Dzieciom najwidoczniej nie wolno było pętać się po ulicach, a może wychowywano je w zbiorczych internatach, bezpiecznie ukrytych we wnętrzu tego strzępu materii, pływającego po oceanie rozprężającej się plazmy.
Weszli do dziwnie chłodnej, zatęchłej sieni i wąskimi schodami dostali się na górę. Siła utrudniająca unoszenie nóg zelżała, posuwali się więc raźno naprzód. Podłogę wyłożono spękaną, kolorową terakotą, a w okna wprawiono witrażowe szybki. Część z nich była wybita, i przez te otwory co raz wsuwały się języki płomieni, które jednak nie grzały; przy zetknięciu z mroźnym powietrzem sypały się iskry, a ogień cofał się za okno.
- Uważaj, Genlordzie - powiedział Merlot i odciągnął Nurka pod ścianę.
Chwytając się poręczy, po schodach zsuwał się człowiek. Był wyspiarzem, ale wyglądał jakoś inaczej niż pozostali. Jego szaty przyblakły, a cera stała się papierowa. Przesunął się koło nich jak widmo i, zataczając się, wszedł w buchający żarem prostokąt wyjścia.
- Kto to był? - zapytał Aristo. Przewidywał początek trudności.
Merlot nie odpowiedział, tylko wskazał podest na piętrze i otwarte drzwi, pokryte szarą, w wielu miejscach złuszczającą się farbą.
Ostatnie stopnie pokonali z wielkim trudem, ponieważ znów dała o sobie znać siła obciążająca kolana. Szurając podeszwami o posadzkę weszli do sali długiej jak korytarz, zastawionej po obu stronach rzędami prycz. Pierwszych kilkanaście stało wolnych, a na dalszych leżeli lub siedzieli pacjenci. Niektórzy próbowali czytać gazety, ale niesporo im to szło, inni zajmowali się wyplataniem koszyków lub grą w warcaby. Ci z dalszych łóżek leżeli, przewracając się od czasu do czasu na bok lub na plecy, a chorzy z głębi sali spoczywali nieruchomo na wznak, wpatrując się tępo w sufit.
Aristo i jego przewodnik doszli do końca pomieszczenia, gdzie widniała żelazna, odsuwana płyta. Merlot oparł się o nią, założywszy ręce za siebie.
- Och, Genlordzie, wybacz. Narażam cię na trud i nieprzyjemności, ale wydaje się, że jest to niezbędne. To nasi mieszkańcy, sami mężczyźni - wskazał brodą na prycze - których poraziła Nira. Tak ją nazywamy, chociaż podejrzewamy, że naprawdę jest to ktoś inny, ktoś dobrze wszystkim znany. Ale nie mamy pewności, więc tak jest lepiej.
- Czy mogę poznać jej prawdziwe imię?
- Nie, Genlordzie, bo nie jest nam znane. Tak mi przykro.
- Przecież... Jak sądzę, właśnie ją mam ścigać?
- Owszem, szlachetny. Ale w naszej społeczności nie rzuca się kalumnii ani nie wypowiada niepewnych oskarżeń.
Zaległa cisza, która za tło miała daleki łoskot płomieni. Aristo zauważył, że najbliżej spoczywający pacjenci nie oddychają.
- To dzieje się bardzo powoli - wyjaśnił Merlot. - Funkcje organizmu przebiegają tak wolno, że można mówić o stanie głębokiej śpiączki.
- Co im właściwie jest?
- Nie wiemy. Gdy powracają, znajdują się w stanie psychicznej zapaści. To ci z początku sali. Potem stan się pogarsza, przestają się poruszać, aż wreszcie zasypiają i umierają. Umierają, Genlordzie, bezpowrotnie odchodzą z naszego społeczeństwa. Ach, wydaje się, że ty nie wiesz, szlachetny. U nas nie ma naturalnej śmierci. Nie mamy dzieci, ale też nie umieramy. Wszyscy, którzy odeszli, zginęli w tragicznych wypadkach. A teraz odchodzą przez nią, Nirę.
Aristo był poruszony, co zdarzało mu się zaiste rzadko.
- Więc jakie macie cele i marzenia? Gdzie jest miejsce na miłość? Po co żyjecie?
Merlot uniósł ramiona, jakby chciał osłonić się przed lawiną pytań. Skrzywił usta w grymasie dezaprobaty.
- Ach, przybyszu z daleka, my nie stawiamy pytań, nie musimy wiedzieć, po co tracicie tyle energii na tańce godowe i konflikty pokoleń, nie mamy czasu na rozważania nad innością innych. Musimy walczyć o przetrwanie, przez cały czas naprawiamy Wyspy i udoskonalamy siebie samych, aby utrzymać się przy życiu w tych nieprzyjaznych stronach. Wspieranie się we wspólnym wysiłku nazywamy miłością. U was miłość ma wiele imion.
- Pięknie. W porządku. Wieczne życie. Więc co przytrafiło się tym nieborakom?
- Słucham, Genlordzie?
- Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób Nira zaszczepiła chorobę waszym obywatelom.
- Porywa ich - powiedział Merlot szeptem, jakby ktoś lub coś mogło ich podsłuchiwać. Był podniecony, jego policzki pokryły ceglaste rumieńce. - Przychodzi w postaci fantomu-olbrzymki, porywa ich, a potem oddaje, ale oni są już inni, naznaczeni, śmiertelnie chorzy. Nie wszyscy dotychczas umarli, ale wszyscy zapadli w śpiączkę, z której nigdy się nie obudzą.
- Porywa ich? Dokąd?
- Właśnie. Nie wiemy tego na pewno, ale uchodzą w kierunku Tau Ceti, zupełnie jakby ta kobieta chciała spaść ze swoją zdobyczą na gwiazdę. Przepadają, nie możemy ich wyśledzić ani tym bardziej ścigać, bo przenosi swoje ofiary do innej rzeczywistości. Potem, po kilku tysiącach nawrotów, znienacka pojawiają się ponownie na Wyspach. Jakim sposobem przeżywają dwukrotny transfer, nie wie nikt.
- Taaa, baba musi znać się na rzeczy. Jakich nawrotów?
- Po kilku miesiącach, według twojej rachuby czasu.
- Jeśli dobrze pojmuję twoje intencje, Merlocie, to moim zadaniem jest ujęcie Niry i dostarczenie jej tutaj, do was, czy tak?
- Nie, Nurku z Gildii Genlordów. Wyrządziła nam szkody nie do naprawienia i zagroziła naszemu bytowi, którego zasad nie mamy zamiaru zmieniać. Nie.
- Wiec co mam zrobić?
- Chcemy, żebyś ją zabił i dostarczył nam jej serce.
Nurek otarł pot z czoła, mimo że sala była tak zimna, że para szła z ust. Rzadko wykonywał misje, które kończyły się wyrokiem, natomiast po raz pierwszy żądano od niego dokonania atawistycznej sekcji. Zwykł jednak szanować systemy prawne obcych, zwłaszcza jeśli zlecenie było poparte znaczącym wynagrodzeniem.
- Muszę mieć werdykt waszego sądu na piśmie.
- Będziesz go miał.
- Cena wzrasta do pięciu wiosek w Aliquocie-C. Ta cena jest bezdyskusyjna i ostateczna. Natomiast w razie niewywiązania się z umowy nie otrzymuję nic.
- Jeśli wykonasz zadanie, pięć wiosek, zakupionych przez nas, będzie należeć do ciebie.

***
Aristo, jeden z najlepszych Nurków z Gildii Genlordów, przygotowywał się do zejścia w plazmową kipiel gwiazdy Tau Ceti.
Jego ciało było praktycznie niezniszczalne: składało się z zapamiętanych przez żyjącą przestrzeń osobliwości, obsadzonych progową liczbą nanocząstek. Zagrozić mogła mu jedynie bliskość strefy Schwarzschilda masywnej czarnej dziury, gdzie wielkość deformacji przestrzeni powoduje zatarcie informacji w niej zawartej. Z podobnych powodów równie groźne mogło okazać się asymetryczne wejście w strugę materii o przyświetlnej prędkości. Dysponował danymi, że tego rodzaju zjawiska o naturalnej genezie nie występowały w promieniu dziesięciu lat świetlnych.
Jego ciało było niezniszczalne i tak godne zaufania, jak podstawowe prawa przyrody. Ciało słuchało mózgu, którego aktywność bazowała na wiedzy, rozumowaniu i intuicji. Mózg tej osobliwości przestrzeni potrafił jednak tylko tyle, ile szare komórki nurka Aristo gdziekolwiek na Ziemi, w tokijskim burdelu czy w Nowym Jorku na odczycie o historii muzyki klasycznej. Umiejętności te w zupełności wystarczały do wykonania niemal każdego zadania, przynajmniej w opinii ich dysponenta.
Aristo osłabił wirtualną więź z wyspiarskim światem, pochylił się nad tonią wszechoceanu i zanurkował. Znów znalazł się w czarnej głębi, pełnej fosforyzujących punkcików, i szybował przez nią z rozkosznym uczuciem lekkości. Bawił się, wykorzystując tę swobodę, robił nagłe zwroty, wolty i akrobacyjne beczki. Potem spoważniał i wziął kurs na strupieszałe, pokryte erupcyjnymi wrzodami oblicze gwiazdy. Od jej olbrzymiej tarczy, owiniętej wykwitami protuberancji, pędził huragan zjonizowanych atomów, któremu musiał stawić czoła.
W istocie napór wiatru słonecznego był minimalny, lecz przy tej szybkości nurek odbierał go jako szkwał o ostrych porywach, następujących po nuklearnych eksplozjach na powierzchni gwiazdy. Szerokim łukiem wyminął strzępy zagęszczonej materii, wyrzucanej przez tornado o średnicy setek kilometrów. Z olbrzymią, wciąż rosnącą prędkością spadał na gwiazdę.
Aby zwolnić pęd, wszedł w pobliską strugę korpuskularnej radiacji. Strumień protonów nie mógł mu zagrozić, przenikając na wskroś niematerialne ciało, słabe oddziaływania dawały jedynie wrażenie chłosty ziarnami piasku. Środkiem strugi gnały twory podobne do płomyków świec, które przy dotyku sprawiały wrażenie bólu przez lokalne wychłodzenie. Wywinął się, lawirując między tymi płomieniami, i wyskoczył na zewnątrz.
Znów pędził wietrzną przestrzenią korony gwiazdowej, szybciej i szybciej. W dole kłębiły się chmury materii, stokroć bardziej ruchliwe niż wody ziemskich oceanów. Wirujące kratery o mięsistych brzegach różowiały i jaśniały ku środkowi, a w ich wnętrzach łyskały atomowe erupcje. Fioletowoniebieskie ściany fal wychłodzonej plazmy zderzały się, plując zgęstkami materii, która natychmiast parowała w przegrzanej atmosferze korony. Jednak te bryzgi były nędznym pyłem w porównaniu z protuberancjami, pędzonymi jądrowym kataklizmem, który wynicowywał gwiazdę na zewnątrz, rzygając w przestrzeń masą wielkości kontynentów. Potem to wszystko zwalało się z powrotem na jej powierzchnię, czyniąc tam coś gorszego od siedmiu piekielnych kręgów.
Dla Nurka Aristo z Gildii Genlordów, aktywnego w postaci przestrzennej matrycy, żadna z tych typowych postaci istnienia materii nie stanowiła przeszkody w działaniu. Protuberancja wielkości Afryki mogła zaledwie odrzucić go trochę na bok lub nieco zepchnąć z kursu, a eksplozja nuklearna, słabo odkształcająca przestrzeń, pozostawiłaby w jego ustroju szkody, których pełna naprawa zajęłaby kilka minut. Groźny byłby wybuch supernowej, ale to zjawisko nie mogło wystąpić na Tau Ceti przed upływem dwudziestu miliardów lat.
Jak pilot samolotu, szukający dogodnego miejsca do wejścia w chmury, Aristo zniżał lot nad rozszalałą powierzchnią gwiazdy. Gdy już zamierzał zanurkować pod stromiznę fali, z kipieli niby snop iskier wyprysnął rój ogników, podobnych do uprzednio napotkanych płomieni. Kłęby ognia tańczyły przez chwilę wokół nurka, muskając go przeraźliwym chłodem, a potem rozprysły się, aby, każdy w innym miejscu, zanurzyć się na powrót w gazowym morzu.
Aristo powstrzymał swój pęd w dół, wyrównał lot i popłynął nisko nad skłębioną powierzchnią. Jeden z grzywaczy musnął go, a drugi, szczególnie wielki, dosięgnął i ogarnął. Przez chwilę krótszą niż mgnienie nie widział nic oprócz kleksów karminu i sepii, ale później ujrzał pod sobą głębię, przestrzeń pełną rozbłysków, obszary zgęstków materii, świecące bryły i chmury pyłu. Potem fala opadła i znów szybował w atmosferze korony, a w dali, na wzburzonej powierzchni ognia, pływał korpus człowieka.
Nurek zadziałał instynktownie: przyspieszył i runął w dół, na spotkanie zawsze zbawczego morza. Intuicja i odruchowa odpowiedź były cechami koniecznymi w jego profesji i często ratowały życie. Przebił powłoki gazów i zanurkował w głębinę.
Ten ludzki korpus był dziwny: unosił się na powierzchni na wznak, ubrany w szorty i bluzkę - bo to była dziewczyna. Zanim Aristo zanurzył się w ciele gwiazdy zdążył stwierdzić, że wizerunek spełniał wszystkie kryteria kobiecego piękna i zmysłowości, a przy tym był monstrualnie wielki - szacując odległość, musiał mierzyć przynajmniej ze sto metrów. Teraz Nurek miał pewność: świat tej gwiazdy był zamieszkany, i to zapewne przez inteligentną rasę. W przeciwnym przypadku jego zmysł translacyjny nie stworzyłby wrażenia kształtu ludzkiego ciała. Lecz co reprezentowały ogniki? Jakieś mechanizmy? Roboty? Zwierzęta?
Zredukował translacyjność do niższego poziomu, przy którym odbierał obrazy mniej alegoryczne, ale też z pewnością także mniej zrozumiałe. Wybór był arbitralny, ponieważ nie miał pojęcia, na ile dopiero co odkryte życie jest niebezpieczne, ani czy właśnie ono stanowi cel misji. Wierzył w swoją intuicję i sprawność - w końcu był jednym z najlepiej wyszkolonych przedstawicieli ludzkiej rasy, specjalnie przygotowanym do stawiania czoła wyzwaniom w nieznanych rejonach kosmosu.
Okazało się, że wnętrze gwiazdy jest znacznie spokojniejsze od jej wzburzonej powierzchni. Olbrzymie ciśnienie powodowało, że na większej głębokości masy półstałej materii poruszały się wolniej. Panował tu karminowy półmrok, co raz rozjaśniany rozbłyskami odległych reakcji termojądrowych.
Kierował się w głębinę. W chwili, gdy przyspieszał, opływając wypiętrzone obłoki ciemnej materii, zlokalizował w dole kształt o idealnej symetrii kuli.
Natychmiast przyspieszył swój lokalny upływ czasu, aby w zwolnionym tempie obserwować zjawisko. Wtedy dostrzegł drugą, bardziej rozdętą kulę, szybko zwiększającą intensywność świecenia. Przygasła, gdy kłąb ognia oderwał się od jej powierzchni i ruszył w stronę Nurka. Ten ledwie zdążył zrobić unik, lecz już nie dał rady uciec przed następnym pociskiem. Jak można się było spodziewać, ognista torpeda nie wyrządziła mu żadnej szkody - przeniknęła ciało na wskroś, emanując chłodem, i pomknęła dalej.
Aristo zaśmiał się w duchu. Ta cywilizacja nie dorasta nam do pięt, pomyślał. Spróbował skoncentrować się na statku miotającym torpedy, ale bez translatora nie potrafił dojrzeć niczego, co miałoby znaczenie. Zanim zdążył przestawić go na wyższą aktywność, z mniejszego obiektu wystrzeliła skoncentrowana wiązka modulowanego, ciężkiego promieniowania. Oszacował jej energię i odczuł liźnięcie strachu.
Tak szybko, jak to było możliwe, podbił translator na maksimum, co krańcowo odmieniło sposób percepcji otoczenia. Naraz znalazł się w błękitnej toni morza, w której w stanie nieważkości unosiły się bryły skał, fragmenty raf koralowych i śmigały ławice przestraszonych ryb. Kamienne obeliski ciągnęły za sobą brody wodorostów, a piargi roznoszone były przez lokalnie przyspieszające prądy.
Na miejscu pierwszej kuli znajdował się przysadzisty bunkier. W oknach strzelniczych coś roiło się i przewalało, a w następnej chwili ponownie wyprysnął stamtąd metalicznie lśniący wąż, który rozsypał się na tysiące mechanicznych szczurów, poruszających się w regularnych formacjach.
Powrócił do pośredniego poziomu translacji, który dawał najlepsze efekty. Wtedy z drugiego obiektu wydostała się wiązka analogicznego promieniowania i zaczęła szukać pierwszej. Już wiedział - znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Interferencja tych spójnych snopów radiacji lokalnie przyspieszy materię do prędkości przyświetlnych, a wtedy nie będzie ratunku, bo jego przestrzenna matryca nie tylko ulegnie rozbiciu, lecz także nieodwracalnej deformacji.
Uciekał, ale nie dość szybko. Próbował walczyć, miotając mentalne bomby - ale nie robił tego wystarczająco efektywnie. Chciał osłonić się puklerzem z wygenerowanej naprędce matrycy - na próżno. Osłona została rozbita w puch przez nacierający wir materii, rozpędzonej do krańcowej prędkości. Poczuł łomot, jakby waliła się na niego stumetrowa fala, a potem piekący ból w boku. Tak, Nurku Aristo, ból możesz odczuwać w każdej ze swoich postaci. Jak odczujesz śmierć?
Wtedy pojawiła się Kaori. Nic dziwnego, wszak śmierć to rodzaj przeistoczenia, a na takim etapie otwierają się kanały czasoprzestrzenne i napływają psychoklastery. Gejsza stała na Cesarskiej Scenie i przywoływała go do siebie gwałtownymi ruchami ramion. Poleciał do niej jak duch - po raz pierwszy odważył się zapuścić w trzęsawisko informacji tunelowej - a ona objęła go spazmatycznie, a potem ściągnęła na deski Sceny. Najpierw nie mógł się odnaleźć, ale po chwili dechy stwardniały mu pod stopami, wyczuł ich gładź, fakturę, ciepło, a także łzy, które wsiąkły przed wiekami w drewno, krew, która na nich zasychała przez lata, i ból, który brał się z cierpienia własnego i zadawanego, z przemijania i świadomości bezsensu. Jako przeciwwaga pojawiła się miłość, nie mająca jednakże niczego wspólnego z pociągiem do partnera ani z rodzicielską powinnością. Ktoś chciał bezinteresownie pomóc, jakieś dobre duszki, zagnieżdżone w wyschniętych na wiór słojach mówiły mu, co ma zrobić. Posłuchał tego głosu i odbił się od czarnych, wygładzonych tysięcznymi dotknięciami desek, które od początku ludzkiego świata chłonęły mądrość i głupotę, skargi i dziękczynne modły, złość i radość. Odbił się z całych sił i poszybował wzdłuż granicy światów. Bez trudu znalazł przejście i zanurkował w innej rzeczywistości.
Dwie wiązki promieniowania zwarły się w śmiertelnym uścisku, wytwarzając rezonansowe pola i napędzając tornado przyświetlnych cząstek, ale w miejscu tego wiru nie było już Nurka Aristo. Właśnie materializował się w świecie, gdzie w klombach rosły karminowe róże, a łagodne powietrze pachniało morską bryzą.

***
Nawet przy zredukowanej translacji, a więc niemal nietransformowanej percepcji, ten świat składał się wyłącznie z kiczu: pastelowość barw, czystość alejek, idylla zachodów słońca i romantyzm nocy nużyły monotonią. Bezksiężycowe niebo pełne było nieznanych gwiazdozbiorów, a wszystkie gwiazdy błyszczały na złoto jak pomalowane skarabeusze.
Zewsząd szczerzyły się w uśmiechach twarze dziewcząt i chłopców, kobiet i mężczyzn - same udane egzemplarze, wszyscy szczęśliwi. Cały ten tłum spoglądał z plakatów, bo w alejkach i na promenadach nie było żywej duszy. Turystyczne miasto okazało się całkowicie wymarłe.
Z barów i kafejek rozbrzmiewała muzyka, zdawało się, że dobiega stamtąd gwar głosów i pobrzękiwanie szklanek, ale przy bliższych oględzinach wychodziło na jaw, że niezniszczalna szafa grająca piłuje w kółko tę samą melodię albo że gra radio, nastawione na muzyczną stację. Tak było od samego początku, od godziny jego przybycia.
Zaraz po przeniknięciu przez osobliwość przestrzeni, czyli przejście między światami, Nurek Aristo zaczął materializować się nad miastem. Mógł w dalszym ciągu działać jako neutralna matryca, ale wolał przybrać postać bardziej odpowiednią do warunków, w jakich się znalazł. Pozwolił więc, aby poziomy pamięci przestrzennej stopniowo wypełniły się miejscowymi atomami, tworząc wizerunek jego własnego ciała.
Uprzednio badając obszar graniczny zauważył wiele przejść, ale wybrał takie, które wiodło do przyjaznego świata. Ponadto stwierdził, że ów świat związany był z gwiazdą Tau Ceti, a ściśle - znajdował się we jej wnętrzu. Ta lokalizacja interesowała go szczególnie.
Natychmiast po materializacji, w trakcie której osiadł na nadmorskiej promenadzie, rozpoczął poszukiwania. Już drugi dzień kręcił się po barach, ulicach i hotelach - na próżno, bo nie spotkał nikogo. Nie musiał jeść ani spać, ale mógł, więc z nudów obsługiwał się sam, otwierając lodówki i dobierając się do nieźle zaopatrzonych barków. Noc przeleżał w hotelowym pokoju, rozmyślając. Na jakiej zasadzie i po co funkcjonuje to miasto? Nigdzie nie natrafił na najmniejszy ślad kataklizmu, który mógłby wygubić mieszkańców lub zmusić ich do masowego exodusu. Przeciwnie, wydawało się, że hotele, restauracje i plaże oczekują na gości. Zastanawiał się też, jakie warunki naprawdę panują w tym osobnym świecie, zlokalizowanym w samym brzuchu gwiazdy, i jaki jest stopień indywidualnej percepcji i osobniczego dostosowania. W końcu jednak uznał, że dociekanie esencji rzeczy i prawdy bezwzględnej to zajęcia ze wszech miar jałowe - tak było kiedyś, i tak pozostanie, niezależnie od stopnia doskonałości ludzkiego umysłu.
Pomyślał więc o Kaori i przez resztę nocy śnił o niej. Brak mu było kobiety.
Trzeciego dnia wydawało mu się, że coś mignęło między krzewami na skwerku. Puścił się pędem, ale nie znalazł nikogo. W powietrzu smużył się delikatny zapach perfum.
Przez kilka godzin krążył w pobliżu, chował się, zaczajał w kioskach z napojami albo za stertami plażowych leżaków. Wreszcie, zniechęcony, poszedł do pobliskiej kafejki.
Na stoliku koło drzwi stała niedopita szklanka herbaty. Ciepłej herbaty! Obok leżała zapalniczka, pachnąca tymi samymi perfumami, które wyczuł w parku.
Szybkim spojrzeniem omiótł salkę, wskoczył za kontuar, wpadł do toalety. Pusto! Wybiegł na zewnątrz, rzucił się w stronę morza, potem w kierunku miasta. Nic z tego. Gdy wrócił do kawiarni, ona - nieznajoma kobieta - jak gdyby nigdy nic siedziała przy swoim stoliku.
Nie widziała go, zajęta makijażem, więc mógł zbliżyć się niepostrzeżenie. Przeglądała się w małym lusterku, szminkując wargi, przy czym śmiesznie wysuwała i zawijała czubek języka. Zapewne w końcu uznała, że jak na to puste miasto wystarczy, i schowała szminkę do torebki. Jej dłoń pojawiła się ponownie, wykonując szybki, koci ruch, tym razem uzbrojona w pistolet. Raptownie odwróciła się i wpakowała w Aristo sześć kul, lokując je jak strzelec wyborowy: trzy w czoło, trzy w klatkę piersiową. Potem odrzuciła broń i wycofała się tyłem aż do baru.
Aristo osłupiał. Najpierw wytarł tę odrobinę krwi, która pokazała się przed zasklepieniem ran. Potem postąpił pół kroku w stronę kobiety. Krzyknęła przeraźliwie i rzuciła się do ucieczki, usiłując bokiem przemknąć się w kierunku wyjścia. Zagrodził jej drogę i chwycił za nadgarstki. Nie, teraz nie może pozwolić jej zniknąć.
Działo się z nim coś dziwnego - ciepło jej rąk, dotyk miękkiej skóry, zapach ciała, nakładający się na woń perfum, szybki oddech - to wszystko robiło wrażenie jak na dorastającym młodzieńcu. Zaczerwienił się niby sztubak, nie kontrolując własnego podniecenia.
Nie stawiała oporu, gdy sadzał ją przy stoliku. Sięgnęła po papierosy, zapaliła. Uważnie obserwował każdy jej ruch. Jego rany zabliźniły się i znikły, nie było już po nich śladu.
- Przepraszam, przestraszyłam się. Wzięłam cię za kogoś innego.
Drgnął na dźwięk jej głosu. Adrianna? Przecież ona... Ale ta twarz, drapieżne nozdrza, zachłanne usta?
Opamiętał się. Miał przechlapane do końca życia; każda fajna baba będzie Adrianną.
- Zawsze tak szybko reagujesz? Może dlatego pustawo w tych okolicach?
Właściwie powinien dać jej w twarz, związać, zamknąć w pokoju, a tymczasem dowcipkuje, jakby kobitka poczęstowała go nie ołowiem, ale czekoladkami. Co się dzieje? Przecież przybył wykonać wyrok, a nie stroić amory.
Uśmiechnęła się. Nawet przy niewielkiej translacji oczekiwań była ładna. Niezła laska, do licha.
- Naprawdę się boję, darujesz mi? Tym bardziej, że spudłowałam. A tak naprawdę... to nie chciałam cię trafić.
- Rzeczywiście, nie zaszkodziłaś mi specjalnie. Ale nie próbuj po raz drugi, bo mogę odpowiedzieć. Odruchowo. A tak się składa, że ja rzadko pudłuję.
- Zatrzymaj tę broń. Dopóki jesteś ze mną, nie potrzebuję jej.
- Hola, hola! Skąd wiesz, że nie jestem gorszy, niż na to wyglądam?
- Nawet jeśli jesteś, to co z tego?
Miała rację, że nic. Mógł ukręcić jej łebek w każdej chwili, nawet jeśli dźwigałaby laserowe działo. Była w jego mocy, ale wciąż nie wiedział, czy ma do niej prawo.
- Możesz mi pomóc, jeśli chcesz wyrównać rachunki. - Spróbował.
- Jeśli tylko będę mogła. Słucham.
- Przywożę ważne informacje dla niejakiej Niry. Czy wiesz, gdzie ją znaleźć?
Zachowała kamienną twarz.
- Nira? Nie wiem. Chociaż... kiedyś słyszałam to imię. Nira, Nira. Ach tak, już wiem. Poznałam ją w zeszłym roku, też przyjezdna. Utonęła w morzu, niestety. Niczego jej już nie przekażesz, posłańcu.
Paliła, dmuchając mu dymem w twarz. Nie cierpiał papierosów, ale teraz odbierał to jako pewien rodzaj poufałości, milczącej zmowy, a nawet pieszczoty na odległość. Śmieszna rzecz, ale przy każdym kółku dymu przypominało mu się, że jest mężczyzną. Do licha, nigdy tak nie reagował, nawet wtedy na Korfu, z Adrianną. Czy to ta planeta, albo atmosfera kurortu? A może jest manipulowany? On, Nurek Aristo? Idiotyczne podejrzenia.
Wtedy zarejestrował jakiś ruch na zewnątrz. Szarpnął się w tamtą stronę, gotowy zarówno do obrony, jak i do natychmiastowego ataku. Jednak nie było potrzeby działania - za oknem kawiarni powoli przeszła roześmiana para.
"Jego" kobieta też wybuchnęła śmiechem. Miała dźwięczny, głęboki śmiech, powinna ładnie śpiewać. Co za palant i tani amant ze mnie, pomyślał Aristo. Czyżby materializacja w innym świecie dawała niedokładne odwzorowanie genetyczne?
- Nie obawiaj się, przybyszu. Już nikt więcej cię nie zaatakuje, tylko ja jestem taką wariatką. Wszyscy inni będą cię kochać. Zwłaszcza że jesteś przystojny i nosisz się jak macho.
- Acha. No, a ty... dlaczego byłaś wyjątkiem?
Opuściła głowę, przez chwilę dziobała łyżeczką w dno szklanki.
- Już ci mówiłam, Macho. Mogę cię tak nazywać? Przestraszyłeś mnie. Może pójdziemy na spacer?
Drzwi otwarły się i do kawiarni weszły dwie pary w średnim wieku. Wypowiedzieli kilka słów powitania i rozsiedli się przy bufecie. Mocno umalowana kobieta w pretensjonalnej długiej sukni włączyła ekspres do kawy. Przybyli prowadzili głośną rozmowę.
Aristo wstał i podał rękę dziewczynie. Z uśmiechem wyciągnęła swoją i też powstała. Przeprosił damę w długiej sukni i zabrał z kontuaru pistolet, który włożył do kieszeni. Wyszli.
Był ciepły, letni wieczór, niebo obsypały złote gwiazdy, a on, Nurek Aristo z Gildii Genlordów, być może najlepszy ze wszystkich żywych, napalał się na jakąś bezimienną dzierlatkę w zapadłej dziurze Galaktyki! Zaiste, lokalny kicz tego świata musiał się dopełnić. Odchrząknął.
- No dobrze, w tym sezonie mogę zostać Macho. A jak mam zwać ciebie, wojowniczko?
Znów roześmiała się głębokim altem.
- Jaka tam wojowniczka, raczej wystraszona gęś. Mam na imię Teresa.
Poszli nadmorskim bulwarem, trzymając się za ręce, ramię w ramię, prawie przytuleni. Co raz mijały ich objęte parki, nigdzie nie było widać samotnych.
Aristo nie wiedział, kiedy to się stało, nie pamiętał nawet, które z nich wykonało pierwszy gest, i czy był on w ogóle potrzebny. Po prostu nagle stało się coś, i już trzymał ją w ramionach, całował jej twarz, oczy, usta, tulił ją gwałtownie, starając się jednak zachować delikatność. Kompletnie stracili poczucie czasu i rzeczywistości, trwali w jakimś bajkowym świecie, w psychodelicznym uniesieniu, uzależnieni od siebie nawzajem i od miłosnego narkotyku. Stali pośrodku alei, potrącani i popychani przez tłum, nagle wyległy na deptak, ale było im to najzupełniej obojętne. Obudzili się z tego snu na jawie dopiero nad ranem, oprószeni kroplami rosy. Nie pamiętali, kiedy usiedli na ławce i spletli się w uścisku. Za ich plecami szumiało morze i krzyczały mewy Śmieszki.

***
Leżeli w cieniu skały, blisko siebie, dotykając się biodrami, ona z głową wspartą na jego ramieniu. Ocean tłukł w pobliskie głazy, łomotał w szczelinach i na klifach, ale Nurek Aristo po raz pierwszy nie zwracał uwagi na gniew żywiołu, który kiedyś wybrał. Tuż obok miał swoją kobietę, najwspanialszą istotę, jaka istniała we Wszechświecie, bo kochała go najlepsza z najlepszych! W gardle czuł gwałtowny rytm serca, w piersiach żar, i ogólnie rozpierała go duma godna prawdziwego macho. Co tam morza i oceany, podjęte zadania, Gildia i reszta świata, wszystko i tak pójdzie swoim torem, a każda misja może poczekać. Mądrze powiedziano, że człowiek bez miłości jest niczym. O ileż bogatsza od niego była Adrianna, która uczuciem karmiła się przez całe życie.
Chwilami miał wrażenie, że niebo otwiera się i dopuszcza do planety ogień gwiazdy - wtedy jęzory plazmy opadały jak czerwone welony, ale zatrzymywały się gdzieś wysoko w atmosferze, trzepotały przez mgnienie poniżej poziomu chmur, a potem wycofywały się do wnętrza kosmicznego pieca.
Na szczęście rzadkie były chwile, w których nawiedzały go inne myśli, równie obsesyjne, co idiotyczne. Dlaczego marnuje czas? Co robi u boku tego ciała, parującego hormonami i feromonami? Jaka siła mogła go ubezwłasnowolnić, kto lub co pokonało niezwyciężonego Aristo? Zaraz jednak odganiał precz te głupoty, a Teresa pomagała mu dotykiem ciężkich warg.
- Opowiedz mi coś o tym kraju - poprosił.
Przeciągnęła się, włożyła ciemne okulary.
- To dziwne miejsce. Nie jestem tutejsza, więc nie potrafię objaśnić ci jego zagadek.
- Wykręt, moja droga. Spróbujmy inaczej: skąd pochodzisz?
Żachnęła się. Usiadła, wypatrując czegoś na wzburzonym morzu.
- Długa i nudna historia. Szkoda czasu na takie opowieści.
- Wszystko, co dotyczy ciebie...
- Wiem, znam tę śpiewkę.
Wzruszył ramionami.
- Jak chcesz. Nie musisz nic mówić, tak też jest dobrze.
Wstała, podniosła z plaży spory otoczak i przez chwilę ważyła go w dłoni. Potem wzięła zamach i z niespodziewaną siłą cisnęła kamień. Pomknął nisko nad falami i trafił w skałę, po czym rozprysnął się z takim odgłosem, jakby eksplodował.
- Brawo! Masz krzepę, dziewczyno.
Odwróciła się w jego stronę, podeszła. Jej twarz spoważniała, postarzała się.
- Co się stało? - spytał.
- Zdecydowałam się. Powiem ci, co zechcesz. Nie mogę przez całą wieczność bać się przyszłości.
- Czy to taka trudna decyzja? Masz coś na sumieniu?
- Umówmy się: będę odpowiadać tylko na mądre pytania. Pozwól, że najpierw powiem sama to, co uznam za stosowne. A więc pochodzę z innego świata. Z twojego.
- Skąd wiesz, że...
- Wiem. Oprócz mnie nie ma tu żywej duszy, więc musisz być stamtąd. Ci wszyscy ludzie... - Wskazała na plażę i miasto hoteli. - Nie wiem, kim są. Widmami, projekcjami? Pojawiają się w liczbie zawsze proporcjonalnej do nasilenia emocji. Tak, zawsze, bo chyba nie przypuszczałeś, że jesteś pierwszym, którego kocham. Cały kurort też zapewne jest projekcją, tylko czyją? Może rodzajem mojego oczekiwania?
- Rozumując w ten sposób można zwątpić, czy Ziemia jest prawdziwa - wtrącił.
- Oczywiście, że tego nie wiemy. Ale Ziemia jest nasza, stamtąd pochodzimy, tam działają wspólne dla wszystkich ludzi zależności przyczynowo-skutkowe. Tutaj nie, albo, jeśli działają, to inne, obce. Wracając do mnie: w starym świecie byłam zakonnicą, podobno wielce zasłużoną. Tuż przed śmiercią zapragnęłam przenieść się do lepszego świata, napełnionego miłością, w którym miłość wyzwala miłość. Moje życzenie...
- Powiedz to: chciałam pożyć sobie jeszcze raz. W pewnym wieku każdy ma chęć spróbować wszystkiego od początku, w młodym ciele, ze świeżym zapasem duchowej energii i wiary. Przecież zawsze pozostaje tyle do zrobienia!
Opuściła głowę. Milczała.
- Nie - odpowiedziała po chwili. - No dobrze. Właściwie tak, zwyczajnie bałam się śmierci, bo... nie wierzyłam dostatecznie mocno w ciąg dalszy. Może powiem tak: w ciąg dalszy, jakiego pragnęłam. Naprawdę myślałam, że świat napełniony samą miłością będzie niebem. Również taką miłością, która nawiązuje się między mężczyzną a kobietą, bo przecież ona także może być piękna. Po prostu sądziłam, że istnieje tylko jeden rodzaj prawdziwej i uczciwej miłości, i wtedy nie jest ważne, kogo się kocha.
- Chciałaś poznać smak miłości, której nie dano ci skosztować na Ziemi?
- Nie!! - krzyknęła. - Mówisz jak Zły. Poszukiwałam po prostu dobrej, uniwersalnej miłości. Wciąż wierzę, że taka istnieje - bezinteresowna, trwała, pełna ciepła i empatii, taka sama dla dawcy i biorcy.
- Masz ciągoty unifikacyjne, zupełnie jak jajogłowi fizycy. Oni szukają jednego prostego Równania, ty uniwersalnej Miłości, a teofilozofowie - Słowa. Okazuje się, że świat jest bardziej skomplikowany, niż wszyscy myślicie.
- Może. - Wzruszyła ramionami. - Posłuchaj teraz dalszego ciągu mojej historii. A więc życzenie zostało spełnione, i dostałam się tutaj, gdzie uczucie między kobietą i mężczyzną jest wyabstrahowane, pozbawione kontekstu cierpienia, niechęci i zła. Lecz nie jest tak czyste, jakbym pragnęła, nie jest Miłością, jakiej szukałam. Nie jest nią również litość, ani współpraca, ani przywiązanie czy wdzięczność. Teraz już nie wiem, gdzie szukać. Tym, którzy przychodzili, próbowałam dać wszystko, to była najlepsza miłość, na jaką stać ten świat, i jedyna, na jaką stać mnie, tu i teraz. Rozumiesz?! A oni przychodzili i potem odchodzili, nie znaleźli tu szczęścia, które dałoby im pełnię. Odchodzili, bo tęsknili do swoich niegościnnych rodzinnych stron.
- Niegościnnych? W jaki sposób przychodzą i odchodzą? Kim są?
- To ludzie, jak ja i ty. Jestem najzupełniej pewna, że ulegają kosmotransformowaniu, umiem to rozpoznawać. Ponieważ są w tym bardzo sprawni, więc muszą pochodzić z okolic nieprzyjaznych dla człowieka, a więc spoza Ziemi. Nie wiem wiele więcej o świecie, w którym żyją, zresztą ten problem mnie nie interesował.
- Czyżby potrafili przenikać przez granice światów?
- A czy ich obecność nie jest dowodem?
- Nie do końca. Ktoś mógłby zaproponować im usługi przewoźnika. Można także wyobrazić sobie porwanie i przemieszczenie siłą.
Obserwował ją uważnie. Spojrzała z niekłamanym zdziwieniem - albo była znakomitą aktorką, albo wierzyła w dobrowolne wycieczki Wyspiarzy.
- Mam wrażenie, że przypisujesz mi znacznie więcej, niż potrafię.
- Och, nie ciebie miałem na myśli. W piekielnym ogniu Tau Ceti coś żyje, wydaje się, że jest to inteligentna rasa, dysponująca rozwiniętą technologią. Wiem, że potrafią... dużo.
- Ci, którzy przychodzili do mnie, to wciąż ludzie, bo w tutejszych warunkach, pozornie zbliżonych do ziemskich, transformują się do ludzkiej postaci. Więc muszą w głębi duszy tęsknić za miłością, tak jak każdy, jak ty i ja! Jestem przekonana, że przybywają z własnej woli, chociaż być może korzystają z pomocy obcych. Lecz potem zawsze nadchodzi taka chwila, że pragną wrócić do swoich, do trudów i bólu, nudzi się im spijanie wydestylowanego rektyfikatu uczucia. Wtedy odchodzą. Pewnie tam u siebie, gdziekolwiek żyją, są później szczęśliwi, no i mają co wspominać.
- Nie pomyślałaś nigdy, że może kończą na narkotycznym głodzie? Że nie mogą już istnieć ani tu, ani tam?
Pokręciła głową.
- Bzdura. Tam mają swoją pełnię prawdziwego życia, za którym i ja coraz bardziej tęsknię.
- Więc dlaczego nie zabierzesz się stąd wraz z nimi?
- W tym problem. Wydaje mi się, że ten świat jest mi pisany. Na zawsze.
- Ten świat nie jest dla ciebie. Jeśli chcesz, zabiorę cię ze sobą.
Zaśmiała się kpiąco, nieprzyjemnie.
- Każdy z nich tak mówił. I rankiem zostawiał porządnie posłane łóżko z listem pożegnalnym złożonym na czworo. Oni wszyscy byli tacy dokładni.
- Ja jestem inny. Pochodzę z Ziemi i mam... większe możliwości.
- Wiem, że nie jesteś jednym z nich, bo od początku zachowywałeś się inaczej. Ale nawet gdybyś był z Gildii Genlordów, nie uda ci się zabrać mnie na Ziemię. Sądzę, że decyzje podejmuje ktoś większy od ciebie. Nie jest wykluczone, że stanowisz tylko narzędzie.
Rzucił jej szybkie spojrzenie.
- Wiesz dużo. Ale nie wszystko.
- Więcej, niż myślisz, mój Macho.
- Za co zostałaś zesłana do tego piekła miłości?
- Kiedyś bardzo zgrzeszyłam, i dlatego postanowiłam zostać zakonnicą. Jak się okazało, nie odbyłam na Ziemi dostatecznej pokuty, więc pobyt tutaj został pomyślany jako jej dokończenie. Teraz jestem gotowa do trzeciego etapu, tym razem bez żadnych próśb i warunków wstępnych. Nie chcę już szukać, bo wiem, że człowiek nie wszystko potrafi zrozumieć.
- Odpowiedz mi szczerze na jeszcze jedno pytanie.
- Jestem zmęczona.
- Dlaczego na początku chciałaś mnie zabić?
- Bo... przestraszyłeś mnie. Już ci mówiłam, że to była reakcja spontaniczna.
Uśmiechnęła się dziwnie, samymi oczami. Zrozumiał, że nie dowie się niczego więcej.

***
Naprawdę chciał ją zabrać. Marzył w bezsenne noce, kiedy spała zwinięta w kłębek u jego boku, że wynajmą bielony wapnem dom gdzieś na południu Francji, nad zawsze lazurowym morzem, i będą wieczorami spacerować pośród najprawdziwszych ludzi z krwi i kości, dla których miłość jest wyborem. Planował, ale niekonkretnie, bo na razie było mu dobrze. Nie miał zamiaru się spieszyć.
Więc korzystali z danego im czasu, a każdy dzień bardziej wiązał ich ze sobą. Przebywali stale razem, a pieszczotom i dowodom uczucia nie było końca. Już dawno przestali się zastanawiać i coraz głębiej brnęli w szaleństwo.
- Wiesz, miły - mówiła kiedyś o szarym świcie - miłość jest jak śmierć. Każde zbliżenie kończy się śmiercią chwili pełniejszego życia. Każde uczucie kończy się, i wtedy dusza zaczyna umierać. Umiera nie do końca, choć czasem - na zawsze. To umieranie za życia jest tak bolesne, że stajesz przed piekielnie trudnym wyborem: czy ciągnąć życie tylko dla życia, czy ponownie umierać dla miłości.
- My nie musimy wybierać - odpowiedział szeptem. - Za nas wybrała ta planeta, pełna miłosnego jadu.
- Żałujesz?
- Nie, nie żałuję ani jednej sekundy. To jest wspaniałe i chcę, aby trwało wiecznie.
- Wychylimy ten kielich do dna?
Zawahał się, a potem chciał ją pocałować. Odsunęła się.
- Odpowiedz!
- Tak. Zrobimy to, wiesz dobrze. Ale dokończymy na Ziemi.
Zaśmiała się szeptem, z przydechem.
- Wiesz, czym mężczyźni różnią się od kobiet? Tym, że nigdy nie dorastają.
Nie mogli spać, więc poszli na Dach Świata - wjechali na górny taras najwyższego hotelu, aby obejrzeć wschód słońca. Stali na pustej o tej porze platformie, opierając się o barierkę, a u ich stóp otwierał się obryw stumetrowej przepaści. Słońce wynurzało się z waty pierzastych chmur, idealnie symetryczna tarcza, równo oblana czerwienią.
- Kiedyś słyszałam, że dla wspinacza, odpadającego od skalnej ściany, czas tak bardzo zwalnia bieg, że ten człowiek może przeżyć całe życie w ciągu kilkunastu sekund, które mu pozostały. Co o tym sądzisz? - spytała, wpatrując się w szachownicę alejek w dole.
- Upływ osobniczego czasu można regulować, ale w określonym celu, chwilowo; polega to na zmianie szybkości wewnętrznych procesów. Gdyby spędzać całe życie w innym rytmie, byłaby to karykatura istnienia.
- Och, na pewno masz rację. Tylko... chciałabym przedłużyć ten dzień, te dni z tobą. Nie pragnę już otaczać miłością nikogo oprócz ciebie. Nie potrafię, nie chcę. Wydaje mi się, że moja misja - czy może lepiej: kara pokuty - dobiega końca.
- Ależ tak, moja droga. Niedługo wyruszymy w drogę. Jestem Nurkiem i potrafię holować towarzyszącą osobę. Zamieszkamy na Ziemi...
Przytuliła się, objęła go za szyję i przyciągnęła, kładąc się na balustradzie. W dole poruszali się ludzie wielkości mrówek.
- Nurek z Gildii Genlordów, oto mój Macho. Nie pytam cię, po co tu przybyłeś, ale taki człowiek jak ty powinien wiedzieć, że nie jest to tylko nasza własna sprawa. Istnieją podskórne znaczenia i miary, pokrywane przez codzienność, i mało kto potrafi je dostrzec.
Ujął ją za ramiona i odciągnął od bariery.
- Sam określam miary dla siebie - stwierdził. - Planuję i robię, co uważam za właściwe.
- Mój pyszny Macho. Wciąż ci się zdaje, że sam piszesz scenariusz i sam grasz. Masz wysoki komfort istnienia.
Pokręcił głową.
- Proponuję zjechać na niższy poziom, aż do Matki Ziemi. Mieliśmy spróbować skuterów wodnych.
- Matka, co za wieloznaczne słowo. Prawie jak Miłość. Cóż, chodźmy, przed nami ocean szaleństwa!
Pobiegli, trzymając się za ręce. Przez następne dni ujeżdżali skutery, ostro żeglowali na szkwałach, nurkowali aż do zielonych łąk, nad którymi srebrzyły się ławice ryb, skakali w przepaść, uwiązani na linie cienkiej jak włos. Wieczorami i nocami tańczyli jak szaleńcy, całowali się i ściskali, zatracając upływ czasu. Wydarzenia zapełniały każdą chwilę tak gęsto, że przeżyli lata podczas długich kilku dni.
Kiedyś, podczas nocnego spaceru plażą, natrafili na knajpkę z parkietem ułożonym wśród palm. Damska kapela grała tak dobrze, że rzucili się do tańca. Barwny tłumek splecionych par falował wokół nich, a kelnerzy w białych podkoszulkach roznosili koktajl z malibu. Coś było w tym napitku, który wydawał się łagodny jak korzenne mleko, bo świat stał się jeszcze bardziej zwariowany. W każdej szklance tkwiła bagietka z bibułką w kształcie serca na kawałku nitki.
- Poczekaj - powiedziała ze śmiechem, zatrzymując się w tańcu. - Chcę coś ci ofiarować, mój Macho.
Oderwała papierowe serce i wcisnęła mu w dłoń.
- Jeśli je wyrzucisz lub oddasz, już nigdy do ciebie nie wrócę.
- Nie strasz, królowo - szepnął jej do ucha, pochylając się i kryjąc twarz. On, Nurek Aristo, nagle przestraszył się tej kobiety, tej nocy, tych gwiazd. Niezręcznym ruchem wcisnął bibułkę do kieszeni.
- Chodźmy tańczyć - rzucił szorstko.
Zapomnieli, a może tylko chcieli zapomnieć. Tańczyli aż do świtu.
Gdy niebo na wschodzie poczęło szarzeć, tanecznym krokiem weszli między palmy, a potem ze śmiechem gonili się pośród krzewów. Upadli na wznak na piasek, a gwiazdy nad nimi przybliżyły się i powiększyły, wisiały tuż nad wierzchołkami drzew jak złote lampiony. Aristo wspomniał Cesarską Scenę i jej duchy, które uratowały mu życie.
- Pójdziemy tam? - zapytała Teresa, jakby czytając w jego myślach.
- Tak, nadszedł już czas - przytaknął. - Czy zechcesz podróżować ze mną, moja Pani?
- Tak, tak, tylko z tobą. Ale spróbujmy zrobić to z fantazją; przeskoczmy do naszego świata na los szczęścia, nie wybierając. Tam, gdzie się wynurzymy, pozostaniemy na zawsze: ty jako mój mąż, ja jako twoja żona. Dopiero w chwili, w której skończy się nasze szaleństwo, będziesz naprawdę mój.
Poczuł dreszcz emocji. Ta była gra o nieznanym stopniu ryzyka, która oddalała, a być może nawet eliminowała nazbyt trudne decyzje.
Ujął ją mocno za rękę, otoczył swoim polem i skoczył. Skoczył bez żadnego przygotowania wprost w przestrzeń wzburzonego praoceanu, a potem na ślepo rzucił się w pierwsze napotkane przejście między światami. Popełnił kilka rażących błędów, za które sam powinien wykluczyć się z Gildii. Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że tak naprawdę w kluczowym momencie był kim innym.
Wykonali skok jak dwoje desperatów w narkotycznym szczytowaniu, pragnących zrobić - koniecznie wspólnie - coś najbardziej szalonego we wszystkich wszechświatach. Nagle, bez jakiegokolwiek przygotowania ani zwiadu, przenieśli się z plazmowego jądra gwiazdy do kosmicznej pustki, skąd Tau Ceti wyglądała jak miedziak, porzucony w ciemnej głębinie. Przy transferze o takim gradiencie wszystkich parametrów to musiało się stać - atomy ich ciał rozprysły się z prędkością przyświetlną, unosząc ze sobą energię fragmentu gwiazdy. Matka Teresa umarła po raz drugi, a Nurek Aristo zginął w wirze maksymalnie rozpędzonych cząstek, tracąc tożsamość swojej przestrzennej matrycy.
Daleko na Ziemi Kaori musiała zatrzymać się w tańcu na Cesarskiej Scenie, bo nagły ból przeszył jej serce. Nagły i krótki; zaraz poprawiła kimono i na powrót wśliznęła się pod deszcz nutek, padających ze smoczego nieba.
ISia uroniła wirtualną łzę, czystą jak kwant energii. Ona jedna zapłakała po nim, bo czymże była bez Nurka Zerowej Klasy Genlorda Aristo? Tylko niepotrzebną garścią spersonalizowanych scalaków i kabli w rudych koszulkach. Wiedziała, że nikomu nie będzie się chciało przestrajać złomu, w który przeistoczyło się siedlisko jej elektronicznej duszy.
Wtedy stał się cud, który wszakże miał silne zaplecze w świecie materialnym. Nurek Aristo nie na darmo płacił Gildii Genlordów pokaźne składki roczne, więc wirtuozi od nanokosmologii wmontowali kiedyś w jego ego Immanentny Czynnik Bytu, który nie ulegał destrukcji w żadnych warunkach - było to Słowo. Czynnik Bytu pozwolił odnaleźć się zdegenerowanym poziomom przestrzeni, pamiętającym indywidualną matrycę, i chociaż eksplozja tej mocy wprowadziła trwałe zaburzenia, ekstrapolował funkcje unicestwionych poziomów i dopasował pozostałe, w wyniku czego Aristo zmartwychwstał. Nie był dokładnie taki sam, ale za to w procesie rekonstrukcji zagubiły się toksyczne domieszkowania obcej rzeczywistości, więc mógł bez żadnych oporów wziąć się za poszukiwanie szczątków serca Matki Teresy. Oczywiście nie znalazł nic, więc uznał, że kawałek bibułki, który wciąż miał przy sobie, musi starczyć za dowód. To było wszystko, co zostało po tej dziewczynie, po tym szaleństwie, po tych kilku dniach, których aż nadto wystarczy na całe życie.
Natychmiast udał się w drogę powrotną na Wyspy Tau Ceti, aby wypełnić podjęte zobowiązania. Postanowił, że zaraz po zrealizowaniu umowy z Wyspiarzami zamelduje Gildii o istnieniu rozumnego i agresywnego życia w plazmowej topieli gwiazdy, życia, które ingeruje w sprawy ludzi i próbuje wygrywać ich słabości. Ponadto zaproponuje takie uszczelnienie naszego świata, aby była możliwa kontrola przepływu narkotycznej esencji zachowań spoza najdalszych jego rubieży. Pewien poziom tej esencji jest niezbędny, ponieważ żyjący wszechświat, zdążając do bezpiecznego stanu wewnętrznej adaptacji, wykorzystał obcy czynnik w celu napędzania cyklów prokreacyjnych, ale Nurek nie miał wątpliwości, że należy dążyć do rozwiązań optymalnych dla ludzkości. Był przekonany, że w ojczyźnie człowieka powinien obowiązywać ludzki plan.
Znów spokojny i wyniosły, przemierzał swój świat, w którym gwiazdy lśniły błękitnym blaskiem, a miłość zaliczano do trwałego dorobku kultury.


Warszawa, wrzesień 1998 - styczeń 1999


Autor: Andrzej Zimniak
Dodano: 2012-03-29 01:26:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ukrytego Asa"


Wygraj "Maddaddam" Atwood


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Alexander, Stephon - "Jazz i fizyka"


 Nagata, Linda - "Ciężkie próby"

 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS