NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Carroll, Jonathan - "Kolacja dla wrony"


 Henel, Łukasz - "Demon"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Komuda, Jacek - "Czarna bandera" (2017)

 Larson, M.A. - "Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek "

 Atwood, Margaret - "Maddaddam"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Zdybska, Maria - "Wyspa mgieł"

Linki

Artykuł jest częścią serii Weber, David - "Honor Harrington".
Zobacz całą serię

Wywiad z Davidem Weberem

Romantyczny gawędziarz


Michał Adamczyk: Dziękuję, że znalazłeś dla mnie trochę czasu. Wiele z tych pytań z pewnością zadawano Ci już wiele razy, ale w Polsce, choć jesteś jednym z najpopularniejszych zagranicznych pisarzy, nie wiemy o Tobie wiele. Czy mógłbyś opowiedzieć nam o początkach kariery? Co zainspirowało Cię do rozpoczęcia pisania, kiedy powstała pierwsza historia i o czym była?
David Weber: Zbliżam się do pięćdziesiątych ósmych urodzin i, mówiąc szczerze, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek nie lubił pisać. Wydaje mi się, że większość zawodowych pisarzy to właśnie ludzie, którzy pisaliby bez względu na to, czy ktoś wydaje ich prace czy nie, choćby dla własnej przyjemności i (być może) dla „przyjemności” najwytrwalszych w cierpieniu przyjaciół. Zacząłem pisać poezję i opowiadania w piątej klasie, gdy miałem jakieś dziewięć lub dziesięć lat. Pierwszą powieść napisałem wspólnie z przyjacielem, Terrym Mauerem, w ósmej klasie. Jakiś rok temu znalazłem z niej około stu stron – były napisane naprawdę fatalnie, ale pisząc je świetnie się bawiłem i nauczyłem się kilku cennych rzeczy. Pisać na maszynie zacząłem wcześnie jak na czasy przed komputerami, gdy większość ludzi (przynajmniej tu, w Stanach Zjednoczonych) nie wybierała się na naukę maszynopisania przed dziesiątą lub jedenastą klasą. Miało to znaczenie dla rozwoju mojego zainteresowania pisaniem, ponieważ to, co pisałem, nagle stało się możliwe do rozczytania i nie pochłaniało tak dużo pracy jak pisanie za pomocą starego pióra i atramentu. Jednocześnie mój ojciec był zagorzałym wielbicielem science fiction (miał wszystkie książki E. E. Smitha w podpisanych przez autora i ponumerowanych wydaniach) i nauczył wszystkie swoje dzieci (mam dwóch braci i dwie siostry) miłości do czytania. Moja matka miała tytuł naukowy z literatury angielskiej. Choć nie czytała dla przyjemności tak dużo, jak ojciec, to gdy po krótkich okresach nauczania angielskiego w szkole średniej i w college’u trafiła do agencji PR, została bardzo dobrym copywriterem. W jedenastej klasie sam zacząłem pisać teksty reklam dla mojej matki, która wówczas posiadała własną, małą agencję reklamową. Zanim skończyłem szkołę średnią, pisałem już zawodowo i, dodatkowo, jestem jednym z ostatnich na świecie zawodowych linotypistów. (Kompletnie zbędna umiejętność w erze komputerowego składu tekstów). Odkąd pamiętam chciałem wykładać historię na uczelniach i pisać na boku, ale w czasie pisania pracy magisterskiej zobaczyłem studium demograficzne dotyczące historyków i odkryłem, że ponad połowa posad na wydziałach historii jest już zajęta przez ludzi, którzy mają czterdzieści dwa lata lub mniej. To było dość wyraźną sugestią, że w tym zawodzie mogę nie znaleźć pracy, więc wróciłem do rodzinnego miasta (Greenville w Karolinie Południowej) i gdy matka przeszła na emeryturę, żeby opiekować się moją babcią (która dożyła 101. urodzin) przejąłem naszą małą firmę. To było w 1985 lub 1986 roku. Jeszcze w szkole średniej zainteresowałem się grami planszowymi – zwłaszcza rozgrywanymi na stołach historycznymi grami bitewnymi. Gdy byłem studentem sam zacząłem tworzyć takie gry, głównie dla własnej i przyjaciół przyjemności, ale zacząłem też tworzyć grę „Starfire” dla wydawnictwa Task Force Games. Wspominam o tym, ponieważ „Starfire” doprowadziło w końcu do „Powstania”, mojej pierwszej powieści, napisanej w 1987 roku ze Steve’em White’em. Dwa lata później powieść kupiło Baen Books. Wszystkie powieści ze „świata Starfire” (także „Krucjata”, „W martwym terenie” i „Opcja Sziwy”), wywodzą się ze świata, który „zbudowałem” na potrzeby gry.

Którzy autorzy i które książki miały na Ciebie największy wpływ?
Chyba żaden autor nie może odpowiedzieć na to pytanie w stu procentach dokładnie i definitywnie, ponieważ jego własna ocena wpływu książek i autorów stale się zmienia. Zmienia się wraz z upływem czasu i rozwojem kariery pisarskiej, gdy rozwija pewne aspekty twórczości i, jak sądzę, zmienia się nawet w zależności od nastroju i od tego, czym zajmuje się w momencie, gdy padnie takie pytanie. Po za tym różni autorzy i książki wpływają na konkretne pomysły pisarzy, dlatego największe znaczenie dla odpowiedzi mogą mieć książki, jakie właśnie piszą. Na przykład, gdy myślę o tworzeniu postaci, byłbym skłonny wskazać Roberta Heinleina, Keitha Laumera i Poula Andersona jako źródła inspiracji. Gdy przechodzę do budowania światów duże znaczenie mają książki Anne McCaffrey, ale z perspektywy toczących się w nich wydarzeń takie samo znaczenie mają twórczość H. Beama Pipera i (znów) Andersona. Jeśli natomiast chodzi o samo zainteresowanie czytaniem i pisaniem, to nieoceniony wpływ miała na mnie powieść Edwarda Ormondroyda „David and the Phoenix”, podczas gdy „Legion of Space” Jacka Williamsona był pierwszą powieścią science fiction jaką przeczytałem. Miałem wówczas 10 lat. Wiele nauczyłem się z twórczości Hemingwaya, choć nigdy nie polubiłem jego książek. Z drugiej strony, mimo że uwielbiam Rogera Zelazny’ego zarówno jako pisarza, jak i przyjaciela, to chyba nie miał dużego wpływu na mój styl, choć z pewnością byłem usatysfakcjonowany jako miłośnik języka i czytelnik. I, jak każdy kto pisze fantastykę heroiczną, muszę przyznać, że wpływ na mnie mieli Tolkien i Robert Howard.

A jak wygląda Twój typowy dzień pracy? Czy potrafisz usiąść przed komputerem i napisać od razu kilka rozdziałów, czy musisz czekać aż wena zechce nadejść?
Gdy zaczynają gonić mnie terminy potrafię spędzić nawet czternaście do piętnastu godzin dziennie przed komputerem. Zwykle, gdy siadam do pisania, dobrze wiem czego chcę, a ponadto zawsze zaczynam przeglądając, poprawiając i przycinając to, co napisałem przez ostatnich kilka dni. Ma to tą zaletę, że nie tylko doszlifowuję to, co już napisałem, ale też mogę zacząć pisać z marszu, bo przypominam sobie co dokładnie robiłem pod koniec poprzedniego dnia. Zwykle piszę w ten sposób pięć tysięcy słów dziennie, choć jednego pamiętnego dnia napisałem aż 32 tysiące słów. (Spałem potem przez czternaście godzin!) Pięć tysięcy słów to dla mnie przeciętnej długości rozdział, więc można powiedzieć że wyrabiam normę rozdziału dziennie. Niegdyś Louis l’Amour powiedział, że potrafi pisać w każdych warunkach. Dosłownie brzmiało to chyba „nie jestem temperamentny”. Nie jestem tak odważny, żeby to powtórzyć, ale z przekonaniem mogę powiedzieć, że rzadko kiedy nie jestem w stanie nic napisać. Zdarzają się dni, w czasie których połączenie zmęczenia, migreny (na którą jestem podatny), i innych czynników uniemożliwia mi napisanie czegoś nowego, ale nawet wtedy edytuję i dopracowuję książki i inne projekty. Przekonałem się jednak, że jestem w stanie efektywnie pracować tylko nad jednym projektem na raz, że potrzebuję krótkich okresów spokoju (co najmniej kilku godzin w czasie których nikt i nic mi nie przeszkadza), i że jest mi trudniej wrócić do pracy, od której coś mnie odciągnęło, niż zacząć coś zupełnie nowego. Jeśli te warunki są spełnione, to zwykle bez problemu odrabiam pięć tysięcy słów dziennie.

W trakcie kariery pracowałeś też z wieloma pisarzami. Mógłbyś porównać pracę na własną rękę i pracę w duecie?
Gdy pracujesz sam, masz więcej wolności pod każdym względem. Dzierżysz absolutną władzę nad kierunkiem, w którym historia, bohaterowie – dosłownie cały literacki świat zdąża. Sam ustalasz tempo, w jakim piszesz. I masz jednolitą wizję, która pozwala ci na skupienie się na pewnych aspektach całej pracy, lub szczególnym jej fragmencie, który ma dla ciebie wielkie znaczenie. Gdy współpracujesz z innym pisarzem poświęcasz część tej wolności, ale zyskujesz pod innymi względami. Nigdy nie będę pisał w duecie tylko po to, żeby zwiększyć liczbę słów napisanych dziennie. Decyduję się na współpracę tylko i wyłącznie dlatego, że oczekuję, iż wspólne pisanie będzie przyjemnością, ponieważ szanuję pracę mojego partnera lub partnerki (i mam nadzieję, że oni szanują moją), i ponieważ jestem przekonany, że owoc tej współpracy będzie lepszy niż cokolwiek, co napisalibyśmy osobno. Z perspektywy pisarza może to oznaczać po prostu „Rany! Nigdy nie myślałem, że to się tak skończy!”. Chodzi mi o to, że czytelnik, kochający styl konkretnego autora i śledzący jego konkretną serię niekoniecznie zgodzi się, że efekt końcowy takiej pracy będzie „lepszy”. Ale zainteresowani pisarze, bardziej świadomi miejsc, w których udane połączenie ich stylów dodało książce głębi, patrzący z innej perspektywy na bohaterów i literacki wszechświat, zwykle lepiej niż czytelnik widzą zalety współpracy, które dla odbiorcy, obcującego z książką na nieco innym poziomie, nie są oczywiste, ale mogą „podświadomie” wzbogacać jego odbiór książki i wykreowanego świata. Być może nie odpowiedziałem dokładnie na pytanie, ale próby ujęcia w słowa procesu twórczego, który niechętnie poddaje się analizom, zawsze są trudne. Współpracujący autorzy mogą też być równymi partnerami, ale z doświadczenia wiem, że zwykle jest starszy i młodszy partner. Nie oznacza to, że „starszy” partner jest zawsze lepszym pisarzem, a ponadto współpracownicy, tworzący razem więcej niż jeden świat literacki, mogą też zamieniać się rolami. Na przykład gdy pracowałem nad światem z „1632” Erica Flinta, to on grał główną rolę; ale gdy pracujemy nad „Honorverse” to ja staję się reżyserem. Ale nawet w przypadkach, gdy autorstwo świata nie jest tak jasne, zwykle jeden z autorów jest odpowiedzialny za końcowe szlify książki. Każdy mądry współautor jest świadom, że tuż obok niego siedzi najlepszy możliwy redaktor: znajomy pisarz, którego szanuje (inaczej nie pisałby z nim), który także zna książkę na wylot, który wie co zamierzaliście osiągnąć i który lepiej niż ktokolwiek inny zna bohaterów książki. Jeśli nie jesteś chętny uczyć się i korzystać z takiej sytuacji, wtedy być może w ogóle nie powinieneś pisać.

Bohaterami Twoich książek często są kobiety. Często trafiają do twardej, męskiej, wojskowej rzeczywistości. Czy jest w tym jakiś cel? Być może chcesz pokazać, jak męski świat zareaguje na obecność silnej kobiety, i zobaczyć, jaki będzie efekt takiego spotkania?
Słyszę to pytanie właściwie odkąd zaczęły ukazywać się moje książki, i nigdy nie byłem w stanie, nawet sobie, odpowiedzieć na nie satysfakcjonująco. Chyba po prostu lubię energiczne, pewne siebie i zdolne kobiety. Dobrze się przy nich czuję. Na przykład większość ludzi, którzy spotykają mnie pierwszy raz sądzi, że wydarzenia „Powstania” opisuję z punktu widzenia Ladislausa Skjorninga, podczas gdy tak naprawdę piszę z perspektywy Li-Han. Oczywiście być może powinienem powiedzieć, że lubię energicznych, pewnych siebie i zdolnych bohaterów, a ponieważ czystym przypadkiem połowa rasy ludzkiej to kobiety, to chętniej stworzę silną kobietę, zamiast klasycznej bohaterki „Och, ratuj mnie!”, której zajęcia sprowadzają się do pielęgnowania delikatnych rączek podczas oczekiwania na księcia z bajki. Zarazem jednak wiem, że czerpię przyjemność z osadzania kobiet w typowo męskich rolach. Jest chyba we mnie nieco buntownika i lubię łamać niektóre stereotypy, choć z pewnością nie jestem rewolucjonistą. Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których piszę właśnie o takich kobietach, jest chęć wyjścia ze stereotypu „bohaterki akcji”, która musi być bardziej napakowana testosteronem niż jakikolwiek facet. Współczesna literatura zachodnia i filmy cierpią z powodu małej różnorodności kobiecych postaci w takich rolach. Myślenie o kobietach jako o wojowniczkach przez długi czas nie było popularne zarówno w literaturze, jak i w całym społeczeństwie. W rezultacie mamy nieprzebrane pokłady literackich i historycznych opisów mężczyzn na wojnie, mężczyzn jako dowódców, mężczyzn podejmujących decyzje, ale dopiero niedawno zaczęliśmy budować takie opisy dla kobiet. Pisarki mogły przebierać we wszystkich tych „męskich” szablonach, żeby pisać o mężczyznach; natomiast ani pisarze ani pisarki nie mogli wybrać sobie jakiegoś kobiecego szablonu, żeby pisać o silnych, dowodzących kobietach. Z tego powodu wiele osób, próbując opisać kobietę w wojsku, próbowało wcisnąć ją w typowo męską rolę, żeby wykonywała typowo „męską” pracę. Natomiast moim zdaniem kobiety na fotelach dowódców znalazłyby własny styl wydawania rozkazów, tak samo jak każdy dowodzący mężczyzna przyjmuje taki sposób dowodzenia, jaki mu najbardziej odpowiada. Kim jesteś, czym jesteś, jak dobry jesteś w tym co robisz, nie zależy od tego jak ułożyły się twoje chromosomy. Oczywiście są sytuacje, w których siła, wielkość, wytrzymałość i energia mają znaczenie, ale jest to tylko kilka, niekoniecznie najważniejszych, czynników składających się na to, kim człowiek jest. Ponieważ głęboko w to wierzę, jest to jeden z powodów, dla których osadzam kobiety w „męskich rolach”. Nie ma to żadnego związku z feminizmem, natomiast ma z humanizmem i powszechną siłą wszystkich ludzi, którzy w zależności od sytuacji stają się kimkolwiek i czymkolwiek muszą być.

Czytając o Tobie dowiedziałem się, że fani są dla Ciebie bardzo ważni, i że nieraz bierzesz pod uwagę ich opinie. W jaki sposób wpływają na Twoją pracę? Pomagają Ci doszlifować pewne pomysły, czy może nawet podsuwają nowe?
Fani są dla mnie ważni, ponieważ największym komplementem dla mnie jest to, że czytają i (przynajmniej w kilku przypadkach) lubią moje prace. Z ich powodu rzadko myślę o sobie jako o autorze; postrzegam siebie przede wszystkim jako gawędziarza, któremu zdarzyło się, że opowiada historie przelewając je na papier. Uważam się za gawędziarza, ponieważ pisanie jako forma sztuki jest dla mnie o wiele mniej ważne niż pisanie jako sposób dostarczenia ludziom rozrywki, radości, czasem łez, a przede wszystkim – jako sposób na wciągnięcie ich w wykreowany świat. Moją pracą – moim celem – jest zaproszenie czytelnika do świata, który wykreowałem dla niego, w którym może spotkać ludzi (dobrych i złych), którzy naprawdę żyją, doświadczają, działają. Pod pewnymi względami robię to samo co mistrz gry w sesjach RPG, ponieważ próbuję opisać wydarzenia, które zaciekawią, wciągną i, jeśli mi się uda, przyniosą czytelnikowi emocjonalną satysfakcję. Kocham słowa i napisałem kilka rzeczy, z których jestem dumny jako pisarz, ale nadrzędnym celem jest opowieść. Z tego wynika, że dotarcie do fanów, czytelników, jest dla mnie ostatecznym celem, czyli automatycznie stają się niezmiernie ważni. Nie zgadzam się z niektórymi pisarzami, którzy uważają, że słuchanie fanów to najgorsze, co pisarz może zrobić, ponieważ w ten sposób pozwoli im poprowadzić się w stronę, w którą chcą, żeby powieść poszła, a autor w ten sposób traci głos i – w końcu – straci to, co przyciągnęło do niego czytelników. Uważają oni, że pisarz musi zachować pewien dystans, żeby móc nadal pisać najlepiej jak potrafi. Jest w tym jednak trochę prawdy. Ostatnią rzeczą, na jaką autor powinien sobie pozwolić, jest oddanie steru w ręce kogoś, kogo pomysły odciągną go od celu jego podróży. Gawędziarz powinien mieć pewność siebie, która pozwoli mu podtrzymywać główną opowieść i poprowadzić ją do zakończenia, które uważa za najlepsze, nawet jeśli słucha przy tym fanów i rozważa ich uwagi, sugestie i opinie. Ale właśnie dzięki tym uwagom, sugestiom i opiniom dowiaduje się, jak dobrze idzie mu opowiadanie. Dlatego gawędziarz powinien słuchać fanów; ale najważniejsze – powinien umieć pójść własną drogą, a nie ich.

W wielu książkach stworzyłeś duże i bogate światy, zaludnione przez wielu bohaterów. Na dodatek dbasz o ich fizykę i detale techniczne. Czy jest Ci trudno utrzymać tak wysoki poziom szczegółowości i prawdopodobieństwa zarówno psychicznego, gdy mówimy o postaciach, które stworzyłeś, jak i technicznego?
Chyba Poul Anderson powiedział coś w stylu: „Idealna spójność jest dostępna tylko Najwyższemu, ale, czytając Pismo, można odnieść wrażenie, że nawet Jemu nie zawsze się udawało”. Nawet jeśli Poul tego nie powiedział, to powinien (albo powinien ktoś inny), ponieważ to prawda. Po prostu nie jest łatwo utrzymać wszystkiego w ryzach i starać się uczynić to w miarę wiarygodnym dla czytelnika. Ale trzeba zawsze dążyć do idealnej spójności, nawet jeśli nie jest to możliwe. Na przykład, kiedy budujesz system techniczny lub struktury polityczne, musisz rozumieć, jakie są ich ograniczenia, a potem musisz ich stale pilnować. Nie możesz po prostu stworzyć nowego magicznego izotopu, gdy okaże się, że zapędziłeś się w ślepy zaułek. Gdy dałeś bohaterom skrzynkę z narzędziami, powinieneś oczekiwać, że właśnie nimi poradzą sobie z różnymi usterkami, zamiast dawać im zupełnie nowe zabawki, o których jeszcze nikt nie pomyślał. To samo dotyczy samych bohaterów. Są pewne rzeczy, których dana postać nie zrobi lub nie może zrobić, podczas gdy inne może lub musi zrobić, i dobry autor wie, że nie może nagle pozwolić bohaterowi na wszystko tylko dlatego, że historia tego wymaga. Dla wszystkiego, co robią bohaterowie literaccy, musi być dobry powód, nawet jeśli popełniają błędy. Mądrzy i zdolni ludzie nie popełniają błędów z powodu głupoty. Nie mogą obudzić się pewnego poranka i zdecydować, że od tego momentu będą głupkami. Natomiast jeśli chodzi o technikę i resztę „umeblowania” (jak struktury polityczne i społeczne, filozofia, religia, „historia” etc.) – każdy autor powinien zadbać o biblię techniczną, w której ma wszystko zapisane i do której może zajrzeć, żeby wszystkie detale się zgadzały. Tego samego nie można zrobić z ludźmi. Bohaterów trzeba po prostu znać, i żadne notatki, jakie sporządzisz, nie pomogą ci w tym.

Czy kiedykolwiek udało Ci się zgubić w wydarzeniach i szczegółach, które znalazły się na przykład w „Starfire” lub „Honorverse”?
Raz na jakiś czas moja żona, Sharon, delikatnie wypomni mi, że lepiej zapamiętuję imiona bohaterów, miejsca akcji, szczegóły fabuły i zakończenia opowieści innych pisarzy niż daty urodzin i rocznice. Zwykle chwilę później daje mi po głowie z powodu święta, o którym tym razem zapomniałem. Ma podstawy do stawiania takich zarzutów, ponieważ naprawdę zapominam o wielu rzeczach. Spędzam więcej czasu przed komputerem i częściej podróżuję po wymyślonych światach niż po tym rzeczywistym. Ale nie różnię się też od większości ludzi, ponieważ wszyscy poświęcamy więcej czasu – więcej skupienia – zajęciom, które podejmujemy, żeby zarobić, niż jakimkolwiek innym. Jeśli jesteśmy profesjonalistami, to powinniśmy opanować umiejętności, wiedzę i specyfikę naszego zawodu. W ten sposób myślę o wydarzeniach i detalach w moich książkach. Powinienem wiedzieć o nich wszystkich i, w większości, wiem. Oczywiście nie znaczy to, że nigdy nie zapomniałem o czymś. Albo że nigdy nie zaprzeczyłem sobie. Przynajmniej kilka razy zgubiłem lub dodałem kilka zer do liczb i kierunków, a potem te błędy, pominięte przeze mnie, redaktora i korektora, trafiły do druku. Gdy coś takiego się zdarzy, a ktoś znajdzie błąd, każdy autor ma chyba obowiązek powiedzieć „Ups, to rzeczywiście błąd”. Czasem taki błąd może stać się okazją do wymyślenia, w jaki sposób wykręcić się z niego, nie zmieniając przy okazji zasad panujących w świecie. Jak już wspomniałem, pamiętanie o wszystkim należy do moich obowiązków, ale jedynym na to sposobem jest zapisanie sobie wszystkich ważnych rzeczy i zerkanie do notatek. Większość błędów wynika nie z zapomnienia, ale z powodu tego, że pamiętasz o pewnych rzeczach – tyle że zapamiętałeś je źle.

Nie boisz się, że gdzieś w trakcie tworzenia długiego cyklu ilość nie zajmie miejsca jakości?
Chyba każdy gawędziarz powinien się tego obawiać, zwłaszcza gdy wiele jego opowieści wiąże się ze sobą. Szczerze mówiąc są książki i fragmenty książek, z których nie jestem w pełni zadowolony. Ale, znów, dotyczy to każdego pisarza. Jedną z autorek, które najbardziej podziwiam, jest Patricia McKillip. Pierwszą jej książką, jaką przeczytałem, był „Mistrz zagadek z Hed”, który rozpoczynał jedną z moich ulubionych trylogii, w której nie mogłem znaleźć nawet jednego fragmentu, który nie dawałby mi satysfakcji gdybym sam go napisał. Wszystkie są wspaniałe, perfekcyjnie połączone i wypolerowane na błysk. Uwielbiam je... ale nie jestem tego typu pisarzem. Siedzą we mnie historie, które bardzo chcą się wyrwać, a są tak ciekawe i duże, że aż podskakuję z ekscytacji. Wszystko, co w nich się dzieje, prowadzi do czegoś innego, o czym bardzo, naprawdę bardzo chcę opowiedzieć – i to natychmiast! Czasem muszę zmienić tempo, przenieść się z jednego świata do drugiego, żeby ten pierwszy, gdy do niego wrócę, znów wydawał mi się świeży. Fragmenty, w których ilość prawie przejęła miejsce jakości, zdarzają się najczęściej, gdy nie mogę zrobić sobie takiej właśnie przerwy.

Nawet w tej chwili pracujesz nad kilkoma projektami. Ale czy nie planujesz już czegoś nowego – książki w jakimś nowym świecie lub powrotu do któregoś starszego uniwersum?
Szczerze mówiąc, pracuję nad zbyt wieloma projektami. To jeden z moich problemów. Zawsze mam jakąś inną historię do opowiedzenia, a wszystkie moje powieści zdają się naturalnie rodzić kontynuacje. W tym momencie mam przynajmniej dwie serie, do których powinienem wrócić i dopisać jakąś książkę, ale nie jestem w stanie znaleźć dla nich czasu, a na dodatek (tak jakby przypadkowo) zacząłem jeszcze coś nowego. Jeszcze gdy pisałem „Placówkę Basilisk”, podjąłem decyzję, że nigdy nie napiszę powieści osadzonej w świecie Honorverse, która będzie toczyła się przed tymi wydarzeniami. Już wtedy przewidywałem, że Honor będzie dorastać, a świat będzie zawierał coraz więcej elementów i będzie coraz bardziej złożony. Czułem, że gdybym chciał napisać powieść osadzoną chronologicznie przed „Placówką Basilisk”, w której zarazem postać Honor byłaby siłą rzeczy bardziej złożona, to miałbym do przeskoczenia dosłownie przepaść. Głównie dlatego epizody z wczesnej kariery Honor opisuję w nowelach i opowiadaniach. To nie znaczy, że nigdy nie napiszę książki osadzonej wcześniej w świecie Honorverse. Właściwie to niedawno skończyłem młodzieżową powieść osadzoną w tym świecie, którą Baen powinien wydać w październiku. Jest rozwinięciem opowiadania „Piękna przyjaźń” i dzieje się około czterysta lat przed narodzinami Honor. Dla takich projektów jest w Honorverse mnóstwo miejsca, ponieważ i tak stworzyłem już spore tło historyczne. Naturalnie rodzi to problem, gdyż nowy projekt odciąga mnie od wszystkich tych książek, których jeszcze nie zdążyłem skończyć.

Czytając Twoje książki, nietrudno zauważyć, że dla bohaterów ważne są wartości takie jak honor, uczciwość, odwaga, przyjaźń. Czy dla Ciebie te rzeczy są tak samo ważne?
Jestem historykiem, ojcem i romantykiem. Naturalnie, wymienione wartości są dla mnie ważne! Choć uważam, że wszystkie te wartości i charakterystyki można podsumować w jednej wartości, która jest chyba najistotniejsza dla każdego prawdziwie dorosłego człowieka: odpowiedzialności. Mamy odpowiedzialność, żeby być uczciwymi; żeby honorowo traktować ludzi, świat i samych siebie; i nigdy, przenigdy, nie zdradzić przyjaciela lub ukochanych. Wierzę w to mocno, tak jak wierzę w to, że istnieją obiektywne pojęcia „dobra” i „zła”. Jestem przekonany, że relatywizm jest śmiertelnym wrogiem odpowiedzialnych ludzi i wierzę, że Edmund Burke miał rację mówiąc, iż do zwycięstwa złu wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili. Jestem świeckim kaznodzieją metodystów i głęboko wierzę w Boga, co na pewno każdemu sugeruje, jaki mam system wartości, ale mam przyjaciół agnostyków i ateistów, którzy cenią te same wartości, więc wiara nie jest jedynym sposobem ich nabycia. Ale niemożliwa jest szczera wiara bez ich akceptowania. Sądzę, że jednym z powodów dla których tylu ludzi potrafi nawiązać z Honor nić kontaktu, jest to, że także cenią te wartości, choć tyle razy wmawiano im, iż tak naprawdę one nie istnieją. Wierzę, że istnieją naprawdę i że jednym ze sposobów na ich zrozumienie – i przykładem, w jaki sposób możemy stosować je w naszych życiach – jest obcowanie z literaturą, która podejmuje temat trudnych wyborów. Jestem gawędziarzem, nie nawracam ludzi, ale wydaje mi się, że ponieważ nie wstydzę się pisać o trudnych wyborach, to moje książki przemawiają najmocniej do ludzi, do których staram się przemówić; i z tego samego powodu czytelnicy, którzy mają bardziej dystopiczne poglądy na świat, rzadziej czytają i lubią to, co piszę.

Zatem Twoje książki reprezentują postawy i wartości, jakie cenisz. Ale jak jest z liberalizmem ekonomicznym i wolnościami osobistymi, które, przez analogię, także zdają się bliskie Twojemu sercu? Czy Twoim zdaniem są niezbędne dla funkcjonowania państw?
Niechcący odpowiedziałem już na sporą część tego pytania. Co do reszty, to wolność osobista znajduje się w centrum moich poglądów politycznych i ekonomicznych. Wierzę, że podstawową funkcją wszystkich instytucji politycznych powinno być powiększanie wolności i szans na rozwój, a nie gwarantowanie przywilejów i tytułów. Wolność jest jednak niełatwa i zawsze będą towarzyszyć jej kłótnie i pytania o politykę, oraz cel i funkcję istnienia państwa. Na dodatek wolność jest wrogiem sprawnego działania, jeśli chodzi o tempo i przepisowe funkcjonowanie krajów. Z tego powodu niemal każdy rząd bez zwłoki zabiera się do ograniczenia wolności osobistej obywateli. Nie dlatego, że wszystkie rządy są z natury złe, ani z powodu przeżerającej je korupcji. Robi tak po prostu dlatego, że ma za zadanie osiągnąć pewne cele tak szybko i efektywnie, jak to możliwe, co oznacza konieczność usunięcie przeszkód zmniejszających efektywność. I zdarza się, że tymi przeszkodami są takie irytujące, małe rzeczy jak niezbywalne prawa. Ważne, żeby pamiętać, iż państwo nigdy nie nadaje praw i wolności; może je gwarantować, ale ich przetrwanie zależy od tego, jak dobrze są bronione przed zakusami rządów. Oczywiście państwo może istnieć bez wolności osobistych obywateli, ale uważam, że takie państwo nie ma żadnego uzasadnionego powodu, żeby istnieć – a przynajmniej takiego powodu nie ma jego reżim, który powinien zostać obalony tak szybko, jak to możliwe.

W swoich pracach sporo miejsca poświęcasz religii. Bohaterowie mogą znaleźć w niej pomoc i pocieszenie, ale potrafią też ją wykorzystać do własnych, złych celów. Próbujesz w ten sposób pokazać oba aspekty wiary, dobry i potencjalnie zły? Jak ważna jest religia dla Ciebie osobiście?
Jak wspomniałem, jestem metodystą, świeckim kaznodzieją i pastorem, a religia i wiara w Boga (co nie zawsze sprowadza się do tego samego) są bardzo ważne dla mnie, dla mojej żony i dla naszych dzieci. Jednak jestem także historykiem i choć wierzę, że dobro w człowieku dominuje nad złem, to choćby cząstkowa znajomość historii udowodni, że każdą instytucję, filozofię, wiarę lub religię da się wykorzystać do złych celów, tak samo jak dobrych. Nierzadko zdarza się, że łatwiej jest wykorzystać ludzkie dobro, żeby osiągnąć coś złego. Wystarczy przekonać ludzi, że „Bóg naprawdę tego chce”, albo że „cel uświęca środki”. Źli ludzie zwykle nie nazywają swoich reżimów „Imperiami Zła”, a reżimy totalitarne raczej nie ogłaszają, że celem ich istnienia jest eksterminacja wszystkich, którzy mogliby ograniczyć ich władzę. Ukrywają swoje cele pod przykrywką skradzionych i wypaczonych wzniosłych haseł, a nie wjeżdżają śmiało na scenę w czarnej zbroi, głosząc prawdziwe cele, żeby każdy widział co zamierzają i mógł zareagować. Co gorsze, ludzie potrafią sami siebie przekonać, że mogą – a czasem muszą – zrobić coś okropnego, ponieważ mają dobre motywy. Musimy torturować i zabić heretyków, żeby poprzez umartwienie ich ciał pomóc im odkupić winy. Musimy wybić albigensów, bo inaczej sprowadzą na dzieci Boga zwątpienie i potępienie. Musimy wytępić żydowsko-bolszewickie zagrożenie zanim zniszczy volk, zabije nasze dzieci i wymaże naszą kulturę. Musimy przesiedlić chłopów i całe narody, musimy wzniecić rewolucję, musimy zabić każdego odstępca, który odrzucił prawdziwą wiarę. Tę listę można ciągnąć i ciągnąć, i choć wierzę w Boga i jestem głęboko przekonany, że religia zrobiła znacznie więcej dobrego niż złego, to jest moim obowiązkiem – właśnie z powodu mojej wiary i religii – przyznać, że można ją wykorzystać dla złych celów. Uważam, że moim obowiązkiem jest pilnowanie, aby moja religia nie czyniła nikomu krzywdy, nie tyle w imię Boga, co z powodu uprzedzeń i małostkowości ludzi, i chyba taką postawę próbuję zawrzeć w moich książkach.

Jesteś historykiem. W Twoich książkach znajdują się nawiązania do różnych epok i wydarzeń, zwłaszcza z historii militarnej i politycznej, które wydają się Twoją pasją. Ale które okresy historyczne i postaci pasjonują Cię najbardziej?
O rany. Lubię chyba całą historię, ale najbardziej oczywiście dzieje marynarki wojennej. Cała epoka dominacji morskiej Zachodu, od powiedzmy 1600 roku do pierwszej dekady XX wieku, jest najbardziej emocjonująca i interesująca, ale równie pasjonujące są dla mnie rzymskie i kartagińskie pięciorzędowce, albo bitwa pod Lepanto i oblężenie Malty. Jestem zafascynowany, na co mogą wskazywać moje książki, ewolucją techniki i technologii wojskowej, która pod wieloma względami najlepiej ukazuje szczyty, na jakie ludzie potrafią się wznieść, i to jak nisko potrafią upaść. Ale najbardziej w historii wojskowości pasjonuje mnie to, w jaki sposób broni, potwierdza albo zaprzecza historii niemilitarnej. Historia ekonomiczna, polityczna i społeczna zapewne lepiej pokazują rozwój ludzkości, ale wszystkie ich osiągnięcia są albo bronione przez wojsko – chodzi o zwykłą, fizyczną obronę tego, co uznano za warte obrony – albo odrzucane i niszczone. Uważam, że ludzie którzy nie znają historii wojskowości i nie rozumieją (lub nie chcą zrozumieć), że sprawna armia jest jednym z filarów każdego kraju, zawsze w końcu przekonają się, iż byli w błędzie.

W Twoich pracach bardzo ważna jest też polityka. Gdy czytam Twoje książki, mam często wrażenie, że wielu stworzonych przez Ciebie polityków to romantycy. Mam na myśli królową Elżbietę, Eloise Pritchard i wielu innych. Są idealistami, czują, że mają obowiązek dobrze rządzić ojczyzną, posiadają silne zasady moralne. Stworzyłeś takie postaci celowo, żeby pokazać, jak powinna wyglądać współczesna polityka?
Jak wspomniałem, jestem romantykiem. Przywódcy polityczni są zwykłymi ludźmi, a niektórzy z nich – a przynajmniej najlepsi z nich, jeśli mnie o to pytać – są idealistami, którzy biorą na barki odpowiedzialność. To nie znaczy, że zawsze będą zgadzać się ze sobą na temat tego, co należy robić, i chyba właśnie to umyka nam czasem w ogniu debaty publicznej. Powinniśmy być gotowi zaakceptować to, że każdy może się pomylić. Że sam fakt, iż nie zgadzają się z nami, nie oznacza automatycznie, że są źli, nieszczerzy, nie mają skrupułów i działają dla własnej korzyści. Demonizowanie ludzi, z którymi się nie zgadzamy, jest najlepszą drogą do odrzucenia wszystkiego, co reprezentują i nie nauczenia się od nich niczego. W każdym społeczeństwie i narodzie są dobrzy i przyzwoici liderzy polityczni. Są też politycy narcystyczni, ambitni i działający dla własnej korzyści. Wyobrażam sobie, że skuteczne rządzenie w pluralistycznym społeczeństwie to zmagania między tymi dwoma grupami, w których to narcyzi mają zwykle przewagę taktyczną, wynikającą z nie zwracania uwagi na moralność działań, ale ich przeciwnicy mają przewagę strategiczną, ponieważ w najważniejszych sprawach mogą odwołać się do głosów wyborców. Prawdziwe niebezpieczeństwo pojawia się, gdy narcyzi potrafią znaleźć sposób na porozumienie z rządzonymi. Wtedy właśnie zawodzi nauka, jaką daje nam historia. Wiele razy obywatele różnych krajów uwierzyli w kłamstwa i obietnice, w które uwierzyli już wcześniej obywatele tylu innych państw. Jeśli spojrzysz na moje polityczne czarne charaktery zauważysz, że podpadają pod trzy kategorie. W pierwszej znajdują się pożądający władzy aparatczycy, którzy dla własnych korzyści i ich ochrony zrobią wszystko. W drugiej są ideolodzy, którzy tak wierzą w swoją filozofię, że są gotowi poświęcić dla niej wszystko i nie przejmują się – lub są niezdolni do przyznania – że ich ideologia jest kompletnie irracjonalna. Trzecią kategorią są czarne charaktery, które są mieszaniną pierwszych dwóch i zarazem są najbardziej niebezpiecznymi narcyzami: to ci, którzy zdołali przekonać samych siebie, że z najlepszych pobudek wspierają ideologię lub religię, podczas gdy tak naprawdę robią to dla zdobycia władzy. Moi polityczny bohaterowie są odwrotnością czarnych charakterów i czasem wydaje mi się, że moim czytelnikom wydają się bardziej wyidealizowani, niż mi. Jednocześnie jest to chyba jednym z powodów, dla których wielu czytelników tak lubi te postaci – ponieważ są przywódcami politycznymi, jakich by chcieli widzieć w rzeczywistości. Chcieliby nie tylko, żeby ich prowadzili, ale chcą też wierzyć, że tacy politycy naprawdę gdzieś istnieją.

Po prostu muszę zadać kilka pytań o świat Honor. W tej chwili pracujesz nad kilkoma powieściami w tym świecie. Wkrótce powinna ukazać się nowa antologia opowiadań. Piszesz też powieść ze Stephanie Harrington w roli głównej, oraz „A Rising Thunder”. Mógłbyś coś o nich opowiedzieć?
Powieść o Stephanie Harrington, „Piękna przyjaźń”, jest rozwinięciem (i pod pewnymi względami kontynuacją) opowiadania pod tym samym tytułem. Mam nadzieję, że będzie początkiem przynajmniej krótkiego cyklu powieści młodzieżowych osadzonych w Honorverse, choć mogą też powstać „dorosłe” powieści o Stephanie, gdy w miarę upływu czasu będzie dorastać. „A Rising Thunder” znalazła się już u wydawcy, ale po dyskusji z Toni Weisskopff, która jest w Baenie nie tylko wydawcą, ale też moim redaktorem od samego początku, zdecydowaliśmy się na dość poważne zmiany. Zdecydowaliśmy się podzielić ją na dwie książki. Z tego powodu nie można przeczytać jeszcze pierwszych rozdziałów na stronie Baen Books. Zanim zabiorę się za to, muszę jeszcze skończyć jeden projekt dla wydawnictwa Tor.

Czy planujesz kontynuować cykle „Saganami” i „Królowa niewolników” tak jak ostatnio, żeby zaprezentować główny wątek z różnych perspektyw?
Oba te cykle włączyłem już do głównej historii. Zresztą nigdy nie było tak wyraźnego rozróżnienia między nimi a głównym wątkiem, jak niektórzy myślą, ponieważ są jej częścią w takim samym stopniu, jak wszystko co dzieje się wokół Honor Harrington. Starając się odpowiedzieć zwięźle na twoje pytanie – tak, przewiduję kilka dodatkowych książek, które podpadną pod jedną z tych dwóch kategorii, przynajmniej z punktu widzenia czytelników. Z mojego punktu widzenia są już w tej chwili częścią tego samego cyklu, tylko koncentrują się na różnych aspektach fabuły, która jest tak rozciągnięta w czasie, że trudno byłoby ją zawrzeć w jednej książce. Skoro już o tym wspomniałem, jest to jeden z powodów dla których podzieliliśmy „A Rising Thunder”. Świat Honorverse jest już tak duży i złożony, i tyle się w nim dzieje, że podział książek na oddzielne „serie” jest coraz trudniejszy.


Masz jakiś plan, lub chociaż przewidujesz, ile jeszcze książek zajmie Ci zakończenie historii Honor?
Naprawdę nie jestem pewien. „Historia Honor” jest częścią opowieści, która w tym momencie wykracza daleko poza nią. Z całą pewnością Honor jest symbolem całego cyklu i historia skupia się wokół niej, ale dzieje się tam mnóstwo rzeczy. W tym momencie nie jestem gotów powiedzieć, ile jeszcze książek zajmie mi zakończenie tych wszystkich „rzeczy”.

Jakiś czas temu pojawiły się pogłoski, że „Honor Harrington” zostanie zekranizowana jako serial telewizyjny i powstanie gra komputerowa. W tej chwili wydaje się jednak, że oba projekty nie wypaliły, lub znalazły się w martwym punkcie. Czy wciąż tli się w nich życie, a może powstały już jakieś inne produkcje?
Przez długi czas programiści pracowali nad grą sieciową i naprawdę myśleliśmy, że uda się ją wydać. Mój udział w tym projekcie nie był duży i nie wiem dokładnie, jakie problemy stanęły im na przeszkodzie. W tej chwili prace nad filmem, serialem czy grą komputerową zostały zawieszone, ale na horyzoncie pojawiło się kilka nowych możliwości. Nie wiem, jak to się skończy, ale mam przeczucie, że w końcu coś się uda.

Ostatnie pytanie. Którą ze swoich książek lubisz najbardziej?
Nie mogę odpowiedzieć! To tak, jakbyś zapytał rodzica o jego ulubione dziecko. W każdej chwili jedno z dzieci może go zdenerwować, ale to nie znaczy, że wieczorem to samo dziecko nie da mu wielkiego uścisku. To, która z książek jest autora ulubioną, zależy od nastroju dnia. Każdemu autorowi chyba łatwiej byłoby powiedzieć, którą ze swoich książek lubi najmniej, niż wskazać ulubioną. Ludziom, którzy nie mieli jeszcze żadnej mojej powieści w rękach, zwykle polecam na początek „Ścieżkę furii” lub „Z furii zrodzoną”. Całkiem możliwe, że spośród moich bohaterów najbardziej lubię Bahzella Bahnaksona, choć oczywiście on i Honor idą łeb w łeb, i sądzę, że mógłbym powiedzieć, że „Przysięga mieczy” to moja ulubiona książka, ale mógłbym też wskazać „Rafę Armageddonu”, a w moim pisarskim sercu jest sporo miejsca dla „Księżyca buntowników” i „The Apocalypse Troll”. Ale gdybyś przyszedł i zapytał mnie w następny czwartek pewnie wszystko to by się zmieniło.
Dziękuję za wszystkie odpowiedzi.

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony autora - http://www.davidweber.net/.


Autor: Michał Adamczyk
Dodano: 2011-02-16 14:33:31
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Vampdey - 17:25 16-02-2011
Przeczytałem cały wywiad i po lekturze nie mogę zrozumieć czemu AM nie chce drukować Webera w Uczcie Wyobraźni...

DBS - 17:33 16-02-2011
Maleńka uwaga - Toni Weisskopf to kobieta.

toto - 17:50 16-02-2011
Dzięki. Już powinno być w porządku.

Pat - 13:32 17-02-2011
Wiesz, Vampedey, uwielbiam Webera i mam prawie wszystkie jego książki na półce, ale... to chyba nie ten poziom. W uczcie wyobraźni drukuje się naprawdę genialnych autorów, którzy wnoszą do fantastyki i scence fiction coś nowego, a Weber napisał space operę.Owszem, niezwykle wciągającą, z świetnie naszkicowanymi postaciami, i doskonale poprowadzonymi wątkami historycznymi i politycznymi, ale... jednak tylko space operę. Nie umywa się do takiego Harrisona, który też stworzył space operę, ale dodał do niej "coś więcej". I to coś sprawia, że Harrison jest w UW, a Weber nie.

toto - 13:38 17-02-2011
Chyba nie załapałaś...

Pat - 13:55 17-02-2011
To mi to wyjaśnij...

Vampdey - 14:12 17-02-2011
Może ja ;-).
Też lubię Webera i wiem jaki to poziom. Trochę mnie po prostu rozbawiło, że gdybym nie znał jego książek, a przeczytał ten wywiad, otrzymałbym jego obraz jako autora najambitniejszego z ambitnych i piszących książki o wielkich rzeczach. Co najmniej do UW ;-)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ukrytego Asa"


Wygraj "Maddaddam" Atwood


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"


 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Lawrence, Mark - "Książę głupców"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS