NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kloos, Marko - "Ewakuacja"

Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Hannya

Paweł Ciećwierz
HANNYA*

Od autora: Paweł Ciećwierz - urodzony w roku 1978 na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel, autor kulturowo - wampirycznego eseju pt „Synowie Kaina, córy Lilith”, zbioru opowiadań „Nekrofikcje” oraz wielu innych tekstów publikowanych w antologiach i czasopismach. Buddysta, anarchista, kolekcjoner wrażeń. Bez żony, dzieci, prawa jazdy i planów na przyszłość. Szczęśliwy.Hannya - jeden z pierwszych tekstów osadzonych w Mgławie, w którym udało mi się zrozumieć i wyczuć Brighellę. Ujawniona w opowiadaniu moralna ambiwalencja (anty)bohatera stała się motywem przewodnim „Nekrofikcji” oraz oczekującej na wydanie kontynuacji pt „Środkowy palec opatrzności”. Lokal Psychocandy, gdzie przecinają się ścieżki postaci, niektórym mieszkańcom Śląska może się wydać znajomy.


*Hannya - w mitologii japońskiej potężny żeński demon, coś w rodzaju diablicy.

Ściągnij opowiadanie w formatach: pdf, epub, mobi i doc.




Nothing can stop me now, cause I don’t care anymore
Trent Reznor

między kumplami
Kobieta krzyczy i krzyczy. Zgromadzeni w sąsiednich pokojach laboranci mają jej za złe tak donośny głos. W tych warunkach nie da się spokojnie pracować, ani tym bardziej jeść, a izolatki podejrzanych znajdują się na tym samym piętrze co kuchnia. Nauczeni doświadczeniem wiedzą jednak, że należy się wykazać cierpliwością. Ludzkie gardło nie jest w stanie wytrzymać więcej niż trzech seansów. Krtań puchnie, więzadła głosowe wiotczeją. Im bardziej zaawansowanych środków używa się do przesłuchiwania klientów, tym ciszej robi się na najniższym poziomie w przestronnych, jasnych i gustownie urządzonych piwnicach firmowego wieżowca. Ludzie na mieście mawiają, że to budynek, w którym nigdy nie gasną światła. Mają rację, bo pracy jest mnóstwo. Urzędnicy na wyższych piętrach przyjmują skargi, petycje, a przede wszystkim informacje od mieszkańców i segregują je według ważności. W firmie dba się o to, by nie było biurokratycznych przestojów, dlatego cieszy się ona dużym społecznym zaufaniem. Przeciętny mieszkaniec Mgławy woli spowiadać się urzędnikom, niż policjantom, bo ma pewność, że dla pracowników Instytutu Inkwizycji nie ma nieważnych spraw.
O ile góra otwarta jest dla wszystkich, o tyle wizyta na poziomach minusowych wymaga już specjalnego zaproszenia. Wejść tam trudno, wyjść nie sposób. Kręte, przeszklone korytarze oślepiają sterylną czystością i bielą. Personel nosi zielone kitle i identyfikatory, na nich tytuły naukowe i nazwy korporacji farmaceutycznych wspierających państwową firmę.
Naukowcy z niechęcią spoglądają na odzianego w garnitur człowieka, w którym na milę da się wyczuć funkcjonariusza operacyjnego. Przed nim, środkiem korytarza maszeruje blady cywil. Etatowych pracowników tego miejsca zastanawia fakt, że towarzyszy mu tylko jeden strażnik. Jeszcze bardziej dziwi ich to, że chłopak maszeruje dobrowolnie. Żwawo szura foliowymi papuciami po wyfroterowanej podłodze. Nikt z obecnych na poziomie minus trzy nie ma jednak kompetencji do zadawania pytań. Elektroniczny zamek ustępuje ze szczękiem i drzwi, zza których wciąż dobiega kobiecy wrzask, stoją przed nimi otworem.

Doktor Strauss był zniesmaczony. Mimo, że trzy zakrwawione blaszki paznokci leżały już na kafelkach, wiedźma nadal patrzyła na niego z nieustępliwą nienawiścią. To był dopiero początek, zaledwie znak firmowy jego techniki. Nikomu nie udało się jeszcze utrzymać fasonu, kiedy długie, pełne toksycznych substancji igły przebijały mu błony śluzowe lub powieki. Ale tym razem dotychczasowy wysiłek pójdzie na marne. Rozkazy były jasne i zabawa skończyła się, zanim się na dobre zaczęła. Doktor wolno pakował przybory patrząc z żalem na zwiotczałe z bólu ciało czarownicy. Lubił takie pełne piersi u kobiet przed czterdziestką. Naprawdę czuł, że ich znajomość mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie kazano mu nagle razem z zabawkami przenieść się do innej piaskownicy. Kiedy żegnał się wymuszonym pocałunkiem złożonym na zgryzionych do krwi ustach, za jego plecami otwarły się drzwi. Do izolatki wszedł młody chłopak. Jego dżinsowo - drelichowe łachy i długie włosy pasowały tu jak pięść do nosa. Zakłócały estetykę wnętrza. Doktor zawahał się przyciskając do wątłej piersi saszetkę z narzędziami. Czekający na zewnątrz funkcjonariusz niecierpliwie machnął na niego ręką. Wiedźma pożegnała go bluźnierstwem. Mijając chłopaka, Strauss przez jeden krótki moment spojrzał w jego podkrążone oczy. Zobaczył w nich coś, o czym jako doktor medycyny oraz szczęśliwy mąż i ojciec trójki dzieci wolał nie mieć pojęcia.
- On jest magiem – stwierdził, kiedy maszerowali długim korytarzem w poszukiwaniu automatu do kawy. Mężczyzna w garniturze bez słowa kiwnął głową.
- Nielicencjonowanym magiem. Pewnie w dodatku heretykiem. Jesteście pewni, że zostawianie go sam na sam z naszą czarownicą to dobry pomysł?
- Pan uważa, że nie do końca? – zaciekawił się funkcjonariusz.
- Ten pokój jest monitorowany, ale taka utalentowana wiedźma potrafi porozumiewać się telepatycznie. Kto wie, co oni tam teraz mogą razem kombinować.
- Parę osób wie. Dlatego miałem go tu przyprowadzić…
- …przerywając mi robotę. My się wam nigdy nie pakujemy z butami do śledztwa. Za to operacyjny nie pierwszy raz miesza nam w papierach. To chyba trochę…
Człowiek w garniturze dmuchał do kubka z parującą kawą wsłuchany w dalekie echa krzyków ginące w rozgałęzieniach korytarzy.
- Niesprawiedliwe? – podpowiedział z uśmiechem.

Uwięziona w czymś na kształt fotela ginekologicznego kobieta otwarła oczy. Zlepione potem rude włosy opadały na twarz, a fioletowe sińce znaczyły kostki i nadgarstki pod krępującymi ją pasami. W ciemnych jak studnia źrenicach drzemała wielka moc. Nawet tutaj wydawała się niebezpieczna. Chłopak, który w świetle jarzeniówki przypatrywał się dobrze znajomej twarzy, wiedział, że z tego budynku się nie wychodzi. Żadne okoliczności nie są w stanie tego zmienić. Poznała go.
- Brighella – szepnęła. – Miałam nadzieję, że chociaż tobie się uda. Przykro mi, że nasza znajomość tak się kończy.
Chłopak chrząknął i zwilżył jej usta chusteczką higieniczną zamoczoną w kubku wody.
Czarownica podniosła głowę i przyjrzała mu się dokładniej.
- Przyszedłeś tu sam. Nie jesteś skuty, nie masz na sobie szpitalnych ciuchów i jakoś nie widzę śladów bicia. Mógłbyś mi to wyjaśnić, co?
Brighella zrobił niewyraźną minę. Wiele zawdzięczał tej kobiecie. Była jego mistrzynią i nauczycielką przez kilka dobrych lat. Opiekowała się nim, odkąd w dość makabrycznych okolicznościach ujawnił się jego talent. Ani przez chwilę nie podejrzewał, że robiła to bezinteresownie, a jednak czuł się w jakiś sposób zobowiązany. Rzadkie emocje u człowieka takiego jak on.
- Nie będą cię już więcej torturować – powiedział. – Przerwałem to.
Kobieta uśmiechnęła się krwawo.
- Jestem najpotężniejszą czarownicą w Mgławie, jedną z najlepszych w kraju – oświadczyła z resztką dumy w głosie. - Zapewniam cię, że będą mnie torturować. Zrobią wszystko, żeby wydobyć ze mnie zaklęcia i nazwiska klientów. Tak działa Inkwizycja. Czerwie tylko na to czekają. Przebierają nogami, żeby nauczyć się tego, co potrafię. Ale ja nie mam w zwyczaju dzielić się sekretami z konkurencją.
Brighella znowu chrząknął. Próbował też przełknąć ślinę. Przełyk miał suchy jak wiór.
- Daję słowo, że nie będą cię już więcej męczyć – oznajmił, a na ustach zadrgał mu uśmiech.
Kobieta spojrzała na niego z uwagą. Gdy poznali się w barze pięć lat temu, był tylko zwykłym, szukającym okazji nastolatkiem. Dojrzała w jego oczach talent i coś jeszcze. Właśnie ten wyrachowany uśmiech hazardzisty, cierpliwie uczącego się zasad gry.
- Wyjaśnij mi to proszę, bo jedyna wersja wydarzeń, jaka przychodzi mi do głowy, nie stawia cię w zbyt korzystnym świetle.
- Nie zdradziłem cię, Małgorzato – powiedział Brighella. – Nigdy bym tego nie zrobił. Ten pisarz, nad którym pracowałaś, zaczął coś podejrzewać i przyszedł się zbadać. Żona trafiła tu zaraz po nim, ale z nią rozmawiano w mniej kulturalny sposób. Dowiedzieli się wszystkiego. Że była bita i że opłaciła kogoś, kto potrafiłby wiarygodnie upozorować zgon z przyczyn naturalnych. Wypłynęło twoje nazwisko. Sprawa wyszła na jaw, bo sukinsyn okazał się nadspodziewanie odporny na dawkowany w niewielkich ilościach sok z wilczej jagody. Zawsze mi powtarzałaś, że nawet najlepsi magowie czasem popełniają błędy.
Małgorzata opuściła głowę. Trzeba było nająć paru żuli, żeby zatłukli frajera besjbolami. Finezja i przywiązanie do starych, stylowych metod miało ją teraz kosztować życie.
- Rozumiem, jak do mnie trafili. Ale ty siedziałeś w tej sprawie równie głęboko co ja. W knajpie dosypałeś mu pierwszą dawkę trucizny. I stoisz sobie tutaj przede mną zamiast zajmować izolatkę obok.
- Obawiali się, że nawet na przesłuchaniu nie będziesz chciała nic powiedzieć. Mają doświadczenie z wiedźmami. Wiedzą, że trudno cię złamać. Jak powiedziałaś, bardzo zależy im na tych informacjach.
- Więc? - zapytała czarownica. Miała przeczucie, że nie spodoba jej się to, co usłyszy.
- Zrozum mnie, Małgorzato. Wyrok na ciebie już zapadł. Żaden heretycki mag nie wyszedł żywy z Instytutu Inkwizycji.
- Coś mi mówi, że tobie się to uda, wężu.
- Poszedłem z nimi na układ, bo wiedzą, że niewiele potrafię i niezbyt im się przydam. Podrzędny nekromanta, którym nie warto zawracać sobie głowy. Puszczą mnie wolno w zamian za to, że zaraz po śmierci zaproszę cię tu na chwilę z powrotem i przepytam sumiennie. Pierwsza zasada demonologii: w pentagramie nie ma ściemy. Pamiętasz, jak uczyłaś mnie inkantacji?
- Za cienki jesteś – prychnęła czarownica. – Musiałbyś mieć do dyspozycji potężny magiczny artefakt.
- Będę miał. Twoją głowę.
- Tani, podły, tchórzliwy skurwysyn – oceniła spokojnie Małgorzata. Nauczyłam cię zbyt wielu rzeczy.
- Nigdy nie będę tak dobrym magiem jak ty. Muszę sobie radzić inaczej.
Wiedźma westchnęła. Jej złość była w zasadzie bezpodstawna. Każdemu, kogo w swoim czterdziestoletnim życiu uczyła magii, powtarzała, że w świecie herezji najważniejsze jest przetrwanie. Chłopak rzeczywiście nie posiadał wybitnego talentu, a jednak okazał się jej najzdolniejszym uczniem.
- Zrobisz coś dla mnie – powiedziała zimnym głosem, kiedy zbierał się do wyjścia.
- Przysięgniesz mi coś, i bez względu na to, jak potoczą się twoje przyszłe losy, bez względu na cenę, jaką przyjdzie ci zapłacić, dotrzymasz słowa. Zrobisz to, Brighella, bo jesteś mi coś winien. Bo nauczyłam cię wszystkiego. I dlatego, że kiedyś byłeś moim przyjacielem. Rozumiesz?
Młody mężczyzna w milczeniu skinął głową. Nawet w pozbawionym zasad i wiary świecie istnieją bowiem długi, które spłacać należy.
Czarownica zamknęła oczy i pozwoliła mu usłyszeć swoje myśli. Wszystkie wiązały się z dwunastoletnią dziewczynką. Przez pięć lat ich znajomości wiedźma nie wspomniała o niej ani razu. Mała miała na imię Hania.

Seria wypitych jeden za drugim szotów z tequili powoli przywracała go do pionu. Zdążył się już zaprzyjaźnić z łysawym, krępym człowieczkiem, który zanietrzeźwiał się wódą po lewej stronie. Nieznajomy skwapliwie korzystał z zagłuszającej wyrzuty sumienia możliwości knajpianej spowiedzi. Brighella słuchał i milczał, wpatrując się w lustro za kontuarem, jakby jego twarz od wczoraj się zmieniła. Blask neonowej reklamy piwa oświetlał sylwetki pozostałych ciem barowych. Tylko tacy przesiadują w knajpach po północy w środku tygodnia.
Po zamknięciu, czyli wtedy, kiedy ochroniarze wreszcie wykopali ich na zewnątrz, odprowadził swojego nowego znajomego do taksówki. Sam nie był jeszcze na tyle pijany, by zrezygnować z nocnego spaceru po mieście. Łysy chwiał się oparty o maskę samochodu, a potem zwymiotował prosto do połyskującej benzynową tęczą kałuży. Brighella pośpiesznie się oddalił. Odmalowana w pastelach noc przebłyskiwała światłem neonów. Potrójna dawka trucizny skutecznie zakończy rozpoczętą przez Małgorzatę kurację. Na taką ilość wilczej jagody po prostu nie ma bata. Kapuś umrze jeszcze w taksówce. Storturowana przez inkwizytorów małżonka oczekuje go już pewnie w zaświatach. Młody mężczyzna zapalił papierosa. Tak naprawdę wcale nie chodziło mu o zemstę. Zemsta była zbytecznym luksusem dla ludzi jego profesji. Nie mógł jednak pozwolić na to, by jakiś burak przechwalał się w barach, jak to wespół z Inkwizycją przechytrzył wiedźmę. Brighella był teraz działającym na własne konto nekromantą i zależało mu na tym, żeby w jego mieście ludzie traktowali magię z należytym szacunkiem. Postawił kołnierz i rozejrzał się wokół zastanawiając się nad wyborem ciepłego, pełnego przyjaciół miejsca na resztę nocy, ale jakoś nic nie przyszło mu do głowy.

Dziesięć lat minęło od tamtego dnia. Czasem nie poznaję człowieka, którym wtedy byłem…

To miejsce nazywa się Psychocandy. Jeśli jesteś świrem, ćpunem, szukasz laski lub faceta na jedną noc względnie kawałek wieczoru, lubisz się bić albo handlujesz czymś nielegalnym, to prędzej czy później skończysz tutaj. Stoczyłem się po piwnicznych schodach prosto w objęcia bramkarza, który szarpnął za skórzaną marynarkę i z niesmakiem przywrócił mnie do pionu. Półtonowe afrykańskie zwierzę umarłoby w męczarniach po tym, co już wrzuciłem tego wieczoru. Miałem tłuste włosy, zarost i sińce pod oczami. Od dwóch dni nie spałem, a w hotelu byłem chyba tydzień temu. Kto wie, może w moim pokoju mieszka już ktoś inny. Mam nadzieję, że nie wyrzucił płyt.
- Brighella – właściciel przywitał mnie bez entuzjazmu – z jakiego zakamarka piekła wypełzłeś z tym obleśnym uśmiechem i umysłem jak miejsce pod wanną, gdzie nikt nie zagląda? – zagaił poetycko. Uścisnąłem mu rękę
Była dziesiąta. Raczej czułem, niż pamiętałem, że zaczyna się weekend. Ciepłe, mroczne wnętrze knajpy wypełniało się ludźmi. Piwniczne korytarze wiodły na stroboskopową i zadymioną płytę, do baru lub w oświetlone płomieniami świec wnęki i zakątki, które złączyły więcej par, niż położony kilka przecznic dalej kościół. „Życie jest krótkie, miłość zawsze kończy się o świcie” – wysyczał ze sceny mało znany wokalista. Nie miałem powodu się z nim nie zgodzić.
Zamówiłem podwójny rum z cytryną. Potem przecisnąłem się przez parkiet i wspiąłem po schodach do chillout roomu. Wewnątrz, na wytartych indyjskich poduchach zalegli już stali bywalcy tego miejsca. Jakiś młody blondynek przywitał się ze mną i zanim zdążyłem się rozejrzeć, załapałem się na szota z jego skręta. Dym palonego ziela i opary wieloustnikowej fajki wodnej mieszały się w powietrzu. Świat pachniał jaraniem i winogronami. Wszystko było na swoim miejscu i wszystko było dobrze. Jak co tydzień.
Dziewczyna, której szukałem, siedziała po turecku pogrążona w rozmowie. Miała ładnie rzeźbione kości policzkowe, duże oczy i sine, suche usta, które co jakiś czas nieświadomie przysłaniała dłonią. Nastroszone białe włosy upodabniały ją do wkurwionej mangi.
Po szocie ciężko było ustać, nie rozlewając rumu. Zapadłem się w poduchy w najdalszym rogu pomieszczenia i obserwowałem ją, nie wzbudzając podejrzeń, bo co najmniej trzech facetów robiło to samo. Ubrała się jak studentka – anarchistka: w bojówki, glany i biały podkoszulek. Na szyi i dekolcie zwijał się wąż. Tatuaż znikał pod ubraniem w taki sposób, że trudno było nie rozmyślać o tym, co się z nim dalej dzieje. Według moich szacunków mała skończyła dwadzieścia lat. Nigdy nie rozmawialiśmy, mimo to miałem wrażenie, że ją znam. Podobieństwo nie było przypadkowe. Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy martwić tym, że kilka miesięcy temu zjawiła się w mieście.
Kojarzyłem też faceta, który z nią dyskutował. Gość miał na sobie dwadzieścia kilo dresów, mięśni i biżuterii, a w jego szerokich spodniach spokojnie mogło zmieścić się uzi. Podsunął jej zapisaną serwetkę. Zaprzeczyła ruchem głowy. Uśmiechnął się i znowu coś zapisał. W ten sposób amatorzy wyobrażają sobie przestępcze negocjacje. Westchnąłem boleśnie dopijając drinka. Rola obserwatora właśnie się dla mnie skończyła. Czy mi się to podobało, czy nie, musiałem interweniować.
- Lesiu – zacząłem wylewnie, dosiadając się do nich. Facet obrzucił mnie zimnym spojrzeniem.
- Jestem Larry – odparł zimno i nie wyciągnął do mnie ręki.
- Chyba od niedawna. Dla mnie zawsze będziesz Lesiem. Lesiem, który nie bał się dobrowolnie odwiedzać Instytutu Inkwizycji. Gadatliwym Lesiem. Nie przedstawisz mnie koleżance?
- Jestem Hania – wtrąciła się dziewczyna. Jej głos odbił się w mojej głowie bolesnym wspomnieniem.
- Za dużo wypiłeś, Brighella. Będzie lepiej, jak sobie pójdziesz, zanim wyprowadzisz mnie z równowagi – zaproponował oschle dresiarz. Inicjatywa wyraźnie wymykała mu się z rąk.
- A co? Pokażesz mi mordercze chwyty krav magi? Te same, które demonstrowałeś dwa tygodnie temu Tomkowi z ochrony, kiedy cię stąd wyprowadzał? A wiesz, że ja dobrze znam Tomka? Dzisiaj też pracuje.
Zastanawiałem się, czy da się sprowokować. Fizycznie nie miałem z nim szans, ale to nie był jego teren. Rzeczywiście widziałem kiedyś jak ochroniarz, lokalny gwiazdor shidokanu, robi sobie z niego worek treningowy na parkingu przed barem. Czekałem więc z kpiącym uśmiechem, który miał mi pomóc sprzedać blef.
- Pogadamy kiedy indziej, maleńka – spasował i po chwili zajmowałem już jego miejsce.
- Uważam, że powinnaś staranniej dobierać towarzystwo – powiedziałem ocierając pot z czoła, bo gadanie z ludźmi takimi jak Lesio zawsze kosztowało mnie sporo energii. – Ten gość to kapuś. Wziąłby zaliczkę, a rano miałabyś u siebie strażników Moralnej Opieki, którzy też zapłaciliby mu za informację. Z czegoś takiego można całkiem nieźle wyżyć.
- Prosił cię ktoś, żebyś się wtrącał? - zapytała wprost, krytycznie szacując mnie wzrokiem.
- Prosił, prosił. Bardzo dawno temu. Obserwuję cię już od kilku tygodni. Od momentu, kiedy zjawiłaś się w Mgławie. Nie znasz tu nikogo i nikt ci nie ufa, więc jeśli chcesz pozałatwiać swoje sprawy, naprawdę powinnaś gadać ze mną.
Dziewczyna nadal wpatrywała się we mnie ze złością. Wiedziała już, że mam rację, ale nie była z tych, co łatwo przyznają się do błędów.
- Kim jesteś?
- Nazywam się Brighella.
- Dlaczego jesteś?
- To, co teraz powiem, może zabrzmieć dziwnie, lecz życie składa się z samych osobliwych wypadków. Twoja matka prosiła, żebym ci pomógł, jeśli kiedyś będziesz w potrzebie.
- Moja matka już dawno nie żyje.
- Wiem o tym, dziewczyno. Widziałem, jak umierała.
Wątpię, czy te słowa przekonały ją do mnie, ale w końcu nie obiecywałem Małgorzacie, że jej córka będzie mnie lubić. Hania westchnęła ciężko.
- Porozmawiajmy – zaproponowała po chwili głębokiego milczenia. Kiwnąłem głową.
- Znam odpowiednie miejsce.

Wspinaliśmy się na dach po metalowych schodach. Awaryjne lampy rozświetlały korytarz na tyle, żeby nie połamać sobie nóg. Z dołu dobiegał wytłumiony bit lokalu. Ćpun zajęty ogrzewaniem bryłki koksu w szklanej lufce zrobił nam miejsce.
- Brighella, człowieku, masz chwilę? – zapytał machając do mnie szkłem.
- Nie dzisiaj, stary.
- Wróć, jak już z nią skończysz.
Nie trzeba być na kirze, żeby panorama miasta widziana z dachu Psychocandy zaparła ci dech w piersiach. Monochromatyczna strefa korporacyjna przechodzi w rozświetlone tysiącem neonów, spowite oparem mgły śródmieście. Czerwona łuna odbija się w nieboskłonie, jakby dzielnica płonęła. Toksyczna i martwa rzeka przetacza się przez centrum jak tłusty wąż. Tysiąc głosów zlewa się w biały szum. Kościoły są wszędzie. Gotyckie iglice katedr wznoszą się w każdej dzielnicy prócz doków, bo tam nikt nie płaci na nie podatków. Oczy Boskich namiestników spoczywają na prawdziwym narodzie wybranym. W Mgławie nikt już nie czeka na Sąd Ostateczny. Według encykliki papieskiej Narodowego Kościoła to dzieje się dzisiaj. Ziemscy spadkobiercy Chrystusowego imperium pomagają oddzielić ziarna od plew, żeby potem, kiedy Bóg wreszcie zdecyduje się objawić, miał mniej roboty. A kościoły stoją. I straszą.
Otrząsnąłem się z myśli. Dziewczyna z niesmakiem wskazała gościa na schodach.
– Jesteś narkomanem? Może zamiast mi pomagać, powinieneś skupić się na sobie, co?
- Nie jestem uzależniony. Myślę, że nie jestem. To znaczy, nie wiem na pewno, ale nie przeszkadza mi to w pracy. Czasem nawet wchodzi w zakres obowiązków. Ten koleś i jego znajomi mnie kochają, bo emanacja psychiczna zwiększa banię. Jestem jak party man z piosenki. Przychodzą do mnie młode japiszony: adwokaci, urzędnicy, bankowcy, skazani na cotygodniowe badanie moczu. Chcą się zabawić bez konsekwencji, więc płacą mi za to, że wrzucę coś w ich obecności i zaproszę na przejażdżkę.
- To żałosne.
- Z twojego punktu widzenia. Dla mnie żałosne jest siedzenie przy kompie dziesięć godzin dziennie.
- Dobra. Jesteś magikiem. Wiem już, że masz mały problem z dragami i że kiedyś znałeś moją matkę. Nie wiem jeszcze, dlaczego mam ci ufać.
Znudziła mnie tym gadaniem. Był piątek wieczorem. Miałem lepsze rzeczy do roboty niż użeranie się z rozpuszczoną dwudziestką.
- Bo nie masz, Haniu, innego wyjścia. Wiem, że nie jesteś czarownicą. Nie wyczułem żadnych magicznych zdolności. Jeśli będziesz tu sama wypytywać o ludzi od brudnej roboty, to prędzej czy później trafisz na kapusia i skończysz tam gdzie mama. Ja od piętnastu lat zajmuję się nekromancją, mam heretycki pentagram wbity w papiery, więc dla świata na górze przestałem już być człowiekiem. To jest moja rzeczywistość. Jedyna rzeczywistość, w jakiej mogę oddychać. Małgorzata nauczyła mnie wszystkiego, co dziś umiem. Mam wobec niej dług wdzięczności, a jej ostatnia prośba przed śmiercią dotyczyła właśnie ciebie. Pytam więc, czy chcesz mi zaufać, czy wracasz do baru poszukać Larry’ego i jego zabójczej broni?
- Ile mnie będzie kosztować twoja pomoc?
- Nic. Twoja matka wiele lat temu zapłaciła już za tę przysługę.
- W takim razie przyjmuję propozycję. Sprawa wymaga natychmiastowego działania. Nie mam innego wyjścia.
Zapaliłem papierosa. Dla mnie istniały tylko dwa rodzaje zleceń. Jedne dotyczyły żywych, którym groziła eksmisja na tamtą stronę, drugie przeciwnie. Z zawodowej perspektywy wszystkie sprawy były więc pilne. Dziewczyna zaczęła mówić i okazało się, że jej przypadek należy do pierwszej grupy. Na razie.

- Złapali Adama – powiedziała. – Zrobię wszystko, żeby go wyciągnąć.
- To jakiś twój chłopak? – mruknąłem. Historia mojego życia: te najfajniejsze zawsze są zajęte.
- Można tak powiedzieć. Spotkaliśmy się na squocie we Francji trzy lata temu. Wyrwał mnie z dragów i ocalił mi tam życie. Uratował mnie przede mną.
Westchnąłem zniecierpliwiony. Szczęśliwe historie są zawsze nudne.
- Naprawdę się cieszę, że nie stoczyłaś się tak jak na przykład ja. Teraz powiedz, dlaczego nie żyjecie razem w bielonym wapnem domku z ogrodem, psem i dziećmi. Co poszło nie tak?
- Mieszkaliśmy w Szarotkach, małym miasteczku na południowej granicy. Adam miał mnóstwo przyjaciół po jednej i po drugiej stronie. Często tam jeździł. Zamknęli go za przemyt. Wiesz, jak to jest. Embargo na handel z krajami wspierającymi terroryzm i tak dalej.
- Rozumiem. Twój facet był przemytnikiem?
- Nie akceptował granic wyznaczonych przez rządy. Pomagał ludziom po jednej i po drugiej stronie bez względu na to, w jakim języku nazywali swego Boga. Jest idealistą.
- To nawet gorzej – powiedziałem szczerze. Doświadczenie nauczyło mnie obawiać się takich ludzi. Byli nieprzewidywalni i najczęściej zupełnie pozbawieni poczucia humoru. W dodatku historia opowiedziana przez Hanię wydała się dziwnie znajoma. Bardzo nie podobała mi się rola, którą wyznaczono w niej dla mnie.
- Kto go zderzył?
- Słucham?
- Pytałem, kto go złapał i gdzie teraz jest.
- Szarotkami rządzi Augustyn, który jest tam głównym sędzią, świeckim namiestnikiem Kościoła oraz lojalnym współpracownikiem Czerwi. Kontroluje media i osobiście wydaje wyroki na szmuglerów. To taki miejscowy kacyk. Sukinsyn mieszka w zabytkowym pałacu. W piwnicach urządził sobie loch więzienny.
- Prawdziwy oldskul.
Sprawy wyglądały więc gorzej, niż chciała powiedzieć. Prywatni przedsiębiorcy działający z kościelnym upoważnieniem w gromieniu herezji wykazywali się zwykle prawdziwie neofickim entuzjazmem. Nie miałem zamiaru samotnie zadzierać z lokalnym watażką, a tym bardziej bez zaproszenia ładować mu się do chaty.
- Się by nie dało po prostu znaleźć sobie innego chłopaka, co? – zapytałem. Hania żachnęła się gwałtownie. Całkowity brak poczucia humoru. Ona też była idealistką.
- Zastanawiam się, jak moja matka mogła wybrać sobie na ucznia kogoś takiego jak ty.
- Uwierz, że pod koniec naszej znajomości ona też często zadawała sobie to pytanie. Jeśli mi nie ufasz, możesz mnie przeegzaminować, bo znałem ją chyba lepiej od ciebie. Poznajesz? – zapytałem pokazując jej pierścień na kciuku. – To runa katalizująca moc. Miała dokładnie taki sam. Po egzekucji zabrałem z jej mieszkania zdjęcia. W ten sposób mogłem cię zidentyfikować. Widzisz, dla mnie twój powrót do miasta też nie jest szczególnym powodem do radości. Ale obietnica złożona Małgorzacie była jedną z niewielu w moim życiu, których warto dotrzymać.
- Dlaczego jej nie pomogłeś? – zapytała nagle dziewczyna patrząc mi prosto w oczy.
- Zrobiłem tak, jak mnie uczyła. Skalkulowałem szanse. Jej były równe zeru, a mnie udało się przeżyć – odpowiedziałem. Nie spuściłem wzroku.
Hania wpatrywała się w światła odbite w tafli wody. Reflektory przejeżdżających samochodów rozmywane przez czarne fale rzeki wyglądały jak ławice świecących ryb. Zbliżała się północ, robiło się chłodno. Gwiazdy blakły w bijącej od miasta łunie. Nad centrum niebo było czerwone, a nad horyzontem szare. Jak co noc. Przez moment chciałem własną marynarką okryć jej drżące ramiona, lecz zmieniłem zdanie. Powinna nauczyć się dbać o siebie; to już najwyższy czas.
Szum wiatru na dachu budynku prawie zagłuszył jej ostatnie pytanie. Po tej nocy nigdy już nie wracaliśmy do sprawy śmierci Małgorzaty. Nigdy dokładnie nie opisałem jej też okoliczności, w jakich jej matka odeszła. Może bała się o tym rozmawiać?
- Nie wolałbyś wtedy zginąć? – zapytała.
Zaprzeczyłem.



krzywe lustra
Następnego dnia w chińskiej restauracji obwieściłem, że potrzebujemy mięsa, to znaczy kogoś, kto zna się na mokrej robocie lepiej niż młodziutka anarchistka i nieco przechodzony magik. Gdy powiedziała mi, ile ma pieniędzy na wynajęcie ludzi, doszedłem do wniosku, że rozmowa z Lesiem nie była najgorszym pomysłem, bo ze znanych mi żołnierzy tylko on był na tyle głupi, żeby na to pójść. Istniał jeszcze inny, całkowicie darmowy sposób, by pozyskać dobrego wojownika. Zwykle traktowałem go jako ostateczność. Prawdę mówiąc, wolałbym dopłacić z własnej kieszeni, niż po niego sięgać, ale moja kieszeń była pusta, a wierzyciele karcianych długów pukali do drzwi kolejnych hotelowych pokoi.
- Co zrobimy? – zapytała dziewczyna, kiedy zrozumiała, że za swoje pieniądze może kupić co najwyżej średnio rozgarniętego pitbulla.
- Poprosimy o pomoc – odpowiedziałem.
- I co? Ktoś się zgodzi narażać swoje życie zupełnie za darmo, tylko dla zabawy?
- Dokładnie tak.
- Chcesz poprosić o wsparcie jakiegoś psychopatę?
- Szybko łapiesz – uśmiechnąłem się. Ustawię spotkanie w podziemiach hipermarketu Solidarności za dwa dni. Tyle powinno mu wystarczyć na zebranie się do kupy.
- Nie można załatwić tego gdzie indziej? Wiesz już, że nie cierpię takich miejsc.
- Za dwa dni nasi grają ważny mecz przeciw Murzynom. Pół miasta będzie biegało na fecie i z szalikami. O tej porze w takim miejscu gliniarze będą zajęci czymś innym niż kontrola dokumentów. Sama rozumiesz, że facet, z którym się umawiamy, woli unikać rozgłosu – wyjaśniłem.
Mógłbym spokojnie iść tam sam, bez Hani, ale chciałem, żeby na własne oczy zobaczyła, w co się pakuje. Teraz, kiedy nie jest jeszcze zbyt późno, żeby się wycofać. Spotkanie ze Skudem było najlepszym znanym mi sposobem na ukazanie grozy sytuacji.

Na zewnątrz pogoda była piękna, zupełnie jakby ojciec dyktator albo jakiś inny święty wymodlili ją specjalnie z okazji meczu. Słońce roztopiło śniegowe czapy i ujawniło ukryte pod nimi złoża śmiecia. Szklana konstrukcja gigantycznego supermarketu zajmowała ćwierć nieba i kilka sąsiednich ulic. Błyszczały świeżo wymyte szyby, przy wejściu tłoczyli się ludzie. Zmarznięte hostessy z przyklejonymi uśmiechami witały ich w „największej galerii handlowej w mieście”. Galerii, kurwa mać.
Knajpa, w której się umówiliśmy, znajdowała się na pogrążonym w zatęchłym półmroku poziomie serwisowo - parkingowym, ale nawet tutaj czuć było wiosnę. Stare babiny pchały swoje wózki pełne przeterminowanego dobra, owinięci szalikami młodzieńcy wprawiali się w nastrój, bekając i rzucając w siebie puszkami po piwie. W chrześcijańskim i demokratycznym społeczeństwie poziom konsumpcji wyznacza poziom życia. Ponad naszymi głowami eleganccy ludzie kibicowali plazmowym ekranom. Mnie zależało na piętrze minus trzecim, bo nawet gliniarze i strażnicy zaglądali tu niechętnie.
- Kim jest ten człowiek? – zapytała Hania.
- To były żołnierz. Był całkiem porządnym gościem, zanim wyruszył na krucjatę paliwową. Dużo się w nim zmieniło przez parę lat kontraktu. Służył jako najemnik, a nie wysłannik rządu. Z takiego trupa nie trzeba się tłumaczyć w telewizji, więc na pierwszej linii osobiście odbijał te ich rafinerie. Mimo to dał radę wrócić w jednym kawałku. Kasę wydał, trauma została. Gdzieś tam na pustyni, podczas kolejnej akcji, po prostu przestał się bać i tak jest do dzisiaj. Psychiatrzy nie potrafili nic na to poradzić.
- To chyba dobrze, nie?
Pokręciłem głową.
- Strach jest naturalnym hamulcem. Wyobraź sobie, jak bardzo pojebany musi być mózg człowieka, który w ogóle nie czuje lęku. Bez instynktu samozachowawczego i samokontroli. Z zaburzoną percepcją rzeczywistości. Czerpiąc przyjemność z rzeczy, które wydałyby ci się nieludzkie. Na pewno nam pomoże, tylko nie jestem pewien, czy nie będziemy żałować, że go o to prosiliśmy. Spotykamy się tutaj, bo gość ma zakaz wjazdu do większości knajp w śródmieściu. W Psychocandy dzwonią po ochronę zaraz, jak tylko przychodzi.
- Mamy jakieś inne możliwości?
- Tak. Możemy wrócić po Lesia, ale wtedy zderzy nas pierwszy napotkany w twojej wiosce patrol. Ze Skudem przynajmniej będzie śmiesznie.
Przestałem mówić, bo znajoma, chuda sylwetka zbliżała się do nas od strony wind.
Niewiele się zmienił – nadal wyglądał jak śmierć. Blada skóra ciasno opinała czaszkę. Podświadomie czekałem na moment, kiedy kości policzkowe przebiją się na zewnątrz. Oczy ukrywał za szkłami ciemnych okularów tak, żeby ludzie widzący go po raz pierwszy mogli myśleć, że mają one jakiś wyraz. Na głowie nosił szczotowatego irokeza, a na podbródku zadziorną kępkę zarostu. Lotnicza kurtka z kapturem przysłaniała dziary. Podejrzewałem, że były tam również ze dwa noże.
- Brighella, bracie. Jak dobrze znowu cię zobaczyć – rzucił się na mnie i objął ramionami. - Całkiem nieźle wyglądasz jak na heretyka.
- Skud. Miło co jakiś czas sprawdzić, że żyjesz – odpowiedziałem mu uściskiem.
- A mówiłeś, że to psychopata – szepnęła na stronie Hania, z którą przywitał się staroświeckim pocałunkiem w rękę.
- Psychopata i przyjaciel – uzupełniłem.
Mówiłem szczerze. Pamiętam, że kiedyś mnóstwo czasu spędzaliśmy we trójkę: on, ja i Anna, jego dziewczyna. Całymi nocami paliliśmy trawę i graliśmy w gry planszowe: mistrzowie marnotrawienia czasu. Ale potem Annie się odwidziało. Prawdę mówiąc nie ma się co dziwić – i tak długo z nim wytrzymała. A Skud został sam. No, może niezupełnie. Demony z czasów wojny dotrzymywały mu towarzystwa.
Przy podłej kawie i gumiastych kanapkach opowiedziałem mu o sprawie. Nie zaproponowałem żadnych pieniędzy i on też o nich nie wspomniał. W końcu byliśmy kumplami.
- Kościelny, powiadasz – zamyślił się. – Nie lubię kościelnych. I to z dala od Mgławy, w małej mieścinie, z której nikt nie będzie cię szukał. Kiedy jedziemy?
Nie pytał o strażników, uzbrojenie i zabezpieczenia. Nie interesowało go, czy chłopaka mamy stamtąd wyciągnąć żywego, czy martwego. Uśmiechnąłem się krzywo, bo tego właśnie oczekiwałem.
- Jak najszybciej. Nasz rewolucjonista może nie wytrzymać kolejnych seansów ze specjalistami Instytutu.
- O ile w ogóle jeszcze żyje – dodał obojętnie Skud, a Hania zrobiła się trochę blada.
- Mam pytanie – mruknął były żołnierz zdejmując okulary i wpatrując się nieruchomym wzrokiem w dziewczynę. – Jeśli ja mam być człowiekiem od brudnej roboty, a ty znasz się trochę na magii, co może okazać się przydatne, to chciałbym jeszcze wiedzieć, po co nam ona? Też wiedźma?
Pokręciłem głową.
- Jest anarchistką, buntowniczką. Gwarantuje właściwe zaplecze moralne.
Skud westchnął ciężko.
- Musisz na siebie uważać, dziewczynko. Jak już wejdziemy na teren wroga, nie będzie czasu na to, żeby cię pilnować.
- Nie martw się. Do tej pory jakoś radziłam sobie w życiu bez twoich rad.
Przyglądałem się im podczas tej wymiany zdań. Podróż zapowiadała się ciekawie.
Jakiś łysy byczek w asyście kolegów podszedł do nas, kiedy już mieliśmy się zbierać. Z tyłu czaszki wytatuowany miał emblemat naszej walecznej drużyny. Wyszczerzył się, pokazując Hani braki w uzębieniu. Dziewczyna udała, że go nie widzi, i to był pierwszy błąd. Nigdy nie pokazuj, że się boisz. Mój przyjaciel upił kawy i odpowiedział równie szerokim uśmiechem.
- Może się z nami przejdziesz, suczko – zagaił miłośnik sportu, a jego koledzy natychmiast zarechotali aprobująco. Powiedział dokładnie o jedno słowo za dużo. Bez wysiłku, prawie nie wstając z miejsca, Skud założył dźwignię na wyciągniętą w stronę dziewczyny rękę i trzasnął jego głową o stół. Powtórzył to z rozmachem dwukrotnie na oczach oniemiałych kibiców, potem przytrzymał go przy blacie i sięgnął po łyżeczkę do kawy. Nie wiem, co się stało, bo obserwowałem pozostałych, ale Hania zrobiła się nagle jeszcze bledsza niż wcześniej. Gość, który nas zaczepił, wpadł z wrzaskiem w ramiona kolegów zasłaniając dłońmi zakrwawioną twarz. Wszyscy cofnęli się o krok, kiedy opuścił ręce. Skud nadal siedział spokojnie przy uwalanym posoką stole bawiąc się łyżeczką. Żaden z małych, agresywnych ludzików już nie fikał. Wycofywali się. Cała odwaga, płynąca z przekonania, że w grupie są silniejsi, nagle się ulotniła. Facet z tatuażem skomlał, koledzy próbowali być jak najdalej od niego. Chciałbym usłyszeć, jak będą mu się jutro tłumaczyć z przebiegu zajścia.
- To kiedy wyjeżdżamy? – zapytał Skud. Włożył łyżeczkę do kubka, wymieszał i dopił kawę.

Umówiliśmy się nazajutrz, bo miał jeszcze jakieś swoje sprawy. Nie pytaliśmy jakie, a on nie był skory do zwierzeń. Hania poczuła się lepiej, kiedy sobie poszedł. Szczerze mówiąc, ja też odetchnąłem z ulgą. Dla Skuda przemoc jest naturalna jak oddychanie, a świat nieustannie dostarcza nowych pretekstów – czasem trudno to zrozumieć.
Zdecydowaliśmy się noc spędzić razem - dla bezpieczeństwa i dlatego, że stosuję w życiu zasadę ograniczonego zaufania. Ze skrytki na dworcu zabrałem swój podróżny niezbędnik – torbę ze szczoteczką do zębów, ubraniami oraz dwiema oprawionymi w Bóg jeden wie czyją skórę książkami. Na okładkach gotykiem wypisano nazwiska autorów: Cagliostro, Torchia. Każdy trybunał inkwizycyjny wysłałby mnie za to w podróż w jedną stronę do piekła. Były tam też wyczytane, kieszonkowe egzemplarze Lolity Nabokova i poezji Blake’a. Równie nielegalne.
Wynajęliśmy pokój w tanim hotelu. Było czysto, mimo pożółkłych tapet i wypłowiałego dywanu. Pluszowy żyrandol z mnóstwem frędzli dawał ciepłe, przyćmione światło. Zapadła bezksiężycowa noc. Za oknem jarzył się neon agencji towarzyskiej. Blask obrysowywał na ścianie kontur okiennej ramy. Miałem wrażenie, że dotykając go, wyczuję pod palcami krawędź wyżłobioną światłem podczas setki podobnych nocy. Hotel nie był jednym z miejsc, gdzie pełny barek wliczano w cenę noclegu. Na kolację zjedliśmy kupioną na ulicy chińszczyznę, a do picia mieliśmy tylko zieloną herbatę z jaśminem, którą Hania zaparzyła według wszelkich reguł sztuki. Czułem się dziwnie – po raz pierwszy od wielu dni zupełnie trzeźwy. Potrafiłem tak funkcjonować, ale brak używek nie poprawiał mi humoru.
- Długo jesteście razem? – zapytałem wyglądając przez okno.
- Pięć lat – odpowiedziała.
- Jak na twój wiek to bardzo dużo. Ćwiartka życia. Niech zgadnę: pewnie jest twoim pierwszym facetem, nauczył cię życia, seksu, szacunku do samej siebie i tak dalej. A tobie wdzięczność czasem myli się z miłością. Mam rację? – ironizowałem, bo było to silniejsze ode mnie. Naprawdę wcale nie chciałem jej ranić. A może chciałem? Tak czy inaczej, nie wyszło mi.
- Nie masz racji. Nie każdy człowiek na tym świecie jest popieprzony, jak ty. Na dłuższą metę to musi być męczące.
Jasne. Współczucie. Tylko tego mi trzeba.
- Wybacz. Zapędziłem się trochę. Choroba zawodowa. Gdybyś go nie kochała, nie byłoby nas tutaj.
- Miłość to zużyte słowo. Ważne jest to, co robisz. Co robicie razem.
- Wy na przykład razem robicie rewolucję, tak? – nie mogłem się powstrzymać. - Widzisz, właśnie to mnie dziwi. Skoro odnaleźliście się wzajemnie już za pierwszym strzałem, może trzeba było schować się w tych zapadłych Szarotkach, paść owce albo cokolwiek, co zwyczajowo obsrywa tam łąki, i nie mieszać się do polityki. Bo jeśli jest się idealistą, a nie fanatykiem, to takie zaangażowanie prędzej czy później skończy się w Instytucie.
Hania sięgnęła po filiżankę z herbatą. Ręka drżała jej lekko, pewnie ze złości. Raczej nie zapunktowałem podczas tej rozmowy.
- Żal mi ciebie, Brighella. Z takim nastawieniem równie dobrze mógłbyś nie żyć.
- Tymczasem jakoś leci. Daję sobie radę bez haseł przewodnich.
- I nie obchodzi cię, że nie jesteś sam na świecie? Że twój kraj legalizuje przemoc w imię człowieka, który dwa tysiące lat temu zginął na krzyżu po to, aby nie było już przemocy? Że symbol ryby zastąpiliśmy rzymskim narzędziem tortur?
- Nie – odpowiedziałem szczerze. – Nie cierpię czarnych, ale herezja to mój zawód; dzięki nim mam robotę.
- Gratuluję właściwego podejścia: tyłem do klienta. A ja chciałabym kiedyś żyć w kraju, w którym każdy miałby prawo być, kim chce. Mówię o tym i sama słyszę, jakie to banalne. Ludzie gadają tak już od czasów Locke’a i co?
- Gówno – odpowiedziałem. Co do tego się zgadzaliśmy.
- Nie można odebrać człowiekowi prawa wyboru, moja wolność ograniczona jest tylko …
- …wolnością drugiego człowieka – przerwałem znudzony, bo wieczór zrobił się niemiłosiernie ideologiczny. - Tak bardzo zależy ci na prawdzie? Widzisz, cały problem polega na tym, że ludzie wcale nie chcą tego, czego ty dla nich chcesz. Mają decydować o sobie? Jasne. Życie to nie serial. Większość tych decyzji przyniosłaby im nieszczęście i rozczarowanie. Bo marzenia spełniają się rzadko, a miłość kiedyś się kończy lub topi w codzienności. Łatwiej słuchać przywódców. W razie przypału mają własne helikoptery i bezpośredni kontakt z Bogiem. Komunia smakuje lepiej, kiedy podaje ci ją ręka z breitlingiem na przegubie. Chcesz świata bez nędzy i przemocy. Jakie inne zabawki oferujesz w zamian?
Na zupełnym wydechu skończyłem swoją tyradę i zapadła cisza. Hania z brzękiem odstawiła filiżankę. Chyba mnie trochę poniosło. Herbata wylała się na obrus.
- Naprawdę tak myślisz? Dlaczego w takim razie nie stałeś się inkwizytorem? Masz magiczny potencjał i wszelkie inne predyspozycje.
- Olewam ich – odpowiedziałem już spokojniej. – Obrażają moje poczucie estetyki. Łut szczęścia i trochę talentu pozwoliły mi wybudować niszę ekologiczną dla zagrożonego wyginięciem zwierzęcia o nazwie Brighella. Jestem wolny. Robię, co chcę i ponoszę tego konsekwencje. Kolekcjonuję chwile. Jak mi brakuje kasy, to idę na wojnę z czarnymi, bo ich kurwa nie lubię. Wszystko.
- Mnie pomagasz za darmo.
- Są obietnice, których się nie łamie.
Oboje trochę się uspokoiliśmy, chociaż podczas tej nieprzyjemnej rozmowy dowiedzieliśmy się o sobie więcej, niż należało. Nie pierwszy raz doszedłem do wniosku, że szczerość sprawdza się tylko w książkach.
- Wiesz co, Brighella? Po tym wszystkim lubię cię jeszcze mniej niż na początku, ale przekonałeś mnie, że wybór był słuszny. Podobno zło należy zwalczać złem. Jeśli mamy wystąpić przeciw Augustynowi, to ty i twój kumpel jesteście właściwymi ludźmi do tej roboty.
Uśmiechnąłem się szeroko. W tej sprawie też zgadzaliśmy się w stu procentach.
Cichł wieczorny gwar za oknem. Ubyło samochodów na parkingu przed burdelem. Godzina duchów przyszła i minęła bez konsekwencji. Wszystkie ważne upiory potrzebne były gdzie indziej.
- To nie tak miało wyglądać – powiedziałem siorbiąc herbatę. – Wieczór miał być zupełnie inny. Jest taki jeden stary film o pijaku i lasce, która potrzebuje jego pomocy. Ruch oporu też się w nim pojawia. Ale tamtych dwoje przynajmniej idzie ze sobą do łóżka.
- Pamiętam go w takiej gównianej, pokolorowanej wersji. To była bajka mojego dzieciństwa. Mylisz się: wcale nie idą do łóżka. Nie każdy facet myśli fiutem. On pomaga jej w imię starych czasów i dawnej miłości. Tyle.
- To stary film: nie mogli w nim umieścić sceny erotycznej, więc dali ściemnienie. W domyśle: została u niego na noc, było rżnięcie i…
- I co? Potem miał już dosyć, więc spławił ją na lotnisku, tak? A sam został kim?
- Szmuglerem, to jasne. Dogadał się z francuskim gliniarzem i na bank zajęli się przemytem bimbru.
- Ty masz jakieś zaburzenia. Powinieneś się zgłosić do specjalisty. Niech się tobą zajmą, rozplączą supełki w mózgu. Może jeszcze nie jest za późno.
- Było za późno już wtedy, kiedy uczyłem się u twojej matki. To leży w mojej naturze.
Pokiwała głową z politowaniem.
- Pomagasz mi za darmo, ale między nami na pewno nie dojdzie do żadnego ściemnienia, a tym bardziej rżnięcia. Moja wdzięczność nie sięga aż tak daleko. To nie jest film.
- Więc jednak kochasz tego swojego faceta – zdiagnozowałem.
- Nie wiem. Ale ciebie na pewno nie.
Taki prosty i oczywisty wniosek zwyczajnie nie przyszedł mi do głowy. Uśmiechnąłem się krzywo. Pokój wypełnił się blaskiem, bo za oknem ostrze księżyca rozcięło na chwilę zasłonę chmur.
- Jesteś bardzo podobna do swojej matki, wiesz? Chyba nawet trochę mądrzejsza od niej. Ale uważaj, Haniu. Teraz mówię poważnie. Jutro wpakujemy się w niebezpieczną awanturę. Potem wielu ludzi pozna twoje imię i wielu ludzi będzie cię szukać. Świat zmieni się wokół ciebie. To też nie będzie film.
- Gdybym nie była zdecydowana, nie przyszłabym do Psychocandy – odpowiedziała. Przytaknąłem zrezygnowany.
Sen nie nadchodził. Leżałem w niewygodnym łóżku wsłuchany w niespokojny oddech dziewczyny. Jakbym się nie ułożył, burdelowy neon świecił mi prosto w twarz. Nakryłem się zszarzałym prześcieradłem zamiast kołdry. Na krawędzi dostrzegłem sprany nadruk. Wynikało z niego, że nasz hotel nazywa się Paryż.

Następnego dnia przypomnieliśmy sobie, że nie potrafię prowadzić. Skud ze względu na swoją małą psychiczną aberrację też raczej nie nadawał się na kierowcę. Na szczęście Hania radziła sobie z tym całkiem nieźle, a zdezelowany pontiac jej chłopaka potrafił się jeszcze rozpędzić na autostradzie. Miałem przeczucie, że już niedługo szybkość stanie się bardzo ważna.
Świat wokół brał właśnie głębszy, wiosenny oddech. Pierwsze pąki rozkwitały na wrośniętych w zaśmiecone pobocza drzewach. Zrobiło się pięknie, mimo przegniłych, pozimowych odpadków targanych tu i ówdzie podmuchami wiatru. Wyjechaliśmy z Mgławy, więc kościelne wieże i drapacze chmur nie zasłaniały nieba. Słońce, jak z późnych obrazów van Gogha, oświetlało pola i rozpadające się chaty mijanych z dużą prędkością wsi.
Hania spakowała się do plecaczka. Zauważyłem, że przy zatrzasku dynda jakiś depresyjny, pluszowy osioł. Wszystkie rzeczy, na których mi zależało, wrzuciłem do sztruksowej torby. Zmieściły się bez problemu mimo, że nie była szczególnie pakowna. Skud nie miał przy sobie absolutnie niczego, prócz owiniętego wokół pasa bandoletu pełnego doskonale wyważonych, ostrych jak brzytwa noży. Jako towarzysz podróży nie obraziłbym się, gdyby jeden z nich zastąpił szczoteczką do zębów. Broń chował pod długim płaszczem z wyświeconej skóry. Wyglądał przez to tak podejrzanie, że byłoby chyba lepiej, gdyby nosił żelazo na zewnątrz. Tak czy inaczej rozumieliśmy się bez słów, bo reguły gry były jasne. Bierzesz tylko to, co niezbędne. Nie przywiązujesz się do niczego. Nie kupujesz sobie domu, nie oszczędzasz na pralkę i telewizor, bo trzeba je będzie zostawić, kiedy ktoś w środku nocy zacznie glanami wykopywać drzwi. Wszystko jest wynajęte, wszystko jest pożyczone i tymczasowe. Nie masz nic prócz bielizny na zmianę, paru książek oraz długiej listy rzeczy i ludzi, których opuściłeś, nie oglądając się za siebie, kiedy wokół zrobiło się gorąco.
Obiad zjedliśmy w barze przy stacji benzynowej. Wystawne menu obejmowało żarcie z różnych stron świata, czyli pizzę, hamburgery i herbatę z tytki. Hania krzywiła się z niesmakiem, ale też była głodna.
- Niezła jest – ocenił Skud, kiedy wraz z pokaźną kosmetyczką zniknęła w toalecie. – Zawsze się zastanawiałem, skąd ty bierzesz te wszystkie zaangażowane dziewczynki. Parkujesz pod uniwersytetem czy jak?
- To nie jest moja panna, tylko mój dług. W nocy będziemy odbijać jej faceta.
- Tak. I szczerze mówiąc trochę mnie to dziwi. Wiesz, że jesteśmy przyjaciółmi i dla ciebie już nieraz pakowałem klientów w ramki za darmo, ale charytatywne akcje w twoim wykonaniu to rzadkość. Może nawet znak, że stary trupojad Brighella z wiekiem robi się miękki. Co ty na to?
- Zobaczysz, jak przyjdzie co do czego. Tymczasem pamiętaj o naszych ustaleniach. Wszystko musi się odbyć dokładnie tak, jak to zaplanowałem. Dobre wyczucie czasu jest bardzo ważne.
- Do kogo to mówisz, stary?
- Racja. Przyzwyczajenie jest drugą naturą. Nigdy mnie nie zawiodłeś – spuściłem z tonu. Skud kiwnął głową z miną, jakby jego samego czasem to męczyło.
- Między mną i tą małą mogłoby coś być – powiedziałem wpatrując się w strzępy chmur przesuwające się szybko nad horyzontem autostrady.
Nic nie odpowiedział, ale pokręcił przecząco głową.
- Skąd wiesz? Uczucia przytrafiają się gorszym niż my. Nawet jebany Hitler miał swoją Ewę Braun.
- Hitler był zakompleksionym impotentem. Ty jesteś chory na przerost doświadczeń – odpowiedział Skud. Domorosły rozpierdalacz – filozof.
- Nie rozumiem.
- Jasne, że rozumiesz. Im więcej przeżyłeś, tym więcej masz materiału porównawczego. Zestawiasz to, co jest, z tym, co było. Pierwsze doznania są zawsze najintensywniejsze, więc z czasem szanse na szczęście maleją. Im bardziej znasz życie, tym trudniej się przywiązać. Miłość jest dla amatorów.
- Bardzo to pocieszające – mruknąłem. Skud wzruszył ramionami i splunął na asfalt.
- Życie. Tak naprawdę wcale ci na niej nie zależy. Przemawia przez ciebie sentyment do dawnych czasów, kiedy jeszcze się angażowałeś. Tęsknisz za sobą z przeszłości, gdy jeszcze mogłeś wybrać inną drogę. Chociaż, oczywiście, nigdy byś tego nie zrobił.
- Dobrze, że to powiedziałeś, Skud. Czasem zapominam, że jesteś chory psychicznie. Takie wypowiedzi mi o tym przypominają.
Trzasnęły drzwi. Pachnąca miętą i brzoskwiniowym szamponem do włosów dziewczyna znalazła się pomiędzy nami.
- Co teraz? – zapytała.
Mój kumpel, psychiczny terrorysta, skrzywił się. Patrząc mi w oczy powtórzył jej pytanie. Okolona lasem, dwupasmowa droga niknęła w perspektywie za ich plecami.
- Jazda – odparłem. Wróciliśmy do samochodu.



obietnica
Pocisk świsnął mi nad głową i zrykoszetował o rozjaśnioną latarnianym blaskiem markizę. Bezpieczny za marmurowym ocembrowaniem basenu Skud wystawił kciuk – znaczy, że wszystko w porządku. Udało mu się odciąć łączność, a żadnego magicznego komunikatora jak do tej pory tu nie wyczułem. Rezydencja, a może raczej pałac Augustyna, był oddalony od Szarotek i plebejskich mieszkań wiernych na tyle, że żaden z nich nie przybiegnie na wezwanie swego mentora, chociażby ten darł się wniebogłosy. Są jeszcze komórki, ale telefonia tego typu dotrze do pogranicznej wiochy za sto lat. Augustyn za bardzo wierzył w profesjonalizm straży. Zbyt pewny swojej władzy nad ludźmi, żeby zabezpieczyć się przed możliwością frontalnego ataku. Nawet potężne nadajniki jego stacji radiowej mieściły się daleko stąd.
Jak mówił Skud, nie ma na tym świecie człowieka, którego nie dałoby się dopaść. Zabójstwo nie wymaga czasu ani szczególnych umiejętności. Co innego ochrona – to zabawa dla zawodowców. „My, mordercy, mamy lepiej” oświadczył nam tego ranka z uśmiechem mój przyjaciel. Hania opowiedziała o czterech wyszkolonych marines, którzy w dzień i w nocy strzegą posiadłości. Nie wspominała o tym na początku, bo nie chciała nas zniechęcać. Uśmiech na twarzy Skuda zrobił się jeszcze szerszy. Teraz przypominał otwór w halloweenowej dyni. „Oglądacie za dużo filmów” – wyjaśnił spokojnie – „Najlepsza armia na świecie? Raczej tresowane, wykarmione odżywkami karki, nic więcej. Są we Wszechruskim Imperium takie państewka, gdzie wojna toczy się od zawsze. Dzieci wychowują się w górskich kryjówkach z kałachami w rękach. Przeżywają tylko najtwardsi, bo na każdego uzbrojonego mieszkańca przypada pięciu ruskich morderców. Gdyby twój czarny miał ochroniarzy stamtąd, można by było się bać. Wiem, o czym mówię, dwa lata walczyłem z tymi góralami.” Zapytałem, po której stronie, a on zastanowił się chwilę i odparł, że po obu.
Teraz dwaj amerykańscy chłopcy leżeli już w trawie z poderżniętymi gardłami, a trzeci pruł do nas zza balustrady u szczytu domostwa. Trzeba przyznać, że robił to precyzyjnie, dlatego jeszcze bardziej przylgnąłem do pseudo jońskiej kolumny. Niech Skud się nim martwi. Trzasnął kolejny reflektor. Podwórze przed rezydencją pogrążyło się w ciemnościach, rozpraszanych tylko przez odległy blask księżyca. Szkło posypało się na głowę najemnika, który na chwilę przestał strzelać. Kiedy ponownie wychylił się zza balustrady, Skud już biegł do niego po schodach. Nie zwalniając tempa i nie myląc kroku, rzucił nożem. Przez całe dorosłe życie doskonalił tę umiejętność, aż stała się dla niego naturalna jak oddychanie. Z każdej odległości intuicyjnie szacował rotację ostrza. „Nie ta skuteczność, co karabin” – mawiał – „ale na pewno więcej zabawy.” Amerykanin połamał barierkę i zwalił się z piętra wprost do basenu. Z gardła prostopadle sterczała mu owinięta rzemieniem rękojeść. Przynajmniej miał chłopak westernową śmierć. Ostatni ochroniarz i Augustyn wraz ze swoją nastoletnią gosposią zwiali do podziemi. Gdyby wiedzieli, że chodzi tylko o więźnia, pewnie szukaliby ratunku w lesie. A tak wciąż stali nam na drodze do lochu, więc właściwie nie mieliśmy wyboru.
Zbiegłem ostatni, ślizgając się na wykafelkowanych schodach. Zatrzymałem się na dole, wciągnąłem pełną piersią zatęchłe powietrze. Na samym początku naszej znajomości Małgorzata tłumaczyła mi, że sprawy związane z magią wyczuwa się zmysłowo. Każdy praktyk odbiera to na swój sposób. Znałem kiedyś lekarza, który potrafił stwierdzić zgon parę minut przed faktem i nigdy się nie pomylił. Mówił mi, że szpitalna sala wypełnia się wtedy zapachem pomarańcz. Ja mam podobny profesjonalny talent. Loch cuchnął środkiem dezynfekcyjnym, krwią i odchodami oraz kumulującą się gdzieś w głębi magią.
Krzyknąłem coś ostrzegawczo, ale ani Hania, ani tym bardziej ogarnięty gorączką przemocy Skud mnie nie usłyszeli. Korytarz prowadził do odgrodzonych pancerną szybą cel. Widzieliśmy skazańców ubranych w niebieskie piżamy. Rany po przesłuchaniach zostały starannie opatrzone, żeby nikt się przedwcześnie nie wykrwawił. Miejsce przypominało mi trochę szpital z serialu. Zgadzały się nawet kolory kafelek pokrywających ściany i podłogę. Okien z oczywistych względów nie było. Mdły, sodowy blask zastępował promienie słońca. Jakieś urządzenie zasilające buczało jednostajnie na granicy słyszalności. Na złe i na jeszcze gorsze.

Żołnierz ostrzeliwał się z sali w końcu korytarza. Jedynej nie odgrodzonej taflą grubego szkła. Skud ruszył w tamtym kierunku zostawiając na ścianach plamy krwi. Miałem nadzieję, że nie straci przytomności przed końcem akcji. Złapałem za kaptur biegnącą przede mną dziewczynę i przystanąłem. Miała ze sobą niskokalibrowy pistolet, ale szarżowała, jakby to był kałasznikow.
- Daj mu pracować – poprosiłem. – Jak cię zabiją, sami nigdy nie rozpoznamy, który z więźniów to Adam. Argument był trochę naciągany, lecz tymczasowo zadziałał. Puściłem ją i zamknąłem na chwilę oczy, próbując zebrać myśli. Magia nekromancka jest w takiej sytuacji nieprzydatna, ale każdy w branży zna parę użytecznych sztuczek, które nie wymagają specjalnych przygotowań.
Skud czekał spokojnie przed wejściem do komnaty, aż dzielny marine będzie musiał wymienić magazynek.
- Typowo amerykańska rozrzutność amunicji – poinformował mnie, kiedy dołączyliśmy.
- Idziemy razem. Nie odwracaj się – powiedziałem. Rana na ramieniu Skuda nie wyglądała na głęboką, lecz krwawiła obficie. Nasz czas powoli się kończył. Zobaczymy, jak będzie ze szczęściem.
Odgłos uderzającego o kafelki kawałka metalu był sygnałem do wejścia. Skud wpadł do środka z nożem w każdej ręce, a ja przystanąłem w drzwiach i wyszeptałem ostatnie słowa inkantacji, uderzając przed siebie snopem skoncentrowanej energii świetlnej. Potem uklęknąłem oślepiony i bezradny jak dziecko, bo ktoś w środku wypowiedział dokładnie to samo zaklęcie. Hania, która weszła jako ostatnia, zastała więc pokój wypełniony macającymi wokół siebie ślepcami. Skud rzucił nożem w kierunku źródła dźwięku i zabił generator stojący koło quasi ginekologicznego fotela. Mebel wyglądał znajomo. Widziałem już kiedyś coś takiego. Dawno, dawno temu.
Dziewczyna spóźniła się na fajerwerki, więc z jej wzrokiem było wszystko w porządku. Mimo to musiała strzelać trzykrotnie, zanim udało jej się trafić stojącego dziesięć metrów dalej żołnierza. Za trzecim razem krew wraz z kawałkami mózgu upstrzyła ścianę, o którą się opierał. I na tym walka się zakończyła. W klaustrofobicznym pokoju przesłuchań prócz nas znajdował się tylko sztywny ze strachu technik, cycata gosposia, na której widok poczułem, jak we mnie również odzywa się powołanie, no i oczywiście sam Augustyn. Nie tak go sobie wyobrażałem. Nauczony doświadczeniem oczekiwałem kolejnego przywędzonego na solarium tucznika w garniturze. Tymczasem naprzeciw mnie stał ubrany po domowemu, przystojny mężczyzna. Hiszpańska bródka okalała pełne usta, a ścięte tuż przy skórze, białe jak mleko włosy nadawały mu wygląd emerytowanego żołnierza. Z tych, którzy w filmach zawsze walczą po właściwej stronie. Zdziwiłem się tak bardzo, że dopiero po kilku sekundach zrozumiałem, co jest nie tak. Za plecami Augustyna znajdowało się lustro w mosiężnej oprawie, nijak pasujące do wystroju wnętrza. Kryształowe zwierciadła w takich miejscach pełnią zwykle funkcję magicznych komunikatorów. To snobistyczny gadżet dla obrażonych na Internet tradycjonalistów. Augustyn mógł w ten sposób dzielić się ze światem obrazami z sali tortur. Może nawet dorabiał tak sobie do pensji? Gładka powierzchnia jarzyła się teraz błękitnym blaskiem. Skud pokojarzył fakty trochę wcześniej niż ja. Ostrze odpadło od ściany, a lustrzana tafla rozprysła się na tysiąc okruchów, wydając przy tym niemal ludzki jęk.
- Za późno – powiedział ze smutkiem gospodarz, zwracając się głównie do Hani. – Drugi taki ekran jest w Szarotkach. Ma go u siebie szef Moralnej Opieki. Pamiętasz tego atletycznie zbudowanego młodzieńca, który lubił pokazywać się w moim towarzystwie? Wasza droga powrotna prowadzi przez miasteczko. W obecnej sytuacji może to być dość nieprzyjemna podróż.
- Coś mi się wydaje, że wszyscy tam odetchną z ulgą, kiedy zatkniemy twoją głowę na rogatkach – powiedziałem, a on roześmiał mi się w twarz.
- Nasza wspólna znajoma chyba niezbyt dokładnie opisała wam sytuację mieszkańców, co? Tutejsi ludzie mnie kochają. Burmistrz wygrał wybory z dziewięćdziesięcioprocentowym poparciem dlatego, że mu na to pozwoliłem. Szarotki to ja, a mała Hania jest tylko dziewczyną szmuglera. Na waszym miejscu zadałbym sobie pytanie, czy moja śmierć się opłaca, panowie? Zadałbym je teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno. Zarówno dla mnie, jak i dla was.
Skud wyrzucił już z komnaty blondynę i doktorka. Teraz utkwił wzrok we mnie oczekując poleceń. Wszystko, co stało się dotychczas, mieściło się w jego dziwnym rozumieniu zabawy. Z tego punktu widzenia każde wyjście z sytuacji było korzystne, bo dostarczało wielu nowych wrażeń. Niepewnie spojrzałem na Hanię. Gotowała się z wściekłości.
- Najpierw rozwalę ci łeb, a potem wyciągnę stąd Adama i wszystkich więźniów, nad którymi się znęcasz.
- Proszę bardzo – uśmiechnął się gospodarz. Zaimponowało mi to, że ani na chwilę nie stracił zimnej krwi. My przy nim wychodziliśmy na barbarzyńców. – Tylko trzy osoby, wliczając twojego mężczyznę, siedzą za przemyt. Reszta to bandyci, pospolici i apolityczni. Mam tu gwałciciela oraz faceta, który zabił swoją żonę skacząc jej po klatce piersiowej na oczach pięcioletniego dziecka. Im też podarujesz wolność, co? A może spróbujesz na własną rękę oddzielić ziarna od plew? Sama osądzisz, który jest dobry, a który zły. Może w ciągu trzech kwadransów, jakie wam pozostały, zastąpisz tym ludziom Boga? O to przez cały czas ci chodziło? Jeśli tak, to w porządku, ale pogódź się z myślą, że teraz już nie ma między nami różnicy. Od dziś ty, drogie dziecko, również jesteś bohaterką negatywną.
Augustyn skończył mówić i zapadła cisza. Skud pokazał mi na migi, że cokolwiek zamierzamy, lepiej byłoby się z tym pośpieszyć. Hania spuściła wzrok. Jej światopogląd poddany został ciężkiej próbie rzeczywistości. Chciała dobrze dla ludzi, ale ludzie wcale nie okazali się dobrzy. Doszła więc do miejsca, gdzie zbiegają się wszystkie idealistyczne ścieżki. I szybko znalazła wyjście z sytuacji.
- Zabij go wreszcie – poleciła Skudowi. Z radością wypełnił polecenie. Stojąc za Augustynem założył mu duszenie zza pleców i razem zwalili się na posadzkę. Ofiara próbowała się wyrwać, lecz nawet doświadczeni wojownicy kapitulują w uchwycie mata leo. Skud mógł oczywiście użyć noża, ale nie byłby sobą idąc na łatwiznę. Spojrzałem na niego z sympatią, gdy podnosił się z ziemi. Przynajmniej jedno z nas wiedziało dokładnie, po co tu jest.
Przez kilka następnych minut biegaliśmy dziko po korytarzach, szukając właściwej celi. Więźniowie na nasz widok czasem walili pięściami w szyby, czasem próbowali krzyczeć coś do nas przez dźwiękoszczelne ściany, ale najczęściej po prostu patrzyli z mieszaniną rezygnacji i ciekawości. Jak zwierzęta w ogrodzie zoologicznym, które wiedzą, że nie ma co liczyć na ratunek. Każda kolejna twarz będzie twarzą obserwatora, nie wybawcy.
Adam wcale nie wyglądał mi na rewolucjonistę, a tym bardziej na przemytnika. Ze swoimi grubymi okularami i kręgosłupem wygiętym w pałąk od dźwigania książek przypominał raczej uniwersyteckiego adiunkta pozbawionego szans na pełny etat. Jeszcze raz przyjrzałem się Hani. Tylko fakt, że był jej pierwszym, tłumaczył fatalny dobór. Może jestem dla niego niesprawiedliwy? Facet na pewno ma jakieś głęboko ukryte zalety, ale jako przymuszony do detoksu ćpun i typowy zazdrosny samiec czułem się zwolniony od obiektywizmu w tej sprawie.
Panel kontrolny otwierający zamki w drzwiach cel znajdował się przy wejściu. Jarzeniowe światło padało na rząd ponumerowanych przycisków. Jednostajny szum świadczył o tym, że blokady są założone. Dziewczyna wyciągnęła rękę w stronę pulpitu i zamarła w pół ruchu jak postać z japońskiego teatru.
- Co teraz? – zapytałem. Cała awantura od samego początku była pomysłem Hani i nie miałem zamiaru zwalniać jej z odpowiedzialności za decyzję. – Wypuszczamy wszystkich?
- To więcej niż dziesięć osób. Nie znamy ich i nie wiemy, za co tu trafili. Może Augustyn mówił prawdę?
Wzruszyłem ramionami. Starzec był już trupem, ale jego pazury ciągle rosły i zmieniły się w szpony. Na swój osobliwy sposób udało mu się pośmiertnie odegrać na dziewczynie.
- To twoja decyzja, mała. Los tych ludzi zależy od ciebie.
Dziewczyna przytaknęła, zmierzwiła jasne włosy i wdusiła przycisk. Drzwi otwarły się z metalicznym szczękiem Tylko te, za którymi czekał jej kochanek. Sądzę, że skazała tym na śmierć wszystkich pozostałych więźniów. Skud poklepał ją po ramieniu okazując uznanie. Szybko się uczyła, jak na swoje dwadzieścia lat.

Jadąc w tamtą stronę, przemknęliśmy przez miasteczko z maksymalną w tych warunkach prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Droga wyglądała tak, jakby ostatnia renowacja miała miejsce podczas wojny. Nawierzchnia była wybrzuszona albo rozdarta. W paru miejscach wprost z betonu - jak żebra padłego zwierzaka - sterczały pręty zbrojeniowe. Żeby wrócić, musieliśmy przejechać przez Szarotki.
- Jeśli tylko wydostaniemy się z tego zadupia – powiedziałem Skudowi – robisz wszystko, jak ustaliliśmy. Skinął głową w milczeniu rozkładając ostrza w bandolecie.
Noc była ciepła i bezwietrzna. Znajdowaliśmy się daleko od wielkomiejskich świateł, więc gwiazdy mnożyły się na niebie jak szczury w śmietnikach. Oświetlały nam drogę w widmowym, nizinnym krajobrazie. Zabudowę stanowiły głównie piętrowe sześciany skupione wokół kościelnej dzwonnicy. Trochę na lewo od miasteczka wznosił się pomnik ludzkiej głupoty, czyli pozostałości po fabryce, która jeszcze dziesięć lat temu dawała mieszkańcom chleb i poczucie pewności jutra. Ale fabrykę zamknięto, bo główny inwestor wycofał udziały po ofensywie prawno - rządowej, której celem było utrzymanie kapitału zagranicznego z dala od naszej, świętej ziemi. No i utrzymali. Teraz bezrobocie w Szarotkach sięgało siedemdziesięciu procent, wszyscy żyli z kościelnej zapomogi. Kiedy nie polowali na bezpańskie psy i nie pili, byli gorliwymi wyznawcami Pana oraz Jego namiestników. W ten sposób odsetek wiernych w ostatniej dekadzie znacznie wzrósł. A my zmierzaliśmy prosto do tego szamba.
Hania, jadąc pięćdziesiąt na godzinę, ledwo wyminęła kałużę w betonowej wyrwie. Przyhamowała na chwilę obok wybebeszonego sklepu z rowerami, wpatrując się w tablicę z nazwą miasta. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak taka mądra dziewczyna wytrzymała tu kilka lat. Tak czy inaczej my, równie dobrze jak ona, zdawaliśmy sobie sprawę, że dziś jest w Szarotkach po raz ostatni. Dzwon na kościelnej wieży odezwał się głucho raz i drugi. Poza tym w mieście panowała cisza. Na ulicach nie było nikogo, a okiennice w tych domach, które jeszcze nie zostały opuszczone przez właścicieli, zamknięto na amen.
- Jedź, kotku – odezwał się Adam. Prócz wylewnych podziękowań za uratowanie życia były to pierwsze słowa, jakie wyrzekł w naszej obecności. Może był nieśmiały, a może wyczuł, że niezbyt go lubię.
- Taa, kurwa, kotku, daj po garach – dodał Skud - bo twoi byli ziomkowie nas tu zlinczują.
Ruszyliśmy z piskiem opon i pędziliśmy tak aż pod most, a potem samochodem targnęło uderzenie. Przednia szyba zmieniła się w pajęczynę. Po krótkiej walce o odzyskanie kontroli nad kierownicą znaleźliśmy się w rowie. I tak nieźle. Gdyby dziewczynie nie udało się odbić w prawo, wmeldowalibyśmy się w ścianę budynku.
- Wszyscy cali? – zapytałem dotykając zdrętwiałego ramienia. Chyba nie było złamane, ale bolało jak cholera.
Szlag trafił centralny zamek, więc Skud sprężył się i dwiema nogami wykopał szybę. Wydostaliśmy się i wyciągnęliśmy Hanię, która była półprzytomna po uderzeniu czołem w kierownicę.
- Ktoś zrzucił kawał kamienia – oświecił nas Adam. Dziewczyna leciała mu przez ręce.
- Tak właśnie było, geniuszu – warknąłem, a potem z rozmachem spoliczkowałem Hanię. Musieliśmy się szybko stąd wynosić, nie było czasu na subtelności. Jeśli mała doznała wstrząsu mózgu i nie może chodzić, to wszyscy jesteśmy załatwieni. Upieką nas żywcem w imię Pańskie i wesołe przygody Brighelli na tym się skończą.
Za balustradą mostu nie widzieliśmy nikogo. W perspektywie ulicy wiodącej na plac przykościelny też nic. Ciszę przerywały czasem miauknięcia marcujących się w zaułkach kotów. Odgłosy kocich orgii przypominają dziecięcy płacz. Ciarki chodzą mi po plecach zawsze, gdy to słyszę. Powracają złe wspomnienia.
- Na piechotę daleko nie zajdziemy. Potrzebujemy nowego wozu.
- Przez rynek. To najkrótsza droga do parkingu – zakomenderowała dziewczyna.
- Potrafisz spiąć na krótko? – zapytałem Skuda, ale on nawet nie wiedział, o co mi chodzi.
- Ja umiem – warknęła Hania, zaskakując mnie po raz kolejny. Moje obawy o stan jej mózgu były nieuzasadnione. Powinienem raczej martwić się o własny.
Księżyc wyświecał szyby w kamienicach okalających rynek. Wieża przysłoniła gwiazdy. Dźwięk dzwonu niósł się echem w zaśmieconych uliczkach. I bez tego wiedziałem, że nie jesteśmy tu sami. U wylotu ulicy pojawiła się zakapturzona sylwetka. Facet wygwizdał na palcach powtórzony, dwutonowy sygnał, a potem wydobył z rękawa podłużny przedmiot, w którym rozpoznałem spiłowany kij bejsbolowy. Jak znam życie, wpakował mu do środka gwoździa. Wtedy zaułki rozbrzmiały tupotem wielu par ciężkich butów. Hania wzdrygnęła się, Adam pewnie lał po nogach ze strachu. Prawidłowa reakcja. Rozglądałem się niespokojnie. Wzrok prześlizgiwał się po tonących w mroku, ceglanych ścianach. Skud kiwał głową w takt znanej tylko sobie melodii i macał bandolet.
– W porządku, w porządku… – mruczał niewyraźnie, z uśmiechem.
Byłem, kurwa, przerażony. Uwierz, niełatwo wprowadzić mnie w taki stan - w końcu żyję z rozkopywania grobów i szukania luk w pentagramach - ale to był miejski koszmar. Znałem go aż nazbyt dobrze. Towarzyszył mi w dzieciństwie, kiedy pijany jak świnia tatuś na moich oczach sprzączką od pasa tłumaczył mamusi, że bywa o nią zazdrosny. Był ze mną, gdy miałem czternaście lat i koleś z mojej ulicy wgniótł mnie w asfalt, lub kiedy nocą pod klatkę podjechał wóz gości, którym wisiałem kasę za palenie. Dawno temu. Ten sam skurcz rodzący się gdzieś w tyłku i pełznący ospale wzdłuż kręgosłupa, aż w końcu masz wrażenie, że wszystkie włosy stają ci dęba. Bo nóż ukryty w rękawie i but wytłukujący zęby o krawężnik są straszniejsze niż wszystkie zombiaki, kościelni magowie i hrabia Drakula razem wzięci. A ja w głębi duszy wiem, że taki właśnie los jest mi pisany. Być może jest on pisany nam wszystkim. Mogą do nas strzelać i grozić nam czarami, mogą nawet wysyłać za nami inkwizytorów, ale jeśli umrzemy, to właśnie w taki sposób. Na ulicy, pod podeszwami debili, którzy nazajutrz przy piwie opowiedzą o tym znajomym. Pierdolony horror tego świata.
- Jest jeszcze droga przez cmentarz – powiedział spokojnie Adam – na parking nas nie doprowadzi, ale będziemy dalej od nich.
- Prowadź, stary – krzyknąłem, a mój głos brzmiał jakoś wyżej niż zazwyczaj.

Cmentarz otoczony był kamiennym murem, na który wspięliśmy się bez problemów. Odgłosy zbliżającej się pogoni dodały nam skrzydeł. Z ziemi sterczały obrośnięte bluszczem zęby nagrobków. To było nekropolis w starym stylu. Żadnych wypielęgnowanych trawników i uporządkowanych ścieżek. Mam ostatnio wrażenie, że wszystkie awantury, w których biorę udział, kończą się w podobnych miejscach.
- Przygotujcie się. Za kilka minut tu będą. Pół pieprzonego miasta – oświadczył Skud. Wiem, że wcale nie było mu przykro z tego powodu.
W życiu widziałem już sporo cmentarzy, ale ten wyglądał dziwnie. Na środku głównej alei stało sobie drewniane krzesło, obok niego radio na tranzystory. Przy każdym grobie znajdowało się coś, co na początku wziąłem za zawieszoną na wbitym w ziemię kiju latarenkę. Podszedłem do pierwszego z brzegu. Grób był świeży. Konopny sznur odchodził od małego dzwoneczka i znikał w spulchnionej ziemi. Takie rzeczy znałem tylko z książek poświęconych sztuce umierania. W odległej przeszłości stawiano czasem błędne diagnozy, po których człowiek mógł obudzić się pewnego ranka w trumnie i przeżyć tam parę najgorszych godzin swojego życia, złorzecząc Bogu aż do wyczerpania zapasu powietrza. Ludzie nie mieli pojęcia o wielu sprawach, żarli z ołowianych talerzy i trafiali do gleby w stanie nie całkiem gotowym. Mało się o tym mówi, ale jeszcze parędziesiąt lat temu wieka ekshumowanych trumien bywały podrapane od wewnątrz. Wydobywano szkielety ze startymi kośćmi palców, nawet pękniętą czaszką, jeśli ktoś miał jaja wystarczająco mocno się huknąć. Takie rzeczy działy się kiedyś, dlatego na cmentarnej szychcie zatrudniano ludzi, którzy noc w noc oczekiwali dzwonów umarłych. Ale dzisiaj?
Konopne powrozy znikały w ziemi. Pod powierzchnią każdy przywiązany był do obłażącej z mięsa dłoni. Zamarłem w oczekiwaniu na dzwonek. Hania zbliżyła się do mnie i położyła mi rękę na ramieniu.
- Mówiłam ci, że życie pogranicza jest inne niż to w Mgławie. Oni tu słyszeli o rozwoju technicznym i wiedzą, że istnieje magia, ale to wszystko dzieje się na zewnątrz. A w Szarotkach zostały konopne sznury, cmentarne szychty, dzwonnica i uczłowieczony Bóg, którego się pozbyliśmy. Po dzisiejszej nocy nic już nie będzie proste. Ani dla tutejszych, ani dla nas.

Kiedy wypowiadała ostatnie słowa, wrota otwarły się na oścież i dostrzegłem ich w księżycowej poświacie. Na oko dwadzieścia, trzydzieści osób. Sami postawni faceci, większość łysa i ubrana po wojskowemu. Rycerze Augustyna, który ścigał nas zza grobu. Przynieśli kije, noże i siekiery. Jakiś idiota zabrał ze sobą sztachetę.
- Pieprzone wsióry – mruczał Skud ważąc w dłoniach ostrza. Tylko on się nie bał.
Nasza czwórka na ubitej cmentarnej ziemi na wprost hordy fanatyków. Sytuacja jako żywo przypominała finał starego filmu kung fu. Mała grupka szlachetnych niedobitków stawia czoło przeważającym siłom wroga aż do napisów. Potem już wiemy, że wszyscy zginęli. Tyle że wśród nas nie było ani jednego szlachetnego bohatera, a ja nigdy nie gram uczciwie. Jeśli siadasz ze mną do stolika, licz się z tym, że będę miał coś w zanadrzu. Tymczasem chłopcy z Szarotek szarżowali w naszą stronę jak banda kibiców. No, zobaczymy.

Ludzi obdarzonych magicznym potencjałem jest na świecie więcej niż adeptów magii. Najczęściej dziedziczony po przodkach talent nie ma nawet szansy się ujawnić. Do tego potrzeba katalizatora, silnych emocji, traumatycznego wydarzenia, które przepełni czarę mocy. Aktywny czarodziej może pomóc skanalizować i wyzwolić energię, jeśli będzie chciał. Talent magiczny jest więc jak dmuchany emocjami balon, a doświadczony mag spełnia funkcję igły. To takie mentalne rozdziewiczenie, które przechodzi każdy z nas. Najczęściej w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Małgorzata, wielka nieobecna ostatnich dni, opowiadała kiedyś, że facet próbował ją zgwałcić na imprezie. Głowa eksplodowała mu jak dynia, gdy się w nią wpakował. Co do Małgosi; szok jej minął, satysfakcja pozostała. Te pierwsze razy są bardzo niebezpieczne, bo nagromadzony przez lata potencjał uwalnia się w jednej chwili. Istnieją też sprawdzone sposoby, żeby wprowadzić kandydata we właściwy nastrój.

Przestałem zwracać uwagę na biegnący tłum. Przemyślałem sprawę: nie dam im się dzisiaj zabić. Zardzewiały dzwoneczek zadzwonił cicho, gdy trąciłem go palcem.
- Zrób to – powiedziałem do Skuda. W mroku nawet nie zauważyłem, jak rzucił.
Adam spojrzał na mnie zdziwiony. Przez chwilę próbował wydobyć tkwiące w gardle ostrze. Gęste strumyczki krwi ciekły po przedramionach, kiedy się szarpał.
Przerażona Hania wodziła wzrokiem ode mnie, przez swojego umierającego faceta, aż po gromadę karków. Zdradzona, oszukana zamknęła oczy i otwarła usta do krzyku. Lecimy – pomyślałem – nareszcie. I balon pękł.

To było prawdziwe bluźnierstwo, ostatnie rozdanie, surfing na fali ognia. Resztkami sił skontrolowałem działanie dwóch zaklęć ochronnych, które założyłem tego ranka. Potem pozwoliłem się ponieść energii i nadałem jej właściwy kierunek. Miłej zabawy, frajerzy.

Nie było tak jak w filmach. Żadnych wybuchających głów. Poczułem, że coś wysysa mi z płuc powietrze. Agresorzy padali niczym plastikowe żołnierzyki z coraz bardziej wybałuszonymi oczyma, z brązowiejącymi językami, które ruszały się w ustach jak tłuste glisty. Potworny, migrenowy ból dudnił mi w skroniach mimo magicznej ochrony. Ukląkłem, z całych sił ściskając czaszkę rękami. Zawsze była taka miękka? Chłopak w czarnym fleku leżał zaledwie cztery metry ode mnie. Spiłowany bejsbol wypadł mu z dłoni. Nie sądziłem, żeby jeszcze kiedykolwiek go potrzebował. Machał rękami jak wiatrak nie mogąc złapać powietrza. W końcu jego palce zagłębiły się we własnych gałkach ocznych. Wbrew pozorom wcale nie tak łatwo przebić zewnętrzną powłokę. Trzeba nacisnąć punktowo i zdecydowanie, wtedy część białkowej substancji zapadnie się do wewnątrz, a część wypłynie razem z krwią. Przy odrobinie zręczności możesz przy okazji wysupłać sobie nerw. Rzygnąłem, zanim mu się to udało. Pamiętam, że próbowałem oczyścić usta i gardło z wymiocin, nim ból głowy pozbawi mnie przytomności. Udało się odpluć. Chyba się udało.

Zaklęcie ochronne zadziałało lepiej u Skuda. W mało delikatny sposób przywrócił mi przytomność. Rozejrzałem się wokół. Hania zrobiła tu prawdziwy festiwal gore. Mój przyjaciel był oczarowany. Wyciągnął z kieszeni komórkę z aparatem i fotografował krew wsiąkającą w pylistą glebę. Skala zniszczeń świadczyła o tym, że świat wzbogacił się o niezwykle potężną czarodziejkę. Dziewczyna była wyczerpana, ale cała i zdrowa. Oddychała równo ułożona w pozycji embrionalnej, drzemiąc spokojnie w samym środku koszmaru. Z całą pewnością nie powinno nas tu być, kiedy się obudzi. Skud znalazł przedpotopową taksówkę i wyrzucił z niej kierowcę. Będą nas wspominać w Szarotkach. Wyobrażam sobie te wszystkie straszne historie na temat wiosennej nocy, kiedy dobrego Augustyna odwiedził szatan.

Nie zostawiliśmy za sobą zgliszcz ani pożogi. Pobielane domy z cegieł, symetryczna zabudowa, różowe dachówki, dzwonnica, a w tle czerwony sierp wschodzącego słońca. Nic się nie zmieniło. Każdego można zastąpić. Plamy krwi zrudzieją i znikną.
Miałem nadzieję, że sobie poradzi. Miałem nadzieję, że nauczy się panować nad żywiołem, który rozpętałem w jej głowie. Małgorzata zapłaciła za to przebudzenie wiele lat wcześniej. Teraz jej córka była naprawdę potężna. I samotna. Tej nocy w Szarotkach narodziła się wiedźma.
- Serio uważam, że w sprzyjających okolicznościach mogłoby między mną i tą małą coś zaiskrzyć – poinformowałem Skuda, gdy pełnym gazem oddalaliśmy się od miasteczka. Prowadził jedną ręką, nie patrząc na drogę. Zaciągnął się papierosem i buchnął mi w twarz kłębem dymu.
- Dlatego kazałeś mi zabić jej faceta?
- Zadziałało, no nie?
- Zajebiście zadziałało. Dziewczyna ma wielką moc. A z wielką mocą przychodzi wielka chujnia.
Kiwnąłem głową, bo nie było już nic do dodania. Spełniłem swoją obietnicę, Małgorzato. Twoja córka stała się wiedźmą, dużo potężniejszą niż ja i ty razem wzięci. Doczekałem odpowiedniego wieku i otwarłem ją na magię, udzielając pierwszej, najważniejszej lekcji. Dokładnie tak, jak prosiłaś. Byłem ci to winny i wczoraj spłaciłem swój dług. Jako pokorny uczeń nie zastanawiam się, czy słusznie.
Teraz nic nie jest dla niej niemożliwe. Marzenia, o których opowiadała mi w hotelu, zostaną spełnione. Wydoroślała. Nie była już pozbawionym znaczenia żuczkiem rozklejającym antyrządowe plakaty. Stała się wiedźmą, potężną i samotną, jak na wiedźmę przystało. Najdalej za rok będzie już mogła wpływać na przywódców, zastraszać decydentów. Zabijać spojrzeniem. Posiada moc, która pozwoli jej zmienić świat po swojemu. Z całego serca życzę powodzenia. I mam nadzieję, że kiedy to się stanie, nie będzie mnie w pobliżu.


Bytom, lipiec, 2007.



Autor: Paweł Ciećwierz
Dodano: 2012-03-01 11:00:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS