NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Maberry, Jonathan - "Pacjent Zero"

Ukazały się

Hoare, Andy - "Polowanie na Voldoriusa"


 Žamboch, Miroslav – "Zakuty w stal"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 1 (wyd.3)

 Ishiguro, Kazuo - "Pogrzebany olbrzym" (2017)

 Ishiguro, Kazuo - "Nie opuszczaj mnie" (2017)

 Larson, B.V. - "Imperium"

 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

Linki


Szlak cudów (rękopis znaleziony w pociągu)

Od autora: SZLAK CUDÓW (RĘKOPIS ZNALEZIONY W POCIĄGU). Pierwotnie miała być to proza czysto epistolograficzna. Dopiero później przyszedł motyw kolejki i autystycznego chłopca. Opowiadanie zyskało nowe warstwy, dodatkowe plany fabularne. I chyba z dobrym skutkiem, bo całość – jak twierdziła większość recenzentów – trzyma się w kupy. Swój pierwodruk miało w „Wizjach alternatywnych 5” (2004), później weszło do antologii „Zajdlowej”, by w końcu stać się tytułowym tekstem mojego pierwszego zbioru opowiadań z 2006 r. Jedynie „obawy o los i przyszłość Polski po przystąpieniu do Unii Europejskiej” wydają mi się dzisiaj przeterminowane, choć z drugiej strony Unia ostatnio trzeszczy w szwach, więc może tekst jest wart przypomnienia również jako ponura „futurologiczna prognoza”? Oby jednak nie… (WS)

Ściągnij opowiadanie w formatach: pdf, epub, mobi i doc


Wojciech Szyda

SZLAK CUDÓW (rękopis znaleziony w pociągu)


Skąd mogę mieć pewność, że upierając się przy tym życiu, nie upieram się przy zwykłym śnie, opóźniając moment znalezienia się w prawdziwym świecie?
Czuang-Tse


Jeden

Chłopiec bawi się elektryczną kolejką, mały elektrowóz ciągnie pięć czarnych jak węgiel wagoników. Tszszszszszsz – słychać cichy szmer miniaturowego pantografu. Sieć trakcyjna jest cienka niczym pajęczyna, rozwieszona wzdłuż nasypu na słupkach o grubości zapałek. Torowisko ma kształt nieregularnej elipsy – chłopiec siedzi w środku, a wokół niego znajdują się precyzyjne makiety miniaturowych drzew, domów i urządzeń kolejowej infrastruktury. Malutkie semafory i zwrotnice, pracujące z cichym sykiem mającym naśladować normalne odgłosy tego typu urządzeń – odzywają się co jakiś czas, na tle ciągłego dudnienia emitowanego przez głośniczki zainstalowane w wagonikach. Wrażenie jest bardzo naturalne, trzeba tylko dać się oczarować urokowi staroświeckiej zabawki. W dobie wirtualnych symulacji ta kolejka ma w sobie coś stylowego – niczym dźwięk wiedeńskiego walca z trzeszczącej płyty, bez porównania bardziej nastrojowy niż „oczyszczona” wersja cyfrowa tej samej kompozycji. Poza tym chłopiec – jak każde dziecko – posiada zdolność budowania rzeczywistości z kilku klocków; budulcem jest tu wyobraźnia. Leży z rękami pod brodą na miękkiej antystatycznej wykładzinie i, obserwując okrążenia kolejki, zapomina o świecie zewnętrznym: szpitalnym pokoju, odwiedzających go pielęgniarzach, tabletkach i posiłkach... Z łatwością odgradza się od tego wszystkiego: jak każde dziecko dotknięte autyzmem.
Staroświecka kolejka elektryczna – modny prezent w stylu retro. Przedwczoraj dostał ją od dziadka na jedenaste urodziny. Dziwna sprawa: doręczyć taki prezent do szpitala dla upośledzonych dzieci, a następnie rozkładać go i montować, aby wszystko zadziałało i mały mógł się gapić w cykliczny ruch pociągu, oswajając się z całym tym sprzętem. Dziadek przeczytał, że jest to forma terapii i choć nie do końca wierzył w autyzm wnuka, nie zaszkodziło spróbować. W końcu coś było z małym nie tak. Dziadek był jego prawnym opiekunem, płacił za kurację, a lekarze musieli wyrazić zgodę, bo nie zagrażało to dobru dziecka. Poza tym kolejka miała dla starszego mężczyzny znaczenie symboliczne – pamiętał, że bawił się podobną, potem jego syn... Teraz nadeszła pora na kolejnego męskiego członka rodziny – szkoda tylko, że miał jakieś problemy z głową. Dziadek wierzył, że choroba minie i jako nastolatek chłopiec będzie już w pełni normalny. Gdyby nie ta wiara, nie podarowałby wnukowi tak drogiego prezentu.
Jest wieczór. Chłopiec wpatruje się intensywnie w ruch kolejki i wnika myślami do wnętrza wagonów. W pokoju panuje cisza, nawet z korytarza przestały dobiegać odgłosy pracy personelu. Cichutkie turkotanie hipnotyzuje, malec przenika do świata we własnym świecie. Kolejna rzeczywistość, gniazdo podwieszone pod sufitem wyobraźni, schron dla percepcji. Pociąg zaludnia się pasażerami, makiety drzew stają się lasami, na słupach trakcji skrapla się rosa otwartej przestrzeni – czuć zapach świeżego powietrza, mnóstwo ozonu, właśnie przeszła burza. Chłopiec jest już panem tego miniaturowego życia: demiurgiem dla ludzików umieszczonych w środku, nadzorcą rzeczy żywych i martwych wewnątrz i wokół pociągu.
Introjekcja doskonała: to wszystko jest już w nim, zamknięte w laboratorium jaźni autystycznego dziecka.

Mógłbym być zamknięty w skorupie orzecha i czuć się królem nieskończonych przestrzeni...

Za oknem zmierzch przechodzi w noc. Można zaczynać. Chłopiec wyciąga rękę i dotykając palcem malutkiej dźwigni, zmienia zwrotnicę.

***

Ktoś otworzył okno i chmura tytoniowego dymu zawirowała w podmuchu listopadowego wiatru. Stojący na korytarzu pasażerowie odwrócili głowy w stronę źródła zimna – atawistyczny odruch, zaniepokojenie nagłym chłodem. To był jeden z kolejarzy, musiał wychodzić z ubikacji, bo twarz miał czerwoną a ubranie na brzuchu zarzygane – pewnie chciał zaczerpnąć tchu po nieprzychylnej reakcji organizmu na podłej jakości alkohol. Palący papierosy uciekinierzy ustępowali mu miejsca, kiedy człapał wzdłuż korytarza, mamrocząc coś pod nosem. Takich jak on było kilku – kazali nazywać się konduktorami, choć o sprawdzaniu biletów nie było mowy. Niejednemu pasażerowi musiała przejść przez myśl obawa w rodzaju: „I tacy ludzie mają nas transportować do granicy!”, niejeden przeklinał teraz sytuację, w jakiej się znalazł. Za brudnymi oknami rozciągała się smolista czerń nocy kojarząca się z kosmiczną próżnią – naprawdę nie było nic widać. Nieoświetlony pociąg toczył się po starych torach w nieoświetlonym krajobrazie, a zachmurzone niebo było dla ludzkiego oka pozbawione gwiazd w stopniu wręcz doskonałym. Wewnątrz pociągu panował półmrok – pozwalano włączać słabe lampki w przedziałach, a w korytarzach emitujące sraczkowate światło czterdziestowatowe żarówki. Skład musiał być niewidoczny, co akurat wszyscy rozumieli – była to kwestia wspólnego bezpieczeństwa załogi i pasażerów. Natomiast zachowanie kolejarzy było (zwłaszcza dla zagranicznych podróżnych) niezrozumiałe – pili ostro, odurzając się samogonem z rytualną wręcz powtarzalnością, jakby było to częścią jakiegoś obrzędu: sprawdzianem źle pojętej odwagi lub twardości charakteru; a także wydolności organizmu. Nikt jednak nie śmiał zwrócić im uwagi – nie w tych okolicznościach. Co prawda zapłacili słono za kurs pociągiem-widmem, jednak byli w pewnym sensie na łasce kolejarzy – na pokładzie tego starego składu nie obowiązywały żadne prawa. I to nie tylko z powodu trafności starej sentencji: „Kiedy grzmią działa, milczą prawa” – co dotyczyło w pewnym sensie ogarniętego wojną kraju. Gdyby obsługa pociągu postanowiła kogoś karnie wysadzić na bezludziu – mogłaby to zrobić nie obawiając się sankcji. No, może poza tą jedną, że złapany przez patrol uciekinier wygadałby się podczas przesłuchania na temat nielegalnych kursów – ze strachu albo z zemsty. A wtedy skład zostałby namierzony i interes szybko by się posypał. Mimo tych obaw, kolejarze mogli wywieźć ich gdzie bądź, oszukać i zadenuncjować – wszystko opierało się na kruchym zaufaniu, a przejazd był płatny z góry, co nie motywowało kolejarzy do dalszych starań. Zachowywali się tak, jakby robili uciekinierom łaskę.
Tymczasem konduktor był już w następnym wagonie. Człapiąc, zaglądał do przedziałów, jakby wiedziony jakimś paranoicznym podejrzeniem szukał gapowiczów – sytuacja niemożliwa, bo wszystkich dokładnie sprawdzono, a dosiąść się podczas któregoś z przystanków było niemożliwością. Poza tym raz dziennie kolejarze liczyli podróżnych – dla pewności. Nic nie było równie ważne jak to, żeby w pociągu nie znalazły się osoby trzecie, zarówno z ekonomicznego, jak i z ergonomicznego punktu widzenia. Nie mówiąc już o zagrożeniu, jakie stwarzałby każdy intruz „na pokładzie”.
Ciałem konduktora targnął paroksyzm zwiastujący wymioty. Odruch gastryczny był silny – kolejarz przyspieszył. Dochodząc do końca wagonu, kładąc dłoń na uchwycie aluminiowo – szklanych drzwi, zerknął przez uchyloną zasłonkę do ostatniego przedziału, stykającego się tylnym przepierzeniem z obskurną toaletą – aktualnym celem jego wędrówki. Sam nie wiedział, czemu się nagle zatrzymał. Mrugając powiekami przypatrywał się siedzącym, jakby zobaczył duchy. A przecież wyglądali zupełnie zwyczajnie, niczego dziwacznego nie ujrzał. Nawet mu się specjalnie nie rozdwajali. Zobaczył dziadka spoglądającego na niego z pogardą. Szczeniaka w długich kudłach przykrytego kurtką. Dwie starsze kobiety. Był tam także facet około czterdziestki, pochylony nad zeszytem. Musiał walczyć z dość niewygodną pozycją – niełatwo pisać w starym pociągu. Ciekawe, co tak zawzięcie gryzmolił?. Ból ścisnął skronie konduktora, organizm po raz kolejny przypomniał mu o fizjologicznym aspekcie bytu. Kolejarz odwrócił wzrok i przestał myśleć o pasażerach. Jego Itaka była tuż za drzwiami – naparł więc na nie silnie, kończąc swą kilkuminutową pijacką odyseję od jednego kibla do drugiego.
Mężczyzna w ostatnim przedziale nie przestawał pisać.


***

Drogi Robercie,
przymusową podróż rubieżami tego dziwnego kraju postanowiłem uprzyjemnić sobie czymś, czego dawno (w tej formie) nie robiłem; mianowicie pisaniem listu. Wybieram Cię na adresata. Chociaż pewności, że list dotrze do Ciebie – nie mam żadnej. Nie wiem też, na ile mój pomysł jest szczery, a na ile wyrachowany – mam w końcu zawodowy nawyk pisania reportaży. Ta przymusowa ucieczka jest wręcz doskonałą okazją do czynienia różnych dziennikarskich spostrzeżeń. Nie miej więc pretensji, jeżeli kiedyś opublikuję ten materiał. Może być i tak, że tych ręcznych notatek nie przeczyta nikt – ani Ty, ani czytelnicy jakiegoś portalu lub czasopisma (Bóg wie, co się może przytrafić na szlaku).
Nie szkodzi.
Z rozbawieniem obserwuję swoją nieporadną dłoń, odzwyczajoną od operowania archaicznym żelopisem. Palce są pełne nawyków zapamiętanych przy stukaniu w klawiaturę bioptera (zaginął podczas ewakuacji). Jakże mocno muszę się teraz wysilać, by utrzymać krótki przyrząd i poprowadzić jego końcówkę bez kreślenia chaotycznych załamań i fantazyjnych zawijasów! Pismo mam jednak brzydkie (ciekawe, co by powiedział grafolog?). Dodatkowym utrudnieniem jest trzęsący rytm pociągu, te tory są jednak bardzo stare. Dwudziestowieczny elektrowóz ciągnie z mozołem siedem wagonów w stronę granicy administracyjnej regionu – lepszy jednak taki transport niż żaden. Zaczynaliśmy jeszcze gorzej: krótki odcinek trasy, na którym nie zachowała się w ogóle trakcja (gdzieś w zachodniej Polsce) przejechaliśmy ostatnim sprawnym parowozem na tych ziemiach, lokomotywą o wdzięcznej nazwie „Piękna Hellena”. Kolejarze mieli duży zapas węgla, więc w kłębach pary i szumie tłoków toczyliśmy się dostojnie pośród leśnych ostępów...
Czarne rękawiczki wylądowały na podłodze. Przeszkadzały w przewracaniu stron. Oficer wytarł spocone dłonie w spodnie, splunął na podłogę i przekartkował zeszyt. Był w całości zapisany ręcznym pismem – jednolity, nudny ścieg krzywo stawianych znaków. W dodatku na przemian po polsku i angielsku. Na szczęście znał oba języki – wymogi stawiane zawodowym wojskowym w rosyjskiej armii były coraz wyższe. Przybliżył lampę i pokonując wyboje brzydkiego charakteru pisma – czytał dalej:

Z trudem mieszczę te słowa w równej linii. Piszę w starym zeszycie z plaspieru, przynajmniej więc o trwałość zapisu nie mam się co martwić. Nie muszę obawiać się zwłaszcza tego ekspansywnego gatunku grzyba niszczącego papier. W tej części Europy spowodował on istną hekatombę wszelkich druków; zarazie oparł się tylko papier laminowany... Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę ze stopnia zniszczeń. Nie udało się ochronić przed pasożytem żadnych cennych rękopisów, największe narodowe księgozbiory zostały niemal doszczętnie zniszczone... To jakby ewolucyjna konieczność, cios łaski zadany papierowemu nośnikowi, od kilkudziesięciu lat umierającemu powoli i wypieranemu przez coraz wygodniejsze w użyciu komputery i bioptery – można na to patrzeć w ten sposób. Kto miałby jednak czas przejmować się starymi księgami, gdy wokół wojenny chaos? Celulozą nie nakarmi się zgłodniałych mas. Na szczęście większość starodruków i manuskryptów została wcześniej skopiowana w formie elektronicznej. O odtworzeniu oryginałów nie ma jednak co marzyć.

Ogólnikowe pierdoły... Oficer podniósł wzrok znad kartek i zamyślił się. Mocniej naciągnął izotermiczny szynel, chuchnął w dłonie. Nie znosił tych wszystkich biotechnologicznych nowinek przemysłu zbrojeniowego, wymyślanych przeciwko niskim temperaturom: zwłaszcza śmierdzących kremów cieplnych, które umożliwiały przebywanie nago na mrozie, zapewniając jednocześnie prawidłową wentylację skóry – nie stosował ich nawet do rąk. Rękawiczki mogą być, tyle że trudno przewracać w nich kartki. Lepsze były metody tradycyjne: nie ma to, jak pociągnąć gorzałki, a na noc natrzeć się spirytusem. W warunkach polowych mógł sobie na to pozwolić, więc nalał z menażki smirnoffa. Lektura znalezionych notatek zapowiadała się średnio interesująco, niemniej musiał zapoznać się z zawartością zeszytu – a nuż zawiera ważne informacje? Przechylił szklankę, gdzie wcześniej nalał na dwa palce wódki, i kontynuował:

Pociąg wlecze się pośród sennych krajobrazów. Za oknem jesień, rozmazane pejzaże znikają po obu stronach torów. Przyzwyczajony do kolei magnetycznej i napowietrznej – czuję się jak na wozie drabiniastym wleczonym przez dychawiczną szkapę. Kierownik pociągu, wąsaty typ, od którego śmierdzi samogonem, twierdzi, że przy dobrej widoczności jedziemy nawet siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Czyli jak byśmy stali w miejscu. No, ale sam wybrałem ten środek transportu, jest mimo wszystko najbezpieczniejszy. Suta łapówka pozwoliła mi uciekać z północy na południe, razem z grupą kilkuset innych cudzoziemców. Choć z drugiej strony – to również mój land. Tak to zawsze czułem (zbyt długo pracowałem tu jako korespondent zagraniczny, by nie przywyknąć – a przyzwyczajenie jest w końcu naszą drugą naturą). Ważne, że w ogóle jeszcze żyję – na co dzień człowiek stanowczo nie docenia tego oczywistego faktu. Kilkunastu ważniaków, którzy próbowali spieprzyć prywatnymi awionetkami i air-gingerami najnowszej generacji – zostało zestrzelonych po kwadransie. System przeciwlotniczy jest szczelny i nie wypuści nikogo – aż dziwne, że nie napierdalają do ptaków.
W tym miejscu oficer zarechotał. Wreszcie trafił na coś w miarę zabawnego. Z tymi ptakami to nie było do końca tak – trasy migracyjne niektórych gatunków wiodły przez granice i natrafiały na obronne ściany powietrzne, co kończyło się zdziesiątkowaniem stada: ptaszyska wlatywały na laserowe nici, rozciągnięte pionowo co pół metra, i w większości spadały na ziemię, przecięte idealnie niczym piłą tarczową. Żołnierze śmiali się później, znajdując w pasie przygranicznym pół bociana albo pół wrony... Niektórym sztukom udawało się przedostać i nie odnieść żadnych obrażeń (traciły najwyżej trochę piór...). Oficer zastanowił się przez chwilę, co by było, gdyby zastosować nici wobec tego pociągu, który przez tak długi czas pozostawał dla nich niewidzialny. Kupa żelaza przeciwko ostrym jak kosa samej śmierci nitkom – wynik tego starcia mógłby być interesujący. Wrócił do lektury:

Trasa, którą jedziemy, jest nazywana tutaj „szlakiem cudów”. Bo jest w istocie cudem, że stara trakcja kolejowa zadziałała, choć elektryczny transport torowy został ostatecznie wygaszony w tej części Europy pięć lata temu, czyli z dziesięcioletnim opóźnieniem wobec zachodniej części kontynentu, gdzie od dawna był już tylko atrakcją turystyczną. W nazwie tej chodzi jednak przede wszystkim o szansę ocalenia. O cud ucieczki. Stary sprzęt wlecze się zarośniętym, nieużywanym od lat torowiskiem, mija opuszczone budynki kolejowej infrastruktury, wszystkie jeszcze z zeszłego wieku. Wywozi ku granicy grupę szczęściarzy, wśród których i ja się znalazłem. Bogu niech będą dzięki! Kiedy obowiązuje generalny zakaz opuszczania regionu, a wszystkie powietrzne kanały migracyjne są zablokowane – szansą jest powrót do starych środków lokomocji. Cwaniacy obsługujący pociąg to bez wyjątku byli kolejarze. Dziesięć lat temu masowo zwalniano ich z pracy – śmierć sektora kojowego była nieunikniona, podobnie jak wcześniej górnictwa i prawie całego przemysłu ciężkiego (słynne, rozciągnięte na kilkadziesiąt lat wygaszanie przemysłu stoczniowego i – częściowo – hutniczego). Już pod koniec zeszłego stulecia zaczęto zamykać nierentowne połączenia, początkowo tylko lokalne. Później przechodzono stopniowo do coraz dłuższych odcinków, nawet między dużymi miastami. Powód był prosty: przewozy pasażerskie przestały się opłacać, bronił się jeszcze tylko jako tako transport towarowy. Ponadto pojawił się indywidualny ruch powietrzny – wygodne, nowoczesne awionetki oraz air-gingery zdobyły niebo, więc prawo lotnicze musiało zalegalizować ten stan rzeczy. Masowy elektryczny transport kolejowy był już przeżytkiem, przez ostatnie trzy dekady jechał głównie na dotacjach. Dlatego wolny rynek musiał pozbyć się tego balastu.
Oczywiście kolejarze nie mogli być gorsi od swych poprzedników i odejść bez zadymy – na do widzenia sparaliżowali region falą protestów. Przez następne lata wraz z rodzinami gnieździli się w budynkach przy torach i dworcach, okupując dyspozytornie, magazyny i stare przybudówki peronów. Nazwano ich żartobliwie – może znasz to polskie słowo – wykolejeńcami... Torowiska przestały mieć znaczenie, nikomu nie chciało się ich nawet demontować. Ot, zarastały. Dziczały. Nie zbombardowano ich nawet podczas ostrzegawczych nalotów, bo od lat nie były używane, a tym samym pozbawione znaczenia strategicznego. W zakładach taboru stały jednak wycofane pociągi – i w końcu okazały się użyteczne. Należało jeszcze rozwiązać problem uruchomienia prądu w trakcji, i kolej znów ożyła, tym razem nielegalnie – jako ostatnia nadzieja na ocalenie uwięzionych w tym regionie osób. Szlak cudów ciągnie się wśród lasów i pól, kolejarze celowo unikają większych miast i odkrytych nasypów. W ten sposób dowożą pasażerów nad południową granicę. Później trzeba szukać przemytników ludzi.
Zwykli przemytnicy, którzy również jadą tym składem (nie przepuszczą takiej okazji, gdy granice są zamknięte), mawiają z niechęcią: „Szlag cudów”. Po czym spluwają, jakby chcieli odczynić zły urok. Krążą dziwne plotki, niesprawdzone opowieści o zdetonowaniu bomby wodorowej ograniczonego zasięgu w Sudetach. Promieniowanie ma się ponoć rozciągać do Wałbrzycha, czyli mniej więcej w okolicach, gdzie nasz pociąg kończy bieg. Mało kto jednak w to wierzy. W ostatnich tygodniach rozpuszczono tyle niesprawdzonych plotek, że i ta informacja wydaje się wątpliwa. Prawdę poznamy dopiero wówczas, gdy dotrzemy na miejsce. Jeżeli dotrzemy na miejsce.

Oficer zamarł nad zeszytem. Siedział chwilę jak sparaliżowany i nasłuchiwał. Najpierw nocną ciszę przeszył odgłos strzału a później ktoś krzyknął – raczej się nie przesłyszał. Wstał i błyskawicznie sięgnął po leżącą obok broń. Wytrzeźwiał momentalnie, jakby wydzielona w ciągu kilku sekund adrenalina stoczyła w nim zwycięski Blitzkrieg z promilami. Odgłos strzału się powtórzył. Nadpłynęły też inne dźwięki: żołnierze wrzeszczeli w panice, rozległa się krótka seria z karabinka.
Rosyjski oficer wychylił głowę, trzymając pistolet w pogotowiu. Było ciemno jak w dupie. Chciał zakląć, bo nikt się z nim nie skontaktował ani nie przybiegł meldować o sytuacji, lecz właśnie wtedy ujrzał...


***

Autystyczny chłopiec nie zwrócił uwagi na pielęgniarzy, którzy od jakiegoś czasu stali za jego plecami i spoglądali na kolejkę. To fascynowało niezależnie od wieku. Zanim położą małego spać, przerywając mu jego zajęcie, sami trochę popatrzą. W końcu jeden lekko poklepał chłopca po ramieniu.
- Dość zabawy na dzisiaj, Billy, czas spać.
Malec był zupełnie obojętny.
- Jutro znowu uruchomimy ci kolejkę. Ale teraz musimy ją zatrzymać...
Znów bez reakcji.
- Pokaż, w którym miejscu się to wyłącza – najlepiej sam zatrzymaj skład.
- Nie chcę – wyszeptał Billy na granicy słyszalności. – Ten pociąg musi jechać.
- Dlaczego, Billy? – spytał łagodnie pielęgniarz, który był akurat pochylony nad chłopcem i dzięki temu w ogóle go usłyszał.
- Bo oni cały czas uciekają, spieszą się. Nie można...
Pielęgniarze nie dowiedzieli się, czego „nie można”. Chłopiec znów zamilkł i obserwował z uwagą kolejkę. Jego twarz była jak maska. Trzeba było zastosować delikatny fortel.
- Ale dzisiaj wieczorem musimy odłączyć zasilanie, Billy, bo grozi nam awaria. Dlatego również twoja kolejka musi się zatrzymać.
- Niech sobie odpocznie, zdrzemniecie się oboje – dodał drugi pielęgniarz. – A już jutro rano, po śniadaniu tabor wznowi podróż...
Wzięli chłopca pod ramiona i unieśli delikatnie. W każdej chwili mógł dostać napadu.
- Rozumiesz, Billy?
Dziesięć sekund czekania. W końcu mały skinął głową, choć minę miał bardzo smutną.
- To dobrze. Każdy potrzebuje snu.
- Ja sam... – bąknął chłopiec, wskazując w stronę wyłącznika. Pielęgniarze pozwolili mu pochylić się nad pudłem sterującym i po chwili bieg pociągu zaczął ustawać – przez kilka sekund wagoniki toczyły się jeszcze siłą bezwładności, dopóki miniaturowy skład nie zatrzymał się między pluszowymi wzgórzami a makietami plastikowych drzew...
Szmer umilkł, w pokoju zrobiło się nagle bardzo cicho. Pogodzony z sytuacją chłopiec przeszedł do łazienki – gdzie miał przystąpić do dokładnego mycia zębów, jak zawsze pod okiem pielęgniarzy. Zazwyczaj zajmowało mu to równe dziesięć minut.

Dwa

Szary świt na brudnej szybie – takie musiało być odczucie każdego pasażera, który obudził się i odruchowo zerknął za okno. Późna jesień nie jest czasem słonecznych poranków nastrajających optymistycznie do życia, choć nic bardziej nie przydałoby się uciekinierom niż właśnie optymizm. Odkąd powierzyli swój los kolejarzom – nie mieli wpływu na dalszy bieg wypadków. Musieli czekać, niczym bierne ładunki wiezione z punktu A do punktu B – ludzkie bagaże nie decydujące o kierunku ani o tempie podróży. Mimo, że poruszali się starym pociągiem osobowym, byli traktowani bardziej jak cargo w pociągu towarowym – bez przystanków i udogodnień, bez możliwości kierowania pretensji do obsługi. Jeżeli ktoś by się rozchorował – to wyłącznie na własną odpowiedzialność.
Zostali przypisani do konkretnych przedziałów. Każdy siedział tam, gdzie usadzili go kolejarze po przesiadce z „Pięknej Helleny”. Odbyło się wtedy ponowne liczenie pasażerów i sprawdzanie dowodów zapłaty za kurs – starych, wycofanych z obiegu monet bez większej wartości kolekcjonerskiej. Papier diabli wzięli, grzyb zrobił swoje – więc przewoźnicy musieli wydawać w zamian za gotówkę stare, specjalnie oznakowane euro-centy. Odgórne przydzielenie miejsc spowodowało powstanie przypadkowych konfiguracji w przedziałach – każdy musiał znosić tych towarzyszy podróży, jacy przypadli mu w udziale. Współpasażerowie bywają jak sąsiedzi – zazwyczaj nikt ich sobie nie wybiera – i w całym pociągu było podobnie. Niektóre przedziały składały się prawie z samych Polaków, skład innych był międzynarodowy lub mieszany: polsko – zagraniczny. Większość pociągu zajmowali cudzoziemcy: dziennikarze, prawnicy, przedsiębiorcy. Najbardziej zdenerwowani wydawali się turyści, którzy nie zdążyli czmychnąć z Polski przez lekkomyślność lub brak kontaktu z mediami (zaszyci w bieszczadzkiej albo mazurskiej głuszy uciekli od cywilizacji na tyle skutecznie, że gdy do niej wrócili, zemściło się to na ich okrutnie).
Świt obudził również pasażerów ostatniego przedziału w trzecim wagonie. Brudny poranek na brudnej szybie – pomyślał z sarkazmem długowłosy student, zerkając na ściśniętych współpasażerów (najchętniej amputowałby im wszystkim nogi – żeby móc wyprostować swoje). Nie był jednak pierwszym, który się obudził – gdy otworzył oczy, zagadkowy cudzoziemiec w sterczących na jeża siwych włosach znów pisał coś w notatniku. Student pomyślał, że facet zabija w ten sposób nudę, chyba żeby był literatem. Sam pisał co nieco, jednak w podróży nie potrafiłby się skupić – tym bardziej podziwiał tego Anglika, który zdawał się bez reszty pochłonięty swoimi zapiskami. Student oddawał się z równą pasją grze na gitarze – co pozwalało mu wyłączyć się mentalnie na dość długo, a poza tym było odprężające dla psychiki.
Chłopak ziewnął przeciągle i pożałował, że nie może teraz ściągnąć gitary (którą i tak cudem wniósł do pociągu). Miał taką ochotę grać! Najchętniej urządziłby wszystkim poranną jam session; czas zleciałby wtedy bardzo szybko. Niestety, było za wcześnie – większość przedziału jeszcze spała i wczesne muzykowanie uznano by za chamstwo.
Anglik podniósł na chwilę głowę znad notatek, rozejrzał się po obecnych w przedziale pasażerach – i znów pisał:

W sumie mam szczęście, bo to dość znośny zestaw. Naprawdę, mogło być gorzej – stwierdzam to obiektywnie, a nie żeby się pocieszać... Oprócz dwóch bab z wielkimi torbami, najwyraźniej uciekających z całym ruchomym dobytkiem, jaki mogły wziąć w podróż, siedzi tu młody obdartus z gitarą (instrument jest rozstrojony, nadto ma zerwane dwie struny, co nie przeszkadza chłopakowi brzdąkać co jakiś czas – o pociągu, co ma być metaforą wyzwolenia; bardzo to ironiczne). Drugi pasażer to podstarzały i chyba lekko zdewociały inteligent przejęty niezmiernie obecną sytuacją. Często odmawia różaniec i czyta jakieś grube, poważnie wyglądające książki.

Mażąc palcem po szybie, za którą od wczoraj widniał ten sam nudny krajobraz, student zastanawiał się nad treścią zapisków cudzoziemca.


***

Zgodnie z obietnicą, zaraz po śniadaniu i krótkim spacerze pielęgniarze pomogli chłopcu uruchomić kolejkę. Billy wstawał wcześnie, co przy obecnej porze roku oznaczało pobudkę jeszcze przed świtem. Jednego nie można odmówić osobom chorym na autyzm: regularnego życia. Ludzie ci uzależniają się od powtarzanych czynności, które nabierają dla nich cech swoistego obrzędu, który musi być spełniony – w przeciwnym razie stają się niespokojni, często wpadają w szał. Są to zazwyczaj rzeczy banalne: obejrzenie ulubionego quizu w telewizji, sprawdzenie skrzynki e-mailowej po obiedzie, spacery i zabawy – byle te same, o identycznej godzinie i byle można je powtórzyć następnego dnia. Tkwi w tym jakaś obłędna pedanteria w organizowaniu czasu, mimo to owe cykliczne zajęcia są bardzo ważne dla równowagi chorych – niczym psychiczne kotwice, którymi zaczepiają się w morzu rzeczywistości. Uzależniają – lecz porządkują życie.
- No, Billy, zaraz twój skład ruszy w dalszą drogę... – ziewający pielęgniarz zdjął z parapetu karton ze skrzynią sterowania. Za oknem powoli robiło się szaro – nadchodził bury jesienny brzask.
Wszystko wskazywało na to, że obserwowanie kolejki stanie się dla chłopca następnym rytuałem, bez którego nie będzie mógł się obejść. A jednak wartość terapeutyczna była większa – rozwijała wyobraźnię oraz zwracała myśli ku czemuś zewnętrznemu. Miało to pomóc przezwyciężyć zamknięcie się w samym sobie. Czasami jednak skutek bywał odwrotny od zamierzonego – fascynacja jakimś przedmiotem powodowała wzmożenie introspekcji.
- Siadaj wygodnie, Billy, i baw się do woli – pielęgniarz usadził chłopca na poduszce obok pudła z regulatorami. – Wszystko podłączone, awaria prądu usunięta. Pokaż mi, jak ruszasz.
Billy w zamyśleniu wodził palcem po skrzynce. W końcu włączył zasilanie i skład ruszył z tego samego miejsca, w którym zatrzymał się wczoraj wieczorem. Pielęgniarz czekał oparty o drzwi, aż rozlegnie się ciche turkotanie malutkich kół.
Pociąg jechał na południe, zachodnim obszarem regionu. Przezorny przewoźnik korzystał z od dawna zamkniętych tras, kierując skład z jednego zapomnianego odcinka na drugi, przez co podróż mocno się wydłużała. Względy bezpieczeństwa były jednak ważniejsze. Obecnie kluczyli bezludnymi obszarami rejonu narodowościowo przemieszanego: Polaków i Niemców było tutaj mniej więcej po połowie. Zaraz po wprowadzeniu zasady swobodnego przepływu osób, gdy skończyły się okresy ochronne, nastąpiła nieprzymuszona migracja mieszkańców wschodnich landów Niemiec do Polski. Była to migracja z wyboru i sentymentu za terenami wcześniej należącymi do ich germańskich przodków. Osiedlali się bogaci ludzie, dając Polakom pracę – obywatele RP stawali się administratorami ich gospodarstw i majątków, mówiono nawet o powstaniu małej klasy społecznej zarządców polskiego pochodzenia. Oprócz tego Polacy pracowali jako robotnicy – bo wreszcie było przy czym. Niemcy nie zgłaszali roszczeń rewindykacyjnych, proces przebiegał naturalnie – z zachodu płynęły pieniądze i kapitał. Możliwość zarobienia na osadnikach zwyciężyła stare uprzedzenia. Nowe pokolenie weszło z Niemcami w pokojową symbiozę – ekonomicznie wychodzili na tym lepiej niż dumni, pogardzający nimi tradycjonaliści, którzy musieli znosić bezrobocie, gdyż nie chcieli „pracować dla Bauera”.
W ostatnim przedziale trzeciego wagonu starszy mężczyzna w okularach, wyglądający na lekko zdziwaczałego naukowca, obudził się z głośnym westchnieniem, jakby wyrwał się z kleszczy nieprzyjemnego snu. Powiódł zaspanym wzrokiem po współpasażerach – i zaraz spoważniał, a może nawet posmutniał. Sąsiedzi obrzucili go badawczymi spojrzeniami, bo wyglądał jakby miał zaraz poprosić o szklankę wody. Oddychał ciężko, trochę kasłał – kontakt z jawą był najwyraźniej nieprzyjemny. Nawet, gdy śnił mu się koszmar – to nie poczuł ulgi, bo obudził się w drugim złym śnie: takim, z którego wybudzić się już nie sposób. „Przepraszam najmocniej” – powiedział nerwowo, wstając, i zaczął przeciskać się między wyciągniętymi nogami. Chciał rozprostować kości i zaczerpnąć powietrza. Wszyscy podkurczyli nogi, za wyjątkiem długowłosego chłopaka, który bezczelnie udawał, że nie słyszy – dziadek miał już na języku uwagę o braku kultury, jednak nie wypowiedział jej głośno. Przestąpił nad tą naturalną przeszkodą i wyszedł na korytarz. W duchu życzył „temu gówniarzowi” amputacji nóg, nie wiedząc, że tamten myśli o nim tak samo.
Na korytarzu uderzała woń papierosów i wiatru, plus jeszcze jakiś nieokreślony zapaszek: octu albo terpentyny. Pociąg jechał wolno, najwyżej czterdzieści kilometrów na godzinę. Stary wystawił twarz za okno, odpędzając resztki snu i zaraz zamknął szybę. Następnie przeżegnał się i zmówił poranny pacierz. Wypowiadając „bądź wola Twoja...” zastanawiał się, czy wypada mu prosić Pana o ocalenie. Bo co, jeśli On nie chce ich ocalić?... Dojrzałość wiary polega na tym, że przestajemy traktować Boga jak dobrą wróżkę. Prawdziwa mądrość to poddanie się Jego woli – jakakolwiek by nie była. Wciąż jechali przez zalesione równiny i leżące odłogiem wielkie połacie zdziczałych pól. Tak zwane ziemie odzyskane, pomyślał stary nieco ironicznie. Zaraz też naszło go skojarzenie z ostatnim artykułem, jaki zdążył opublikować przed ewakuacją, w sieciowym Portalu Narodowym. Nosił tytuł „Wybielanie przez sentyment” i dotyczył zjawiska związanego właśnie z okolicami, przez które teraz jechali. Powtórna germanizacja tych ziem spowodowała falę tęsknoty za komunizmem – jako za okresem, gdy kwestia zachodnich granic Polski zdawała się ostatecznie uregulowana. Wywołało to całkowitą mitologizacją komunistycznej Polski. Coraz mniej osób pamiętało zbrodnie tamtego systemu – w powszechnej świadomości PRL był postrzegany jak czasy prohibicji w USA – jako specyficzna mini-epoka o odrębnej modzie i mentalności. Już wcześniej popularne były w Polsce wystawy i skanseny przypominające obywatelom stary ustrój, powstawały masowo bary w stylu lat 60 i 70, podobnie jak w Ameryce modne były lokale w tonacji Chicago z lat 20 i 30 XX wieku. Fakt, że prym wiedli w obu tych epokach gangsterzy (w PRL – gangsterzy polityczni), i że często lała się wtedy krew, nikomu raczej nie przeszkadzał. Dla dziadka był to typowy przejaw idealizowania przeszłości – im bardziej odległa, tym mniej straszna, a z czasem zepchnięta do roli sentymentalnej tapety. Już wcześniej kultura i sztuka PRL-u, zarówno ta wysoka jak i ta użytkowa, zostały nazwane w Polsce mianem „nowego retro”.
Obserwując pejzaże zachodniej Polski, stary dumał nad nieoczekiwanymi konsekwencjami wprowadzenia swobodnego przepływu osób, pracy i kapitału – zwłaszcza, gdy sąsiednie kraje łączy trudna historia pełna zajadłych konfliktów. Czy oprócz niego ktoś z jadących pociągiem zdawał sobie z tego sprawę? Miał nadzieję, że co najmniej połowa Polaków. Niektórzy zagraniczni uciekinierzy pewnie też, w zależności od świadomości polityczno-społecznej i stopnia zrozumienia polskich spraw. Na przykład ten Anglik z przedziału pisał chyba dziennik z podróży, pełen nawiązań do aktualnych wydarzeń (dziadek podczytywał mu czasami przez ramię) – stanowczo nie wyglądał na ignoranta.
Rozmyślając o tym wszystkim historyk przeszedł się kilka razy wzdłuż korytarza. Później znów wystawił głowę za okno, by poczuć pęd wiatru. Trwał tak kilka sekund, dopóki nie zrobiło mu się zimno. Wciągnął głowę jak ślimak i gładząc rozmierzwione włosy spojrzał na zegarek. Postanowił zaczekać w korytarzu na lurowatą kawę, którą mieli nalewać z wiadra jakoś po ósmej – oczywiście za dodatkową opłatą.
Ziewnął i oparł się o szybę, aby móc obserwować Anglika, który znów coś pisał w plaspierowym notesie. Jego rysy twarzy. Kogoś mu przypominał, jakieś strasznie odległe wspomnienie. Historyk siłował się chwilę z myślami, lecz w końcu dał za wygraną. Może pasażer był po prostu podobny do kogoś, kogo kiedyś znał lub widział – na przykład w Londynie, gdzie pracował przez rok jako student. „Dawne dzieje” – mruknął sam do siebie, dochodząc do wniosku, że jego milczący towarzysz podróży nie ma typowej angielskiej fizjonomii.


***

Aktualnie nie dzieje się nic ciekawego. W przedziale prawie komplet, siedzą wszyscy za wyjątkiem dziadka, który stoi na korytarzu i chyba gapi się na mnie. Czy ja go już kiedyś gdzieś nie widziałem? Ten charakterystyczny dobrotliwy uśmiech, coś mi się kołacze w pamięci. Nieważne. Pozwól więc, że uczynię w tym miejscu pewną dygresję. Czy pisałem Ci już wcześniej o wynalazku z tych stron, jakim jest dziennikarstwo terrorystyczne? Warto poświęcić temu zagadnieniu trochę czasu. Miałem jeden artykuł na ten temat, może coś do Ciebie dotarło. Nie chodzi o dziennikarzy tropiących terrorystów czy też robiących z nimi wywiady. To określenie jest zarezerwowane dla czegoś innego. Chodzi o dziennikarstwo posługujące się metodami terroryzmu. O terror w służbie dziennikarstwa. Mówi się, że to naturalna konsekwencja dziennikarstwa śledczego, po roku 1989 przeżywającego w Polsce bujny rozkwit – skoro bowiem dziennikarze mogli się zajmować operacyjnym zbieraniem informacji (tropieniem), to w końcu zajęli się przesłuchiwaniem. Aż dziw bierze, że nie wymyślili tego Arabowie. Takie metody pojawiły się w schyłkowym okresie III RP, kiedy państwo było przeżarte korupcją jak spróchniały mebel kornikami, skala zjawiska była monstrualna, a układowe gazety zgodnie o wszystkim milczały. Tropiące afery i żądne sensacji tytuły nie mogły znaleźć dowodów – więc też milczały, bojąc się procesów sądowych. Doświadczenie przeciętnych ludzi wskazywało, że skorumpowane są absolutnie wszelkie szczeble administracji – lecz nikogo ważnego nie złapano za rękę. Brakowało dowodów. Z poczucia tej bezsilności narodził się dziennikarski terroryzm.

W biurze wydawnictwa młody dziennikarz czytał z ekranu rzędy ręcznie pisanych liter. Zeskanowali to wczoraj – z plaspierowego notesu dostarczonego przez dwóch szemranych typów. Chcący zachować anonimowość mężczyźni złożyli wydawnictwu propozycję sprzedania znalezionych – jak twierdzili – materiałów, gdyż ich zdaniem był to kawał pasjonującego reportażu wojennego. Najpierw odsiedzieli swoje w poczekalni, uparcie domagając się spotkania z jakimś decydentem, a gdy już poproszono ich do gabinetu – przedłożyli do wglądu podniszczony notes, którego autentyczność nie wzbudzała podejrzeń, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Po kwadransie rozmowy kierownik przekonał ich, żeby zgodzili się na zrobienie skanów – szybko i na miejscu, w ich obecności. Nie byli tym zachwyceni, zwłaszcza wstępnym pomysłem zostawienia notesu (za pokwitowaniem) w siedzibie wydawnictwa. Ostatecznie stanęło na zeskanowaniu kilkunastu stron – aby redakcja mogła ocenić, czy materiał ma w ogóle jakąś wartość i czy jest teoretycznie zainteresowana drukiem.
Mężczyźni mieli przyjść za dwa dni. Przez ten czas młody redaktor z działu literatury faktu miał zapoznać się z fragmentami relacji – typowa wstępna selekcja, często zabójcza dla tekstu. Mogła być to przecież grafomania, nawet jeśli pisana jako wojenny reportaż – ostatnio często odsiewali takie plewy.
Tutaj dysponowali jedynie próbką – i na tej podstawie mieli orzec o całości. Doręczyciele zapewniali, że jest to próbka reprezentatywna. Sami wybrali kartki do skopiowania.
Młody redaktor miał czas do jutra. Siedział więc, czytając z ekranu jakieś dygresyjne uwagi. Chętniej wziąłby do ręki oryginał – lecz było to niemożliwe.
Nie wiedział również, że skanująca zeszyt sekretarka zauważyła na kartkach krople zaschniętej krwi.

Kontestujące system rządzenia tytuły prasowe zeszły do podziemia. Nastroje radykalizowały się coraz bardziej. W końcu doszło do pierwszego przypadku porwania polityka w celu wymuszenia na nim zeznań.

Redaktor pomyślał, że autor tych notatek to cudzoziemiec – każdemu Polakowi historia, którą przytaczał, była bardzo dobrze znana.

To był jeden z wiceministrów – gruba ryba, resort spraw wewnętrznych. Powszechnie podejrzewano go sprzyjanie mafii odeskiej, która uczyniła z Polski kolejny obszar swoich wpływów – konkurując z bandami ukraińsko-rosyjskimi i rozrastającą się już wtedy na Europę mafię albańską władającą całym Kosowem (UĆK). W dobie zamknięcia wschodniej granicy i po wprowadzeniu wiz dla obywateli zza Buga, intensywne kontakty z Polską mogli utrzymywać tylko bardzo ustosunkowani obywatele Rosji. Ci nie mieli problemów, by tutaj inwestować, otrzymywać karty stałego pobytu a nawet z czasem obywatelstwo. Minister był podejrzewany o sprzedawanie przedstawicielom Odessy paszportów dyplomatycznych – sto tysięcy euro za jeden. Tacy fikcyjni „dyplomaci” mogli bez problemu przekraczać granicę, korzystając nadto z przywilejów (immunitet). Byli więc praktycznie bezkarni na terytorium Polski, każde ich zatrzymanie groziło skandalem międzynarodowym. Po bezskutecznych próbach udowodnienia tego procederu (niegrzeczni dziennikarze poszli siedzieć za zniesławienie wysokiego urzędnika państwowego) ministra porwano. Borowców sparaliżowano, a wyszkolona ekipa ukryła ofiarę w głębokiej głuszy – akcja wywołała szok wśród opinii publicznej. Przez kilka dni było cicho, ludzie szeptali o zemście mafii. Poszukiwania nie dawały rezultatu. Później po raz pierwszy w Polsce zadziałał mechanizm znany z krajów arabskich – terroryści zamieścili specjalny film w Internecie, rozsyłając go jako samopowielający się spam. Jednocześnie przesłali plik z nagraniem do INFOSERWIS-u 24 (kiedyś używało się w tym celu kaset i dysków). Nie było to jednak nagranie z oświadczeniem składanym przez porywaczy ani z szantażem, lecz wypowiedź... samego wiceministra. Pobity i przywiązany do krzesła opowiadał o swoich kontaktach z mafią, wyjaśniał przez ponad pół godziny szczegóły korupcyjnego procederu; podał też dokładnie, ile pieniędzy przyjął za lewe paszporty i wydawanie korzystnych dla przestępców decyzji. Expressis verbis przyznawał się do winy, zastrzegając, że nie mówi tego ze strachu, choć oczywiście został zmuszony do powiedzenia prawdy przez porywczy, działających dla wyższego dobra. Opinia publiczna była ponownie w szoku. Pojawiły się przeróżne komentarze, większość kwestionowała wiarygodność oświadczenia porwanego wiceministra. To jednak nie był koniec – szok powtórzył się po raz trzeci. Dwa dni po wyemitowaniu tego oświadczenia terroryści wypuścili ministra. Obudził się na przystanku na przedmieściu Warszawy, wcześnie rano, gdy ludzie jechali do pracy. Po dotarciu do miasta i skontaktowaniu się z policją próbował wszystko wyjaśniać, argumentując, że grożono mu śmiercią, że kłamał ze strachu przed torturami – że wszystko było wyreżyserowane, by go skompromitować. Jednak w międzyczasie, pod naciskiem opinii społecznej wszczęto śledztwo – i większość podejrzeń się potwierdziła (m.in. zbadano numery tajnych kont ministra i ich stan – sum znajdujących się na nich polityk nie wykazał w żadnym z zeznań majątkowych, a zgadzały się z wysokościami łapówek, o których opowiadał przyciśnięty przez dziennikarzy – terrorystów). Dlatego, po udzieleniu pomocy lekarskiej, pana ministra aresztowano na trzy miesiące. Jednocześnie wciąż próbowano ustalić, kto go porwał, lecz po kilku tygodniach umorzono śledztwo wskutek braku jakichkolwiek w nim postępów.
W ciągu roku porwania miały jeszcze miejsce dwukrotnie – z różnymi skutkami. Na polityków i biznesmenów padł strach.

Po tych słowach uwaga redaktora wzmogła się – wreszcie zapowiadał się jakiś osobisty fragment. Oby cały zeszyt składał się z takich – pomyślał – wtedy może wart byłby druku. Na razie nie wyrobił sobie jeszcze zdania o wartości materiału. Wiedział, że jego opinia będzie bardzo ważna. Czytał więc z uwagą, słowo po słowie.
Zatrzymujemy się nagle – nie wiem, co się dzieje. Przez brudne okno niewiele można dostrzec.
Chyba jednak zatrzymali nas jacyś ludzie. Cholera, jeżeli to wojskowy patrol.

***

Obserwując kolejkę, zwalniając i przyśpieszając jej pęd, przekładając zwrotnice i zapalając semafory, chłopiec nie przestawał zerkać na zegarek. Stał na szafce przy łóżku – i miał kształt Kubusia Puchatka zajadającego miód z beczki. Plastikowe wskazówki wyznaczały rytm dnia małego pacjenta, nie wyobrażał sobie bez nich doby – wszystkie czynności skrupulatnie zaplanowane przez autystyczny umysł zależały od ich wskazań. Dzięki dziecięcemu zegarowi Billy mógł kontrolować porę swoich małych obrzędów.
Pielęgniarze znali rozkład dnia chłopca, więc zazwyczaj kilka minut przed wyznaczoną godziną przychodzili mu asystować. Na przykład dzisiaj o ósmej czterdzieści pięć zaczynał się teleturniej „Mały naukowiec” – zadania matematyczne, szarady i łamigłówki, w których Billy był naprawdę świetny. Zazwyczaj znał każdą odpowiedź, gorzej, jeśli akurat się mylił lub czegoś nie wiedział – zaczynał się wtedy trząść i ryć palcami wykładzinę w pokoju telewizyjnym. Trzeba go było umiejętnie uspokajać, czasami kończyło się na wizycie u pani psycholog. Właśnie zbliżała się pora następnego odcinka quizu.
Gdy pielęgniarz z porannej zmiany stanął w drzwiach sali, chłopiec akurat wyłączał zasilanie w torowisku – pociąg, a wraz z nim podczepione wagoniki zwalniały, poruszając się – jak kiedyś wyjaśnił fachowo pielęgniarzom interesujący się fizyką Billy – ruchem jednostajnie opóźnionym.
Aż do całkowitego zatrzymania maszyny chłopiec siedział nieruchomo i z uwagą obserwował zwalniający skład. Pielęgniarzowi wydawało się, że mały kątem oka kontroluje czas na Kubusiowym zegarze. Czasami zadziwiał ich synchronizacją swoich działań – był jak automat. Razem odprowadzali wzrokiem małe wagoniki zatrzymujące się wśród pól z pomarszczonego sukna.
Na zegarze była właśnie ósma czterdzieści cztery. Chłopiec wstał i grzecznie podał pielęgniarzowi rękę. Na dojście do sali telewizyjnej i zajęcia miejsc mieli akurat pełną minutę.

Trzy

...eli to wojskowy patrol... Mężczyzna odłożył żelopis i zamknął notes. Wychylił się, by spojrzeć przez okno – co uczynili też inni pasażerowie. Pociąg stał otoczony z obu stron gęstym lasem. Z zewnątrz było słychać pokrzykiwania obcych ludzi. Kim byli?... Na twarzach pasażerów malował się strach. Kobiety przeżegnały się nawet kilka razy prewencyjnie. Widząc to, student prychnął z dezaprobatą i podniósł się z miejsca, by otworzyć okno. Wychylił się i zobaczył kilku kolejarzy stojących obok pociągu, jak gadają i palą papierosy z jakimiś obdartusami poobwieszanymi elementami wojskowego uzbrojenia: kamizelkami, karabinami, wizjerami. Ten widok uspokoił go od razu – najwyraźniej kolejarze byli z tymi facetami w dobrej komitywie, co jakiś czas nawet śmiali się i klepali po plecach. Chłopak usiadł z powrotem. Widząc wyczekujące miny sąsiadów machnął nonszalancko ręką, dając tym do zrozumienia, że zagrożenie jest niewielkie – i nie ma się czym przejmować. Ziewnął przeciągle, stawiając tym kropkę nad „i”. Stary historyk pomyślał, że był to z jego strony szczyt możliwości komunikacyjnych. I choć chłopak przymknął oczy, jakby próbował zasnąć, manifestując tym swoją obojętność wobec zatrzymania składu, dziadek wolał przekonać się naocznie, co zaszło: wstał, i ostentacyjnie przestępując nogi studenta, wyszedł na korytarz. Przy zewnętrznych oknach zebrali się już gapie. Dało się odczuć lekki niepokój. Przez korytarz szedł szept, że pociąg został zatrzymany przez partyzantów. Ktoś powtarzał, że jeden z konduktorów rozproszył obawy, krzycząc dwa wagony dalej, że to „nasi” – co miało usłyszeć kilkanaście osób.
Krótko ostrzyżony Anglik również wyszedł na korytarz. Nie wdawał się w rozmowy; podszedł do ostatniego wolnego okna, by osobiście zlustrować sytuację. W pewnym momencie ujrzał ze zdumieniem (choć teoretycznie nie powinno go to dziwić), jak dwóch kolejarzy i jeden z „partyzantów” rozkładają na błocie brudne sienniki, i uklęknąwszy na nich, zaczynają bić pokłony. Nie było wątpliwości: kłaniali się w stronę Mekki, cholera wie jak zdołali określić jej kierunek w gęstym lesie. Chyba, że uprościli sprawę, używając kompasu. Obserwował całą scenę zafascynowany. Pozostali z grupy stojącej przy pociągu nie komentowali zachowania swych kompanów innowierców – Anglikowi wydawało się, że umilkli nawet, chcąc poszanować ich praktyki religijne. Islam znaczy uległość, przemknęło Anglikowi przez myśl, gdy obserwował czołobitne pokłony tych dorosłych Polaków. Trzydzieści lat temu taka sytuacja byłaby jeszcze nie do pomyślenia.
Wtedy spostrzegł kątem oka dziadka ze swojego przedziału – spoglądał w tę samą stronę i chyba nawet chciał wygłosić jakiś komentarz. Jednak w momencie, gdy ich spojrzenia spotkały się – obaj spuścili wzrok. Znowu deja vu... Nikt się nie odezwał, jakby wzajemne skojarzenia wepchnęły im słowa z powrotem do ust. Drobna nić porozumienia została nawiązana – i właśnie z takim wrażeniem obaj mężczyźni wracali kwadrans później do swojego przedziału.

- Dlaczego twój pociąg stoi już tak długo, Billy?
Chłopiec nie odpowiedział. Spoglądał w napięciu na skład między gęsto poustawianymi makietami drzew, i pielęgniarz był pewien, że mały wyobraża sobie teraz różne wydarzenia.
- Billy, odpowiesz mi wreszcie? – spytał łagodnie.
Chłopiec zerknął na niego krótko i milczał nadal.
Pielęgniarz westchnął. Miał wrażenie, że chłopiec jest wręcz zatopiony we własnych myślach – i nie widzi spoza nich ani tego szpitalnego pokoju, ani osoby swojego opiekuna. Dziecięce konfabulacje przybierały u tego typu malców skrajne rozmiary – potrafili kreować całe ciągi fabularnych zdarzeń, niczym mali demiurgowie. Wymyśloną rzeczywistością często zastępowali świat zewnętrzny – co było groźne, gdyż mogło prowadzić do całkowitego zamknięcia się w samym sobie. I do nie odróżniania realności od fikcji.
- Jeżeli nie chcesz się już bawić, to powiedz – uśmiechnął się pielęgniarz. – Pójdziemy na spacer do oranżerii na parterze.

- Do obiadu masz jeszcze ponad dwie godziny – nie ma sensu, byś się nudził w tym pokoju przy wyłączonej zabawce.
I po co ja to wszystko mówię? Nagle pielęgniarz zwątpił we własną taktykę. Jednocześnie krytycznie ocenił elektryczną kolejkę jako zabawkę: jej terapeutyczne właściwości wydawały się mocno przesadzone. Widział przecież, że w przypadku Billy’ego było na odwrót – choroba zdawała się wręcz pogłębiać pod wpływem fascynacji staroświecką kolejką. Co by na to powiedział jego dziadek?
Podszedł bliżej.
- No, Billy, daj mi rękę...
Kiedy wyciągnął dłoń, by podnieść chłopca z kolan i wyprowadzić z sali, mały nagle drgnął. Był niczym wybudzony z transu – zerkał na wszystkie strony, mrugał oczami, a później równie szybko się uspokoił. Pielęgniarz zamarł z wyciągniętą ręką. Chłopiec uśmiechnął się tajemniczo i zamiast podać dłoń, położył ją na pudle sterującym składem. Z namaszczeniem przekręcił włącznik i zatrzymany pociąg ruszył, szarpiąc za sobą małe wagony.

***
Ruszyliśmy. Nie, to nie było wojsko. Jakaś leśna banda, kolejarze są z nią w układzie. „Partyzanci” sprzedają im informacje o ewentualnych niespodziankach, jakie mogą czekać na torach, doradzając porę podróżowania. Informacja kosztuje, ale to i tak idzie z naszych pieniędzy, więc kolejarze na pewno wychodzą na swoje.
Redaktor poczuł się rozczarowany – jako czytelnik liczył na sensacyjny zwrot akcji, jakąś strzelaninę lub przynajmniej zatarg z ludźmi zatrzymującymi skład – a tu tylko fałszywy alarm. Choć z drugiej strony nie powinien życzyć źle anonimowemu autorowi relacji – to była w końcu literatura faktu! Pomyślał, że czytane fragmenty trzeba zakwalifikować chyba jako reportaż dygresyjny – jeżeli w ogóle istniała taka odmiana reportażu. Bo jak inaczej to nazwać, skoro po tym fragmencie autor znów skręcał w stronę anegdoty. Redaktor czytał dalej, wciąż nie do końca pewien wartości rękopisu.

Wreszcie mam o czym pisać – ta historia spadła jak z nieba, bo już straciłem zapał do prowadzenia tych notatek. Kiedy znów ruszyliśmy, jeden z „konduktorów” (tak nazywamy kolejarzy z obsługi pociągu) przysiadł się nieoczekiwanie i częstując nas samogonem (ginąca staropolska gościnność?) rozgadał się niesłychanie. Głównie narzekał, wieszając psy na politykach i pomstując na obecną sytuację, która zmusza go tego, czego normalnie by nie robił – jednym słowem typowe żale zgorzkniałego faceta w czasie bezsensownej wojny. Szkoda relacjonować jego gadanie. Opowiedział jednak interesującą anegdotę, której wcześniej nie znałem (wstyd – w końcu byłem w Polsce korespondentem zagranicznym) – i dzięki której czas spędzony na wysłuchiwaniu opowieści „konduktora” nie był bez reszty stracony. Jak się pewnie domyślasz, zamierzam Ci ją teraz przytoczyć. Nie przerywaj lektury, naprawdę warto tego posłuchać. Opowieść dotyczy pierwszych zamachów terrorystycznych w Polsce. A tchną one tragifarsą, jak wiele wydarzeń w najnowszej historii tego nieszczęsnego kraju.
Otóż wojna ze światowym terroryzmem, zapoczątkowana w 2001 roku przez George’a Bush’a II, była – jak pewnie pamiętasz – o tyle uzasadniona, że terroryści arabscy działali z ukrycia i stosowali taktykę chaosu: uderzenia następowały w sposób zdecentralizowany, chociaż główna terrorystyczna organizacja nosiła nazwę Bazy. Wypowiedzenie tej wojny, wymagającej innych metod niż tradycyjne działania militarne i wywiadowcze, było pomysłem dobrym, lecz nie powstrzymało rozwoju terroru w różnych krajach cywilizacji zachodniej. Zwłaszcza tych, które popierały antyterrorystyczne działania – w końcu więc ofiarą zamachów padła i Polska.
Terroryści, którzy wcześniej posyłali tu swoich ludzi na rozpoznanie, zadali cios bardzo starą, jeszcze głęboko XX-wieczną metodą: zdetonowali samochód – pułapkę na jednym z największych placów Warszawy. Zupełnie, jakby w tak prowincjonalnym państwie jak Polska szkoda im było poświęcać synów Allacha na porządny samobójczy zamach. Samochód eksplodował, zabijając sześć osób, a raniąc ponad dwadzieścia. Użyto biosemteksu, a przy okazji skompromitowano służby municypalne: nie cieszącą się już wcześniej wśród ludności straż miejską.
Chodziło o to, żeby samochód mógł stać pół dnia w centrum miasta – i żeby nikt go nie odholował, mimo naruszenia zakazu zatrzymywania się. Terroryści wpadli więc na sprytny pomysł, angażując – jako mimowolnych i nieświadomych współsprawców tragedii – straż miejską. Municypalni przyjechali na miejsce i zrobili to, co umieli najlepiej: założyli blokadę na koło przeciętnie wyglądającego pojazdu. Po czym wycofali się w poszukiwaniu innych obiektów, które mogliby zablokować. Na zatkniętej za wycieraczką kartce był numer komórki funkcjonariusza, tak żeby kierowca mógł się skontaktować i zapłacić mandat – w zamian za łaskawe oswobodzenie jego wehikułu z metalowego rusztowania. Było to jeszcze w czasach, gdy Trybunał Konstytucyjny nie uznał za bezprawne blokowania samochodów – co miało już miejsce w kilku innych państwach Europy, a później stało się ogólną normą prawa wspólnotowego. A przecież sprawa była oczywista: nie dość, że naruszano prawo własności i swobodę przemieszczania się, to w dodatku kara była bezcelowa, gdyż jej efektem było utrzymanie stanu bezprawnego: unieruchomiony samochód naruszał zakaz znacznie dłużej, niż gdyby kierowca szybko wrócił do niego i odjechał (średnio zdejmowano blokadę po dwóch-trzech godzinach).
Ale wracam do istoty sprawy: jak już się pewnie domyślasz, terroryści spodziewali się, że samochód z ładunkiem wybuchowym zostanie unieruchomiony. I tak też się stało – municypalni nie zawiedli organizatorów zamachu. Perfidia terrorystów polegała na tym, że zadzwonili na ogólnodostępny policyjny numer z informacją o podłożonym ładunku – na niecałe dziesięć minut przed eksplozją. Ekipa saperów i antyterrorystów zjawiła się dwie minuty przed wybuchem, lecz samochodu nie dało się usunąć! Jedyne, co mogli zrobić to zacząć rozpędzać przechodniów, co nieco zmniejszyło liczbę ofiar... Podobno wcześniej antyterroryści próbowali strzelać do mechanizmu, lecz od pewnego czasu blokady wykonywano z tytanu, żeby były odporne na pociski (wcześniej przestępcy pozbywali się niechcianych rusztowań na koła, strzelając w ich przerdzewiałe zamki – co ośmieszało sam pomysł blokad, skutecznych tylko wobec uczciwych obywateli). W każdym razie – zamach się udał. Efekt był łatwy do przewidzenia. Eksplozja spowodowała kolejną detonację, tym razem medialną. Dyskusja publiczna trwała kilka miesięcy. Niestety, zamachy powtórzyły się jeszcze parę razy, choć na szczęście nigdy nie przybrały w Polsce katastrofalnych rozmiarów. Obywatele RP wzdychali z nostalgią za czasami, gdy samochody wybuchały jedynie wskutek mafijnych porachunków – bez przypadkowych ofiar wśród ludności.

Cholera, nic o tym nie wiedział. Czyżby władzom udało się aż tak dobrze zatuszować kompromitująca wpadkę municypalnych? Żadna oficjalnie opisywana wersja tego zamachu o czymś takim jak blokada koła nie wspominała! Wiedzieliby o tym jedynie wtajemniczeni? Redaktor kręcił głową z niedowierzaniem. Wartość rękopisu od razu wzrosła w jego oczach. Po chwili znów natrafił na fragment odnoszący się do podróży. Dobrze – pomyślał – tylko cały czas jest tego za mało.

To jedyna rzecz warta przytoczenia z całego monologu „konduktora”. Do końca dnia nie działo się już nic ciekawego. Zaliczyliśmy dwa godzinne postoje (obsługa nie była łaskawa wyjaśnić nam ich przyczyn). Może jutro uzbiera się lepszy materiał na list, bo znów nie mam o czym Ci pisać. Przecież nie będę powtarzał plotek i innych głupot roznoszonych po pociągu przez kolejarzy i zastraszonych pasażerów – na przykład wątpliwych relacji o śmiercionośnym promieniowaniu w Sudetach; albo o zastosowaniu przeciwko polskim partyzantom nowego gazu bojowego, który miał pomieszać im zmysły w takim stopniu, że zaczęli uważać się za bohaterów jakiegoś wojennego komiksu – dzięki czemu bez trudu zostali wyłapani. I tego typu „rewelacje”... Zbyt długo pracuję w tym zawodzie, bym nie potrafił oddzielić ziaren prawdy od plew fałszu.


***

Pielęgniarz wszedł do pokoju i stanął tuż obok chłopca.
- Billy.
- Tak, Steven?
Mężczyzna z trudem ukrył zdumienie. Chłopiec rzadko kiedy odpowiadał od razu, zazwyczaj jakakolwiek reakcja wymagała kilku, kilkunastu minut. Jakakolwiek! A teraz zareagował werbalnie...
- Widziałem, jak płakałeś, patrząc na kolejkę. Czy stało się coś złego?
Łzy malca zaniepokoiły personel pół godziny temu. Billy siedział nieruchomo, zapatrzony w torowisko albo gdzieś przed siebie, zamyślony, zupełnie nieobecny – i cichutko łkał. Wezwali panią psycholog, lecz doktor Rusdhi była akurat poza placówką, toteż musieli poradzić sobie sami do jej powrotu. Z początku nie przerywali małemu, obserwując go w dyżurce przez szerokokątne kamery cyfrowe, które przekazywały z idealną jakością obrazu zapłakaną twarz autystycznego dziecka. Widok był przygnębiający – budził we wszystkich pracownikach pokłady współczucia. W końcu jeden z pielęgniarzy postanowił pójść do chłopca.
- Czy stało się coś złego? – powtórzył pytanie.
Na Kubusiowym zegarze upłynęło dziesięć sekund ciszy.
- Nie, ale stanie się wkrótce – wyszeptał z rezygnacją Billy.
- Co też opowiadasz? – pielęgniarz uśmiechnął się ciepło. – Jesteś bezpieczny, czuwamy nad twoim zdrowiem, oglądasz swoje ulubione programy... Masz – wskazał ręką – swoją kolejkę...
Tym razem chłopiec milczał prawie minutę.
- To właśnie tam... To oni... Tam wydarzy się nieszczęście... – wypowiadał słowa z trudem.
- Gdzie, Billy?
Malec nie odpowiedział. Nić rozmowy została zerwana. Pielęgniarz przez kilka minut próbował naprowadzić go na odpowiedź, jednak bez rezultatu. Chłopiec ze strachem wpatrywał się w jadącą bardzo wolno kolejkę.


Cztery

W ostatnim przedziale trzeciego wagonu doszło do kłótni. Nie było to niczym szczególnym w pociągu. Zdarzało się, że cały wagon pełen był wrzasków polemizujących i biorących się nawet za łby pasażerów. Najczęściej szło o najnowszą sytuację polityczną – był to temat najbardziej kontrowersyjny. Nikt nie mógł zgadnąć, co myśli jego towarzysz podróży – każde wypowiedziane zdanie przypominało krok na polu minowym: wybuchnie albo nie wybuchnie... Ryzykowali zwłaszcza cudzoziemcy, narażając się dodatkowo na zarzut, że powinni siedzieć cicho, gdyż nie wypada im oceniać zaistniałych zdarzeń. Zwłaszcza, że prawie w każdym przedziale siedział jakiś Polak.
W ostatnim przedziale wagonu numer trzy było nieco spokojniej. Odbyła się tylko krótka dyskusja o sytuacji sprzed dekady. Dwie proste kobiety wyraziły horrendalną dla pozostałych pasażerów opinię, że zachodnie rejony Polski powinny zostać włączone do Wschodnioeuropejskiego Obszaru Gospodarczego (czyli Rosji, Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu), mającego być szalą równoważącą ekonomiczną wspólnotę w ramach Unii Europejskiej. Profesor nie dał się wciągnąć w dyskusję z kobiecinami; polemizował z nimi, w nienajlepszym niestety stylu, student wiozący gitarę – być może poczuwał się do tego jako adept dziennikarstwa, do czego przyznał się zaraz na początku sprzeczki (co z kolei zdumiało Anglika, który myślał że jest jedynym pismakiem w przedziale). Polemika była krótka i ostra. Na koniec chłopak spuścił sobie na twarz zasłonę długich włosów i ułożył się do snu, co tylko rozsierdziło kobiety. Zasypały bezbronnego populistycznymi argumentami, jakby żywcem wziętymi z arsenału retorycznych chwytów Trędowatego i Odrzuconych. Potem siedziały przez następną godzinę naburmuszone. A chłopak chyba rzeczywiście zasnął. Gdy baby wyszły na korytarz, dziadek wyglądający na naukowca podsumował spór krótkim wykładem. Zdawał się kierować słowa głównie do milczącego Anglika, który na ten czas zaprzestał pisania w notesie, jakby chciał zrobić staremu przyjemność.
- Oczywiście żadna ze stron nie miała racji. Polska, jeszcze jako półsuwerenne państwo w pierwszym ćwierćwieczu bytności w Unii, została dosłownie rozerwana, jak kiedyś rozrywano skazańców końmi, pociągnięta między dwie siły: ekonomiczną platformę w ramach UE i wspólny obszar gospodarczy Rosji, Białorusi, Ukrainy, Kazachstanu i przybudówek z byłej Wspólnoty Państw Niepodległych. Mimo granic unijnych, w tym supernowoczesnej granicy wschodniej, wschód Polski żył wciąż dzięki nielegalnej wymianie ekonomicznej z Białorusią i Ukrainą, a na północy także z Królewcem. Przemyt zorganizowano na gigantyczną skalę, aby drobny przygraniczny handel mógł nadal istnieć; szara strefa pomagała tym ludziom funkcjonować. Do UE wschodnie województwa Polski należały tylko formalnie, faktyczny obrót towarowo – usługowy miał tylko jeden wektor: wschodni. Jak tylko pojawił się pierwszy głęboki kryzys spójności w UE, nadgraniczne obszary Polski przykleiły się do WOG, a pozostałe ziemie zostały przy UE. To był proces naturalny, nie zależał od niczyjej decyzji, więc spór o zasadność takiego obrotu rzeczy jest jałowy.
Potem wróciły kobiety, więc wszyscy milczeli taktownie, obserwując zmieniające się za oknami dzikie ostępy wokół dawno zapomnianych połączeń kolejowych.


***
I znów chwytam żelopis, którego plastikowa oprawa pęka w kilku miejscach (musiałem obkleić plastrem). Nic specjalnego się nie wydarzyło. Postoje za to coraz częstsze i dłuższe. Kłopoty z prądem w trakcji. Odcinają nagle i pociąg staje w lesie lub w polu. Przed wykryciem przez samoloty zwiadowcze chroni nas ponoć silny antyradar, emitujący zakłócenia elektromagnetyczne (cacko najnowszej technologii – Bóg raczy wiedzieć, skąd skołowali go kolejarze; płacimy słono za transport, jednak pieniądze pasażerów to zaledwie drobny ułamek ceny tego urządzenia). Oczywiście widać nasz skład gołym okiem, ale nikt takiego naocznego zwiadu już nie uprawia – cały obraz idzie via ekrany pomiarowe. Dzięki takim paradoksom możemy uciekać w stronę granicy. Sytuacja jak z teatru absurdu – a raczej byłaby, gdyby nie groza panującej sytuacji.
Podczas postoju przemytnicy (jadą tą trasą już któryś raz) przebąkiwali coś o nagiej dziewczynie przechadzającej się z parasolką po torach w napromieniowanym rejonie Sudetów. Twierdzą, że to sama śmierć. Zamiast gnijącego trupa lub kostuchy z kosą – parasol rzucający cień na ciało anorektycznej dziewczyny, podobnej do modelki z „Playboya” (nowy ideał piękna?). Te historie przypominają stare opowieści o duchach, zjawach i demonach chorób, aż dziw bierze, że w XXI wieku ludzki umysł jest wciąż podatny na takie sugestie. Przesądy są widocznie nieśmiertelne – w przeciwieństwie do ludzi. Gdy dotrzemy na miejsce – rzeczywistość skonfrontuje te obawy. Na razie jesteśmy (podobno) mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Poznania. To niebezpieczny odcinek, niedaleko jest były zbiornik paliwa NATO, zmodernizowany jeszcze na początku wieku przez Amerykanów, a później przejęty na mocy specjalnego układu przez siły zbrojne UE (podobnie jak wszystkie bazy wojskowe, gdzie stacjonowali żołnierze U.S. Army).
Wezmę to – pomyślał redaktor działu literatury faktu. – Przy odpowiednim nagłośnieniu ten dziennik z ucieczki przemytniczym szlakiem będzie się świetnie sprzedawał. Wojna się skończyła, ale zainteresowanie nią – nie. Wielu ludzi będzie chciało przeczytać taką relację z pierwszej ręki, by skonfrontować ją z własnymi doświadczeniami i pogłoskami. Oczywiście mogą pojawić się zarzuty, że to apokryf, mistyfikacja w rodzaju Pieśni Osjana albo rękopisów Vaclava Hanki. Trudno. W takim razie zreprodukujemy oryginalne kartki, żeby uwiarygodnić pochodzenie tekstu.


***

Wojska USA wycofały się z Europy dwadzieścia lat temu, gdy Ameryka ogłosiła doktrynę nowego izolacjonizmu. Największe dotąd mocarstwo opancerzyło się przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi – i zawęziło politykę zewnętrzną do kilku strategicznych obszarów, w przypadku pozostałych ograniczając się do koniecznych stosunków dyplomatycznych i handlowych. Tak naprawdę był to powrót do doktryny, której USA trzymały się przez większość swojej historii. Świat stracił znienawidzonego żandarma, za którym zaraz zatęsknił – zapalne ogniska na kilku kontynentach zapłonęły nowym ogniem. Również w Europie Środkowowschodniej.
A wśród pasażerów mówiło się ze zgrozą o radioaktywnych górach – ten i ów wyraził opinię, że jest to wina USA, które popełniły tym razem grzech zaniechania, ani myśląc o nowej interwencji...
Taka mniej więcej atmosfera panowała w pociągu: świadomość bliskości wojskowych obiektów i podświadomość karmiona wizjami demonów chorób. Strach przed zagrożeniem realnym i zabobonne obawy prostych ludzi. Realistyczno – magiczna mieszanka wojennego lęku. Za dnia nastroje bywały lepsze, wieczorem pasażerowie wydawali się mocno przygnębieni, jakby tracili nadzieję na ocalenie. Mimo to podtrzymywała ich na duchu świadomość, że z każdą minutą znajdowali się bliżej celu.

- Mały ma coraz dziwniejsze wyniki – skomentowała psycholog pochylona nad książką z przebiegiem choroby Billy’ego. – Choroba przebiega bardzo nieregularnie, żadnych prawidłowości i uchwytnych tendencji – kontynuowała. – Gdyby przedstawić to na wykresie, wyszłaby zdeformowana sinusoida, bez żadnej stałej tendencji rozwojowej.
Profesor przyjeżdżający na konsultacje do ośrodka dla dzieci pokiwał głową znad fajki. Kłęby beznikotynowego dymu osiadały na sterylnym wyposażeniu gabinetu. Pachniały jaśminem.
- Nie jest pani pierwszą osobą, która zwraca mi uwagę na przypadek tego chłopca – zamyślił się lekarz. – Również doktor Waters i doktor Shonto są zaniepokojeni. Mały miewa objawy zupełnie niepodręcznikowe. Słyszałem, że Shonto chce się nawet na nim habilitować, bo to dość rzadki przypadek autyzmu dziecięcego. A propos, jakby pytał – nie ja to pani powiedziałem.
Kobieta skinęła głową. Z trudem kryła irytację – sama zaczęła już bowiem myśleć o doktoracie „z Billy’ego”. A teraz dowiaduje się, że Shonto ją ubiegł. Szczwany Japoniec... Niby badaliby odmienne aspekty choroby małego – lecz zawsze byłby to ten sam pacjent, niewykluczone więc, że oskarżono by ją o plagiat naukowy. A poza tym nie byłaby już pierwsza.
- Pani Rushdi?... – profesor wyrwał ją z zamyślenia.
- Nic, nic, po prostu zastanawia mnie to wszystko – westchnęła lekarka. – Jak tak dalej pójdzie to przestaniemy troszczyć się o dobro tego chłopca. Na razie nie możemy mu pomóc, a jego zdrowie jest przecież najważniejsze. Zdrowie, a nie kariery, jakie możemy zrobić jego kosztem...
Profesor podniósł się w fotelu.
- Ale jak to jego kosztem? To demagogia, moja pani. Jeśli by przyjąć ten punkt widzenia, wtedy musielibyśmy uznać, że cała medycyna rozwija się „kosztem” chorych...
- Mówiłam tylko...
- Może przypomni mi pani teraz przysięgę Hipokratesa? No więc zapewniam panią, że nikt z nas Billy’emu nie szkodzi.
- Wiem, profesorze. Po prostu ten konkretny przypadek poraża mnie jakoś... naszą bezradnością.
Milczeli długą chwilę. Profesor po raz ostatni cmoknął fajkę, mieszanka się skończyła. Zapach jaśminu wciąż unosił się w pomieszczeniu.
- A co pani myśli o tej kolejce? Billy spędza teraz przy niej większość swojego czasu – wczoraj podobno uruchomił ją w środku nocy.
Doktor Rushdi uśmiechnęła się tajemniczo niczym łagodna wersja bogini Kali.
- Prawdę mówiąc właśnie to nie daje mi spokoju, profesorze...

***

I znów noc za oknami. Mżawka osiada na wagonach, gdy pociąg zagłębia się wilgotną ciemność. Nikt nie otwiera okien w przedziałach i na korytarzach – za zimno. W ostatnim przedziale trzeciego wagonu pasażerowie nie śpią jeszcze. Student brzdąka cicho na gitarze, śpiewając półgłosem swój popisowy numer. Wychodzi mu całkiem ładnie, nawet stary historyk słucha z przyjemnością, z trudem udając obojętność. Ta piosenka ma już chyba sto lat...

Sunęła poprzez czarne łąki
Sunęła przez spalony las
Mijała bram zwęglone szczątki
Płynęła przez wspomnienia miast
Biała Lokomotywa

Skąd wzięła się w krainie śmierci
Ta żywa zjawa istny cud
Tu pośród pustych marnych wierszy
Tu gdzie już tylko czarny kurz
Biała Lokomotywa

Ach czyj ach czyj to jest
Tak piękny hojny gest
Kto mi tu przysłał ją
Bym się wydostał stąd
Białą Lokomotywę... 1

Profesor zadumał się nad strofą: Mijała bram zwęglone szczątki, płynęła przez wspomnienia miast... Jak okrutnie adekwatne były to słowa w stosunku do największych miast Polski! Uciekali dzikimi ostępami, z dala od metropolii, jednak słuchając piosenki nie sposób było nie wyobrazić sobie, że ich pociąg mija z daleka miasta – coraz bardziej ponure i rozwarstwione społecznie... Niedawno mijali szerokim łukiem Poznań, teraz zbliżają się powoli do Wrocławia. Oblicza polskich miast – degenerowały się prędzej niż profesor się starzał. Kiepską pociechę stanowił fakt, że było to odbicie szerszej tendencji.
W roku 2003 zaledwie sześć procent Europejczyków mieszkało w slumsach i ruderach. Ćwierć wieku później – już blisko trzydzieści procent. W Polsce wielkim problemem stały się tzw. blokowiska, ogromne skupiska betonowych „maszyn do mieszkania”, stawianych jeszcze w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku. W prawie każdym polskim mieście istniały takie „sypialnie” – całe dzielnice niszczejących mastodontów z wielkiej płyty, nie nadających się do dalszej witalizacji. Ich stan był już katastrofalny w latach dwudziestych, trzydziestych – pękały, gnieździły się w nich szczury i karaluchy. Mieszkała tam głównie biedota, starzy ludzie oraz nieliczni studenci uczący się w kraju. Jednocześnie powstawały bloki – widma, zasiedlane przez subkultury, przestępców i grupy bezrobotnych młodych mężczyzn, którym nie udało się dostać do wojska – istna mieszanka wybuchowa. Był to obraz nędzy i rozpaczy, dzicy lokatorzy organizowali się w bandy napadające na strzeżone kompleksy mieszkalne, gdzie chroniła się – niczym w twierdzach – bogatsza klasa średnia. Gangi zresztą były bardzo różnorodne i barwne, mówiono nawet o wytwarzanej przez nie kontrkulturze. Przez krótki czas działali neopoganie, nawiązujący do przedchrześcijańskich wierzeń Słowian i Germanów: grasowali z kuszami i łukami wśród walących się bloków i osiedlowych śmietników. Do tego dołączali zdyscyplinowani neonaziści, częściowo sprzymierzeni z wyznawcami germańskiego pogaństwa, a także popularne na przełomie wieków, a z czasem zdegenerowane bractwa rycerskie, wskrzeszające niechlubne tradycje rycerzy – rabusiów czatujących na średniowiecznych gościńcach. Historia powtarzała się jako tragifarsa.
A później zdarzyła się rzecz niezwykła, choć z drugiej strony oczywista – poczucie beznadziejności sprawiło, że niepewni jutra mieszkańcy blokowisk zaczęli przyjmować nową restrykcyjną religię. Zaczęli przechodzić na islam. Zjawisko miało swój precedens już w XX wieku, w USA, gdzie czarnoskórzy mieszkańcy slumsów i dzielnic biedoty byli nawracani na wiarę Proroka przez gromady członków Narodu Islamu – organizacji ideologicznych spadkobierców po Malcolmie X. W rzeczywistości pełnej gwałtów, narkotyków i strzelanin ludzie chronili się pod skrzydła silnej wiary, wymagającej od nich bezwzględnego posłuszeństwa. Transakcja była prosta: bezpieczeństwo kosztem wolności, w której panuje stan „wojny wszystkich ze wszystkimi” – zupełnie jak u Hobbesa. I podobny mechanizm zadziałał wśród mieszkańców polskich blokowisk. Skutki były coraz bardziej zauważalne. Pustoszejące osiedlowe kościoły, z których ewakuowano księży ze względów bezpieczeństwa, zamieniano stopniowo na meczety. Polski islam był religią biedną, lecz prężną i agresywną. Nawołujące do przemocy wobec niewiernych sury Koranu stały się – po ich uproszczeniu do kilku punktów – swoistym katechizmem dresiarzy. W związku z tym niektórzy mówili pół żartem o nowej sekcie islamskiej: sekcie polskich dresailitów. Zastraszona i bierna większość popierała ten ruch, jako swoją bojówkę, gdyż szukała w nim obrony przeciwko zwalczającym się gangom neopogan i Raubritterów.
Był to zresztą odprysk szerszej tendencji – islam stawał się religią klas biednych, sympatyzowali z nim coraz mocniej antyglobaliści, a w Polsce sam Trędowaty pod koniec życia przyjął wiarę i prawo Mahometa. Stało się to symbolem. Główny przywódca buntów plebejskich w środkowowschodniej Europie swoją decyzją przypieczętował niejako wizerunek islamu jako duchowej deski ratunku dla zagubionych i głodnych mas. Niektórzy kpili, że nie zdarzyłoby się to wszystko, gdyby nie zakazano chłopskiemu królowi legalnej działalności politycznej, a wcześniej nie skonfiskowano mu majątku. Ale wyjścia nie było – zbyt często i zbyt jaskrawo łamał on prawo. W ten sposób wyhodowano największego wichrzyciela i demagoga w tej części kontynentu od czasów Pugaczowa – jak stwierdził pewien publicysta, nie odróżniający wyraźnie historii Polski i Rosji. Analogia była jednak częściowo trafna.
Skutki krótkotrwałych rządów Trędowatego, będących wręcz wzorcową wersją ochlokracji, ubranej w szatki fasadowych instytucji (fasadowych, bo zależnych od woli Trędowatego i jego kolesi), kosztowały Polskę sporo. Prawie udało im się rozmontować i tak już nie najlepszą spójność Unii Europejskiej, pękającej w szwach od rosnących w siłę tendencji komunitarnych i – z drugiej strony – globalizacyjnych. To właśnie wobec Polski, po dojściu do władzy populistów sprzyjających Trędowatemu (który sam kandydować nie mógł) i po zapowiedziach zmian ustrojowych mających doprowadzić do ustanowienia w Polsce dyktatury, Bruksela zagroziła zastosowaniem wobec RP najsilniejszej sankcji, nie licząc interwencji zbrojnej (która możliwa była jednak w dalszej kolejności): otóż zagrożono zawieszeniem Polski w prawach członka UE. Nowa władza, wybrana w demokratycznych wyborach i głosząca kres parlamentaryzmu jako wichrzycielstwa (które sama ochoczo wcześniej uprawiała) – otrzymała miano Odrzuconych. Był to ruch społeczny składający się w dużej mierze z ludzi starszych i zagubionych wobec zbyt długo już trwających, niemal permanentnych transformacji społecznych, technologicznych i ustrojowych. To właśnie na listę Odrzuconych padło najwięcej głosów, niektórzy zwali ją ironicznie grey power, ze względu na wiek jej działaczy. Stanowili ją natchnieni częściowo islamem, jako ożywczą ideologią, byli górnicy, rolnicy, stoczniowcy, drobni kupcy, dresiarze, niedoszli emeryci i pozbawieni swych praw renciści (po tym, jak w doktrynie prawnej przyjęto kres koncepcji ochrony praw nabytych, ze względu na niewydolność budżetową państwa i rosnące zadłużenie przyszłych pokoleń). Zresztą, nie było to do końca nie do przewidzenia. Prognozy demograficzne sprawdziły się: społeczeństwo starzało się, więc przy takiej stratyfikacji nie mogło dziwić poparcie udzielone przez wyborców kandydatom przemawiającym w imieniu starszych i zagubionych. Niż demograficzny zbierał swoje żniwo, co przy ogólnej pauperyzacji doprowadziło do powstania społeczeństwa ubogich starców. Już pod koniec XX wieku działały w Polsce z powodzeniem partie emerytów i rencistów, walczące głównie o zachowanie własnych zabezpieczeń socjalnych.
Zawieszenie w prawach członka UE było sankcją o tyle dolegliwą, że nie wiązało się z nią zawieszenie w obowiązkach. Dlatego mimo odebrania Polsce praw, wciąż wymagalna była składka do unijnego budżetu. Jak zareagował Trędowaty, który zbił kapitał popularności na prymitywnej krytyce Unii? Zawieszenie w prawach olał, a o płaceniu składki ani myślał... Niestety, społeczeństwo przyjęło tą deklarację z aplauzem, gdyż UE dawała wtedy rzeczywiście powody do krytyki, targana coraz to nowszymi aferami, a Europejski Trybunał Obrachunkowy co roku odnotowywał defraudacje pieniędzy pochodzących z budżetów państw – członków. Racjonalna krytyka unijnych instytucji, zwłaszcza bizantyjskiej wręcz biurokracji (a nawet architektonicznej gigantomanii unijnych gmachów) nie cieszyła się jednak takim powodzeniem, jak demagogiczne argumenty Trędowatego i Odrzuconych. Odpowiedzią ze strony Brukseli było ograniczenie z Polską obrotu handlowego, zamknięcie rynków zbytu dla eksportu i wprowadzenie wysokiej akcyzy na import do Polski towarów i usług. Po zawieszeniu była to kolejna dotkliwa sankcja: izolacja ekonomiczna kraju. Co było później? Opozycyjny rząd cieni udał się na Zachód i RP miała w ten sposób kolejny w swojej historii rząd na emigracji (tym razem w Strasburgu). W samym kraju doszło niemal do wojny domowej, z trudem uratowano sytuację. A uratowało ją polskie wojsko, uprzedzając w ten sposób interwencję zbrojną sił UE.
Wojskowi obalili Trędowatego, zdelegalizowali Odrzuconych i przejęli władzę tymczasową na czas kryzysu, by następnie przywrócić demokrację i ponownie wmontować Polskę w struktury unijne.
Trwało to kilka lat.

Odbywający nocny dyżur pielęgniarz zobaczył niepokojący obraz w kontrolnym monitorze. Wcześniej przysnął na chwilę, więc nie wiedział, od kiedy mały nie śpi. Poszedł prędko do jego pokoju. Kiedy stanął w drzwiach, ujrzał lampkę w kształcie pajaca rzucającą blade światło na ściany. Chłopiec siedział po turecku wewnątrz torowiska. Skład pokonywał kolejne okrążenie.
- Kładź się spać, Billy. Nie możesz bawić się tak późno.
Chłopiec skierował na niego senne spojrzenie.
- Nie mogę spać.
Znów ta szybka odpowiedź, zdumiał się w duchu pielęgniarz.
- Nie możesz, bo?...
- Bo myślę, jak ich ocalić.
- Słucham? – spytał niewyspany mężczyzna i podszedł bliżej.
Billy musiał płakać. Zaschnięte łzy połyskiwały na strapionej twarzy. Tory otaczały go niczym czarna aureola smutku.
- Co to znaczy, że musisz ich ocalić?... Kogo?
Mały kiwnął brodą w stronę kolejki.
- Przecież to tylko zabawka – mruknął pielęgniarz. – Zwyczajna elektryczna kolejka.
Billy zaprzeczył, kręcąc głową. Pielęgniarz podał mu chustkę, by wytarł oczy i wydmuchał nos. Wtedy chłopiec dokończył zdanie:
- Nie mogę iść spać, zanim nie obmyślę planu. Ja ich w tym zamknąłem i tylko ja mogę im pomóc.
Pielęgniarz westchnął ciężko. Cóż było robić? Wyjął z kieszeni saszetkę i wymieszał wysypany z niej proszek nasenny z zawartością szklanki stojącej na nocnym stoliku. Następnie podał mu ją, mówiąc ciepło:
- Wypij to.
Billy uśmiechnął się cierpko i ku zdziwieniu pielęgniarza wypił małymi łyczkami. Bez protestów. Następnie wyłączył kolejkę i wstał, czekając na dalsze polecenia.
- Jutro razem obmyślimy plan. Pomogę ci, obiecuję – pielęgniarz poprawiał kołdrę i poduszkę. – Żebyś lepiej myślał, musisz się wyspać. No, wskakuj do łóżka. Jutro rano o wszystkim porozmawiamy.

Pięć

Tuż o mglistym świcie pociąg zatrzymał się w lesie, hamując dość gwałtownie. Mieliśmy nieprzyjemną pobudkę – część pasażerów obudziła się pod wpływem hamowania. Reszta – za sprawę krzyków dwóch kolejarzy, kompletujących ekipę do oczyszczania torów z krzaków i drzew. To już któryś raz z rzędu. Pomagają przy tym wszyscy mężczyźni, więc musiałem wraz ze studentem i dziadkiem ubrać się i wyjść na zimno, aby popracować trochę. Choć biorąc pod uwagę ból nadgarstka – pisanie tej relacji też należałoby uznać za pracę fizyczną. Zbierając połamane konary i kłody miałem zamiar wrócić do pisania, jak tylko wsiądziemy do wagonu. Dłonie grabiały od tej roboty. Chłodny i wilgotny ranek wybudził nas całkowicie.
Niestety, nie było mi dane wrócić do pisania od razu. Po oczyszczeniu torów, dziadek, o którym Ci pisałem, nabrał ochoty na pogawędkę. Zaczął zawiłą opowieść o dziwnych prawidłowościach w historii Polski, które daje się ponoć ująć matematycznie – wykresem. Chyba był analitykiem dziejów, czyli jak byśmy dawniej powiedzieli – historykiem. Przedstawił nam (głównie mnie i chłopakowi z gitarą) swoją własną – co zaznaczył dwa razy – teorię historiozoficzną dziejów Polski. Była to – przygotuj się na to sformułowanie – teoria symetrii millenarystycznej. Przyznam, że sama koncepcja jest prosta, nie zrażaj się jej skomplikowaną nazwą. Postaram się ją przybliżyć w kilku akapitach.
Otóż, zdaniem mojego towarzysza podróży, który – jak sądzę po dzisiejszym wykładzie – był historykiem z toruńskiej szkoły Rydzyka (często odmawiał różaniec), dzieje Polski układają się symetrycznie. Przypominają – by użyć jego plastycznej metafory – rozłożony wachlarz. Takie spostrzeżenie jest jednak możliwie dopiero z dystansu, ponieważ koncepcja jest syntetyczna – podsumowuje już to, co się wydarzyło. Skrzydła wachlarza służą w tym porównaniu za stulecia. Przyjmijmy, że jest ich po jednej i po drugiej stronie pięć – razem dziesięć wieków czyli tysiąclecie. Przyjmijmy też założenie dwóch dodatkowych (skrajnych) skrzydeł – granicznych stuleci, które wyznaczają nam horyzont zdarzeń: wiek X i wiek XXI. Środek wachlarza to zatem rok 1500, a dwa skrzydła środkowe to wiek XV (lewe) i XVI (prawe), czyli lata „tysiącczterechsetne” i „tysiąćpięćsetne” (tak chyba należy tłumaczyć na polski włoskie terminy „quatrocento” i „cinquacento”). Zdaniem mojego współpasażera historia Polski rozkłada się niemal tak symetrycznie, jak metaforyczny wachlarz – odchodzące od środka stulecia są w dużej mierze lustrzane pod względem procesów dziejowych i zachodzących wówczas wydarzeń. Podobieństwa są uderzające – na przykład koniec wieku X i początek XXI (skrajne skrzydła) to próby wmontowania Polski w organizm jednoczącej się Europy, która wtedy jest jeszcze tylko w planach – w postaci cesarstwa Ottonów i w postaci Unii Europejskiej. A teraz przeskoczmy do środka wachlarza – zbadajmy symetrię środkowych ramion – wiek XV i XVI są podobne, gdyż politycznie dominuje przez całe te stulecia problem krzyżacki i problem Prus. Teraz weźmy dwa kolejne skrzydła – wiek XIV i XVII – nie powtórzę wszystkich dowodów na ich podobieństwo użytych przez „profesora”, ale umiał on uwiarygodnić swoje stanowisko. Używał głównie argumentów ekonomicznych. XIV wiek kształtował społeczeństwo stanowe i wprowadzał pojęcie suwerennego państwa, oddzielając je od osoby władcy, co wiek XVII wieńczył, koronował (nomen omen), bo wtedy spetryfikował się ostatecznie podział na stany i osiągnął swe apogeum kult „Korony”, Rzeczypospolitej, wobec której królowie pełnili rolę jakby tymczasowych zarządców. Poza tym te dwa stulecia to największe epidemie dżumy – w wieku XIV w Europie zaraza wykosiła jedną trzecią lub nawet połowę kontynentu, natomiast w XVII wieku w Polsce zgarnęła żniwo czterystu tysięcy ofiar, przywleczona znad bałtyckich portów.
Lata 1200 do 1300 i 1700 do 1800 również pasują, gdyż w obu tych stuleciach panuje rozpad państwa: najpierw za sprawą rozbicia dzielnicowego, później za sprawą rozbiorów; państwo chwieje się, jest niejednolite, wymaga konsolidacji, górę biorą tendencje destabilizujące. Najbardziej przekonał mnie jednak wywód „profesora”, kiedy porównywał wiek XI z XX – analogie są tu prościutkie i nie do podważenia: chodzi o wojny Polaków z Niemcami i Rosją. I oraz II Wojna Światowa dają przykładów aż nadto: wyprawa kijowska Chrobrego to jakby prekognicja wyprawy kijowskiej Piłsudskiego, liczne wojny z Niemcami aż proszą się o przeprowadzenie symetrii.
I tak dalej, i tak dalej. Koncepcja ma oczywiście dziury, w każdym wieku pojawiają się bowiem procesy i mają miejsce sytuacje bez analogii do symetrycznych stuleci (np. podporządkowanie PRL-u sowieckiej Rosji przez czterdzieści pięć lat nie ma odpowiednika w wieku XI). Niemniej – teoria ta mnie urzekła. Ponieważ razem studiowaliśmy ten dziwny przedmiot, jakim jest historia Europy środkowowschodniej i razem nawet wybraliśmy seminarium z historii Polski w katedrze im. Normana Davisa (ech, piękne to były czasy), przytaczam Ci, Robercie, tą zdumiewającą i karkołomną hipotezę autorstwa mojego przypadkowego towarzysza podróży. Może odświeży ona Twoje dawne zainteresowanie dziejami tych ziem, tak jak odświeżyła (na jedną noc) moje.
Myśląc o tym wszystkim, zastanowiłem się nad obecną sytuacją. Trudno było nie odnieść tych rewelacji do ostatnich wydarzeń. Przeprowadziłem prostą symetrię (już bez modelu wachlarza) – po prostu cofnąłem się o równe tysiąc lat od teraz. I uderzyło mnie zdumiewające podobieństwo między okresem po roku 1025, gdy śmierć Chrobrego doprowadziła w rezultacie do powstania ludowego, odrzucenia nowej religii i nawrotu pogaństwa (czemu kres położy dopiero Kazimierz Odnowiciel), a latami późniejszymi o 1000 lat – około roku 2010 – 2020... Wtedy również wybuchają zamieszki społeczne, warstwy biedniejsze buntują się przeciwko narzuconym przez władze instytucjom europejskim (pierwsze, tzw. małe powstanie Trędowatego). Wzrost kosztów życia, nowa biurokracja, zagubienie w unijnej rzeczywistości i nieumiejętność korzystania z coraz nowszych dobrodziejstw społeczeństwa informatycznego – zdetonowały wówczas falę wściekłości wśród plebsu, na pewno pamiętasz, pisały o tym gazety. Toż to wręcz lustrzane odbicie plebejskich ruchawek z okresu przed nastaniem Kazimierza Odnowiciela! I wtedy i później prosty lud nie chciał zmian i zjednoczył się wokół nienawiści do nowego porządku; za pierwszych Piastów niszczono i plądrowano kościoły, które zarastały trawą i dawały schronienie dzikim zwierzętom, zaś tysiąc lat później dewastowano gmachy administracji terenowej UE – to dopiero symetria!
Jest już późno. Kiepskie tu oświetlenie, czasami w ogóle odłączają wewnętrzne światło (zewnętrzne nie działa w ogóle). Większość przedziału drzemie. Zdrętwiała mi ręka od tego pisania. Długa droga przed nami – kto wie, co się jeszcze wydarzy na szlaku cudów.

Historyk wyszedł przejść się po pociągu. Była to jedyna forma ruchu dostępna pasażerom, a poza tym konieczność – należało co jakiś czas rozprostować kości, ponapinać mięśnie i pobudzić krążenie krwi, tak by nie zdrętwieć całkowicie. Kilka minut później wyszedł z przedziału Anglik, który również nie miał aktualnie nic do roboty – był zbyt zmęczony, żeby kontynuować zapiski. Symetryczne rewelacje dziadka nie dawały mu spokoju. Czy to możliwe, że nikt tego dotąd nie zauważył i nie pociągnął dalej badań?... Odpowiedź przyszła od razu: oczywiście, że tak. Anglik wiedział, dlaczego, bo sam studiował kiedyś historię (choć ostatecznie nigdy jej nie ukończył). Decyzję o wyborze takiego właśnie kierunku zawdzięczał pewnemu Polakowi, z którym zetknął się w dzieciństwie, w okolicznościach, o których wolałby nie pamiętać. Również dlatego zainteresował się Polską – tamten facet był szalenie sympatyczny. Gdyby nie to wszystko – nie trafiłby tutaj jako korespondent i ekspert od spraw polskich, pisujący do kilku brytyjskich tytułów. I nie musiałby uciekać tym okropnym pociągiem.
Przeciskał się przez korytarz pogrążony w myślach. Teoria symetrii milenijnej była klasyczną teorią historiozoficzną. Historiozofia była od dawna podejrzana dla oficjalnej doktryny akademickiej. Na uczelniach podważano jej naukowość. Oponenci twierdzili, że długoterminowe prognozy w dziejach są po prostu niemożliwe – jedyny wyjątek miały stanowić prognozy demograficzne i niektóre przewidywania ekonomiczne. Poza tym przyszłość miała być całkiem nieprzewidywalna. Było w tym sporo racji, jednak jego współpasażer zrobił coś innego – zamiast wybiegać myślą naprzód, podsumował zebrany już materiał. Wnioski nasuwały się same. Zastanawiając się nad tym, dziennikarz zawrócił, bo dotarł do końca pociągu – dalej był już wagon służbowy. Idąc z powrotem stawiał jak największe kroki, by naciągnąć obolałe stawy.
Wtedy się spostrzegli – na dwóch końcach korytarza. Oddzieleni kilkoma obcymi pasażerami szli w swoją stronę. Anglik pomyślał, że stary musiał pójść najpierw w przeciwnym kierunku, dlatego go nie spotkał. Zatrzymał się w przejściu, obok przegubu łączącego pierwszy i drugi wagon. Zadecydował, że zaczeka tu na dziadka i w końcu się przedstawi. Podróż trwała zbyt długo, by mógł wytrwać w postanowieniu o anonimowości, zresztą nie miało to już większego sensu. Nic nie groziło mu za przyznanie się do swojego pochodzenia i wykonywanego zawodu. Może nie powinien jedynie wspominać o...
- Przepraszam – mruknął stary historiozof, przechodząc.
- Pan pozwoli, czekałem tu na pana – zaczął dziennikarz nienaganną polszczyzną. – Chciałbym się wreszcie przedstawić.
Historyk zatrzymał się zdumiony.
- To miło z pana strony, młody człowieku – zauważył, uśmiechając się cierpko. – W końcu jedziemy już tak długo.
- William Ankerton, zagraniczny korespondent.
- Miło mi – dziadek ścisnął wyciągniętą dłoń. – Andrzej Wergilczak, profesor historii.
Po tych słowach zapadło milczenie – i wisiało przez chwilę nad nimi niczym wielki znak zapytania. Nadal niewiele wiedzieli na swój temat.
- Może zaczekamy tu na tę obrzydliwą kawę – zaproponował Anglik, przerywając ciszę. – Zawsze lepiej pogadać przy czymś takim...
- To chyba niezły pomysł, tylko trzeba wrócić po kubki – zgodził się profesor. Po czym dodał, mrugając okiem i klepiąc się po kieszeni. – Ja stawiam.
Zawrócili więc do swojego wagonu, ciekawi nadchodzącej rozmowy. Wergilczak szedł pierwszy, zgodnie z zasadą starszeństwa. Nawet, jeśli dialog nie będzie się kleić, przynajmniej spróbowałem, myślał Anglik, który przedstawił się profesorowi fikcyjnym nazwiskiem. Ankerton – tak podpisywał swoje korespondencje dla pewnej małej gazety wychodzącej w hrabstwie York. Później pozostał przy tym pseudonimie – głównie przez sentyment i tlący się w nim jeszcze szczątkowo idealizm. Słowo „Ankerton” było kontaminacją dwóch nazwisk: Lorda Actona, XIX-wiecznego myśliciela oraz słynnego detektywa – Pinkertona. Te dwie gwiazdy przyświecały młodemu Williamowi, gdy stawiał pierwsze kroki na dziennikarskim szlaku. Naiwny młodzieńczy wybór? Może, lecz przynajmniej fajny pseudonim z tego został... Myśląc o etymologii swego przybranego nazwiska, Anglik szedł za Wergilczakiem.

***

Ukryli się w betonowej dzielnicy na obrzeżach miasta. Walące się mieszkanie znajdowało się w bezpiecznej części blokowiska – upodobały ją sobie niegroźne subkultury, komuny posthiphopowe, technokrisznowcy i neohippisi. Z rzadka miały miejsce ataki i przemarsze band rozbójniczych, pogromy zdarzały się raz do roku. Jak na powojenne warunki była to więc niemal oaza bezpieczeństwa.
Nie wiedzieli, jak długo tu zostaną. Najpierw musi wyjaśnić się sprawa w wydawnictwie. Pijąc śmierdzącą tytoniem herbatę (gotowaną nad ogniskiem, które rozpalili na podłodze), mężczyźni spoglądali na osiedle. Przez zabite deskami i zaklejone gazetami okna widok nie był najlepszy, musieli zerkać przez szparki. Szare niebo i zszarzałe budynki z wielkiej płyty – wszystko tonęło we mgle.
Gdyby udało się sprzedać ten zeszyt za jakąś przyzwoitą forsę, sytuacja uległaby poprawie. Bo gorzej niż teraz być już nie mogło. Za pieniądze zmieniliby tożsamość – mieli namiary na odpowiednich cudotwórców. Póki co byli wyjęci spod prawa, ścigani przez różne służby tropiące takich jak oni na mocy wojennych dekretów. Nazywano ich terrorystami, choć starali się po prostu zarobić na wojnie. W tym celu związali się z leśną bandą.
Pili herbatę i czekali aż nadejdzie sen. Nic innego im nie pozostało. Każda wyprawa do centrum wiązała się z ryzykiem. Zostali wzięci w dwa ognie – z jednej strony okupanci, z drugiej zbrojne podziemie. Partyzanci wydali na nich wyrok, gdy wyszło na jaw, że sympatyczni dostawcy broni próbują handlować z drugą stroną. A oni starali się po prostu zarobić na wojnie. Uciekając, buchnęli partyzantom ważny dla nich zeszyt, ten sam, który leżał teraz na starym regale. Jedyny majątek, jaki posiadali. Należało go tylko spieniężyć – stąd wizyta w wydawnictwie. Jutro mieli uzyskać odpowiedź, od której zależało wiele. Bardzo wiele.
Tak naprawdę – zależało od niej wszystko.


***

Ostatecznie nie wrócili na korytarz. Gdy szukali kubków, w przedziale wywiązała się rozmowa o sytuacji na południowej granicy. Po pociągu krążyły plotki, że grasują tam bandy rabujące uciekinierów z całego dobytku – łącznie z odzieżą. Ktoś miał widzieć grupę półnagich obdartusów szukających schronienia w punktach Czerwonego Krzyża. Opowiadając o tym jedna z kobiet posłużyła się określeniem „jak ich Pan Bóg stworzył”. Wówczas student zauważył zjadliwie, że kreacjonizm to bzdura, a od małpy różni człowieka jedynie 0,6 procenta sekwencji genów – jakby czekał na okazję do zemsty za wczorajszą dyskusję polityczną. Baby poniosły larum, jednak niepotrzebnie, bo zadziornego chłopaka szybko zgasił profesor:
- Człowiek w ponad 70 % składa się z wody, podobnie jak zabłocona kałuża. Czy twoim zdaniem, młodzieńcze, jest to dowód na nasze podobieństwo do kałuż?
Chłopak posłał mu nienawistne spojrzenie, bo nie mógł znaleźć równie zwięzłej riposty. Profesor uśmiechnął się tylko z politowaniem. Niemal od początku podróży wyczuwało się między nimi niechęć połączoną z umysłowym współzawodnictwem – jakby podświadomie walczyli o laur naczelnego intelektualisty przedziału. Pozostałych pasażerów traktowali trochę jako audytorium lub komisję oceniającą. Anglika od początku bardzo bawiła ta sytuacja.
Ze słownej potyczki wywiązała się dłuższa dyskusja. Dziennikarz zgodził się, by zaczekać na kawę w przedziale, bo kibicował profesorowi. Student postanowił zmienić temat, by zadać cios Wergilczakowi na innym polu. Wyraził się z pogardą o kilku postaciach z historii Polski, kwestionując pojęcie bohaterstwa narodowego. Była to według niego prymitywna propaganda, do rozpowszechniania której wykorzystywało się szkoły publiczne. Polegać miała na fałszowaniu prawdziwych intencji polityków, którzy działali zawsze we własnym interesie – a ewentualne bohaterstwo mogło być najwyżej skutkiem ubocznym takich działań. Za ten stan rzeczy chłopak obwiniał przede wszystkim historyków. Odpowiadając na te zaczepki profesor zaczął w pewnym momencie rozważać alternatywne wersje historii Polski – podając przykłady bohaterskich czynów będących „zwrotnicami dziejów”, co obalało tezę studenta. Dowodził, że pojęcie „bohaterstwa narodowego” jest obiektywnie weryfikowalne. Student kręcił głową, lecz nie przerywał. W pewnej chwili Wergilczak stwierdził, że dużo by dał, by przewidzieć przyszłość i poznać oblicze świata za czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Student, o dziwo, podjął temat, łagodząc nawet agresywny ton. Przymierzał się chyba do dłuższego wykładu. Rywalizacji ciąg dalszy – pomyślał zaintrygowany Anglik.
Po wygłoszeniu uwag natury ogólnej na temat stanu współczesnej nauki i czasowych paradoksów, chłopak przeszedł do własnego przykładu. Postanowił opowiedzieć wszystkim konspekt swojego jeszcze nienapisanego opowiadania SF, w którym „bawi się” (jak to określił) motywem podróży w przyszłość, podejmując przy tym próbę polemiki z poprzednimi wersjami motywu. Rozmowa schodziła coraz bardziej z historii na spekulację naukową.
- Czy mówi panu coś nazwa „ekstrapolator”? – spytał historyka z wyższością.
- Pewnie coś od ekstrapolacji... – mruknął rozbawiony Wergilczak.
- Zgadza się. W moim opowiadaniu występuje szalony profesor, który pragnie uskutecznić podróże w przyszłość.
- Szalenie oryginalne... – rzucił Wergilczak znudzony. Student zignorował jego ton i kontynuował opis konspektu opowiadania.
- Pod koniec życia musi przyznać się do klęski. Uświadamia ją sobie stopniowo. Najpierw odrzuca pomysł maszyny czasu, tego wehikułu upowszechnionego przez Wells’a. Czasu nie można przemierzać jak przestrzeni, klasyczne pojęcie ruchu nie sprawdza się tutaj, to bardzo XIX-wieczny pomysł działający najwyżej w literaturze, filmie i grach... Jeżeli więc nie maszyna, to co? Przenoszenie siebie samego, z ciałem i umysłem, a może tylko umysłu – podróż polegająca na zagnieżdżaniu się w świadomości mieszkańca świata przyszłego i obserwowaniu rzeczywistości jego oczami, jego zespołem percepcyjnym?... A może po prostu – tu nawet cofamy się do form wcześniejszych od idei wehikułu – może po prostu dar przewidywania? Jasnowidzenie zaprzęgnięte w rydwan nauki, odpowiednio uporządkowane i uregulowane?...
No więc, mój bohater dochodzi do wniosku, że trzeba cofnąć się właśnie do tego prymitywnego sposobu – do wieszczenia zdarzeń przyszłych. Lecz nie za pomocą narkotyków, wprowadzania się w szamańskie transy czy innych tego typu rzeczy. Nie. Trzeba sięgnąć do potęgi ludzkiego mózgu, który jak wiadomo wykorzystuje jedynie znikomy procent swojego potencjału. Podłączenie go do aparatury pozwalającej wydobywać z neuronów obrazy przyszłości, jakie się tam lęgną (każdy w końcu jakoś wyobraża sobie przyszłość), oraz odpowiednie ich rozwinięcie i doszlifowanie – może ukazać nam różne wizje przyszłości. Niestety, tylko wizje – subiektywne rzuty psychiki na probabilistyczne tło. Ale – jeżeli nosimy w sobie cały ładunek spostrzeżeń, obaw, prognoz, nadziei, planów i przemyśleń, ładunek powstały wskutek życia w realiach współczesnych, w których wchodzimy w rozmaite interakcje z rzeczywistością, to może właśnie wydobycie ich na wierzch spowoduje, że ujrzymy wreszcie niedocieczoną przyszłość? A przynajmniej jeden z wariantów przyszłości. To jak w filozofii Arystotelesa i świętego Tomasza: możność staje się aktem. Nie ma jedynej przyszłości, dlatego bezpośrednia podróż w nią jest niemożliwa: można najwyżej próbować zobaczyć różne jej warianty. To jednak oznaczałoby, że możliwy jest każdy wariant, którego prawdopodobieństwo jest większe od zera, ogrom możliwości o bardzo nikłych szansach spełnienia. Nas oczywiście interesują jedynie najbardziej prawdopodobne scenariusze – bo takie raczej się spełnią, to właśnie ich możemy oczekiwać. Właśnie z tych domysłów zrodziła się idea ekstrapolatora.
- Skoro już pan to wyjaśnił – profesor ożywił się nieco – proszę nam opowiedzieć o konsekwencjach zastosowania takiego pomysłu. Wie pan, mnie się wydaje, że ta cała ekstrapolacja...
Chłopak wszedł mu w słowo:
- Ekstrapolacja to jedna z metod przewidywania przyszłości, próba prognozowania zdarzeń jeszcze odległych w czasie. Oczywiście jest ona zawodna, jeśli poprzestaje się wyłącznie na niej. Nie można prymitywnie rozdmuchiwać każdej obecnej tendencji, przy jednoczesnym minimalizowaniu tendencji zamierających w naszych czasach. Bardzo łatwo się ten sposób naciąć. Jest bowiem jeszcze przypadek, a procesy się odwracają. Są nieprzewidywalne reakcje i odruchy pojedynczych osób oraz całych mas ludzkich. To też jakoś trzeba uwzględnić. Dlatego podłączenie konkretnego człowieka do ekstrapolatora nie wystarczało. W wizje, jakie wyłaniały się z mózgu, z jego podświadomych i świadomych warstw, należało ingerować: korygując je za pomocą wprowadzania elementu przypadku, jak na przykład jakiś wynalazek, konflikt zbrojny czy nowa moda. Tak wypreparowany obraz przyszłości zdawał się jednym z możliwych i zarazem jednym z bardziej prawdopodobnych wariantów zdarzeń, bo były przecież inne. Oczywiście poglądy człowieka podłączonego do maszyny, jego sylwetka psychologiczna, zasób wiedzy i doświadczeń życiowych – były decydujące dla tego, co się wyłaniało jako obraz przyszłości. Upraszczając: jeżeli ktoś się bał terroryzmu, to świat zrodzony z tej obawy był eskalacją terroru. Jeżeli ktoś bardzo wierzył w postęp techniczny, to w jego przyszłym świecie następował gwałtowny rozwój wszystkich nauk. I tak dalej.
- Rozumiem – mruknął Wergilczak kiwając głową. – Jeżeli ktoś lubił rozwiązłość, to świat przyszłości wywiedziony z takiej predylekcji musiał przypominać rzymską orgię.
Student zamilkł na chwilę, rozważając słowa historyka, który nie wiadomo czy kpił, czy mówił poważnie. Po chwili podjął monolog.
- Podłączony do ekstrapolatora ochotnik odbywał coś w rodzaju podróży w czasie. Tak mu się subiektywnie wydawało. Ekipa przeprowadzająca doświadczenie kreowała w jego umyśle sugestię podróży – musiał stać się nieświadomym członkiem społeczeństwa przyszłości. Własna projekcja musiała jawić się ochotnikowi jako rzeczywistość zastana, a to trzeba było uwiarygodnić. To właśnie brak świadomości podróży przesądzał o czystości wizji...
- Jeżeli dobrze pana rozumiem – wtrącił profesor – w pańskim opowiadaniu możliwa byłaby sytuacja, że bohater jedzie, dajmy na to, starym pociągiem, tak jak my obecnie i jest przekonany o realności zdarzeń następujących wokół niego.
- Tak – ożywił się chłopak. – Począwszy od sytuacji politycznej na świecie, skończywszy na drobiazgach: jedzeniu, sprzętach, ubiorach...
- A tak naprawdę tkwi w iluzji, przebywa we własnej wizji... jak we śnie.
- Mniej więcej.
- Czyli taka wizja przyszłości byłaby uporządkowanym, realistycznym snem, w którym wszystko musi być zapięte na ostatni guzik: życie społeczne, gospodarcze...
- Nie do końca. Tylko w takim zakresie, w jakim pojmuje je w normalnym świecie podróżnik – przecież jeżeli ktoś nie ma pojęcia o ekonomii, nie wyłoni z siebie wizji spójnego systemu gospodarczego.
- Rozumiem. Luki w wizji będą odbiciem dziur w jego wiedzy o świecie rzeczywistym, czy tak? Nieświadomość pewnych tendencji obniży koherentność świata przyszłości, jaki ujrzy poddany eksperymentowi „podróżnik”.
- Tak. Przy czym luki również zostaną w pewien sposób poddane ekstrapolacji.
- Interesujące... A w jaki sposób, pytam od strony czysto technicznej, nasz podróżnik przekazywałby opis świata, który został wysondowany z jego umysłu? Skoro nie wiedziałby, że jest częścią eksperymentu...
- Też o tym myślałem – pokiwał głową chłopak. – Właściwe pytanie powinno brzmieć: czy można być nieświadomym szpiegiem? Czy można sporządzać raporty nie wiedząc o tym, uznając je za jakąś normalną czynność wykonywaną w świecie przyszłości?
- I co panu przyszło do głowy?
- Myślę, że podróżnik mógłby być na przykład dziennikarzem albo analitykiem politycznym. Kimś, kto opisuje świat zastany i procesy w nim zachodzące. Bada rzeczywistość, tworząc jej opisy, które trafiają do świata rzeczywistego – z którego został wysłany – właśnie jako obrazy przyszłości...
Rozmowa zamierała. Kołysząco – szarpiący rytm pociągu rozleniwiał, usypiał. Powoli zapadał zmierzch.

Za oknem szpitalnego pokoju panowała szarość. Rozmywała kontury drzewom jak woda wlana do farb – wszystko robiło się przeźroczyste i przez to gorzej widoczne. Nadchodził duszący jesienny zmrok...
Billy stał przy szybie, do której nagle podleciał wróbel ze zranionym skrzydłem. Rwąc się w nerwowym locie, raz za razem uderzał o szkło, pozostawiając na nim smużki krwi. Chłopiec aż zamarł z przerażenia. Przywarł do okna i skierował spojrzenie w dół. Zobaczył tam kota, który oblizywał się, zerkając łakomym wzrokiem ku zmokniętemu ptakowi.
Ptak atakował szybę coraz mocniej. Trzepocząc złamanym skrzydłem, odbijał się od szkła niczym od niewidzialnej bariery dzielącej go od ptasich zaświatów. Być może twarz chłopca wydawała mu się teraz twarzą Boga. Bardzo obojętnego Boga, pomyślał Billy, a może tylko nieudolnego? Tak bardzo chciałby pomóc wróblowi.
Wtedy podszedł do niego jeden z pielęgniarzy – był tutaj nowy, ale miał życzliwy stosunek do dzieci, więc szybko zdobył ich zaufanie. Chłopiec ujrzał jego mgliste odbicie w szybie. Stał za nim, górując nad malcem i razem spoglądali na walczącego o życie wróbla – dwaj mieszkańcy Drugiej Strony.
Billy polubił go od razu. Obcokrajowiec, Polak. Trzy dni temu przywitał się z Billym, mówiąc o sobie dużo ciekawych i śmiesznych rzeczy. Robił to z sympatii do dziecka, gdyż nie zamierzał złapać tu stałego etatu. Pracę w szpitalu traktował jako zajęcie okresowe, góra jeden rok, tak by trochę dorobić do stypendium. Później miał zamiar wrócić do Polski, aby zakończyć studia na uczelni w mieście, z którego pochodził Mikołaj Kopernik – Billy był pod wielkim wrażeniem tego faktu.
Zmęczony walką wróbel przysiadł na parapecie. Kot wspinał się na drzewo, choć nie miał wielkich szans, by dosięgnąć stąd ptaka. Dopóki nie spadnie na ziemię, nie grozi mu śmierć w kocich pazurach.
Pielęgniarz położył chłopcu rękę na ramieniu, odsunął go od okna, następnie lekko je uchylił. Powiało chłodem. Billy zagryzł zęby, gdy ręka pielęgniarza wyciągnęła się w stronę wróbla. Już prawie go dotykał, już go miał, już...
Wtedy przestraszony ptak szarpnął się i spadł. Minęło kilka strasznych chwil. Usłyszeli prychnięcie kota, który rzucił się na łatwy kąsek. Billy nie zdołał utrzymać łez. Wtulił się w rozkładającego bezradnie ręce polskiego studenta i pragnął już tylko, by świat za oknem przestał istnieć.
Zrobiło się bardzo cicho. Deszcz spłukiwał z szyby ślady ptasiej krwi.

Sześć

Za chwilę spróbuję przyłożyć skroń do zagłówka i zasnąć. Płytki sen do taktu pociągu to jedyna forma nocnego odpoczynku. Atmosfera w przedziale jest nieszczególna. Profesor przysypia odmawiając różaniec, student swoim zwyczajem spuścił sobie na oczy grzywę – i udaje, że drzemie... Ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę, jest rozmowa. Babiny pochrapują irytująco, chyba jako jedyne nie mają tej nocy problemu z zaśnięciem. Korytarzem przejdzie co jakiś czas któryś z „konduktorów”, rzucając podejrzliwe spojrzenie na pasażerów... Podminowany nastrój (mało kto sobie ufa) na pewno nie służy łatwemu zasypianiu... Jak widzisz, ja zabijam bezsenność, opisując Ci nudną sytuację w wagonie. Nie mam nerwów i ochoty zastanawiać się nad naszą sytuacją; zwłaszcza nad tym, czy uda nam się dotrzeć do celu – i czy po drodze nic strasznego się nie wydarzy. Poruszamy się na krawędzi bardzo poważnego ryzyka – wszyscy łamiemy prawo. Siły koalicji nie bawią się w ceregiele z nielegalnymi uciekinierami; mogą nas nawet ostrzelać. Fajna perspektywa, prawda? Znużenie powoduje, że zaczynam serio rozważać plotkę o promieniowaniu w górach – może jednak jest w niej ziarno prawdy? Patrzę przez szybę, lecz nie widać nic oprócz mgły rozrzedzającej ciemność i skraplającej się na szkle. Wilgoć przeciska się przez szpary w oknie, przez brudną zasłonkę wieje chłodem. Wciągam rześkie powietrze, naiwnie licząc na to, że pomoże mi zasnąć. To tyle, stary druhu, odkładam notatnik; oby udało mi się przynajmniej zdrzemnąć.

Sen był wyjątkowo sugestywny. Mózg Anglika musiał być przeładowany historiami opowiadanymi przez kolejarzy i rozważaniami snutymi przez studenta i profesora, gdyż przetworzył je w szczególny sposób. Śniło mu się, że jest uczestnikiem operacji przeprowadzanej przy użyciu maszyny, o której opowiadał student. Ludzie w czarnych maskach i czarnych kombinezonach podłączali go aparatury, która miała skanować jego mózg, aby wydobyć z niego wizję przyszłości Polski, w której następnie miał zostać zainstalowany jako obserwator. Jeden z zamaskowanych tłumaczył mu, że „zwiedzanie” subiektywnej przyszłości będzie polegało na swoistej symulacji – zostanie umieszczony w grze, która nosi nazwę „Szlak cudów”, a która jest programem mającym porządkować wizje, pomóc je ułożyć, wtłoczyć ich chaos w szablon jasnego przekazu. W przeciwnym bowiem razie pamiętałby strzępy tego świata, co dałoby surrealistyczną mozaikę obrazów i informacji, rzecz bezwartościową, podobną majakom widzianym w malignie. Śnił, że kładzie się na leżance podłączany do jakichś kabli i sensorów, a na głowie ma najeżony włóknem bioelektrycznym kask. Gdy tak pogrążał się w ciemności, która spłynęła na niego wewnątrz hełmu – poczuł, że spada. Leciał poprzez czerń, jakąś atmosferyczną otchłań nie stawiającą żadnego oporu – trwało to i trwało. W końcu pojawiły się obrazy, a spadanie ustało.
Stał pośrodku starych kolejowych torów między lasami a polami – wszędzie i zarazem nigdzie. Wokół panowała noc. Przy pełni księżyca widoczność nie była zła, więc mógł przyjrzeć się z bliska rosie lśniącej na szynach, przypominającej perłowy nalot na wyślizganej stali. Powoli zaczął schodzić z niewielkiego nasypu i właśnie wtedy ujrzał...
Szła wolno wzdłuż torów. Reflektor księżyca dobywał z ciemności jej postać. Anglik stał pod nasypem i gapił się oniemiały. Była zupełnie naga. Młoda dziewczyna, przeraźliwie chuda, trzymająca staroświecką parasolkę z poszarpanymi albo zjedzonymi przez mole falbanami. Zasłaniała się nią przed księżycowym blaskiem – cień przecinał ją na ukos, kryjąc część głowy, szyi i piersi; mimo to, gdy przechodziła obok, Anglik zobaczył jej twarz. Koszmarny widok: była to czaszka obciągnięta skórą, bladą i zniszczoną, z parą smutnych oczu osadzonych w posiniałych oczodołach, jak u narkomanki. Próbował odwrócić wzrok, lecz wtedy ona się obejrzała. Wystarczyła sekunda, by poczuł zimne tchnienie śmierci. Strach osiągnął apogeum, mimo to wciąż nie mógł się obudzić, jakby umyślnie został zamknięty w klatce lęku. Wtedy się odezwała:
- Witaj, Billy...
Billy? Tak dawno nikt nie zdrabniał jego imienia.
- Kim jesteś? – wydukał.
- Jestem demonem choroby popromiennej.
Głos zabrzmiał jak zgrzyt noża o mur. Nie tyle kaleczył, co wręcz zarzynał ciszę. Spoza palców, którymi usiłował zatkać oczy i uszy, ujrzał jeszcze jak zjawa odchodzi w ciemność – twarzą ku pełni księżyca. Ogarnęła go irracjonalna trwoga mnożąca pytania. Tak miała wyglądać śmierć XXI wieku? Dokąd zmierzała? Czy rzeczywiście niosła chorobę?
Kurczył się w sobie od tych myśli, czekając na przebudzenie niczym tonący na haust powietrza. Wtedy od strony, gdzie zniknęła kostucha, nadpłynęło głuche dudnienie. Narastało, tory szumiały. Zrozumiał, że nadjeżdża pociąg. Pomyślał (zupełnie racjonalnie), że zjawa nie mogła przeżyć zderzenia ze zbliżającym się składem, chyba że wcześniej zeszła z torów. Na sztywnych nogach wspiął się na nasyp – i stojąc okrakiem na szynach zobaczył w oddali ruch ciemności. Żadnego reflektora, jedynie niewielkie, ledwo uchwytne skurcze czerni. To by się zgadzało, pomyślał, w końcu pociąg na szlaku cudów jedzie zupełnie nie oświetlony. Stał tak, wpatrując się w ciemność, starając się przeniknąć wzrokiem noc. Gdy się zorientował, było już za późno! Elektrowóz pojawił się nagle jakieś pięćdziesiąt metrów przed nim, nieco lepiej widoczny w świetle księżyca. W takich chwilach strach paraliżuje człowieka jak światło halogenu zająca. Zaczął wrzeszczeć, nie mogąc się ruszyć. Z poczuciem bezwolnej konieczności oczekiwał pociągu, który nadciągał, by go rozgnieść Lecz kiedy nastąpił moment zderzenia, nie poczuł nic.

Chłopiec krzyczał przez sen, szarpiąc się na łóżku, co zaalarmowało pielęgniarzy. Pobiegli w stronę jego pokoju. Wyglądało to, co prawda, na zwykły senny koszmar, jednak istotne było to, jak mały zareaguje tuż po przebudzeniu.

Obudził się zdyszany, z walącym sercem, w przedziale, nie mogąc jeszcze w pełni odróżnić snu od jawy. Trwało kilka minut, nim odważył się poruszyć, a jego świadomość przeprowadziła linię graniczną między rzeczywistością a koszmarem. Współpasażerowie spali w najlepsze, dziadek przeraźliwie chrapał. I to ostatecznie przywróciło go rzeczywistości. Ponownie zasnął dopiero po około godzinie. Z ulgą zapadł się we własnym zmęczeniu, zaliczając upragniony sen bez snów. Aż do samego rana nie przyśniło mu się nic, co bym zapamiętał.

Billy nie zdradzał żadnych oznak podenerwowania. Nie dawał opiekującym się nim pielęgniarzom powodów do podejrzeń. Gdyby wiedzieli, co postanowił ich mały podopieczny, nie wykonywaliby pracy z takim rutynowym spokojem.
Billy zdecydował z całą stanowczością dziecięcego temperamentu, że tej nocy nie zaśnie. Nie położy się do łóżka, i już. Kilka godzin zabawy kolejką to zdecydowania za mało. Nie mógł w pełni kontrolować sytuacji, gdy przerywano bieg wydarzeń, często w najmniej odpowiednim momencie – a przecież bez niego ten pociąg, ci pasażerowie, cały ten skomplikowany świat przestawał istnieć.
Nie mogło ich to jednak ocalić w żaden sposób. Po prostu odraczało moment egzekucji.
Dlatego Billy powziął plan. Nie jest takim bezwolnym warzywem, za jakie go uważają. Ma własne zdanie – i postawi na swoim.
Dziś wieczorem. Gdy już położy się spać i gdy pozostanie ostatni pielęgniarz na dyżurze, wtedy po cichu wyjdzie spod koca i uruchomi kolejkę. Na całą noc.
I albo ich ocali, albo ocalić nie zdoła. Musiał spróbować, bo czuł się odpowiedzialny; wyszli z jego głowy, zaludniając dziwną krainę przyszłości ogarniętą wojennym zamętem. Ta kraina rozwinęła się sama, była zapisana w tej kolejce, w tych torach, w elementach krajobrazu – Billy nie wiedział, jak to możliwe. A jednak dostrzegł ją, gdy tylko pierwszy raz został sam na sam z kolejką: najpierw mgliście, kątem świadomości, później już zupełnie wyraźnie. Głosy z jego mózgu uciekły w ten świat od razu, nie potrafił ich zatrzymać.
Teraz musi znaleźć wyjście z sytuacji i zabrać ich z powrotem. Lepiej, żeby cierpiał od głosów, tak jak wcześniej, niż żeby pasażerom stała się krzywda; poza nim są przecież zupełnie bezbronni.

Po przebudzeniu nie poczułem się wiele lepiej. Dzieje się coś dziwnego. Sam już nie wiem, co jest prawdą, a co iluzją, rzeczywistość wymyka mi się z rąk, nawet nie próbuję Ci tego opisać. Znaki w zeszycie stawia mi się coraz trudniej. Może już nawet w tej chwili nie piszę, tylko coś gryzmolę, próbując bezskutecznie uchwycić swój wewnętrzny monolog. Błądzę w dziwnej przestrzeni między domysłami, z których jeden jest bardziej szalony od drugiego. Czuję, jakbym wariował – jakby nagle rozsądek odmówił posłuszeństwa, zalewając mnie wodospadem obrazów. Najbardziej szalona jest jednak chyba sama rzeczywistość, jej obłęd odbiera wszelką pewność. Świat, który uznawałem za jedyny i zastany, za pole wyjściowe dla snów, które mnie nawiedzały – nagle stał się podejrzany. Nie ufam mu już, gdyż nie mam nawet pewności, czy sam nie jest snem. Uderza mnie absurdalność własnego położenia, sytuacja korespondenta zagranicznego uciekającego z kraju ogarniętego pożogą. Czy ja to ja? Ten pociąg, Boże, przecież to szalone, podróż przez świat, którego nie ma, a ja to jeszcze próbuję chwytać na gorąco, opisując staremu przyjacielowi w liście – czyżbym jednak tworzył raport? Może być przecież tak, że student z profesorem mieli za zadanie mi o tym przypomnieć, z jakichś szczególnych względów – czyżby byli postaciami z gry? Nie wiem, nic już nie wiem. Kiedy atakuje cię szaleństwo, pierwsza umiera pewność.

Billy odczekał, aż z korytarza przestaną dobiegać odgłosy kroków. Podnosząc głowę z poduszki zerknął na Kubusiowy zegar – tylko po to, by się przekonać, że jego wewnętrzne poczucie czasu znów go nie zawiodło: godzina zgadzała się co do minuty. Najwyższa pora, by przystąpić do dzieła.
Spod koca wyjął wielkiego misia, którego przebrał w swoją piżamę. Następnie ułożył go tak, aby na obrazie przekazywanym przez kamerę nie można było odróżnić chłopca od pluszaka. Wiedział, że w nocy sygnał nie jest wyraźny – dyżurujący pielęgniarz ujrzy na ekranie monitora monochromatyczny przekaz, a na nim kawałek piżamy i nakryte kocem wybrzuszenia; na szczęście miś był dość chudy i miał proporcje dziecka.
Pozostawał jeszcze problem drzwi – nie zamykały się od wewnątrz. Można było je jednak zastawić, blokując klamkę. Billy wiedział jak to zrobić, przez ostanie dwa dni obliczał w myślach układ sił, aby znaleźć optymalne rozwiązanie. Drzwi powinny być unieruchomione tak, by jak najtrudniej było je wyważyć. Bo przecież w czasie obchodu pielęgniarz może zajrzeć do środka – i przypadkowo nakryć Billy’ego. Dla dobra jadących miniaturowym składem pasażerów chłopiec musiał zabezpieczyć się przed taką ewentualnością.

Mogę teraz łatwo przechodzić między różnymi wersjami obłędu: raz jestem w wagonie, to znów w laboratorium, z którego wysłano mnie do wnętrza własnej jaźni, przez chwilę przypomniał mi się nawet szpital z dzieciństwa – tamten pociąg, jakaż bolesna analogia, czysta ironia wspomnień. Kto tu zwariował: ja, czy rzeczywistość? Chyba to drugie, bo przynajmniej staram się walczyć, przedzierać przez zasłony percepcyjnej ułudy, kiedy wszystko się miesza, rozpada z godziny na godzinę, niczym mur z cegieł pozbawionych zaprawy.
Gdy przebywam w wagonie, zauważam coś jeszcze: moi współpasażerowie dziwnie się zachowują. Widzę ich jak przez mgłę, lecz mają obłęd wypisany na twarzach. Chłopak szarpie za struny gitary, wydobywając z niej chaotyczne, atonalne dźwięki, i bełkocze coś pod nosem. Profesor szarpie sobie włosy, wykrzykując z przerażeniem coś, czego nie słyszę.
Czyżby szwankujące podprogramy w mojej symulacji? Bzdura.
Mam wrażenie, że pociąg raz zwalnia, raz przyśpiesza, a jego bieg staje się nierówny, jakby coś się psuło. Nie ręczę jednak za realność tego odczucia.

Zeszyt wypada mu z rąk. Spogląda w okno i wkracza w groteskową przestrzeń między światami, rodzaj psychodelicznego parku, po którym przechadzają się dziwne postacie. Są to w większości bohaterowie z historii Polski, pamięta ich wizerunki z muzeów i książek historycznych, a niektóre nowsze twarze i sylwetki nawet ze zdjęć. Paderewski, Piłsudski, Wałęsa – tych rozpoznaje bez trudu. Gorzej z przedstawicielami starszych generacji: jacyś królowie, hetmani, dowódcy. Niektórzy muszą być sprzed wielu wieków, są tak odziani i uzbrojeni. Nagle zapada ciemność. Jej czerń rozjaśnia jedynie biel wielkiego ptaka widniejącego na godle przybitym do wysokiego drzewa. A może do krzyża? Nie widać za dobrze. Śnieżna poświata emanuje ze skrzydeł orła i oślepia, zmuszając Anglika do mrużenia oczu. Ptak jest rzeczywiście rozpięty jak na krzyżu, ale tablicę godła dźwiga raczej stare, uschnięte drzewo. Dziennikarz stoi pod nim, nieco z boku od grupy postaci historycznych, (które również obserwują zjawisko), i nie może ukryć zdumienia: gigantyczny orzeł wydaje się żywy. Przechodzi koszmarną metamorfozę, która powtarza się na oczach gapiów niczym zapętlony cykl śmierci i narodzin. Całość tchnie grozą, gdyż śmierć dumnego ptaka wydaje się męczeńska i komiczna jednocześnie. Rośnie, począwszy od nieopierzonego pisklaka, rozrasta się na czerwonym polu, zyskuje i traci koronę, na przemian pęcznieje dumą lub kurczy się od hańby, aby w końcu zestarzeć się ptasią starością posiadacza coraz bardziej tępych i przygaszonych szponów. W finale wyraźnie kurczy się – jest wymięty i nieruchomy.
W końcu opuszcza bezsilne skrzydła, zawijając się w nie niczym w całun.

Co z tego, że się dobijają, żelazny wspornik od szpitalnej wagi wytrzyma napór próbujących wyważyć drzwi. Kolejka jedzie już półtorej godziny, zorientowali się bardzo późno, mój plan wypalił! Tylko jak mam im pomóc, gdy nie słyszę ich myśli, nie mogę się skupić. Gdy tak walą w drzwi, moja możliwość wnikania do świata pasażerów maleje. Jestem Billy, dzielny Billy, muszę wytrzymać, przecież nie opuszczę ich, gdy pociągowi grozi wykolejenie. Wiem, że to zasadzka, obława – lecz czyja? Ciąg wydarzeń powodowany obcą ingerencją. Łup, łup, łup!.. Myśli uciekają mi od hałasu. Tak trudno kontroluje się własną wyobraźnię! Niech oni się wreszcie zamkną, niech nie krzyczą przez drzwi, żebym otworzył – bo i tak nie otworzę. Stawka jest zbyt wysoka, chodzi o przetrwanie uciekinierów – co pocznę, gdy wysypią się z wagonów, a pociąg spadnie z nasypu? Mam niewiele czasu, ale zdążę ich jakoś asekurować, wiem o tym. Najwyżej przepłacę to pomieszaniem zmysłów. Muszę tylko zignorować walenie w drzwi. Potrzebuję ciszy, by usłyszeć ich potrzeby. Wystarczy kwadrans, bo zdarzenia zmierzają do kulminacji. Zanim personel wedrze się do pokoju, powinienem zdołać ich rozproszyć, zamortyzować wstrząs katastrofy.
Solidna waga blokuje klamkę, lecz oni wciąż walą w drzwi.
Kolejka chwieje się w torowisku.
Muszę się skoncentrować. Gdyby tylko...

Nagle czuję, że ktoś ciągnie mnie za rękę, szarpie mocno i wyrywa z tłumu stojących nieopodal bohaterów. To profesor Wergilczak! Jak dostał się tutaj z pociągu? Przecież to moja wizja, nie powinien mieć tutaj wstępu. Tymczasem starzec wyraźnie ingeruje w moją halucynację; czuję, że jest tutaj ciałem obcym, elementem z zewnątrz: nie ja go wyświetlam w prywatnym kinie mojego obłędu. Nic już nie rozumiem, poddaję się biegowi wydarzeń, nieopisywalnej logice snów; to jedyne wyjście, bo opór jest daremny. Tymczasem stary ciągnie mnie za przegub z uporem dyktowanym przez strach malujący się w jego oczach. Idę wleczony jak owca na postronku. Uchwyt profesora jest wyjątkowo silny. Po chwili zatrzymujemy się, a on wyciąga przed siebie rękę i krzyczy:
- Patrz!
Patrzę zatem. I dostrzegam to, co go tak przeraziło. Przed nami wbity w ziemię ogromnych rozmiarów wachlarz, składający się na przemian z białych i czerwonych skrzydeł. Od razu przypominam sobie teorię symetrii milenijnej. Dwa skrajne skrzydła trawi ogień –płoną jak teatralna dekoracja. Czarny dym kojarzy się z dźwiękami marszu pogrzebowego Chopina – czy tylko ja słyszę tę muzykę?
Mrużę oczy, by widzieć lepiej. Widok jest monumentalny i przerażający, lecz nie rozumiem jeszcze, co mnie tak przeraża, nie znam natury mego strachu.
- Widzisz?! – wrzeszczy mi do ucha profesor. – Palą się skrajne stulecia, teraz rozumiesz?!...
- Tak – wypowiadam te słowa w nagłym olśnieniu, a raczej ociemnieniu, gdyż ta wiedza jest bardzo mroczna.
Kończy się Polska, to oczywiste. Wachlarz nie może rozkładać się w nieskończoność. W końcu z jednej strony dotknie stulecia, gdy nie było jeszcze Polski. Stulecia X, jego pierwszej połowy. I temu stuleciu musi odpowiedzieć symetryczne przyszłe stulecie, w którym Polska również nie będzie istnieć. Innymi słowy: tak, jak nie było jeszcze Polski w pierwszej połowie X wieku, tak już nie będzie jej w drugiej połowie wieku XXI, symetrycznego wobec pierwszego stulecia istnienia państwa. Polacy znów staną się niezorganizowanym plemieniem, roztopią się w tyglu narodów i ras, coraz bardziej ze sobą przemieszanych. Jak to w symetrii: początek odpowiada końcowi. Ostateczny, gorzki dowód na trafność koncepcji profesora.
On wciąż tu jest. Chwyta mój nadgarstek (a może to zaczep maszyny do sondowania mózgu? – mam takie mgliste przebicie...) i tłumaczy grobowym głosem:
- To oczywiście będzie następować stopniowo. Proces jest powolny, jak każda śmierć z przyczyn naturalnych: roztapianie się narodu w tyglu paneuropejskiej, multirasowej społeczności (np. Arapolacy – mieszańcy polsko – arabscy, Wietpole – mieszańcy polsko – wietnamscy); degradacja narodowego języka do regionalnej gwary; coraz mniej suwerenne struktury postpaństwowe. To proces wielopoziomowy – jak każde umieranie. Potrwa jeszcze długo, ale już jest nieodwracalny. Chyba, że wcześniej ktoś nas dobije, skracając agonię, a na trupim kompoście zalęgnie się nowe życie.
„Wergiliusz” milknie, choć echo jego słów roznosi się jeszcze wokół upiornym refrenem: jak każde umieranie... jak każde umieranie... Orzeł na godle przybitym do drzewa jest już ścierwem, choć jego upierzenie rusza się na wietrze, łudząc wzrok. Natomiast wachlarz płonie coraz mocniej. Gdy stoimy tak z zadartymi głowami, nagle ziemia zaczyna się trząść. Pęka parkowy trawnik, przez glebę biegną zygzaki ruchów tektonicznych. Godło z trupem ptaka spada niebezpiecznie blisko, ryjąc ziemię krawędzią ostrą jak lemiesz. Wielkie białe zwłoki rozpościerają się u naszych stóp niczym odbicie pozostawione w śniegu. Trochę dalej wachlarz składa się z trzaskiem w snopie iskier i huku płomieni. Następnie przechyla się jak ścięte drzewo – i spada w naszą stronę. Paraliżuje nas strach i przygnębienie. Nogi zapadają się w rozdartej ziemi, lecimy w czeluść tektonicznego piekła jak manekiny. Przez chwilę mam wizję pociągu, który gwałtownie hamuje i przechyla się niebezpiecznie, a pasażerowie wypadają ze swoich miejsc. Czy to już śmierć? Odpowiedzią na moje wątpliwości jest kolejne pytanie: nieskończona, zagadkowa czerń. Spadam w nią z perwersyjną ulgą samobójcy.

Billy siedzi po turecku i wali głową w skrzynię sterującą kolejki. Krzyczy:
- Nie potrafię, nie potrafię, nie potrafię!...
Na czole widać zadrapania, strużki krwi.
Pod pokojem zebrał się prawie cały personel. A te cholerne drzwi nie ustępują! Czym on je zabarykadował? Nie dadzą rady przez okno, zresztą może być już za późno. Dyrektor szpitala podjął decyzję – wpuszczą łagodny gaz usypiający przez szyb wentylacyjny. To metoda przewidziana w wyjątkowych przypadkach, gdy inne sposoby zostaną już wyczerpane. Na przykład przy aktach autoagresji. Tak jak teraz.
Zbiorniczki z substancją były poumieszczane przy kratkach wentylacyjnych wszystkich pokoi – uruchamiało się je w specjalnej dyspozytorni. Obecny zarządca szpitala podejmował taką decyzję pierwszy raz – bał się, bo czynił to na własną odpowiedzialność, ale nie widział innej możliwości.
Billy leżał wzdłuż torów, z zakrwawioną głową opartą na transformatorze. Kolejka pędziła nieubłaganie.
Lekarze weszli do dyspozytorni. Tablica została odkodowana. Po chwili wahania dyrektor osobiście pociągnął małą dźwignię.
Epilog
Przy nasypie, z którego wyrastały rozkręcone tory, kończące się nagle niczym droga nad przepaścią, leżał wykolejony pociąg, zwinięty jak nitka czarnego makaronu. Pierwszy wypadł z szyn elektrowóz, który pociągnął za sobą część wagonów. Reszta wykoleiła się na skutek zerwania zaczepów. Pociąg leżał na ziemi jak pokonany wąż, który do tej pory przebiegle oszukiwał przeciwników, pełznąc cicho wśród lasów i pól, wtopiony w otoczenie – a jednak w końcu został dostrzeżony i upolowany. Wokół gigantycznego cielska kręcili się „myśliwi” – drobne figurki żołnierzy, którzy organizowali akcję.
Połączone siły kontyngentu UE i Sojuszu Wschodnioeuropejskiego, które w koalicji przeprowadzały w regionie polskim interwencję zbrojną (na co zezwalał specjalny układ o współpracy militarnej między Wschodem a Zachodem Europy). Lista zarzutów kierowanych wobec Polski przez instytucje kontrolne rosła od dziesięciu lat, aż w końcu musiało dojść do militarnej interwencji w celu zaprowadzenia porządku. Konstytucja UE przewidywała taką możliwość, dopuszczając w ramach wspólnej polityki obronnej ”ochronę instytucji demokratycznych i ludności cywilnej przed ewentualnym atakiem terrorystycznym i zapobieganie zagrożeniom terrorystycznym”. Pojęcie terroru było w praktyce interpretowane szeroko. Odnoszono je do sytuacji, gdy zagrożona była demokracja i prawa mniejszości, a także do radykalizacji nastrojów społecznych, co ponad wszelką wątpliwość miało miejsce w Polsce. Po cichu mówiło się o interesach, jakie na tych ziemiach mieli zarówno wschodni, jak i zachodni sąsiedzi RP, bez których nie zdecydowaliby się na tak drastyczny krok, jak akcja zbrojna – jednak jako oficjalną przyczynę konfliktu podawano inne racje. Reszta była milczeniem – i domysłami mediów.
Z przewróconego składu wychodzili ocalali z katastrofy pasażerowie, którym udzielano pomocy medycznej. Oczywiście pod bacznym okiem karabinów. Co ciekawe – oprócz opatrywania obrażeń odniesionych w kraksie, udzielano poszkodowanym pomocy psychiatrycznej. Zachowywali się bowiem jak wariaci, bełkocząc coś i nieprzytomnie spoglądając na otoczenie.
Był to skutek zastosowania wynalazku o nazwie psycho gas – amerykańskiego patentu, który pozwalał na prowadzenie za pomocą bezwonnego gazu swoistej wojny psychologicznej. A raczej psychiatrycznej. Z rozpyleniem go nad torami, nawet na długości kilkunastu kilometrów, nie było problemu, gdyż o tej porze roku panowała sprzyjająca mgła. Specjalny pęcherz o konsystencji gigantycznej bańki mydlanej był nie do przebicia: lekki, niewiarygodnie wręcz rozciągliwy i wytrzymały. Pękał dopiero po zdalnym uruchomieniu impulsu: w ten sposób uwięzione w nim cząsteczki zaczynały opadać na namierzony cel. Jego działanie polegało na chemicznym wywołaniu silnych halucynacji, porównywalnych do występujących przy schizofrenii. Niektórzy specjaliści mówili o autonomicznych zaburzeniach, objawiających się niemożnością odróżnienia rzeczywistości od fikcji: wspomnień, marzeń, książek, filmów, etc. Postacie rzeczywiste mieszały się z fikcyjnymi, krainy geograficzne z krainami rodem z fantasmagorii. Potocznie działanie gazu określano jako „tasowanie” – w umyśle ofiary następowało coś w rodzaju przetasowania różnych poziomów postrzegania świata: w rezultacie fikcja literacka mogła się wydawać bardziej realna od świata zewnętrznego. Rzeczywistość traciła w percepcji zaatakowanego gazem status uprzywilejowany – i stawała się tylko jednym z elementów mozaikowego świata, jaki sobie budował. Efektem było więc całkowite rozbrojenie przeciwnika, doskonałe unieszkodliwienie wroga – wszak zdrowie psychiczne jest podstawą wszelkich racjonalnych działań, a trudniej o bardziej racjonalny obszar aktywności niż działania wojenne.
Z pociągu wysypały się też bagaże pasażerów, na które nikt nie zwracał uwagi. Za wyjątkiem nielegalnie posiadanej broni, którą szybko wydobyto z wagonów, w których jechała obsługa pociągu. Zdezintegrowani psychicznie kolejarze mogli przecież kogoś przypadkowo postrzelić.
Oddział francusko-niemiecki liczył ofiary. Rosyjscy i kazachscy żołnierze palili papierosy, selekcjonując zawartość bagaży pasażerów pociągu-widma, który przez kilka miesięcy robił ich w konia, transportując nielegalnie uciekinierów ku południowej granicy regionu. Powodzeniem wśród żołdaków zza Buga cieszyły się zwłaszcza elektroniczne gadżety i zakonserwowana żywność; nic więc dziwnego, że gdy dostrzeżono wśród trawy plaspierowy zeszyt zapisany ręcznym pismem, nikt specjalnie się nim nie zainteresował. Dopiero jeden z oficerów zabrał notatnik, który mógł przecież zawierać ważne dane na temat działalności zakazanych band i grup przerzutowych – mógł być źródłem informacji o znaczeniu strategicznym. Takich śladów nie wolno ignorować, nawet gdy nie przedstawiają ekonomicznej wartości.
Dlatego widząc jak jeden z sołdatów depcze buciorem ubłocony zeszyt, oficer sklął go nie przebierając w słowach; następnie kazał podnieść i oczyścić znalezisko. Przestraszony żołnierz wypełnił rozkaz bez wahania. Po kilkunastu sekundach wręczał dowódcy notes, salutując regulaminowo, po rosyjsku. Oficer schował go do kieszeni brezentowego płaszcza i odszedł w stronę siedzącej na ziemi grupy pasażerów, którzy powoli budzili się spod działania gazu. Wkrótce zostaną osądzeni, a wcześniej przetransportuje się ich do obozu dla uciekinierów. Rosyjski oficer pomyślał, że to skrajne marnotrawstwo. Pożałował czasów, kiedy takim wichrzycielom strzelało się po prostu w łeb, zamiast bawić się w przestrzeganie konwencji o humanitarnym traktowaniu zatrzymanych.
Francuscy i niemieccy oficerowie przywołali go nagle ruchem rąk. Pokazywali na drugi od strony elektrowozu wagon. Nie mogli wyjść z podziwu, oglądając zainstalowany na dachu wojskowy antyradar – tym bardziej, że nie odnotowano ostatnio kradzieży tego typu sprzętu. A więc tu tkwiła zagadka pociągu – widma: był niewidoczny dla urządzeń wykrywających, nawet dla termicznych i czipowych detektorów. Rosyjski oficer również wyraził zdziwienie, gdyż uznał to za stosowne. Jednocześnie zaśmiał się w duchu: ci zachodni mądrale nawet nie brali pod uwagę, że przyrząd został sprzedany na czarnym rynku przez obrotnych wschodnich żołnierzy, potrafiących zawsze zarobić przy okazji działań wojennych. Stan magazynowy bardzo łatwo przecież sfałszować, wystarczy przekupić, kogo trzeba. Ale oni prawdopodobnie o tym nie wiedzą. Wot, duraki...

***

Partyzanci zaatakowali pod osłoną nocy. Poczekali, aż na miejscu zostanie tylko rosyjski oddział – i rozpoczęli ostrzał. Akcja poszła sprawnie: po kwadransie nikt z Rosjan nie żył, a straty wśród Polaków były niewielkie. Celowo wybrali moment nocnego odprężenia, rosyjskie wojska słyną wówczas z daleko posuniętej demobilizacji. Zewnętrzne straże skosili z karabinków szybkostrzelnych. Pociski z wyrzutni i granaty dopełniły dzieła.
Bohaterem akcji był młody chłopak, dziewiętnastolatek, który zabił dowódcę. Korzystając z zamieszania, podkradł się do jego namiotu i gdy tylko oficer wyszedł – rzucił się na niego z nożem. Dowódca nie miał szans, zdołał jedynie wystrzelić na oślep, gdy partyzant zamaszystym cięciem poderżnął mu gardło, po czym wbił ostrze w brzuch. Po chwili leżał z twarzą w błocie. Oszołomiony chłopak wślizgnął się do namiotu, skąd zabrał otwarty zeszyt pozostawiony przez oficera – pomyślał, że to tajne informacje.
Gdy ścianę namiotu przeszył pocisk, młody partyzant szybko ewakuował się z niebezpiecznego miejsca, chwytając notes w zakrwawione rękawiczki.


***

Mężczyźni nie przyszli nazajutrz do wydawnictwa. Nie pojawili się już nigdy. Czekano na nich przez cały kolejny tydzień – bezskutecznie.
Nawet nie raczyli zadzwonić. Młody redaktor z działu literatury faktu nie krył rozczarowania. Potencjalny bestseller przemknął im koło nosa. A mógł to być jedyny w swoim rodzaju reportaż z ucieczki nielegalnym pociągiem – wystarczyło skompletować całość i poddać tekst redakcyjnej obróbce. Sukces czytelniczy gwarantowany! A tak całe przedsięwzięcie diabli wzięli.
W firmie zastanawiano się nad brakiem sygnałów od doręczycieli manuskryptu. Przeważały głosy, że poszli do konkurencji. Były też inne domysły – tych facetów mogło spotkać coś przykrego. Wyglądali podejrzanie, zachowywali się nienaturalnie – jakby coś im groziło. Może byli to paserzy, bandyci, terroryści? Bóg raczy wiedzieć. Jedno było pewne: notatnik zawierał relację, która mogłaby nie przejść w całości przez tymczasową cenzurę – ujawniał bowiem fakty niewygodne dla okupantów.
Po dwóch tygodniach nikt w wydawnictwie nie wspominał już o tajemniczych zapiskach ani o samych posiadaczach notesu. Bieżące sprawy pochłonęły pracowników, a sytuacja polityczna stabilizowała się coraz bardziej.
Wojna powoli odchodziła w przeszłość – jak każdy koszmar.


***

Po lekturze zeszytu wysoki oficer Europolu czuje się rozczarowany.
Zatrzymanie dwóch handlarzy związanych z podziemiem zbrojnym było niewątpliwym sukcesem. Akcję przeprowadzono sprawnie, jednak znaleziony przy nich zeszyt okazał się prywatnym notatnikiem. W dodatku nie oni to pisali! Przesłuchania tylko potwierdziły te obawy. Jakaś publicystyka na gorąco, listy z frontu, w najlepszym razie artykuły do podziemnych gazet – to wszystko.
Oficer westchnął i przeciągnął się na krześle. Było już późno, miał za sobą kolejny dzień wytężonej pracy operacyjnej. Tak więc ujęli terrorystów, lecz nie znaleźli przy nich dokumentacji, której szukali – szczęście w nieszczęściu. Sztab liczył na przechwycenie tajnych notatek ruchu oporu, tymczasem notes nie zawierał niczego, co zagrażałoby interesom koalicji; jego treść nie godziła też specjalnie w bezpieczeństwo publiczne, choć ci od cenzury mogliby uważać inaczej. Nie obchodziło to jednak wysokiego oficera Europolu. Jak dla niego tego typu zapiski mogły spokojnie trafić na śmietnik – tam, gdzie ich miejsce. Śmietnik historii – skojarzyło mu się nagle. Kiedyś wszyscy tam trafimy. Dlatego trzeba trzymać się chwili obecnej i korzystać z życia. Być zawsze po stronie silniejszego.
Snując te rozważania, zapala papierosa. Uchyla okno, by zrobić ujście dla dymu – i wtedy robi się przeciąg. Papiery na biurku unoszą się w podmuchach powietrza, wirują i spadają na podłogę.
Wiatr rozwiewa kartki zeszytu i otwiera je ku historii.




Autor: Wojciech Szyda
Dodano: 2012-03-21 23:11:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS