NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Toy Land" (Horyzonty zdarzeń)

Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

Ukazały się

Werner, C. L. - "Łowca czarownic"


 Lem, Stanisław - "Wizja lokalna" (WL)

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie" (WL)

 Domagalski, Dariusz - "Delikatne uderzenie pioruna" (Rebis)

 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 antologia - "Ukryty As"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Fine, Sarah - "Rozłąka"

Linki


Literackie zgadywanki 03/2011

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




Powiem szczerze, po „Nocy gargulców” Grahama Mastertona nie spodziewam się niczego dobrego. Już poprzednia odsłona cyklu, „Bazyliszek”, była straszna i to niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Kulało w niej wszystko począwszy od fabuły, poprzez postaci, a skończywszy na prawdopodobieństwie realiów.
Czy tym razem będzie lepiej? Z opisu książki wynika, że czeka nas powtórka z rozrywki, a jedyne novum będzie stanowić potwór – gargulec. Nawiasem mówiąc, tytuł i okładka powieści sugerują mnogość maszkaronów i kto wie, być może doczekamy się pojedynków jak z filmów o Godzili.
Marzyłoby się też lepsze, a przede wszystkim ciekawsze wykorzystanie Krakowa. Miasto, przez wielu uważane wręcz za magiczne, posiada w sobie spory potencjał jako miejsce lokalizacji horroru. Liczne legendy, nieźle zachowana oryginalna zabudowa, specyficzny klimat – czy można chcieć więcej? Oby znów nie skończyło się na opisach rodem z turystycznego przewodnika.
Znając dotychczasową twórczość angielskiego pisarza, lekturą książki nie powinni być zawiedzeni miłośnicy scen gore i seksu; inna sprawa, że ostatnimi czasy Masterton nieco sobie odpuszcza i utworom daleko do pikanterii „Bezsennych” czy „Wizerunku zła”. Jak będzie tym razem, przekonamy się niebawem.

Adam "Tigana" Szymonowicz




Cykl „Korona Gwiazd” Kate Elliott zacząłem czytać ponad dziesięć lat temu, mniej więcej w tym samym czasie co „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, dwie pozycje określane wtedy jako hard fantasy. Chociaż to ta druga seria na stale zagościła w moim sercu, również i twórczość Elliott przypadła mi do gustu po lekturze „Królewskiego smoka” i „Księcia psów”. Wydany nieco później „Głaz gorejący” wbrew tytułowi ochłodził mój stosunek do cyklu, głównie za sprawą wprowadzenia wątków magicznych, psujących wcześniejszy obraz serii. Niemniej z przykrością przyjąłem wiadomość, że Zysk i S-ka nie będzie wydawał kolejnych tomów. Teraz, siedem lat później, wydawnictwo zmieniło wcześniejszą decyzję i zdecydowało się na wydanie „Dziecka płomienia”. Przez ten czas jednakże zmieniły się moje gusta, preferuję nieco inną fantastykę, więc tę decyzję przyjąłem ambiwalentnie: sam nie wiem, czy po latach mam ochotę wracać do świata wykreowanego przez Elliott... to jest chyba największa zagadka dotycząca zbliżającej się premiery „Dziecka płomienia”.
Moje obawy wiążą się przede wszystkim z nieco już pozacieranymi wrażeniami z lektury trzeciego tomu „Korony Gwiazd”. Autorka wprowadziła w nim szereg wątków, które mnie nie zachwyciły: nawet biorąc pod uwagę fakt, że czytałem to w okresie, kiedy magiczne fantasy łykałem jak ciepłe bułeczki. (Pojawiły się też dłużyzny i oklepane schematy, wcześniej tylko szczątkowo obecne). Nie ma szans na rezygnację z raz już wprowadzonych elementów magicznych, ale przecież można te wątki poprowadzić w satysfakcjonujący sposób. Kilka wprowadzonych wcześniej postaci wyszło już z etapu „zera”, pora więc na fazy pośrednie, aż zostanie osiągnięte stadium bohatera: to również powinno uatrakcyjnić fabułę i przeciwdziałać nużącym dłużyznom. Z drugiej strony książka ma liczyć blisko tysiąc stron, co raczej – mając w pamięci chociażby późniejsze tomy „Koła czasu” Roberta Jordana – nie sprzyja wartkiej akcji. Moje przypuszczenia dotyczące „Dziecka płomienia” są pełne złych przeczuć. Ale być może są nieuzasadnione?

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Krzysztof Piskorski, „Krawędź czasu"

Steampunkowe inklinacje Krzysztof Piskorski zdradził już poprzednią powieścią, czyli „Zadrą”, nie jest więc zaskakujące, iż jego nowa książka (wnioskując z notki i wypowiedzi autora na konwentach) również będzie utrzymana w tej stylistyce. Czy więc „Krawędź czasu” będzie powieścią podobną do poprzedniczki, jedynie z lekko zmienionymi realiami? Na podstawie dostarczonych przez wydawcę materiałów wydaje się, że właśnie tak może być, chociaż oczywiście to jeszcze nic pewnego. Niemniej takie myśli nasuwają się, czytając po raz kolejny o XIX-wiecznej Polsce czy fascynacji techniką (w „Zadrze” liczne były gadżety napędzane etherem, tutaj najwyraźniej będzie to już bardziej tradycyjna forma maszynerii).
Są jednak poszlaki dające nadzieję, że w „Krawędzi czasu” pojawi się nowa jakość. Liczę, że Piskorski wykorzysta w dużym stopniu elementy kabały; mieszaniny nauki i sztuki niezwykle tajemniczej, a do tego stosunkowo rzadko w fantastyce wykorzystywanej. Nie mam jednakże pomysłu, jaką formę to obierze. Jakieś poszlaki wskazują, że zaowocuje to kreacją licznych światów alternatywnych, zawieszonych w próżni i czasie, tworzących układ wzajemnie powiązany, ale niekoniecznie na zasadach liniowych. Może to również oznaczać (zdaje się to również sugerować tytuł książki) spore zamieszanie w liniach czasowych; niekoniecznie oczywiście na zasadach podróży w czasie. W tym elemencie upatruję ewentualnej siły lub słabości książki – ciężko jest wykreować przekonującą i logicznie spójną fabułę, gdy żongluje się czasem i przestrzenią. Wyłożyło się na tym wielu tuzów fantastyki, znacznie lepszych od Piskorskiego... niemniej jednak mam nadzieję, że polski pisarz udźwignie ten ciężar i zaserwuje opowieść, której pod tym względem nie będzie można nic zarzucić.
Blurb kończy się słowami: „Efektem jest emocjonująca, wyrafinowana książka, którą trudno porównać z czymkolwiek innym”. Chciałbym, żeby to była prawda, chociaż do tekstów okładkowych należy podchodzić z dużym dystansem. Wątpię, by Piskorski stworzył powieść aż tak prekursorską, by nie dało się jej porównać z niczym w bogatej historii fantastyki. Wyrafinowanie? Oby. Najprościej będzie osiągnąć emocjonującą fabułę, chociaż powiem szczerze, że w dotychczasowych dokonaniach Piskorskiego osobiście również tego za bardzo nie dostrzegłem. Ale: trzymam kciuki.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



M. John Harrison, „Nova swing”

„Viriconium” i „Światło” wzbudziły w naszym kraju mieszane uczucia, od zachwytów do rozczarowania czytelniczego. Autor zyskał czytelników wiernie oddanych, ale też takich, którzy nie potrafią obcować z jego prozą we fragmentach dłuższych niż kilkanaście czy kilkadziesiąt stron. Są mu niechętni z różnych powodów. Można by powiedzieć, że to nic nowego, choć proza Harrisona podzieliła raczej czytelników o podobnych zapatrywaniach na literaturę.
Teraz zaś przyszła kolej na kolejną jego powieść. „Nova Swing” to sequel „Światła”, druga część trylogii, którą zakończyć ma w przyszłym roku „Pearlant”. Czym okazało się „Światło” – już wiemy. Harrison, jak ma w zwyczaju, nie zadowolił się typowymi założeniami powieści science fiction, próbował dodać coś od siebie (jak mu się udało, każdy z was oceni sam). Czy w takim razie „Nova Swing” może pójść jeszcze krok dalej? Rozsadzić granice gatunku? Nie wydaje mi się. Oczekuję raczej kontynuowania obranej wcześniej ścieżki, pewnego powtórzenia, pokazania, że „Światło” nie było jednorazowym tworem, że uda się pisać więcej takich powieści.
Można Harrisonowi wiele zarzucać, ale odebrać tego, że jako pierwszy i to lat temu trzydzieści, stworzył ramy dla nowego rozumienia fantasy, się nie da. To właśnie utwory zebrane w „Viriconium” zainspirowały Chinę Miéville’a i pewnie nie tylko jego. Czy tak będzie z jego nowym cyklem? Okaże się za jakiś czas, tymczasem „Nova Swing” już za kilkanaście dni trafi do sprzedaży i mam nadzieje, że znów zmierzy się z ograniczeniami, które tkwią w naszym rozumieniu literatury SF, ale przede wszystkim – że pozwoli obcować ze świetnie napisaną literaturą, która niedostatków, nie musi ukrywać pod gatunkowym płaszczem.

Łukasz "Maeg" Najda



Kate Griffin, „Nocny burmistrz”

„Szaleństwo aniołów”, pierwszy tom cyklu o Matthew Swiftcie wywarł na mnie naprawdę dobre wrażenie – było to bardzo sprawnie napisane urban fantasy, z ciekawie wykreowanym światem przedstawionym, w którym mity i miejskie legendy są rzeczywiste, namacalne. Jeśli miałbym wskazać jakąś wadę, zabrakło mi właśnie nieco większej ilości prawdziwych londyńskich legend, które na kartach powieści nabrałyby życia. Krótka okładkowa zapowiedź tomu drugiego, „Nocnego burmistrza”, daje nadzieję, że brak pierwszej części zostanie nadrobiony: przywołana jest przecież chyba najsłynniejsza londyńska legenda o krukach z Tower. Anglicy są do niej przywiązani i nawet podcinają specjalnie skrzydła ptakom, by nie opuściły dawnego londyńskiego więzienia... ale wygląda na to, że Kate Griffin i z tym sobie poradziła. Należy mieć nadzieję, że tym razem fabuła nie będzie dotyczyła wyłącznie osobistych porachunków głównego bohatera, ale okaże się bardziej zintegrowana ze scenerią, w jakiej przychodzi mu się obracać.
Poza niespodziankami dotyczącymi rozwoju fabuły – bo zakładam, że zaskakujące zwroty akcji w powieści bądź co bądź rozrywkowej muszą być – nie sądzę, by Griffin w jakikolwiek sposób miała czytelników wprawić w zdumienie. Forma cyklu została jasno określona w pierwszym tomie: sensacyjna mieszanka powieści detektywistycznej z thrillerem w konwencji urban fantasy (ujęcie ciekawe, ale po „Szaleństwie aniołów” już przecież znane). Nie będzie tutaj żadnych zmian moim zdaniem. Postaci również będą postępowały zgodnie z wzorcami z pierwszego tomu. Może tylko pojawi się jakaś postać kobieca, która zawróci głównemu protagoniście w głowie? Jeśli tak, pewnie będzie to femme fatale, bohaterowie jak Swift miłych dziewczyn raczej nie przyciągają, a ich etos polega na braniu cięgów od życia w każdy możliwy sposób. Mnie to nie przeszkadza, mam wręcz nadzieję na solidną dawkę rozrywki. Jeśli jej nie dostanę, to będzie największe zaskoczenie, niemożliwe do przewidzenia w zgadywance.

Tymoteusz „Shadowmage” Wronka



Michał Protasiuk, „Święto rewolucji”

Michał Protasiuk nie pisze wiele, ale jak już coś wyda, jest to interesujące, chociaż niepozbawione wad. Do tej pory ukazały się jego dwie książki: „Punkt omega” oraz „Struktura”, z czego ta druga pozycja była przyjęta lepiej, zarówno przez czytelników, jak i krytyków. Teraz nadeszła pora na trzecią powieść: „Święto rewolucji”. Podstawowe pytanie, które należy sobie postawić, brzmi: czy będzie to kolejna pozycja na krzywej wznoszącej w dorobku poznańskiego pisarza, czy jednak osiągnął on już maksimum i nadeszła pora stagnacji, a może nawet będziemy mieć do czynienia ze spadkiem formy pisarskiej?
Na blogu Protasiuk dzielił się kilkoma informacjami dotyczącymi „Święta rewolucji”, zainteresowanych szczegółami odsyłam właśnie tam. Na podstawie słów autora, a także blurba, wychodzi obraz thrillera korporacyjnego z dużą rolą matematyki i statystyki. Nihil novi chciałoby się powiedzieć, w końcu już „Struktura” w dużych fragmentach możliwa była do scharakteryzowania w ten sposób. Pewnym można być natomiast, że środowisko menadżerów i analityków biznesowych będzie odwzorowane wiernie i naturalnie, gdyż autor mógł opisywać je z własnych doświadczeń. Może przemycił do książki coś więcej niż obserwacje, może wprowadził do niej również wątki osobiste?
W tym świetle nie wydaje się jednak możliwe, by Protasiuk przeskoczył dotychczasową twórczość, wyrwał się z konwencji – co zdaje się sugerować Jacek Dukaj w felietonie Stan gry: przejście fazowe. Być może jednak nie doceniam poznańskiego pisarza, wszak tematyka to jedno, a obrana konwencja i ujęcie to rzecz zupełnie inna. Chciałbym, by Dukaj miał rację i by „Święto rewolucji” okazało się utworem nowatorskim, nieznanym w polskiej fantastyce. Na razie powątpiewam, szczególnie że wydawca porównuje książkę do dzieł Dana Browna (już się z tego wycofał) czy Williama Gibsona. To oczywiście chwyty marketingowe, mogące mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością, ale już na wstępie skłaniają do pewnej kategoryzacji i ukierunkowują myśli odbiorcy, wymuszają konkretne skojarzenia i poszukiwanie podobieństw.
Czy „Święto rewolucji” będzie nową jakością w twórczości Protasiuka, czy też będzie to zaledwie nieco inne podejście do tematu znanego już z wcześniejszych utworów? Okaże się już pod koniec marca.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



M.D. Lachlan, „Synowie boga"

Chociaż okładka specjalnie nie zachwyca, opis powieści M.D. Lachlana jest już bardziej obiecujący. Dobrej książki o wilkołakach nie czytałam dawno, w dodatku wydawca zapowiada „niekonwencjonalne ujęcie mitu”, a to jest to, co bardzo mnie interesuje. Fascynuje mnie również wszystko, co jest związane z Wikingami i wiarą nordycką (specjalnie nie użyłam słowa „mit”), już nie mówiąc o tym, że w „Synach boga” pojawi się jeden z moich ulubieńców – Loki. Ciekawa jestem także poprowadzenia wątku braci i przeznaczenia, które choć w blurbie wspomniane zdawkowo, będą w książce zapewne odgrywać istotne role. Za granicą pozycja zbiera całkiem dobre recenzje, autor chwalony jest za realizm historyczny wczesnego średniowiecza, a to kolejny haczyk na moją literacką ciekawość. Oby tylko gra z konwencją nie okazała się jedynie łatką, za którą kryją się schematyczne dziury, Wikingowie nie nosili hełmów z rogami, a przedstawienie średniowiecza nie zaczynało się od „dawno, dawno temu...”.

Anna "Eruana" Zasadzka





Zasugerowany blurbem i nagrodą najlepszej islandzkiej powieści kryminalnej, jaką Stefán Máni zdobył za „Statek”, spodziewałem się po prostu porządnego kryminału. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej złożona i choć nie pomyliłem się w ocenie książki (bo z pewnością warta jest lektury!), to nazywanie kryminałem odziera ją z tego co najlepsze. Albowiem powieść Máni to coś więcej – to harmonijne połączenie kryminału, thrillera oraz powieści grozy, które to gatunki łączą się w książce w niezwykle wciągający i poruszający sposób. To lektura pobudzająca nie tylko wyobraźnię, ale prowokująca do refleksji nad wieloma uniwersalnymi sprawami, jak szeroko pojmowany sens życia czy możliwość kontrolowania własnego przeznaczenia.
Przytoczone w zgadywance opinie czytelników okazały się w pełni uzasadnione. Opisy zmagań z żywiołem, samego statku, jak i walki toczonej przez bohaterów z natrętnymi myślami warte są chwili zadumy i uznania dla piękna sugestywnego języka, jakim posługuje się autor.
Tajemnica, niepokój, wciągająca intryga i dramatyczne losy załogi to największe walory powieści, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Zainteresowanych odsyłam do recenzji.

Krzysztof Kozłowski




W zeszłomiesięcznej zgadywance dotyczącej „Fincha” Jeffa VanderMeera udało mi się trafić z przypuszczeniami w wielu miejscach, co nie zmienia faktu, że w książce autor zaskakiwał mnie raz po raz. Na przykład strzelałem, że z początkowej konwencji kryminału powieść przerodzi się w thriller – nie przypuszczałem jednakże, że właśnie tak się stanie, a już na pewno nie w sposób, w jaki dokonał tego VanderMeer. Podczas lektury nic tego nie zapowiadało... aż tu nagle się zorientowałem, że kryminał został dawno za mną, a opisywana historia ma znamiona thrilleru.
Nie przypuszczałem również, że naprawdę zostanie zdradzona tajemnica Szarych Kapeluszy; że tyle tajemnic dotyczących świata przedstawionego – wprowadziłem nawet zastrzeżenie, że zrobi to, jeśli nie ma zamiaru wracać do Ambergris. Tymczasem nie dość, że w wielu miejscach VanderMeer odarł swój świat z tajemnic, to w dodatku ostatnio zapowiedział, że do niego wróci w przyszłości. Aż mnie ciarki przechodzą na myśl, jakie jeszcze numery amerykański pisarz wywinie czytelnikom.
Proza VanderMeera jak zaskakiwała, tak zaskakuje. Jeśli nawet trafi się z przypuszczeniami, jest to ślepy traf, a nie efekt przemyślanych przypuszczeń. Nie mam jednak najmniejszego problemu z tym, że próbując zgadnąć, co też VanderMeer w książkach zamieścił, czuję się jak dziecko we mgle.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2011-03-05 01:10:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Liu, Ken - "Ściana burz"


 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

 Hill, Joe - "Strażak"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS