NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kloos, Marko - "Ewakuacja"

Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Lancelot Karacena i Pani z Nowej Malty

"Bad boys bad boys

Watcha gonna do, whatcha gonna do when they come for you

Bad boys, bad boys

Watcha gonna do, watcha gonna do when they come for you"



Inner Circle





Nie była to najbardziej udana randka w jego życiu. Od samego początku wszystko szło nie tak, jak trzeba. Najpierw pojawił się problem z nowym elektronicznym dozorcą. Firma, która zajmowała się wymianą tego stalowego szajsu, najwyraźniej zapomniała uzupełnić bank danych nowego modelu i dozorca odmówił wpuszczenia go do mieszkania Dee. Lance nic nie wiedział o wymianie maszyn i pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy było to, że mąż Dee jakimś cudem odkrył ich romans. Na dodatek jego Xyber Mech natychmiast wdał się w dyskusję z cholernym dozorcą i zanim udało im się wreszcie wejść do środka, dostali także automatyczne upomnienie za zakłócanie ciszy od sytemu ochrony budynku. Wszystko to było oczywiście niczym w porównaniu z konsekwencjami, które mogły spotkać Lance`a, gdyby Trevor faktycznie wiedział, że jego najlepszy pracownik przyprawia mu rogi. Mąż Dee nie był po prostu zapracowanym facetem, zdradzanym przez żonę. Trevor był Mistrzem Ligi Najemników, co więcej, dowodził także jej najbardziej elitarnym odziałem Komorników -najlepszą armią do wynajęcia w całym Dominium...



Z rozmyślań wytrąciła go niespodziewana fala bólu. Wrzasnął, czując jak paznokcie z pasją wbijają się w jego pośladki.

- Kochanie co z tobą? - zamiauczał mu do ucha kobiecy głos.

Lance starał się jak nigdy. Ostatnie pół godziny Dee poświęciła na to, aby się wreszcie uspokoił i przeszedł do rzeczy. Nieustannie powtarzała mu, że wszystko jest nadal w porządku, że Trevor nic nie wie... "Trevor" - imię, które sprawiało, że Lancelot Karacena robił się momentalnie miękki, niczym plastikowa butelka, porzucona na środku pustyni. Nie ulegało wątpliwości, że był zestresowany.

- Lance! - Dee z miauczenia przeszła w warczenie.

- Kocham cię - wysapał w odpowiedzi i pocałował ją mocno.

Odrobinę przyspieszył, ale to nie załatwiało sprawy. Zupełnie nic nie mógł na to poradzić. Cały był prawdziwy. Żadnych wszczepów, żadnych implantów, brakowało mu wspomagania. Szczególne walory jego Mecha pozwoliły mu nawet uniknąć wszczepienia neuronowego łącza. Nigdy nie chciał mieć w sobie tej całej elektroniki. Dee twierdziła, że dzięki temu jest ostatnim prawdziwym mężczyzną we wszechświecie. Zwykle oczywiście bardzo go to cieszyło, ale teraz oddałby wszystko choćby za drobny zastrzyk z jakimś pobudzającym prochem. Dee przestała maltretować jego pośladki i dla odmiany ugryzła go w szyję. Tego było już za wiele. Zdecydował się wreszcie skończyć całą tę zabawę. Złapał ją za kark i wprawnym ruchem ręki nakazał jej odwrócić się na plecy. Kobieta syknęła z błyskiem w oku, spodziewając się, że Lance w końcu odzyskał animusz. Kiedy już leżała na brzuchu, sięgnął do kieszeni wiszących nieopodal spodni i wydobył z nich nieduży plasterek. Klepnął Dee w nienaturalnie gładką i kształtną pupę, po czym przylepił jej plaster do szyi. Chciała zaprotestować, ale narkotyk, którym był nasączony, szybko wnikał w skórę. Zadziałał niemal natychmiast. Kobieta jęknęła i opadła na poduszkę. Lance, czekając aż przestanie wierzgać nogami, spokojnie położył się obok.

- I po co ci stu procentowy facet, skoro wszystko może załatwić jeden cholerny plasterek? - zapytał, całując ją w czoło. Dee odpowiedziała cichym westchnieniem rozkoszy.



Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Żona Trevora miała obsesję na punkcie wyglądu aktorek z lat 90 XX wieku. Jej pracowicie wymodelowana w jednej z nowoczesnych klinik, twarz stanowiła obecnie doskonałe połączenie rysów Sharon Stone i Cameron Diaz. Na początku ich znajomości wygląd Dee napawał Lance`a obrzydzeniem, ale im więcej czasu ze sobą spędzali, tym częściej stwierdzał, że to jak wygląda, nie ma nic wspólnego z posiadanym przez nią charakterem. A ten był wyjątkowy. Jakiś miesiąc temu, ku swemu przerażeniu Lancelot doszedł do wniosku, że czuje do tego charakteru coś więcej niż tylko sympatię.



Jeszcze przez chwilę leżał i rozmyślał, o tym, dlaczego to akurat on musiał znaleźć się w podobnej sytuacji? W spotkaniach z Dee już dawno przestało chodzić tylko o dreszczyk emocji i o podbudowanie własnego ego, a skoro zaczynało mu na niej zależeć... Odsuwając od siebie wizję poważnej rozmowy z Trevorem na temat przyszłości jego małżeństwa, wstał z łóżka i ruszył do salonu w poszukiwaniu drinka. Po drodze minął swojego Xyber Mecha, który ze świeżym lakierem i wyłączonym maskowaniem, przypominał obecnie bardziej ekskluzywny model Ferrari, niż bojowego robota. Był to wyjątkowy model snajperski, który już nieraz uratował mu tyłek i zapewnił obecną pozycję w firmie. Ich drogi zeszły się przypadkiem. Lancelot znalazł go w opłakanym stanie na jednym z planetarnych wysypisk, jakie powstały po wojnie z maszynami. Na pancerzu ktoś wypisał mu skrót B.U.N.T, to przyciągnęło jego uwagę. Odkupił go za grosze, wyremontował i dopiero wtedy odkrył, że jakimś cudem nie wykasowano mu całej pamięci. Ktoś popełnił błąd i zostawił mu elementarną SI. Bunt z czasem odzyskał częściową samoświadomość i w pewnym sensie dotarło do niego, że został zezłomowany po wojnie przez własnych współbraci. Nie chciał do nich wracać. Możliwość jego działań była oczywiście bardzo ograniczona, ale powoli zaczynał wyrabiać sobie charakter, a raczej charakterek. Zawsze miał własne zdanie - świetny w walce, szybki, skuteczny, ale równocześnie cholernie uparty i pyskaty. Bardzo Uparty, Nieznośny Tuman - tak po pewnym czasie zwykł o nim mawiać Lance.



Obecnie Bunt stał nieruchomo na środku salonu Trevora. Nie byli już w stanie znieść jego komentarzy, więc Lance po prostu go wyłączył. Na głowie powiesili mu majtki Dee i jego nowe skarpetki. Przechodząc obok klepnął go przyjacielsko i podszedł do wspaniale rzeźbionego barku. W duchu musiał przyznać, że trochę zazdrości swemu szefowi. I nie chodziło tu jedynie o Dee. Zazdrościł mu także posady, władzy, mieszkań, w szczególności tego, w którym byli teraz. Ukochane, lokum Trevora. Na jego potrzeby zaadoptowano jedno z pięter w starej fabryce Mechów. Wspaniała sprawa jeśli kocha się przestrzeń. Wysokie, wzmacniane ściany, chroniące przed skanowaniem z zewnątrz, potężny strop. Wszystko to sprawiało, że człowiek czuł się tu, jak w pałacu. Dodatkowym plusem była oczywiście możliwość zaparkowania Bunta na środku salonu Trevora, bez obawy, że wstając rozwali on głową pół ściany. Ogromne pomieszczenia nie były przy tym wcale puste, Trevor sukcesywnie zapełniał małymi, ładnymi rzeczami. Jednym z jego hobby było kolekcjonowanie kosztownych staroci z przeszłości, które sprowadzał z całej galaktyki. Zbierał nie tylko meble, rzeźby, czy obrazy, ale także alkohole i cygara. Wyjątkowym przedmiotem kultu była także, zakupiona stosunkowo niedawno cynowa wanna. Lance właściwie wcale by się temu hobby nie dziwił, gdyby nie fakt, iż jego szef prawie wcale z tych wszystkich rzeczy nie korzystał. Owszem, zbierał je, oglądał, cieszył się z ich posiadania, ale nie korzystał. Uważał na przykład, że najlepsze wina, których zabronił otwierać, podpija mu Dee. Założył nawet z tego powodu w barku staroświecki, ukryty zamek. Prawda była jednak taka, że do jego kolekcji butelek nie dobierała się Dee, lecz właśnie Lance. Kilka miesięcy temu kochali się na barku i nieopatrznie uruchomili, ukryty w jednej z płaskorzeźb mechanizm, który posłusznie otworzył trevorowy barek.



Otrząsnął się z rozmyślań i skupił na rzędzie stojących przed nim butelek. Szybka wyliczanka kazała mu wybrać Johnny Walkera z roku 2005. Uśmiechnął się szeroko i zaciągnął jego aromatem. Potrzebował jeszcze tylko odpowiedniej szklanki i lodu. Już miał ruszyć na ich poszukiwanie, kiedy nagle ścienny ekran poinformował go, że przed momentem pasażer jadącej w górę windy towarowej, wybrał numer mieszkania Dee. Solidny łyk trunku, pomógł mu uświadomić sobie co by się stało, gdyby szef komorników, znalazł go w swoim mieszkaniu, ubranego jedynie w majtki, pijącego z gwinta jeden z jego najlepszych alkoholi i tłumaczącego pokrętnie, dlaczego jego żona leży całkiem naga i naćpana w pokoju obok...

Prędko poprosił ekran o pokazanie widoku kamery z wnętrza windy oraz kamery wejściowej tuż przy elektronicznym dozorcy. System ochrony budynku nie mógł ich wywołać. Zachowywał się dziwnie. Zupełnie jakby ktoś w nim właśnie majstrował. W ostatniej chwili wrzucił podgląd z kamery zamontowanej naprzeciwko drzwi windy towarowej. Śluza otworzyła się powoli i Lance niemal oblał się z wrażenia zawartością wciąż ściskanej w ręku butelki. Na korytarz wyszedł Xyber Mech, ciężkozbrojny Kafar. Rozejrzał się obrotowym działkiem na lewo i prawo, poczym zbliżając się do obiektywu kamery wyświetlił na przyciemnianych szybach kokpitu wielgachny łeb rekina. W chwilkę później obraz na ekranie Lancelota zgasł.



Czujniki systemu ochrony mieszkania wyraźnie pokazywały, że rekin idzie prosto do mieszkania Trevora. Lance poczuł, jak skacze mu tętno. Czyżby miały się jednak sprawdzić jego najgorsze obawy? Wirujące w głowie myśli, układały się w kolejne pytania. Czyżby Trevor rzeczywiście odkrył ich romans i chciał się zemścić? Zabić ich oboje? Odpada, nie narażałby Dee, koniec końców nie był może ideałem męża, ale na pewno nie był też bezwzględnym dupkiem, mordującym żonę za skok w bok. Wobec tego, kto przysłał tu samotnego Kafara? Konkurencja, to jasne, że za Komornikami nie przepadano. Nie wygrywali bitew dla sprawy, wygrywali bitwy dla tego, kto więcej zapłacił. Mieli także zakontraktowane prawo egzekwowania od pokonanych swego komornego. Najwyraźniej ktoś jakimś cudem dowiedział się o ukrytym lokum Trevora i korzystając z jego nieobecności, przyszli porwać lub zabić mu żonę. Skąd do cholery mieli wiedzieć, że będzie z nią akurat jej kochanek? Kto jednak był na tyle głupi, aby podskakiwać samemu szefowi Komorników? Przecież za coś takiego Trevor byłby gotów eksterminować całą populację...

Nie czekając dłużej Lance popędził w stronę sypialni. Po drodze wrzucił na rozruch Bunta. Po nagłym wyłączeniu z sieci jego Mech potrzebował najczęściej nawet kilku minut, aby dojść do siebie. W głowie Lance`a pojawiały się kolejne "ale". Dlaczego rekin w ogóle został wpuszczony do budynku? Dlaczego pieprzony elektroniczny dozorca nie wypełnił swojego zadania? Może wymiana dozorcy nie była przypadkowa? Ta myśl wydała mu się tak niepokojąca, że aż na moment przystanął.

Całkiem naga Dee cicho pojękiwała i Lance zaczynał odczuwać lekką panikę. Dziewczyna była idealnym celem. On sam, biegający po mieszkaniu jedynie w slipach, także nie czuł się zbyt pewnie. Widział Rekina przez kilka sekund, ale to wystarczyło, aby założyć, że do mieszkania szefa Komorników wysłano Kafara, który miał w sobie wszystko, co tylko można było dostać obecnie na rynku broni. Gość wyglądał cholernie poważnie. Potykając się o własne buty, Karacena podbiegł do Dee i zerwał jej plaster.

- Kochanie wstawaj! - ryknął. W odpowiedzi kochanie chwyciło go za krocze i głośno się roześmiało. - Nie do diabła! - Krzyknął znowu. - Obudź się, mamy kłopoty!

Dziewczyna nie reagowała. Pchnął ją z powrotem na łóżko, wyswobadzając się z uścisku. Wreszcie do niego dotarło, że jakakolwiek próba jej cucenia, nie ma w tym momencie żadnego sensu. Musiał odciągnąć Rekina od sypialni.

W tej samej chwili zawył zamontowany przez Trevora przy wejściowych drzwiach, klasyczny alarm, którego nijak nie można było zhakować przy użyciu sieci. Kafar najwyraźniej zabrał się za ich wyważanie. Lance chwycił komunikator i wbił palec w przycisk oznaczający policję.

- Tu komisariat obszaru Nowa Malta cztery, pięć, siedem, osiem, dziewięć, podaj swoje dane, numer identyfikacji, numer karty służbowej i pin tożsamości - powiedział mechanicznie głos. - Jeżeli chcesz zgłosić przestępstwo wciśnij jeden, jeżeli chcesz zgłosić wykroczenie wciśnij dwa, jeżeli...

Lancelot przeklął pod nosem i cisnął aparat na ziemię. Dee zezując na niego roześmiała się głośno i włożyła sobie palce do ust. Zostawiając ją w spokoju Lance wypadł z sypialni. Mógł przysiąc, że słyszał wyraźny łomot od strony korytarza. W salonie Bunt przyglądał się uporczywie zdjętym z głowy majtkom.

- Cześć pierdoło - powiedział obojętnym tonem.

- Nie teraz, nie czas na bzdury, mamy kłopoty - wycedził w odpowiedzi Lancelot.

- Zawsze kiedy mnie wyłączasz bez pytania, masz kłopoty.

Przerwał im potężny huk, który najwyraźniej oznaczał, że drzwi wejściowe właśnie ostatecznie się poddały.

- Nie dyskutuj! Tym razem jest inaczej, niż zwykle! - Lance był bliski obłędu.

- A zwróciłeś uwagę na to, że zaakcentowałem przed chwilą, iż to twoje, a nie nasze kłopoty? - Bunt wyraźnie nie dawał za wygraną.

- Niech cię szlag, nie chrzań, popatrz lepiej na klienta za ścianą!

Bunt bez słowa cisnął w niego majtkami Dee i odwrócił się we wskazanym kierunku.

- O... - powiedział po chwili.

- Właśnie, "O", a teraz słuchaj, musimy coś wymyślić, zanim pan "O" dobierze nam się do dupy, mocny jest?

- Mocny? - Bunt mimo usilnych prób nie potrafił jeszcze zmienić obojętnego tonu głosu, na taki, który wyrażałby emocje. - To najprawdziwszy ciężko opancerzony Kafar! W zamkniętych pomieszczeniach nie mamy z nim szans, kto to w ogóle jest?

- A co ciebie to do diaska obchodzi?! - Lance gorączkowo naciągał na siebie, przyniesione z sypialni spodnie. Wtedy właśnie usłyszeli to po raz pierwszy. Psie ujadanie przywodzące na myśl, wściekle atakujące bulteriery. Takim głosem odezwały się karabiny Rekina. Dookoła posypały się kawałki ścian i sufitu. Jedna z serii strąciła wiszące w korytarzu żyrandole. Trevor chwalił się ich zakupem na ostatnim przyjęciu w firmie.

- Interesujące - powiedział Bunt - Wskakuj, bo jeszcze trafi cię jakiś zabłąkany pocisk.

Pochylił się i Lance prędko zajął miejsce przeznaczone dla pilota. Xyber Mechy tego typu w działaniu przypominały nieco pneumatyczną zbroję, którą przywdziewało się niczym skafander. Bulteriery przestały ujadać i obaj usłyszeli głos Kafara, który przepuszczono przez specjalny Sampler. Nie można go było pomylić z niczym innym. Gość gadał głosem Clinta Eastwooda...

Lance obserwując go przez pryzmat kamer Bunt, nerwowo przełknął ślinę. To nie mógł być przypadek. Uwielbiał Eastwooda, miał w mieszkaniu cała kolekcję jego filmów. Budził go nawet hologramowy budzik z podobizną Harryego, który, mówi, że sam zdejmie spodnie z rannej nogi, bo za wydane na nie $29,50, gotowy jest znieść każdy ból i koniec końców, nie pozwala ich rozciąć pomagającej mu pani doktor... A skoro rekin znał jego słabość do Clinta, nie mogło chodzić mu ani o Trevora, ani o Dee...

- Dam ci szansę na szybką śmierć Karacena! - powiedział nienaturalnie pogłośniony głos.

- Pocałuj nas gdzieś! - odkrzyknął Bunt.

Lance zaklął pod nosem.

- Pytał cię ktoś o zdanie, do cholery?! Czego zaraz drzesz japę?! - ryknął do mikrofonu.

- Nikt nigdy nie pyta mnie o zdanie, do cholery! - odparł Bunt.

- Ostatnia szansa! - krzyknął Rekin. - Wyjdź bez walki, a zrobię to jak trzeba. Jestem zawodowcem.

- Dupa jesteś nie zawodowiec! - odparował Bunt. - A twój karabin szczeka!

Lancelot spróbował się opanować.

- Nigdzie nie będę wychodził! - odkrzyknął. - Zresztą, policja jest już w drodze, nawet jeśli mnie zabijesz, nie zdążysz zwiać!

- Łżesz... - Eastwood był tak samo pewny siebie, jak zwykle. - Nie wezwałeś policji do mieszkania kochanki, która jest żoną twojego szefa...

Karacena cmoknął nerwowo. Wyglądało na to, że rekin mimo wszystko jest jednak zawodowcem. Jego akcja była zaplanowana, blef nic tu nie da. Lance gorączkowo zbierał myśli. Wreszcie kazał Buntowi iść w stronę korytarza.

- Słuchaj może jakoś się dogadamy! - wrzasnął zza rogu.

- Nie ma mowy. Wyłaź, liczę do pięciu, a później idę zastrzelić tę dziwkę w sypialni - Eastwood był nieubłagany.

- Ile ci płacą? Podwajam stawkę, po prostu wyjdź z mieszkania, negocjujmy!

Zaciskając zęby sprawdził uzbrojenie i pancerz Bunta. Wyglądało to niewesoło. Bez osłony Kafar rozniesie ich jedną serią. Musiał o tym doskonale wiedzieć, tylko dlatego jeszcze nie zaatakował. Cwaniak chciał uniknąć strat.

- Raz! - wrzasnął Eastwood.

Lance myślał tak gorączkowo, że aż rozbolała go głowa. Wizja tego, jak rekin rozsmarowuje otumanioną Dee po jej własnym łóżku, spowodowała nagły napływ krwi do jego twarzy. Była szansa. Szansa jedna na tysiąc, że wyjdą z tego cało. Musiał zwabić Kafara do łazienki Trevora.

- Dwa! - krzyknął tamten.

- Słuchaj! - Lance przełączył się z głośników na wewnętrzną linię Bunta. - Na mój znak pędzimy do łazienki. To na lewo od korytarza. Jak będziemy przed jej drzwiami, wypuścisz mnie i grzecznie poczekasz na zewnątrz, w pomieszczeniu obok. Tylko tak, żeby ten dureń cię nie widział. Nie sądzę, aby zdawał sobie sprawę z twojej... autonomii.

- Z mojej umiejętności podejmowania autonomicznych decyzji, chciałeś powiedzieć - odparł obojętnym głosem Mech.

- Właśnie, z tego, że jesteś taki pyskaty, ale to nieważne, grunt, żeby Rekin wlazł za mną do łazienki. Jak będzie już w środku, strzelisz w tę skrzynkę. Lance oznaczył punkt na mapie budynku, którą pośpiesznie wyświetlił mu Bunt.

- No nie wiem - powiedział Mech.

- Ale ja wiem - Lance zaczynał już tracić cierpliwość. - Jesteś snajperem do cholery, poradzisz sobie!



W chwilę potem rozpętało się prawdziwe piekło. Lancelot, sterując Buntem rzucił się do biegu. Robot pytał go, czy na pewno wie, co robi, ale, nie było już czasu, aby dłużej się zastanawiać. Żaden dupek we wszechświecie nie będzie groził jego kobiecie! No dobrze - żonie szefa, która jest jego kochanką...

Wypadli na korytarz. Uszy Lance`a wypełniło wściekłe, psie ujadanie. Widział, jak kawałki ścian po jego obu stronach fruwają, ustępując sile rwących je pocisków. Bunt wyraźnie oberwał w lewą nogę. Nie komentował.

- Dobra, przegiąłeś - powiedział Kafar. - Idę po kobietę!

Mech Lancelota był już jednak przy łazience. Sprawnie wypuścił go na zewnątrz i zanim rekini pysk wyjrzał zza rogu korytarza, ukrył się w sypialni, włączając maskowanie. Lance miał nadzieję, że uda mu się na tyle skupić na sobie uwagę pilota Kafara, że ten nie zauważy na czujnikach prawdziwego położenia Bunta.

- Hej! Tu jestem! - wrzasnął Lance, starając się złapać równowagę na śliskich kafelkach. Nigdy nie mógł uwierzyć w to, że Trevor naprawdę urządził swój klozet w stylu wiktoriańskim. Cokolwiek to oczywiście znaczyło. - Ok. poddaję się! Jestem w łazience, chodź i mnie sobie weź! - krzyczał, wymachując rękoma.

Dopiero wtedy pojął, że rekin nie miał najmniejszej ochoty zabijać Dee. Nie był idiotą. Nie tknąłby żony Trevora. Skorzystał z takiego samego blefu, jak Lance... Czasu na dalsze rozmyślania nie było, bowiem zza rogu wypadła szczerząca zęby góra pancerza. Lancelot nie miał wcześniej okazji dobrze przyjrzeć się rekinowi i dopiero teraz zobaczył go w pełnej okazałości. Potężne nogi, które z każdym krokiem wbijały się w posadzkę. Wyposażone w stalowe szczypce ramiona, pod którymi podwieszono karabiny cząsteczkowe i czekająca w pogotowiu wyrzutnia rakiet. Lance odruchowo zaczął się cofać. Jego przeciwnik nie musiał nawet strzelać. Zgniótł by go jednym ciosem. Kafar strzaskał wyłożone ciemnymi kaflami wiktoriańskie schodki i już był w środku. Kierujący nim pilot, musiał najwyraźniej wpaść w szał. Zatrzymał się tuż przed Lancelotem, uniósł jedno ramię i ze zgrzytem przestawił karabin na pojedyncze strzały, zbliżając lufę do głowy Karaceny. Napawał się zwycięstwem. Za jego plecami Lance dostrzegł smukła sylwetkę Bunta. Mignęła podczerwień i padł strzał. Mech miał celować w ukryty w ścianie specjalny system hydrauliki. Kafar spróbował się odwrócić, ale ciężki pancerz skutecznie uniemożliwiał mu podjęcie szybkiego działania. Minutę później Lance zaciskając zęby rzucił się prosto do wanny Trevora. Oprócz kolekcjonowania antyków, mąż Dee miał także obsesję na punkcie czystości swej wiktoriańskiej łazienki. Wiedząc, że czyszczenie czegokolwiek nigdy nie interesowało jego żony i zadając sobie sprawę z tego, że w najbliższym czasie sytuacja ta raczej się nie zmieni, zamontował w niej system automatycznych spryskiwaczy. System czyszczenia, w którym Bunt wywołał zwarcie właśnie zaczął działać.

Ogromne drzwi łazienki zasunęły się z sykiem i rekin przystanął. Spryskiwacze spłukiwały całe pomieszczenie przez kilkadziesiąt sekund, zabijającymi wszelkie zarazki chemicznymi substancjami. Były one tak ostre, że zagrażały nawet cynowej wannie Trevora. Dlatego też podczas czyszczenia zakrywała ją odporna na nie osłona. Osłona, która właśnie zasuwała się nad, kulącym się we wnętrzu wanny Lancem.

Kafar rozpoczął zmasowany atak, wymierzony przeciwko drzwiom łazienki. Chemikalia niepokojąco sycząc, ściekały już stróżkami po jego ciemnym pancerzu. Przypuszczalnie żaden Mech w całym Dominium nie był pokryty, odporną na ich skład glazurą z epoki wiktoriańskiej. Wizerunek rekiniego pyska na kokpicie pilota zamigotał i zgasł. Lancelot odkrył specyficzną właściwość tych substancji kilka miesięcy temu. Za którymś razem Dee zrobiła mu potworną awanturę, o to, że jej nie słucha i traktuje przedmiotowo. Używając wtedy, dla ochrony przed lecącymi w jego stronę talerzami i wazonem, wymontowanego z Bunta przenośnego generatora tarcz, Lance ukrył się pod prysznicem. O ile dobrze sobie przypominał, w chwilę potem, kiedy już pogodzeni zaczynali się kochać, w łazience musiało się włączyć zaprogramowane wcześniej automatyczne czyszczenie. Tak oto pozostawiony na umywalce generator tarcz trafił szlag. Przez jakiś czas po tym wypadku, Lancelot zastanawiał się nawet, czy nie byłoby warto tego odkrycia opatentować? Wyobraził sobie jednak scenę, w której tłumaczy Trevorowi skąd wie, iż chemia z jego toalety, może posłużyć jako broń przeciwko Mechom i prędko z tego pomysłu zrezygnował.

Eastwood brzydko przeklinał, a jego głos stawał się coraz mniej pewny siebie. Powoli odwrócił się w stronę wanny i Lance drugi raz tego wieczoru, poczuł się jak plastikowa butelka na pustyni. Kafar zaczął wysuwać swoją wyrzutnię rakiet. Widać było jak jeden z pocisków wolno przesuwa się do komory strzelniczej. Szczęknął zamek. Lance skulił się, przybierając pozycję embrionalną. Mech zrobił dwa kroki i zamarł. Pod jego pancerzem błyskało coraz więcej spięć. W końcu zgasło także, okrywające go miejskie maskowanie i robot zamarł w całkowitym bezruchu. W tej samej chwili podziurawione drzwi łazienki runęły do tyłu, pociągając za sobą spory kawałek ściany. Na moment zapanowała całkowita cisza. Przerwał ją dopiero system ochrony mieszkania, informując uprzejmie o licznych awariach i sugerując skontaktowanie się z pomocą techniczną.

Nad głową Lancelota zasyczała osłona wanny. Gramoląc się na zewnątrz Lance ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Kafara. Zastanawiał się jak wykorzystać kretyna, który go pilotował, kiedy przyjdzie czas udzielenia Trevorowi pewnych wyjaśnień odnośnie całej tej, niezręcznej sytuacji.

Do środka ostrożnie zajrzał Bunt.

- Możesz wejść - powiedział Lance. - Spryskiwacze przestały działać, chyba mamy farta.

- Wspaniały strzał, prawda? - Mech wkroczył do środka.

- Całkiem niezły, raz się na coś przydałeś...

- Lance ty żałosna pierdoło! Ale nic się nie martw. Skorzystałem z naszej pięcioprocentowej umowy o pomoc w sytuacji zagrożenia życia pilota. Wsparcie już jedzie. Mieliśmy kilka zaległych procentów z niewykorzystanych zleceń.

Lancelot słysząc to zamarł w pół kroku.

- Jakie kurwa wsparcie?!

- Z moich wyliczeń wynikało, że ci się nie uda, znalazłem więc właściciela tego lokum i zgodnie z procedurą wezwałem pomoc.

Przerwał im wybuch kobiecego śmiechu. Dee, wychodząc z sypialni potknęła się o jeden ze strąconych żyrandoli i runęła jak długa na chodnik, wściekle przy tym chichocząc.

- To słowo na "K", którego użyłeś przed paroma sekundami, co właściwie oznacza? - zapytał obojętnie Bunt i zaczął dobierać się do kokpitu Kafara. Z jego wnętrza rozległ się nagły krzyk przerażenia. Lance po chwili namysłu zdecydował się do niego przyłączyć i także zaczął wrzeszczeć...




Autor: Śmigiel, Łukasz
Dodano: 2006-02-14 12:46:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS