NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

Ukazały się

Crouch, Blake - "Mroczna materia" (wyd. 2)


 Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

 Larson, B.V. - "Podbój"

 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

Linki


Sobotnie czytanie. Deofilia i Deofobia

DEOFILIA I DEOFOBIA


Bóg i fantastyka, metafizyka a science fiction – zestawienia takie wydają się odstręczające; wszak to inwersja, by nie powiedzieć dywersja. Jakże to – fantaści o Bogu piszą, przecież to od razu, z definicji niejako, Stworzyciela sytuuje po stronie istot niestworzonych; po drugie – metafizyka w SF, która uchodzi za emanację twardości i naoczności, empirii i naukowych kompetencji? Istne brewerie. A jednak, a jednak. Fantastyka nie musi wszak zabawiać się nauką twardą, fizyką, astronomią etc., w zakres jej poszerzonych kompetencji wchodzą też nauki humanistyczne – psychologia, socjologia, a wreszcie – czemu by nie – filozofia i teologia.
Do takich a nie innych rozważań sobotnich natchnęła mnie lektura dwu książek polskich autorów: Dominiki Oramus „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku” oraz Macieja Parowskiego „Małpy Pana Boga - Słowa”. Ta druga rzecz częściowo jedynie omawia metafizyczne koncepty w fantastyce, za to jest komplementarna wobec pierwszej, ponieważ polską głównie SF się zajmuje, czego w pracy Oramus brak. Nim jednak przejdę do głównego dania, słów kilka o niekoniecznie teologicznej zawartości książki Parowskiego.

1. Macieja Parowskiego publicystyka żyjąca.
Z Parowskim znamy się niemal ćwierć wieku, aż trudno uwierzyć, że to tyle już lat. Wszystko zaczęło się w roku 1989, kiedy to otrzymałem w dość pokaźnej paczce zwrotnej teksty, które wysłałem do starej, dobrej „Fantastyki” (zadebiutować – rok później – miałem już w „Nowej Fantastyce”). Teksty opatrzone były listem nakreślonym rozchwianym, niemal nieczytelnym charakterem pisma. Z listu (pewnie gdzieś go wciąż mam w archiwaliach) zapamiętałem jedną charakterystyczną frazę Macieja: Mam zwyczaj dzielić teksty na dwie sterty – do dupy i do rozważań. Pan trzema swoimi opowiadaniami załapał się do tej drugiej. Rzecz jasna, żadne z tych trzech nigdy w „NF” się nie ukazało. Ukazało się czwarte.
Różne były koleje losu; kilka razy zrywaliśmy znajomość, by – po jakimś czasie, bywało, że i rok to trwało – odnawiać przyjaźń. Maciej, obok wielu innych znakomitych cech, ma jedną, szczególnie godną odnotowania – zdolność koncyliacyjną, umiejętność poszukiwania kompromisu. Podziwiam go za to, bo sam takich cech nie posiadam, niestety, albo mam je w postaci szczątkowej – kikuty zgodności atroficznie skarlałe. Dawniej wydawało mi się to mym atutem, owe wywijania szabelką, a raczej cepem, te nieprzejednane zerwania i obrażania. Teraz, kiedy się trochę starzeję, tamte dawne zachowania „honorowe” błazeństwami mi się jawią, co z tego, kiedy taką mam już, niestety, naturę narwańca.
Piękne zdanie z książki Parowskiego – redaktor powinien zawsze bronić swojego autora, nawet przed nim samym. Po latach w wielu punktach przyznaję Maciejowi rację, słusznie odrzucał niektóre me teksty; dobry redaktor ma w sobie coś z biegłości chirurga – chorą, kulejącą frazę, niedorzeczne historie amputuje – dla dobra pacjenta.
Publicystyka zaprezentowana w tomie „Małpy Pana Boga” trochę cechom wyżej opisywanym przeczy – tu jawi się Parowski nieprzejednanym obrońcą pewnych wartości, biegłym szermierzem na ostre argumenty, upartym przy tym do bólu. Czasem ma rację (chyba częściej), czasem – wydaje mi się – jej nie ma. Nie byłbym do końca uczciwy, gdybym nie napomknął choć o zastrzeżeniach, które mi się narzucają. Przesiąknięte są te teksty doraźnością; Maciej żyje chwilą, jego felietony i recenzje też żyją. Język ich bardzo jest emocjonalny; nic w tym złego. O ile zgadzam się z większością polemik środowiskowych Parowskiego (np. sprawa karlejącego znaczenia nagrody Zajdla i kiepskich moralnie gierek wokół tego wyróżnienia), o tyle już w kwestiach politycznych, ideologicznych wydaje się wieloletni redaktor NF zbyt pryncypialny, jednowymiarowy. Zresztą, to jest obserwacja ciekawa też socjologicznie – kiedy pisze Maciej recenzję z „Pieprzonego losu Kataryniarza” Ziemkiewicza, przytomnie punktuje słabości fabularne książki, kiedy broni jej – w innym tekście – polemizując z surową wyceną „Gazety Wyborczej”, książka jest już wielka i znakomita, usterek pozbawiona. To jest klasyczne zwieranie szeregów, wobec większego wroga, niesnaski (znane przecież) między panami tracą na znaczeniu. Ziemkiewicz wydaje się zresztą wielkim bohaterem (czasem antybohaterem) publicystyki Macieja Parowskiego; ostro z młodszym kolegą polemizuje, ale zarazem wyraża swój podziw, z czasem – niestety – nasiąka „ziemkiewiczyzną”, przejmuje jego nieprzytomną frazę o mitycznych salonach (tak jakby sam Ziemkiewicz, do licha, salonów nie tworzył, a środowiskowych, brudnych gierek nigdy nie uprawiał).
Maciej napisał kiedyś w którymś z listów do mnie bardzo mądre zdanie, a właściwie to dwa zdania – Literatura nie potrzebuje prawdy zobiektywizowanej, tylko wewnętrznej. Jest wyliczana nie z trafności, tylko ze szczerości. Otóż mam wrażenie, że w swym retorycznym zapamiętaniu Parowski czasem zapomina o tej maksymie; rozlicza dzieła nie z ich subiektywnej szczerości, lecz z – jego zdaniem – obiektywnej nieszczerości. Prawicowa, konserwatywna wizja świata (nawet w kuriozalnym wydaniu Regalicy) doczeka się tu zatem konsekracji, lewicowa, ateistyczna (Pacyński) – raczej egzorcyzmów.
A skoro już przy egzorcyzmach i konsekracjach jesteśmy, czas chyba najwyższy przejść do metafizycznych akcentów w prozie fantastycznej.

2. Teocentryzm a fantastyka.
Do wielkich metafizyków fantastycznych XX wieku zalicza Dominika Oramus w swej niezwykle interesującej książce C.S. Lewisa i Philipa K. Dicka. Rzeczywiście, ich fantastyczne dzieła wydają się być już na pierwszy rzut oka przesiąknięte pierwiastkiem duchowym, jest to teocentryczna (choć nie do końca zgodna z ortodoksją, udowodnimy to za chwilę), z ducha średniowieczna wizja świata. Nic w tym dziwnego, C. S. Lewis jest przecież autorem znakomitego „Odrzuconego obrazu” będącego wprowadzeniem do literatury średniowiecznej i renesansowej; nadto to pierwsza szpada (obok Chestertona) eseistyki chrześcijańskiej („Bóg na ławie oskarżonych”); zaryzykowałbym tezę, z którą Oramus pewnie by się do końca nie zgodziła, że lepszy był z Lewisa eseista i polemista niż pisarz. Dick to z kolei człek szalony, ale w pozytywnym słowa tego znaczeniu – jego szaleństwo ma konstrukcyjny charakter. Jego wewnętrzne przekonanie (znakomitej egzegezy „Valis” dokonuje Dominika Oramus; za mało tu jednak miejsca, by ją przywołać) o tajemniczości świata, o sensownych komunikatach, jakie płyną ze strony rzeczywistości (tylko trzeba je umieć odczytywać – nawet piosenki Davida Bowie mogły nieść boskie przesłanie) znakomicie korespondują z wczesnośredniowieczną wizją świata (z ducha platońską czy też neoplatońską) jako odwzorowania wyższej rzeczywistości – nic zatem nie dzieje się tu przypadkowo, ale tylko nieliczni mogą właściwie odczytać sens wszechświata.
Zarazem obaj wielcy metafizycy są w jakiejś mierze heretykami – ich dzieła przesiąknięte są akcentami gnostyckimi; trylogia „planetarna” Lewisa wprost nawiązuje do systemu eonów oraz Ziemi jako kreacji ułomnego boga; nie inaczej jest u Dicka – jego powieści wypełniają legiony fałszywych, złych bogów uzurpujących sobie prawo do kontroli ludzkich losów.
Bo czyż nie jest w gruncie rzeczy tak (o ile dobrze pamiętam, jest to teza, czy też może raczej hipoteza ongiś sformułowana przez Parowskiego), że literatura fantastyczna – wraz ze swymi niemal boskimi roszczeniami kreowania światów literackich – jest w samej istocie heretycka?
Niewiele jest wszak kanonicznych ujęć tematu teologicznego w literaturze SF (takowe byłyby nudne, byłyby powtórzeniami – zatem autorzy w mniejszym lub większym stopniu odchodzą od ortodoksji, jedni zmieniają dekoracje, inni natomiast – wręcz podmieniają dogmaty). Z autorów kanonicznych można by wymienić Waltera Millera i jego klasyczną „Kantyczkę dla Leibowitza” z zawartą tam potężną wizją odradzania się chrześcijaństwa po nuklearnej zagładzie. Z pisarzy polskich ortodoksami (określenie to nie ma bynajmniej w tym kontekście pejoratywnego zabarwienia) wydają się być: Wojciech Szyda i Marek Huberath.

3. Science (meta)fiction, czyli Bóg podmieniony.
Dominika Oramus zwraca uwagę na niezwykle interesujące zjawisko „podmiany” kanonicznych motywów biblijnych w literaturze SF. Otóż fantastyka często przejmuje staro- i nowotestamentowe schematy fabularne i przerabia je na własną modłę. Tak jest z motywem Mesjasza przetransponowanym intrygująco w „Terminatorze” (profetyzm bohaterów bierze się tu z pomysłowo rozegranych paradoksów czasowych); znowu w „Diunie” Herberta Mesjasz okazuje się rezultatem długofalowych eksperymentów genetycznych.
Z kolei motyw „niepokalanego poczęcia” intrygująco wykorzystuje Miller we wspomnianej już „Kantyczce dla Leibowitza” – otóż na skutek mutacji popromiennej jednej z bohaterek wyrasta druga głowa – stanowiąca autonomiczną osobowość (Miller sugeruje, że mamy tu do czynienia z żeńską wersją Mesjasza).
Nawet cyberpunkowe historie Gibsona wykorzystują w jakimś sensie motywy metafizyczne. Charakterystyczna fraza o tym, że ciało to mięso może być – na upartego – interpretowane jako nawiązanie do antropologii Platońskiej (ciało jako więzienie duszy) czy wczesnochrześcijańskiej. Podkreślanie, że duch (poruszający się w cyfrowo spreparowanych przestrzeniach wirtualnych) istotniejszy jest od materii ładnie znów koresponduje z idealizmem subiektywnym anglikańskiego duchownego i filozofa Berkeleya.
Owego „Boga podmienionego” pożyczyłem sobie od Macieja Parowskiego (inne przywoływane przez niego figury Boga literackiego to m.in.: Bóg przegnany oraz Bóg przyzywany; zainteresowanych odsyłam do tekstu) – użył tego określenia w ciekawym eseju „Boże igrzyska”. Znakomicie wpisuje się to w opisywane tu zjawisko. Otóż bywa i tak w SF, że miejsce Boga zajmują inne – niepojęte, pozapercepcyjne – byty. Klasycznymi realizacjami tematu zasłynęła polska fantastyka – w „Solaris” Lema monstrualny Obcy posiada nieomal boskie zdolności kreacyjne; wykorzystuje je jednak diabelsko – ucieleśniając podświadome koszmary i lęki ziemskich badaczy. Podobnym tropem zmierza Marek Oramus w znakomitym „Arsenale” – tu boskie przymioty ma sonda kosmiczna Obcych. Wyższe, niepojęte cywilizacje manipulujące nami występują m.in. w „Robocie” Snerga (parareligijna teoria Nadistot) czy w powieściach braci Strugackich (Wędrowcy).

4. Bóg urojony.
Fantaści bywają też – z ducha pozytywistycznymi – deofobami. Przekonanie o znakomitych osiągach nauki i technologii, o bezustannym wykładniczym postępie ludzkości sprawia, że Bóg wydaje im się figurą zbędną, hipotezą nadmierną i niepotrzebną do wyjaśnienia zachodzących w przyrodzie zjawisk. Symbolicznym reprezentantem tego nurtu jest nieżyjący już nestor naukowej fantastyki Arthur C. Clarke. Jego słynna formuła, jakoby odpowiednio zaawansowana technologia w niczym nie różniła się od magii, jest kwintesencją takiego pojmowania rzeczy. Oczywiście, ta wiara w moc sprawczą technologii ma w sobie pewną dozę uroczej naiwności. Ciekawiej realizuje wątek pozorności cudowności Adam Wiśniewski-Snerg w „Według Łotra” (moim zdaniem to bodaj najlepsza jego książka) – otóż tu stopień cudowności oraz możliwość jej percepcji warunkowana jest statusem ontologicznym postaci.
„Bóg urojony” to, rzecz jasna, tytuł głośnej książki Dawkinsa, swoistego manifestu ateizmu. Przyznam, że lektura pierwszych stu stron tego „dzieła” wprawiła mnie w konfuzję – jakże to, więc nieprzytomne kalumnie i obelgi ciskane w stronę kościoła przez Dawkinsa mają być metodą argumentacji człowieka mieniącego się intelektualistą? Dalsze partie książki też odkrywcze nie są. Ale możliwy jest przecież inny rodzaj ateizmu – wynikającego z głębokiego wewnętrznego dramatu, otchłannych przemyśleń – na temat np. permanentnego zła zachodzącego w otaczającym nas świecie. Przypomina mi się słynne zdanie Alberta Camus: Boga nie ma, ale należy żyć tak, jakby był. To polemika z Dostojewskim i jego przekonaniem, że bez Boga nie ma zasad. Ale też niezwykle wysokie wymagania moralne, jakie stawia Camus sobie i innym. To ten sam Albert Camus, któremu w swej alternatywnej historii („Burza”) Maciej Parowski przywrócił szlachetnie parę lat życia (przedwcześnie zakończonego w naszej wersji rzeczywistości tragicznym wypadkiem samochodowym – przy okazji uwaga warsztatowa do Maćka – Maćku, Camus nie był kierowcą w tamtym wypadku, był, niestety, pasażerem).
W literaturze fantastycznej przedstawicielem ateistycznej postawy wydaje się być Kurt Vonnegut – i znów, nie jest to ateizm naiwny, lecz głęboki, wewnętrzny, wynikający z tragicznych przeżyć pisarza.

Nie wyczerpuję tu wątków i tematów podjętych w książkach Dominiki Oramus i Macieja Parowskiego; zainteresowanym tematyką metafizyczną w fantastyce polecam obie pozycje z czystym sumieniem. Tym bardziej, że literackie źródła dokumentujące duchowe zmagania fantastów nie wysychają. Wręcz przeciwnie, jak trafnie dostrzega to Dominika Oramus (nawiązując metaforycznie do wiersza „Drugie Przyjście” W.B. Yeatsa), intensywność podejmowania tematyki religijnej w science fiction podlega wprawdzie fluktuacjom, ale ten typ spekulacji zawsze nieodmiennie powraca.


Autor: Jacek Sobota
Dodano: 2012-03-17 14:30:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS