NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nowak, Jakub - "Amnezjak"

Mitchell, David - "Slade House"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki


Literackie zgadywanki 09/2011

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




Lektura zapowiedzi wydawniczej stworzyła we mnie wrażenie, że powieści z gatunku urban fantasy z ostatnich lat to zwykłe paranormalne romanse plus trochę więcej seksu. Czy „Królestwo czarnego łabędzia” Lee Carroll zdoła przełamać to skojarzenie? Póki co nie zapowiadają tego ani okładka, ani enigmatyczny zarys fabuły udostępniony przez wydawcę. Wciąż można jednak mieć nadzieję, że schemat ten zostanie dobrze zrealizowany i okraszony odrobiną oryginalności.
Młoda dziewczyna z wielkiego miasta, sklep z antykami, tajemnicza szkatułka – trąci banałem? Być może. A potem dziewczyna otwiera szkatułkę i nagle świat się zmienia. To na razie wszystko czego się dowiadujemy. Przyznam, że ten skąpy opis trochę mnie zaintrygował. Pytanie brzmi tylko: czy wydawca zachował to, co najlepsze dla tych, którzy zdecydują się na zakup książki czy tylko okrył kurtyną niedopowiedzenia to, co mogłoby osłabić zainteresowanie potencjalnych czytelników? W tym momencie kilka osób na pewno stwierdzi, że nie kupuje kota w worku i grzecznie podziękuje za lekturę „Królestwa...”. Ja natomiast uważam, że ryzyko jest częścią zabawy przy kupowaniu książek (o ile oczywiście nie jest podejmowane za często, bo kilka kosztownych pomyłek może ugasić czytelniczy zapał na trochę dłużej niż do pierwszego).
Lee Carroll to pseudonim małżeństwa pisarzy Carol Goodman i Lee Slonimsky'ego. Żona zajmuje się pisaniem kryminałów. Daje to nadzieję na przyzwoitą zagadkę w tle. Mąż natomiast jest poetą, co z kolei budzi oczekiwania dotyczące języka powieści. Jest szansa, że z tej mieszanki wyjdzie przyzwoita historia pod warunkiem, że autorzy nie zapomną za jaki gatunek się zabrali i będą potrafili zręcznie się z nim obejść. Na razie jestem skłonna przyznać „Królestwu czarnego łabędzia” spory kredyt zaufania. Liczę na to, że książce uda się kilka razy pozytywnie zaskoczyć czytelnika jakimś nietuzinkowym detalem, nawet jeśli nie wprowadzi rewolucji w urban fantasy.

Paulina Szydłowska



Catherine Asaro, „Wielka inwersja"

Nota wydawnicza mającej się wkrótce ukazać „Wielkiej inwersji” Catherine Asaro czyni z omawianej książki wręcz idealny przedmiot literackiej zgadywanki. Oszczędna, operująca chwytliwymi hasłami - na pierwszy rzut oka obiecuje wiele akcji i konwencję mniej lub bardziej twardego science fiction. Nierzadko są to elementy wystarczające, by cieszyć się lekturą kolejnej nowości prosto ze sklepowej półki. Jednakże to, co moim zdaniem w książce Asaro najciekawsze, kryje się pod takimi pojęciami jak „empatia”, „żywa broń” czy „symbiotyczne związanie”. Bowiem to właśnie one zdecydują, czy nowa pozycja Fabryki Słów okaże się jedynie kolejną niezłą, trzymającą w napięciu, pełną akcji książką SF, czy też czymś więcej, co poza adrenaliną i być może interesującą wizją przyszłości podejmie trudne z psychologicznej i socjologicznej perspektywy tematy.
Tekst z okładki sugeruje, iż bohaterami powieści będą szczególni, symbiotycznie związani z pilotowaną maszyną, żołnierze. W świecie zaawansowanej technologii i bezbłędnych narzędzi zabijania tylko tacy wojownicy mają być zdolni do skutecznej walki. Mają być też empatiami - znać myśli i uczucia przeciwników, śledzić każdy ich ruch, każde zamierzenie. Autorka mogła potraktować wspomniane cechy jako niewiele znaczące elementy dodające akcji charakteru. Mogła też potraktować je z należytą powagą i uczynić osią dla dylematów i trudnych wyborów, przed którymi zostaną postawieni bohaterowie jej powieści. Wszak osoba, którą poznajemy bliżej, przestaje być nam zupełnie obojętna. Traci anonimowość, wyłamuje się ze sztywnych ram stereotypu. Urzędnik, żołnierz, pacjent, klient nabierają własnych cech. Trudniej wtedy realizować plany, podejmować decyzje bez względu na uczucia, tak nasze, jak i cudze. Czy łatwo odebrać życie komuś, kogo znamy prawie tak dobrze jak nas samych?
Powieść Asaro pozostaje dla mnie prawdziwą zagadką. Sądząc po preferencjach, jakimi kieruje się wydawnictwo, stawiałbym raczej na książkę bardziej powierzchowną, pełną akcji i wciągającą. Z drugiej strony temat wydaje się na tyle interesujący i prowokujący refleksje, iż niemożliwością zdaje się zupełne zbagatelizowanie zarysowanych problemów. Dlatego stawiam na książkę tryskającą adrenaliną z równoczesnym, choć powierzchownym i gdzieś na uboczu, podjęciem wątków ludzkiej natury, systemu wartości i umiejętności współodczuwania. O efektach przyjdzie się nam przekonać już wkrótce.

Krzysztof Kozłowski




Ian McDonald kontynuuje swoją fantastyczno-literacką podróż po mniej i bardziej odległych zakątkach naszej planety. W łączonym wydaniu powieści „Dom derwiszy” i zbioru „Dni Cyberabadu” brytyjski pisarz przenosi czytelników do świata przyszłości: znanych już z „Rzeki bogów” Indii oraz zupełnie nowych, tureckich realiów.
W przypadku „Dni Cyberabadu” nie ma w zasadzie czego zgadywać, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – jak już wcześniej wspomniałem – opowiadania w tym zbiorze umiejscowione są w realiach znanych z również wydanej w Uczcie Wyobraźni powieści McDonalda. Po drugie trzy z siedmiu opowiadań już się w Polsce ukazały1); jeśli więc ktokolwiek miałby cień nadziei, że teksty będą wnosiły coś więcej w kwestii przedstawienia świata, na starcie może to zweryfikować negatywnie. Niemniej spodziewam się, że nieopublikowane w Polsce teksty będą równie interesujące, jak te już znane. Dodatkowym plusem będzie zapewne nowy przekład; nie wszystkie wcześniejsze były w stu procentach udane.
Więcej przypuszczeń można snuć w przypadku „Domu derwiszy”, chociaż szczerze powiedziawszy, to osobiście nie spodziewam się jakiś wyjątkowych zaskoczeń. Dotychczasowa twórczość McDonalda wskazuje, że jego metoda pisarska polega na wykorzystaniu kultury i specyfiki danego kraju (raczej na zasadzie wyłapania kluczowych memów, niż dogłębnej analizy i późniejszego odwzorowania) i wymieszania go z realiami SF. Blurb książki sugeruje rzecz bardzo podobną do „Rzeki bogów”, zarówno pod względem tematyki, jak i konstrukcji. Zakładać więc należy, że będzie to kolejne science fiction bliskiego zasięgu ekstrapolujące trendy i wykorzystujące potencjalne obawy i zagrożenia – tym razem związane z nanotechnologią.
Mam wrażenie, że ta książka nie zaskoczy czytelnika. Może i oszołomi pomysłami czy wizją przyszłości, ale na zasadzie bogactwa szczegółów, a nie oryginalności czy innowacyjności rozwiązań. Mam jedynie nadzieję, że wizja Turcji mnie nie rozczaruje – szczególnie dużo obiecuję sobie po obrazie Stambułu przyszłości. Poza tym będzie to pewnie solidna, bardziej technologiczna niż społeczna SF.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Adam Przechrzta, „Demony Leningradu"

Wydane w pierwszym numerze zeszłorocznej „Fantastyki – Wydania Specjalnego” opowiadanie Adama Przechrzty „Demony Leningradu” to jedna z ciekawszych rodzimych krótkich form fantastycznych, jakie miałem okazję czytać w tamtym okresie. Nie powielało cech twórczości tego pisarza, które sprawiły, że napotkałem trudności w lekturze innych jego utworów, szczególnie powieści, kojarzyło mi się raczej z porządnie napisanymi, rozrywkowymi opowiadaniami śledczymi Pilipiuka i Piekary.
Akcja „Demonów Leningradu” rozgrywa się w 1942 roku, podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, po około roku niemieckiej blokady Leningradu. Autor pieczołowicie przedstawił klimat oblężonego miasta z całą możliwą sugestywnością opisu – trwające wokół walki, wyniszczająca sroga zima, poczucie zagrożenia, trudności z zaopatrzeniem i idąca za tym klęska głodu, zmęczenie mieszkańców dawnego Piotrogrodu. A wszystko to polane rosyjskim, czy też bardziej już radzieckim folklorem. W tej scenerii oprócz przypadków kanibalizmu wynikającego z głodu wśród cywilnej ludności, coraz częściej pojawiają się plotki o rytualnym kanibalizmie dokonywanym przez sektę określającą się jako „Doskonali”, której odnalezieniem będą musieli zająć się oficerowie wywiadu.
Mam nadzieję, że książkowa wersja „Demonów Leningradu” będzie rozwijała wszystkie pozytywne elementy tamtego tekstu. Autor mógłby położyć nacisk na ciekawą scenografię, w której można pokazać sporo i słowiańskiego folkloru, i wojennej zawieruchy – ta druga była w opowiadaniu jedynie wpływającym na życie bohaterów tłem, o działaniach na froncie tylko się słyszało. Nie wiem czy książka będzie skupiać się wokół „Doskonałych” – temat tej sekty wydaje się zamknięty, więc mam nadzieję, że autor powoła do życia kolejne „demony”, dla których oblężone, głodujące miasto jest perfekcyjną scenerią. Jeśli dobrze rozłoży proporcje między akcją i śledztwem, a opisaniem realiów, spodziewam się wciągającej książki o świetnym klimacie. Jednocześnie Przechrzcie, mimo dość już dużego dorobku, wciąż brakuje sprawności pióra i swobody prowadzenia narracji – po półtora roku będę miał okazję sprawdzić, jak się rozwija.
Po lekturze teksu z FWS miałem wrażenie, że ma on w sobie coś z typowego „otwieracza” serii opowiadań detektywistycznych – główny bohater, Razumowski jako major wywiadu wojskowego obdarzony przenikliwością i z dość cynicznym charakterem ma predyspozycje do bycia specjalistą od rozwiązywania dziwnych problemów, jak Pies i Klecha, doktor Skórzewski czy Mordimmer. Czy autor zrobi z niego bohatera dłuższej serii? Przekonamy się za jakiś czas.

Daniel "Vampdey" Elkader




James Dashner, „Więzień labiryntu"

Nota wydawnicza książki Dashnera koncentruje się na tajemnicy, tym co nieznane, groźne, jednocześnie ledwie zarysowując fabułę w sposób, który pozwala popuścić wodze wyobraźni i samemu dopowiedzieć sobie fantastyczny świat i przygodę, jakie z pewnością znajdziemy na kartach powieści. Mechanizm prosty, bo choć książka może okazać się wtórna i źle napisana, wyobraźnia potencjalnego czytelnika pracuje na pełnych obrotach, a pozostawione jej pole do popisu nie jest ani za duże, ani za małe. Jest w sam raz.
Mamy młodego bohatera, który stracił pamięć, grupkę równie zagubionych dzieciaków i niebezpieczną, zupełnie oderwaną od codzienności, niemalże abstrakcyjną rzeczywistość. Napisałem „niemalże”, ponieważ zamknięta kamiennymi murami przestrzeń zwana Strefą, na której uwięzieni zostają bohaterowie i z której każdego ranka mogą wyruszyć w głąb otwierającego się labiryntu, nie jest krainą wywodzącą się z baśni czy marzeń sennych. Młody protagonista nie trafia do niej przez króliczą norę ani szafę. Przyjeżdża windą, a gdy drzwi się rozsuwają dostrzega jedynie podobnych sobie chłopców, którzy znaleźli się w sytuacji bardziej przypominającej film „Cube” niż opowieści Carrolla czy Lewisa. Z okładkowego opisu dowiadujemy się, że za murami czyhają istoty, będące skrzyżowaniem maszyn i bestii, nazywane Strażnikami, zaś wyprawa w głąb Labiryntu może okazać się bardzo niebezpieczna.
Książka skierowana jest do młodszych czytelników, co wyraźnie widać po lekturze fragmentu. Jeśli można z tego trafnie sądzić o całości, język powieści dostosowany jest do wieku bohaterów i zarazem docelowych czytelników, bogato opisuje emocje i wrażenia, sprawnie łącząc akcję z przeżyciami wewnętrznymi. Tym samym starsi czytelnicy mogą nie być usatysfakcjonowani lekturą i raczej sami po książkę nie sięgną, ale czytając ją swoim pociechom lub rodzeństwu, powinni równie dobrze bawić się odkrywaniem tajemnicy.
Po książce spodziewam się interesującej, niepokojącej historii, będącej swego rodzaju współczesną bajką, której bohaterowie mówiący slangiem i starający się rozwikłać zagadkę sytuacji, w jakiej się znaleźli, przypadną do gustu młodym czytelnikom. Zwłaszcza, że według zapowiedzi powstaje już ekranizacja trylogii Dashnera, za którą odpowiedzialna będzie reżyserka cyklu „Zmierzch”. Interesująca jest także duża ilość recenzji i wysoka ocena książki na portalu Amazon.com, co mogłoby wskazywać na bardziej zróżnicowane wiekowo grono czytelników, niż mogłoby się wydawać. Książka zapowiadana jest jako dystopia, zatem prawdopodobnie będziemy mieć do czynienia z wizją przyszłych losów człowieka, przeważnie niezbyt szczęśliwych. Jeżeli okaże się tak w rzeczywistości – być może każdy, niezależnie od wieku znajdzie w niej coś dla siebie.

Krzysztof Kozłowski




Katarzyna Berenika Miszczuk, "Ja, anielica"

„Ja, anielica” to kontynuacja „Ja, diablicy” Katarzyny Miszczuk wydanej przez W.A.B. w zeszłym roku. Książkę przeczytałam i wspominam jako przyjemną rozrywkę, chociaż nie spełniła moich wszystkich oczekiwań. Mam podstawy przypuszczać, że podobnie może być z kontynuacją, dlatego nie spodziewam się po najnowszej książce Miszczuk objawienia. Nie wydaje mi się, żeby bohaterowie byli mniej sztampowi, ani że świat przedstawiony zyska miano choćby tła, a nie cienia, jak to było w przypadku „Ja, diablicy”. Ciekawa jestem natomiast, czy styl autorki – lekki, zabawny i bezpretensjonalny - rozwinął się od czasu jej poprzednich książek. Czy znajdę w „Ja, anielicy” bogatszy język, bardziej interesującą grę z konwencją? Czy może autorka pozostanie na terenie paranormal romance dla młodych dziewcząt, co zdaje się sugerować blurb wydawnictwa? Oby autorka rozwiała moje obawy w tej ostatniej kwestii…

Anna "Eruana" Zasadzka




David Weber, "Herezją naznaczeni"

„Herezją naznaczeni” to trzeci, zamykający opowieść, tom o dziejach ludzkości na planecie Schronienie, na którą udało się uciec ziemskim kolonistom przed potężną, wrogo nastawioną cywilizacją. Kierownicy ekspedycji, jeszcze przed obudzeniem kolonistów, zdecydowali o utrzymaniu rozwoju społeczności na poziomie późnego średniowiecza. Pozornie ich decyzja była ze wszech miar uzasadniona – koloniści są jedynymi ocalałymi przedstawicielami ludzkości we wszechświecie, a całkowicie zniszczona przez obcych Ziemia przyciągnęła najeźdźców podwyższoną aktywnością elektromagnetyczną świadczącą o wysokim stopniu rozwoju technologicznego. Jednak założyciele kolonii pozwolili sobie na wprowadzenie nieortodoksyjnego mechanizmu kontroli społecznej: w roli hamulca postępu obsadzili stworzoną przez siebie religię. Rozwiązanie to przez osiemset lat sprawdzało się znakomicie, choć oczywiście nie stanowiło panaceum na główny problem Ziemian.
Dlaczego tak obszernie przywołuję warunki początkowe cyklu? Ano dlatego, że akcja dwóch pierwszych tomów toczyła się jedynie na powierzchni Schronienia, w epoce feudalnych władców, żaglowców, kusz i broni palnej. O statkach kosmicznych, samolotach czy choćby balonach żaden z mieszkańców Schronienia nawet nie myśli. Oczywiście, przed wyjściem w kosmos konieczne jest uporządkowanie spraw na planecie, nie zamierzam tu kwestionować hierarchii priorytetów przyjętych przez autora. Jednak, biorąc pod uwagę stopień komplikacji wydarzeń politycznych na Schronieniu i obszar, jaki zaczyna ogarniać konflikt, po prostu obawiam się, że David Weber nie zdąży w jednej książce zakończyć tej opowieści i jeszcze wyjaśnić, w jaki sposób ludzie zamierzają uporać się z wrogą cywilizacją. Przepaść technologiczna dzieląca średniowieczny świat powieści od ery lotów kosmicznych wydaje się nie do przeskoczenia, nawet z pomocą Merlina, jedynego na Schronieniu depozytariusza ziemskich osiągnięć technicznych. Mam wrażenie, że ostateczne zamknięcie tego wątku autor odłoży na bliżej nieokreśloną przyszłość. Na przykład do następnego, porównywanego objętościowo, cyklu.

Beata Kajtanowska




Sebastian Uznański, "Senne pałace"

Zabawa światami równoległymi, realnymi i fantastycznymi, z uwikłanymi w nich bohaterami stanowi klasykę, nie tylko literatury fantastycznej. Sebastian Uznański już trochę nam takiej wizji przedstawił w „Żałując za jutro”, choć chyba mniej spektakularnie, niż można się spodziewać po jego nowej książce.
Zapowiadane elementy grozy, groteski czy też biblijne nawiązania mogą, ale nie muszą dodać książce wartości. O ile zostaną umiejętnie osadzone w powieściowych realiach i powiązane z fabułą, mogą być ciekawym składnikiem całości. Powieściowy debiut autora nie bardzo przypadł mi do gustu i mam pewne obawy o kształt jego kolejnej książki, tym bardziej, że z noty wydawniczej wynika, że nierealnych światów w „Sennych pałacach” będzie więcej, niż w „Żałując za jutro”. Szczerze mówiąc wolałbym, aby motywy oniryczne okazały się jedynie elementem pomocniczym i nie przeważały w powieści. Ciekawe, czy moje oczekiwania się spełnią.
Motyw poszukiwania zaginionej żony uważam za dobry pretekst do ukazania relacji łączącej małżonków. Czy Anna i Tomasz wiedzą o sobie wszystko, co powinni? A może mają jakieś sekrety, których odkrycie będzie kluczem do rozwiązania zagadki tajemniczego zniknięcia Anny? Czy podróż Tomasza przez nierealne światy zakończy się odzyskaniem żony? Czy będą mogli znowu być razem?

Mariusz "Galvar" Miros





Miałam nadzieję na odprężającą lekturę. Właśnie, miałam. Bo już od pierwszych stron książka powodowała zaciskanie zębów i złośliwe grymasy pod adresem głównej bohaterki. A mianowicie Rinnelis Tyen jest śledczą Straży Królewskiej w Illenie, stolicy Erolu. Najlepszą śledczą od ho, ho, ho… a może i dłużej. Śledczą stuprocentowo skuteczną, z przerażającą bezwzględnością przestrzegającą litery prawa, a do tego nienagannie uprzejmą. Sama Rinnelis w pełni podziela tę opinię i jest przekonana o własnej wyższości. Ponieważ narracja książki we fragmentach dotyczących poczynań bohaterki jest pierwszoosobowa, czytelnik od samego początku nie tylko obserwuje wydarzenia jej oczami, lecz także może śledzić bieg myśli i złośliwe, nadęte, przemądrzałe, a czasem cyniczne komentarze. Komentarze, które być może byłyby na miejscu u weterana prokuratury, który niejedno już widział i dawno stracił złudzenia, jednak u osoby tak młodej (Rinnelis, zgodnie z informacjami ze str. 11 i 259, w rzeczywistości ma 25 lat) rażą i irytują. Zatem sympatię do bohaterki mam z głowy, pomyślałam. Ale przecież nie muszę jej lubić, zapewne kreacja świata i intryga kryminalna mi to nielubienie wynagrodzi. Otóż nie.
Fabularną osią książki jest poszukiwanie sprawcy rytualnego mordu na córce księcia. Pozornie sprawa jest oczywista, domniemany przestępca został złapany niemal na gorącym uczynku. Jednak pewne drobiazgi wzbudzają wątpliwości Rinnelis: choćby taki, że na narzędziu zbrodni nie znaleziono odcisku aury podejrzanego. Niestety aresztowany nie chce zeznawać. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że jest on członkiem panującego rodu elfów, z którymi ludzie dzielą świat powieści, zatem wybuch konfliktu międzyrasowego wisi na włosku. Takie zawiązanie akcji brzmi zachęcająco, obiecując czytelnikowi – poza rozwiązywaniem zagadki kryminalnej – również polityczną intrygę. Niestety wykonanie już tak dobre nie jest. Autorka nie daje szans czytelnikowi, by wraz z nią prowadził śledztwo, po prostu przydziela mu rolę obserwatora. Na dodatek zdezorientowanego obserwatora, któremu skąpi danych. Sylwetki ewentualnych podejrzanych nie są wystarczająco scharakteryzowane (często brakuje im nawet imion i nazwisk), a przesłanki, którymi kieruje się bohaterka, konstruując swoją teorię spisku – wystarczająco uzasadnione (to, że ktoś niedawno został członkiem Gwardii Królewskiej i zyskał łatwy dostęp do monarchy, jeszcze nie oznacza, że planuje morderstwo). W efekcie czytelnik nie bardzo wie, kogo Rinnelis podejrzewa i na jakich informacjach jej zależy. I na koniec ta najlepsza śledcza miasta udaje się sama do siedziby głównego spiskowca! Licząc na to, że ten kulturalnie się przyzna i odda w ręce sprawiedliwości?
„Z miłości do prawdy” rozczarowała mnie. Sprzecznościami w kreacji bohaterki (z jednej strony wizerunek przemądrzałej superśledczej, z drugiej strony – naiwność i brak doświadczenia) i nieumiejętnością wciągnięcia czytelnika w rozwiązywanie zagadki kryminalnej. W powieści brak też znanego z „Praw i powinności” lekkiego dowcipu i gry w skojarzenia z czytelnikiem. Nie polecam.

Beata Kajtanowska



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


1) - „Małżonka dżina”, Nowa Fantastyka 10(301)/2007

- „Mała bogini”, „Kroki w nieznane 2009”

- „Wisznu w kocim cyrku”, „Kroki w nieznane 2010”



Autor: Katedra


Dodano: 2011-09-01 23:45:21
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

kawoy - 10:05 02-09-2011
Z tej strony
http://www.fantasticfiction.co.uk/w/david-weber/
wynika, że cykl Webera ma już pomału 5 tomów. Tak więc mowa o trzecim zamykającym opowieść jest już nieaktualna. :)

Shadowmage - 10:49 02-09-2011
Beato, co za weryfikacja. Trochę jeszcze byś dopisała i recenzja by była :D

Beata - 13:02 02-09-2011
Kawoy, dzięki za informację.
Ale znaczy, zgadłam dobrze...? :shock:

Virgo C. - 12:52 04-09-2011
@Beato
A może ta sprzeczność była celowa, pokazanie takiej zadufanej w sobie pannicy. Tylko autorka nie podołała zadaniu?

Beata - 21:47 04-09-2011
Jeśli tak (celowa sprzeczność), to dlaczego nikt z otoczenia bohaterki nie próbuje przekłuć tego balona pychy? Jej szef i koledzy z pracy podzielają jej opinię o sobie. Znaczy, naprawdę jest dobra, bo przecież całe jej otoczenie zawodowe nie składa się z milicjantów z dowcipów? Chyba by się poznali na pozorach? To przecież sami stołeczni śledczy są. No i nie przydzieliliby jej do samodzielnego rozwiązania sprawy ewidentnie istotnej, od której wyniku zależy naprawdę dużo.
No co ja poradzę, nie klei mi się ta książka. Na dodatek czytając nie odebrałam ani jednego sygnału, że to satyra czy kpiny. Owszem, nie wykluczam, że coś przeoczyłam, dlatego - jeśli będzie kontynuacja - z chęcią ją przeczytam. I - jeśli się myliłam - z przyjemnością zmienię zdanie. Ba, nawet chciałabym się mylić, bo pierwsza książka autorki naprawdę mi się podobała.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Maddaddam" Atwood


Wygraj "Ukrytego Asa"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Nagata, Linda - "Ciężkie próby"


 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS