NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

antologia - "Zabawa w Boga"

Cetnarowski, Michał - "Podwójna tożsamość bogów"

Ukazały się

Meyer, Marissa - "Cinder"


 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Orbitowski, Łukasz - "Exodus"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 2 (wyd.3)

 King, Stephen & Chizmar, Richard - "Pudełko z guzikami Gwendy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Norweski dziennik 3: Północne wiatry" (twarda)

 Duncan, Alexandra - "Głęboka próżnia"

Linki




Mistrz fantastycznych trendów - o twórczości Martina

Mistrz fantastycznych trendów1


Zdobywca jedenastu nagród Locusa, czterech Hugo, dwóch Nebul i jednej World Fantasy Award, kilkunastu wyróżnień mniejszej rangi, nominowany do nagród w kilkudziesięciu przypadkach. Ceniony przez fanów na całym świecie, jego utwory stają się inspiracją dla seriali, gier komputerowych czy RPG. Fan futbolu amerykańskiego, kolekcjoner figurek, fandomowy wyjadacz. O kim mowa? Oczywiście o George’u R.R. Martinie. Współczesny czytelnik fantastyki kojarzy go przede wszystkim dzięki monumentalnemu cyklowi „Pieśń Lodu i Ognia”. Nie każdy jednak wie, że jest to zaledwie ukoronowanie jego trwającej już kilkadziesiąt lat kariery pisarskiej. Martin próbował swych sił chyba we wszystkich podgatunkach fantastyki i niemal z każdej próby wychodził zwycięsko: mniej udane dzieła można policzyć na palcach jednej ręki. W czym kryje się jego sekret? Przyjrzyjmy się bliżej jego twórczości, a odpowiedź na pytanie przyjedzie sama.
Martin, obecnie kojarzony przede wszystkim z fantasy, dopiero stosunkowo niedawno sięgnął po ten gatunek: przez większość życia pozostawał twórcą science fiction, jedynie od czasu do czasu romansującym z innymi konwencjami. Zaczęło się jednak nieszczególnie. Pewnie każdy napotkał w sieci próbki pisarskie młodych ludzi pragnących zostać pisarzami. Sieć pełna jest fanfików i początków wielotomowych sag, których czytanie powoduje trwałe urazy na zdrowiu. Za czasów młodości Martina rzecz jasna Internetu jeszcze nie było, ale jego rolę spełniały fanziny, do których młodzi adepci sztuki pisarskiej wysyłali swe teksty. Podobnie czynił wychowany na komiksach nastoletni George. Poziom pierwszych tekstów można sobie wyobrazić: sztampowe i fatalnie napisane, powodują u czytelnika zgrzytanie zębów. Gdyby współczesny redaktor nawet mniej liczącego się pisma otrzymał na przykład opowiadanie „Tylko dzieciaki boją się ciemności”, odrzuciłby je po lekturze pierwszych kilku stron. Osoby prowadzące ówczesne amerykańskie fanziny na szczęście nie były tak wybredne i dopuściły do druku pierwsze opowiadania Martina. Zadziałało to mobilizująco: nastoletni chłopak z New Jersey nabrał odwagi i zyskał pewność konieczną do dalszego pisania. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby mu te koszmarki odrzucono...
Przeskoczmy teraz do początku lat 70. ubiegłego stulecia, złotego wieku amerykańskiej science fiction. Autorzy tacy jak Ursula K. Le Guin czy Robert Silverberg (listę tę można by jeszcze długo ciągnąć) święcą największe sukcesy, a Harlan Ellison przedefiniował już science fiction „Niebezpiecznymi wizjami”. Uznani autorzy szukają nowych sposobów wyrazu, a boom na fantastykę daje szansę na zaistnienie, Nowa Fala nabiera rozpędu. W tym środowisku, jeżdżąc na konwenty, obraca się dorosły Martin, mający już na koncie kilka poważnych publikacji, ale jeszcze bez spektakularnych sukcesów. Dojrzewa pisarsko i wkrótce jest gotów do napisania tekstu, który zdefiniuje jego twórczość na najbliższe kilka(naście) lat. W 1974 roku ukazuje się Pieśń dla Lyanny (nowela ta obrosła legendą również w naszym kraju, gdyż była głównym tekstem pierwszego numeru Fantastyki), która przynosi mu pierwszą poważną nagrodę i otwiera drogę do dalszej kariery. Martin pisze (głównie) science fiction, ale daleko mu do suchych, bazujących na nauce i technologii tekstów klasyki gatunku – daleko mu do opisywania np. galaktycznych wojen. Akcja zwykle toczy się kameralnie, bazując na postaciach i relacjach między nimi. U Martina sceneria kosmicznych podróży i odległych światów zamieszkanych przez przedziwne istoty jest jedynie medium, za którym idą opowieści o człowieku. Amerykański pisarz świetnie rozgrywa uczucia: jego opowiadania aż kipią od emocji, z gracją rozwija konflikty tragiczne, stawia bohaterów pod ścianą. Teksty Martina stymulują serce, a nie umysł: co stoi w pewnej sprzeczności z założeniami gatunku; być może jednak właśnie dlatego odnosi sukces?
W tym nurcie powstaje szereg świetnych opowiadań, a także dwie powieści. Pierwsza z nich, „Światło się mroczy”, stanowi kwintesencję twórczości Martina z tamtego okresu. Chociaż brak jej dynamicznej akcji czy rozbudowanej fabuły, oszałamia nastrojem: opisy umierającego świata sprawiają niesamowite wrażenie, a losy ludzkie wplecione w atmosferę nadchodzącego końca wspaniale się komponują. Nieco późniejsza „Przystań wiatrów” (napisana razem z Lisą Tuttle i będąca rozwinięciem wcześniejszego opowiadania) koncentruje się na poszukiwaniu własnej drogi w życiu, dążeniu do spełnienia marzeń. Jest to też najbardziej baśniowa z powieści Martina, być może za sprawą współautorki.
Kolejne lata to pasmo sukcesów: opowiadania takie jak Droga krzyża i smoka, Piaseczniki (chyba najsłynniejsze opowiadanie Martina; tytuł ten nosi również zbiór opowiadań wydany w naszym kraju) czy Żeglarze nocy odbijały się szerokim echem wśród czytelników. Powoli jednakże zaczęła być widoczna zmiana w tematyce. Przełom lat 70. i 80. ubiegłego wieku to błyskawiczny rozwój horroru. Anne Rice wydała „Wywiad z wampirem”, a Stephen King wiele ze swoich najsłynniejszych powieści. Bohater niniejszego tekstu również zaczął eksperymentować z literaturą grozy, początkowo łącząc ją ze scenerią science fiction: efektem tych prób są dwa ostatnie z wyżej wymienionych opowiadań. Okazało się, że Martin znów potrafi znaleźć złoty środek między poszczególnymi elementami: fabuły przyprawiają o dreszcz grozy na plecach, a sceneria SF dodaje dodatkowego wymiaru obcości, jeszcze silniej oddziałując na czytelnika.
W Nie trzeba było długo czekać, by Martin odszedł od science fiction i zajął się czystym horrorem. W 1982 roku ukazał się „Ostatni rejs Fevre Dream, powieść grozy w realiach historycznych. Jest to opowieść o parowcach pływających po Missisipi w XIX wieku, a wątek paranormalny jest w nim znaczącym, ale jednak tylko ozdobnikiem. Znów najsilniejszym elementem powieści stał się nastrój, w którym bez problemu może się zatopić czytelnik. Książką tą, na spółkę z Rice, Martin zdefiniował współczesny wizerunek wampira, daleki od wzorców znanych z „Draculi” czy Nosferatu.
Drugą powieściową przygodą z horrorem był bardziej Kingowski w stylu „Rockowy Armagedon”, w której autor daje upust swym muzycznym fascynacjom i oddaje hołd ideałom ruchu hipisowskiego. Łącząc elementy grozy z fabułą charakterystyczną dla thrillera, Martin stworzył najbardziej osobistą i nostalgiczną powieść w swoim dorobku; niestety również najsłabszą, co zadaje kłam twierdzeniu, iż pisarze najlepiej piszą, gdy bazują na własnych doświadczeniach.
Kolejne lata w wykonaniu Martina nie były tak płodne: od pisania odciągnęły go inne zawodowe projekty. Niewykluczone też, że pęd do pisania osłabł u niego nieco na skutek braku spodziewanych sukcesów wcześniej napisanych powieści. Druga połowa lat 80. zeszłego stulecia upłynęła wyłącznie pod znakiem tekstów o cynicznym i niezbyt miłym kosmicznym podróżniku, zebranych później w książce „Tuf Wędrowiec”. Łączące w sobie ekologię, rozważania na temat społecznej świadomości i odpowiedzialności, a także o granicach władzy jednostki opowiadania uznawane są za jedne z najlepszych tekstów w dorobku Martina.
W latach osiemdziesiątych (pełnego rozpędu nabrał w dziewięćdziesiątych) ubiegłego wieku zarysował się wyraźny trend odwrotu od science fiction na rzecz jej młodszej siostry, fantasy: opowieściach pełnych bohaterskich czynów, magii i fantastycznych istot. Początkowo nieśmiało, ale z roku na rok w większych ilościach zaczęły się ukazywać opasłe tomiszcza, szybko przeradzające się w wielotomowe cykle. Pisarze tacy jak Raymond E. Feist, Glen Cook czy nieco później Robert Jordan święcili triumfy. Trzeba było jednakże czekać aż do połowy lat 90., by zobaczyć odpowiedź Martina. Bazując na Wojnie Dwóch Róż stworzył wybitną sagę fantasy. Już „Gra o tron” stanowiła dzieło godne uwagi, ale to kolejne tomy „Pieśni Lodu i Ognia” potwierdziły, iż amerykański pisarz stworzył swoje opus magnum. Cykl ten łączy w sobie wszystkie zalety wcześniejszej twórczości Martina, ale wnosi też nową jakość. Do tej pory fabuła nie stanowiła istoty jego utworów: tym razem wysunęła się na pierwszy plan. Amerykański pisarz nie podąża drogą Tolkiena, ale tworzy wielopoziomowe i wielowątkowe intrygi, postaci budzące gorące emocje i nieprzewidywalne rozwiązania sprawiają, iż liczba fanów cyklu rośnie na całym świecie. Nie jest to klasyczne, pełne magii fantasy. „Pieśni Lodu i Ognia” zalicza się to tak zwanego hard fantasy, czyli nurtu stawiającego na realizm, w którym fantastyczność zawiera się głównie w kreacji świata przedstawionego. Co prawda z tomu na tom elementów nadprzyrodzonych jest coraz więcej, ale nadal nie stanowią sedna powieści.
Niestety Martin uległ przypadłości bardzo częstej wśród autorów piszących cykle fantasy: nie potrafił się ograniczyć. Seria planowana początkowo na trzy, maksymalnie cztery tomy, zaczęła się rozrastać – obecnie planowanych jest siedem tomów, ale nie jest powiedziane, że na tym się skończy. Nie byłby to problem, gdyby kolejne tomy ukazywały się regularnie. Pierwsze trzy części trafiły do czytelników w dwuletnich odstępach, ale na czwarty przyszło im czekać pięć lat. „A Dance with Dragons”, kolejny tom, jest zapowiedziany na tegoroczne lato – sześć lat po „Uczcie dla wron”. Jeśli ukaże się w terminie, autorowi zostanie dopisanie jeszcze dwóch części. Nic więc dziwnego, że fani poważnie się niepokoją, czy Martinowi uda się dokończyć cykl. Tym bardziej, że ten sam przyznaje, że ma problem z zamykaniem cykli (w planach miał m.in. kontynuację przygód Tufa). Niedokończonych projektów jest zresztą więcej, chociaż niektóre z nich ujrzały światło dzienne. Dotyczy to przede wszystkim „Wyprawy łowcy” pisanej wraz z Gardnerem Dozoisem, a dokończonej przez Daniela Abrahama. Niemniej kończenie cyklu przez kogoś innego jest przez fanów rozpatrywane jako ostateczność. Panuje powszechna opinia, że Martin stał się bardziej autorem, a mniej pisarzem: lubi spotkania z fanami, konwenty, fandomowe życie (od lat zresztą), a mniej interesuje się pisaniem nowych utworów. Istnieje jednak szansa, że Martin, za sprawą serialu realizowanego przez HBO, zyska nową mobilizację. Czy tak się stanie, pokaże czas.
Martina można uznać za pisarza podążającego za trendami i modami w fantastyce. Nigdy nie wyznaczał nowych kierunków, szedł śladem innych, kierując się wzorcami popkulturowymi akurat dominującymi na świecie. Nie jest jednakże naśladowcą, bezkrytycznie kopiującym czyjeś pomysły. Każdy temat, za jaki się zabiera, przerabia na swój sposób. Lekkim piórem potrafi wykreować świetne fabuły i ciekawych bohaterów. Nie robi mu różnicy, czy ma straszyć, czy też wzruszać – na każdym polu czuje się swobodnie i robi z emocjami czytelnika co tylko zapragnie. Nie można go nazwać geniuszem literatury, ale w swoim fachu jest mistrzem.
Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że Martin to nie tylko pisarz: w latach 80. i 90. ubiegłego wieku pracował w Hollywood przy tworzeniu scenariuszy do seriali i sztuk telewizyjnych. Od lat redaguje również serię „Wildcards” (w planach wydawniczych znajduje się jej już dwudziesty pierwszy tom) składającą się ze zbiorów powiązanych opowiadań o superbohaterach pisanych przez różnych autorów. W ostatnich latach ukazało się też kilka innych antologii pod jego redakcją, z których jedna niedługo ukaże się w Polsce – „Pieśni Umierającej Ziemi” poświęcona Jackowi Vance’owi.
Na zakończenie wszystkich zainteresowanych twórczością Martina odsyłam do trzytomowej „Retrospektywy”: zbioru ponad trzydziestu utworów, przekrojowo pokazujących dorobek amerykańskiego pisarza, okraszonych odautorskimi komentarzami i historiami z jego życia. Znaleźć tam można rozwinięcie poruszonych tu wątków, a także ogrom innych informacji. Dla ciągle rosnącej grupy fanów Martina jest to pozycja obowiązkowa.



1) Artykuł ukazał się pierwotnie w szóstym numerze Literadaru.



Autor: Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Dodano: 2011-06-09 23:04:42
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

pani_jola - 08:37 10-06-2011
W ostatnim akapicie jest pomyłka - należy zamienić tytuły książek Retrospektywa z Pieśnią Umierającej Ziemi.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Świat kupek"


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"


 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Gaiman, Neil - "Księga cmentarna"

 Carroll, Sean - "Nowa perspektywa. Pochodzenie życia, świadomości i Wszechświata"

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Nagata, Linda - "W stronę mroku"

 Golden, Christie - "Arthas. Przebudzenie króla Lisza"

Fragmenty

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS