NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Toy Land" (Horyzonty zdarzeń)

Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

Ukazały się

Werner, C. L. - "Łowca czarownic"


 Lem, Stanisław - "Wizja lokalna" (WL)

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie" (WL)

 Domagalski, Dariusz - "Delikatne uderzenie pioruna" (Rebis)

 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 antologia - "Ukryty As"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Fine, Sarah - "Rozłąka"

Linki

Sábato, Ernesto - "Abaddon - anioł zagłady"
Wydawnictwo: Znak
Tytuł oryginału: Abaddon, el Exterminador
Tłumaczenie: Helena Czajka
Data wydania: Marzec 2011
ISBN: 978-83-240-1213-8
Oprawa: twarda
Format: 145x205
Liczba stron: 486
Seria: 50 na 50



Sobotnie czytanie. Sobota o Sobocie (w Sobotę)

SOBOTA O SOBOCIE (W SOBOTĘ)


Ernesto Sabato (czyli Ernest Sobota), pisarz argentyński, autor tylko trzech powieści (mimo, że żył lat sto; umarł w tym roku), w tej liczbie Abaddona – Anioła zagłady. Napisać, że w tej książce występują akcenty autobiograficzne, to za mało napisać. Ernesto bowiem obsadza siebie w fabule jako postać. Widzimy zatem argentyńskiego Sobotę przetworzonego przez Sobotę, a gdy dodamy do tego, że rzecz całą czyta olsztyński Sabato – zagmatwanie osiągamy zupełne. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, ile prawdy jest w takim obrazie siebie przez siebie odmalowanym; wydaje się, że nasz Sabato nie cukruje i pudruje swego portretu; raczej ukazuje nam się w działaniu. Jedna z cech bohatera i zarazem autora książki okazuje się dominującą – mianowicie wiara w głęboki sens rzeczywistości, chwilami posunięta do granic absurdu; wszelkie możliwe zdarzenia, sny, nawet układ plam na ścianie jawi mu się istotnym sygnałem odsłaniającym drugie, mroczne dno świata. Zarazem wydaje się, choć tu pewności nie mam, że autoironicznie wykpiwa pisarz tę swoją nadmierną skłonność. Zabawię się przez chwilę ja w podobny sposób, wychwytując (przypadkowe?) parantele między nami – oczywiście nazwisko, ale jeszcze: obaj urodziliśmy się w czerwcu (trzeba by zapytać znanego astrologa Parowskiego, co to oznacza i jakie niesie konsekwencje charakterologiczne); przyszedł Ernesto na świat w roku 1911, w tym samym roku narodził się mój dziadek – był to dobry rocznik. Wreszcie całkowicie zbieżne poglądy na temat procesu tworzenia; o tym jednak szerzej za chwilę.
Z grubsza rzecz ujmując, rzecz traktuje o pewnych przeczuciach bohatera tyczących ingerencji sił supranaturalnych w rzeczywistość nam dolegającą. Przez fabułę przewija się demoniczna postać doktora Schneidera, związanego prawdopodobnie z nazistami oraz gorszymi jeszcze siłami. Mamy również panoramę środowisk intelektualnych (i nie tylko) Buenos Aires – Sabato dość bezlitośnie obnaża i obśmiewa ich mody, zadęcia, obsesje. Dominuje w powieści nastrój pewnej schyłkowości, przeczucie nadchodzącego nieuchronnie końca. I to również łączy Sobotę z Sabato – i ja mam dojmujące wrażenie końca: świat się zużywa pod każdym względem, stając się coraz to gorszym miejscem; proces owej monstrualnej demencji nie może, niestety, trwać w nieskończoność. Choć – rzecz jasna – przeczucie schyłku można interpretować introspektywnie – wewnętrzne, a nie zewnętrzne zużycie tu zachodzi; nasz zmielony tzw. „życiem” organizm warunkuje naszą percepcję; filtruje obraz rzeczywistości w barwach raczej ciemnych. W przypadku pisarza, dobrego pisarza, taka transpozycja ma znaczenie podwójne – albowiem odbija się w jego odwzorowaniach świata, w jego sztuce; stąd „zużyci” artyści produkują raczej dramaty, a nie komedie. No chyba, że „boskie” komedie.
Funduje nam przy tym Sabato eksplozje formalne – zmienność narracji, strumienie świadomości. Abaddon nie jest książką łatwą w odbiorze – pierwszych sto stron znokautowało mnie na kilka dni; szczęściem, okazało się, że był to jeno nokdaun w pierwszej rundzie. Mam bowiem taki czytelniczy obyczaj, że jeśli pierwszych trzydzieści stron książki mnie nie porwie, zaprzestaję lektury. Coraz rzadziej słyszy się o „porwaniach” Soboty.
Manierę pisarską Sabato porównałbym do budowania domu z samych cegieł – bez zaprawy, tynku itd. Innymi słowy – nie bardzo zajmuje Argentyńczyka dbałość o komunikację z czytelnikiem, objaśnianie zawiłości fabularnych; widać, że tego typu zbędności go męczą; od razu obrzuca odbiorcę cegłami sensu, a ten, o ile przetrwa bombardowanie, odczuwa estetyczne spełnienie. Co ciekawe, budowla tym karkołomnym sposobem wzniesiona nie runęła.
Książka Sabato nieco mi przypomina Valis Dicka – podobne obsesje nurtują obu autorów: poczucie zafałszowania wierzchniej strony świata, przekonanie o własnej umiejętności zdrapywania poloru, lakieru rzeczywistości i docierania do istoty rzeczy. Zbliżają ich też zafiksowania teologiczne – Sabato prezentuje coś na kształt neognostycyzmu. Świat ma być dziełem złego boga – stąd niekorzystny jego obraz; wszelkie próby tłumaczenia obecności zła w rzeczywistości (teodycee) jawią się zatem pisarzowi jako całkowity nonsens. Świat jest kiepski, bo prawdziwy Bóg w ogóle nie partycypował w jego konstruowaniu. Nawiasem mówiąc, Sabato wygląda mi na taką współczesną wersję Błażeja Pascala. Jak wiadomo, wybitny nowożytny filozof francuski był matematycznym geniuszem (twórcą pierwszego w historii kalkulatora); jednak nastąpiło w jego światopoglądzie tektoniczne tąpnięcie – nagle porzuca naukę dla religii, „porządek rozumu” zastępuje „porządkiem serca”. Podobnie nasz Ernesto – świetny fizyk jądrowy nieoczekiwanie zostaje pisarzem mistycznym.
Wreszcie poglądy Ernesto Sabato na sztukę pisarską – właściwie powinienem tu zacytować tę piękną frazę; zbyt jednak obszerne to fragmenty, jakby osobny traktat zawarty w trzewiach powieści. W skrócie: pisanie jest dojmującą samotnością. Wielce pisarze to ci, którzy śnią za innych – a ich sny są koszmarami. Są skazani na piekło za życia; ich prawda wewnętrzna, zżerająca ich bez znieczulenia, staje się zarazem paliwem wielkiej sztuki. Ma Ernesto – podobnie jak ja – w głębokiej pogardzie fałszywie skromnych tzw. „rzemieślników”.
Nie mogę się jednak powstrzymać od zacytowania kilku fragmentów: Oprócz talentu, będą ci potrzebne inne właściwości ducha: odwaga mówienia twojej prawdy, upór w kroczeniu naprzód obraną drogą, pewna ciekawa mieszanina wiary w to, co masz do powiedzenia, i wciąż ponawiającej się niewiary we własne siły, kombinacja skromności wobec olbrzymów i arogancji wobec głupców, potrzeba miłości, ale też dzielność, abyś mógł być samotny, abyś unikał pokusy, lecz także niebezpieczeństwa niewielkich grup, galerii zwierciadeł. W takich chwilach pomoże ci wspomnienie tych, co pisali w samotności: na statku, jak Melville, w puszczy, jak Hemingway, w małej wiosce, jak Faulkner.
O pisarskich obsesjonatach (jakże mi to bliskie!): Obsesje mają głębokie korzenie, a im głębsze, tym są mniej liczne. Najgłębszy ze wszystkich i wszechmocny jest może najbardziej ukryty, ale pojawia się we wszystkich dziełach prawdziwego twórcy: bo nie mówię tu o producentach opowiadań, o producentach teatrów telewizyjnych i bestsellerów robionych na miarę, uprawiających prostytucję sztuki. Tak, oni mogą wybierać tematy. Wreszcie krótko o pisarskich modach (fragment ów dedykuję zagorzałym zwolennikom steampunku): Nie zrozum mnie fałszywie: moda rządzi ubiorem i uczesaniem, a nie powieścią i katedrą. Że nie rządzi Katedrą – wszyscy mamy taką nadzieję.

Spisane sobotnim popołudniem, po trzech kawach


Autor: Jacek Sobota
Dodano: 2011-08-13 20:13:24
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Beata - 00:05 14-08-2011
"(...) pierwszych sto stron znokautowało mnie na kilka dni; (...)"
Czyli jest jeszcze dla mnie nadzieja, mimo że mój nokaut trwa nieco dłużej. ;)

ASX76 - 01:57 14-08-2011
To już nie nokaut, lecz śpiączka pourazowa. :P

Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Liu, Ken - "Ściana burz"


 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

 Hill, Joe - "Strażak"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS