NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

Sanderson, Brandon - "Żałobne opaski" (stara wersja)

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Literackie zgadywanki 02/2011

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




Ostatnimi czasy sporadycznie sięgam po książki z logiem wydawnictwa Amber na okładce. Niestety, wśród zalewu „paranormalnych romansów” i „Star Warsów” trudno jest mi znaleźć coś dla siebie. Od czasu do czasu jednakże trafi się pozycja, która, przynajmniej na pierwszy rzut oka, posiada pewien potencjał.
„Demi-Monde. Zima” to debiutancka powieść Roda Reesa. Co ciekawe będzie ona miała równoczesną premierę w Polsce i na Zachodzie. Mimowolnie nasuwa się pytanie: czy mamy do czynienia z naprawdę dobrą książką, czy też ktoś zamierza zrobić skok na kasę, lansując ponad miarę przeciętne czytadło? Odpowiedź pod koniec stycznia.
Wracając do książki. Z lektury blurba wynika, że dostaniemy do rąk powieść o wirtualnym świecie zamieszkanym przez największych zbrodniarzy w historii. Jak to możliwe, dowiemy się z książki. Takie zagęszczenie czarnych charakterów ma dobre strony – każdy czytelnik będzie miał swojego „ulubieńca”. Tylko czy równoczesne wprowadzenie do fabuły Heydricha, Berii, Robespierre’a, i Torquemady to nie klasyczny przykład dwóch grzybów w barszczu? Czy ilość przejdzie w jakość? Zobaczymy.
Na pewno pomysł wyjściowy jest ciekawy, chociaż przypomina nieco „Świat Rzeki” Philipa José Farmera. Z kolei pomysł z odbiciem córki prezydenta z zamieszkałej przez przestępców enklawy przywodzi na myśl film „Ucieczka z Nowego Yorku”. Podejrzewam, że w książce znajdziemy więcej takich zapożyczeń – spośród „pomysłów do wynajęcia” pozostaje jeszcze np. „Matrix”, twórczość Williama Gibsona czy „TRON”. Większość fabuł dzisiejszych książek to mniej lub bardziej udane wariacje na znane tematy.
Czego zatem można się spodziewać? Stawiam na książkę akcji, której główną zaletą będą bohaterowie (głównie ci źli), a także sama wirtualna rzeczywistość, która ma przypominać piekło na ziemi. Czy warto zwrócić uwagę na „Demi-Monde. Zima” Roda Reesa? Według mnie tak. Czy powieść wejdzie do annałów fantastyki? Tego nie wie nikt.

Adam "Tigana" Szymonowicz



Karina Pjankowa, „Z miłości do prawdy”

Debiutancka książka Kariny Pjankowej pt. „Prawa i powinności”, recenzowana przeze mnie niemal dwa lata temu, pozostawiła po sobie całkiem miłe wspomnienia. Napisana lekko humorystyczna fantasy, swobodnie żonglująca gatunkowymi schematami i nieco przewrotnie je przekształcająca, nie stanowi wprawdzie jakiegoś kamienia milowego w rozwoju gatunku, ale zapewnia parę godzin niezłej rozrywki, tym bardziej, że autorce udało się utrzymać dowcip w ryzach – podczas lektury nie miałam ani przez moment poczucia, że wymaga się ode mnie sitcomowego śmiechu. Przeciwnie – rozwój fabuły, konstrukcja bohaterów i relacje między nimi, a zwłaszcza niektóre dialogi, wywoływały u mnie jedynie uśmiech rozpoznania i przyjemne poczucie wspólnych z autorką skojarzeń.
„Z miłości do prawdy” jest drugą książką w dorobku Kariny Pjankowej. Przedstawione w nocie okładkowej przedkładanie przez główną bohaterkę litery prawa nad zasady moralne brzmi całkiem zachęcająco fabularnie, stwarzając możliwość przedstawienia ciekawych casusów, które – mam nadzieję – studiująca prawo autorka będzie miała okazję interesująco wykorzystać. Mam także nadzieję, że Karina Pjankowa potrafi utrzymać dystans i spojrzeć z przymrużeniem oka na zagadnienia, do których rozstrzygania przygotowuje się zawodowo i – co znacznie ważniejsze – będzie umiała przekazać humorystyczne aspekty pracy pani Śledczej Straży Królewskiej miasta Illeny czytelnikowi. Mówiąc krótko, liczę na odprężającą lekturę.

Beata Kajtanowska



Hannu Rajaniemi, „Kwantowy złodziej”

Pamiętam, że po raz pierwszy o Hannu Rajaniemim przeczytałem, gdy na którymś z forów Andrzej Miszkurka zapowiedział, że mają w planach wydać książkę fińskiego autora (w tej samej dyskusji pojawiła się też informacja o japońskim pisarzu, ale na tę chwilę nic więcej na ten temat nie wiadomo). Kim jest ów Fin? Rajaniemi mieszka w Edynburgu i publikuje głównie w języku angielskim. Pierwsze opowiadanie1) wydrukowano mu w 2005 roku, było to „Deus Ex Homine”, które weszło w skład antologii „Nova Scotia: New Scottish Speculative Fiction”. We wrześniu ubiegłego roku ukazała się jego pierwsza powieść zatytułowana „Kwantowy złodziej” i dość szybko została okrzyknięta jednym z najlepszych debiutów 2010 roku.
Do czasu upublicznienia blurba książki żyłem w przekonaniu, że w końcu pojawił się nowy autor, który będzie mógł rywalizować z Peterem F. Hamiltonem czy Alistairem Reynoldsem. Opinie, które pojawiały się na zachodzie, tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Aż tu nagle czytam, że „powieść Rajaniemiego to oszałamiająca hard SF”. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale oczekiwania względem space opery różnią się od tych, które mam wobec powieści hard SF. Z pomocą przychodzi jednak kolejna łatka, którą przyklejono Rajaniemiu. A mianowicie „Kwantowy złodziej” ponoć należy do podgatunku kryminału, zwanego caper story. Czyli powieści, które pokazują popełniane przez głównych bohaterów zbrodnie (oszustwa, kradzieże). Wyróżniają się one też na tle zwykłych kryminałów dużą ilością humoru. Stąd pierwsze skojarzenie ze Scottem Lynchem i jego „Kłamstwami Locke’a Lamory”.
Jak widać, mamy trzy elementy, które określają, czym prawdopodobnie będzie powieść fińskiego autora. Oczekiwanie dobrej, inteligentnej rozrywki jest jak najbardziej uprawnione. A jeśli autorowi udało się połączyć cechy space opery i hard SF nadzieje rosną. Upatruję w „Kwantowym złodzieju” hitu na miarę właśnie „Niecnych dżentelmenów”. Ot, tylko że przeniesionych w przyszłość. Czy tak będzie? Przekonamy się niebawem.

Łukasz "Maeg" Najda




Pierwszy raz o „Futurospekcji” Roberta J. Sawyera przeczytałem na łamach „Feniksa” bodajże w 1999 roku. Wiele lat później miałem okazję obejrzeć serial „Flashforward: Przebłyski przyszłości”, ponoć tylko luźno oparty na tej powieści. Teraz nadszedł czas na spotkanie z samą książką.
Oczekuję przede wszystkim ciekawej fabuły. Autor już nieraz udowodnił, że wie, jak pisać wciągające historie. Wystarczy wspomnieć o „Eksperymencie terminalnym” lub „Neandertalskiej paralaksie”. Naukowe potwierdzenie istnienia duszy, odkrycie równoległego świata czy tytułowe futurospekcje stanowią dla Sawyera tylko zalążek dla pełnej akcji fabuły, a równocześnie refleksji na temat kondycji człowieka.
Nie da się bowiem ukryć, że w powieściach Sawyera to właśnie człowiek jest najważniejszy. Pisarz lubi zastanawiać się, jak dane epokowe wydarzenie wpływa na nas samych. Wielkie zmiany to równocześnie okazja do zarobku, pretekst do zbrodni, impuls do zmiany stylu życia. Liczę, że i tym razem się nie zawiodę.
Mocnym punktem prozy Sawyera jest także obudowa naukowa. Możemy spodziewać się sporej dawki wiedzy z zakresu fizyki kwantowej, biologii czy psychologii. Najistotniejsze jest jednak to, że pisarz stara się, aby prezentowane teorie były podane w łatwostrawny sposób.

Adam "Tigana" Szymonowicz




Jeff VanderMeer w „Finchu” po raz kolejny przeniesie czytelnika do świata Ambergris, znanego już z dwóch wcześniejszych książek: wydanego przez Solaris „Miasta szaleńców i świętych” oraz opublikowanej w ramach Uczty Wyobraźni powieści „Shriek: Posłowie”. Z noty można wysnuć przypuszczenie graniczące z pewnością, że akcja powieści będzie prowadzona po wydarzeniach opisanych we wcześniejszych pozycjach; książki VanderMeera, chociaż nie tworzą cyklu sensu stricto, to jednak można miedzy nimi znaleźć liczne powiązania. Dotychczasowe dwie książki z tego świata korespondowały ze sobą na licznych płaszczyznach i prawdopodobnie stanie się tak również w przypadku „Fincha”. Będzie to powieść kontynuująca, zapewne jednak w niezbyt linearny sposób, historię miasta stanowiącą tło do głównej opowieści. Ciekawe, czy zostanie wyjaśnionych kilka zagadek, które ciągną się od początku – z wyjaśnieniem natury i roli Szarych Kapeluszy na czele. Przypuszczam, że jednak nie; oznaczałoby to odarcie Ambergris z tajemniczej osnowy wiszącej nad miastem. Jeśli autor planuje jeszcze stworzyć jakieś historie związane z tym miejscem, raczej nie zdecyduje się na ten krok, chociaż po książkach tego autora można spodziewać się... niespodziewanego.
VanderMeer należy do pisarzy bardzo pomysłowych i umiejących raz po raz zaskakiwać czytelnika; zarówno formą, jak i rozwiązaniami fabularnymi. Jeśli więc w tym przypadku nie zaskoczy nas realiami, to gdzie upatrywać jakiegoś novum? W dotychczasowych powieściach raczej nie korzystał z elementów charakterystycznych dla kryminału, a nota wydaje się sugerować, że właśnie z tego typu fabułą będziemy mieli do czynienia. Strzelam – mając w pamięci specyfikę Ambergris, że autor wykorzysta konwencję powieści detektywistycznej w klimacie noir. Zakładam też, iż nie będzie to typowe ujęcie tego tematu; VanderMeer chyba by się nudził, gdyby pisał powieść zgodnie ze schematem. Nie wyobrażam sobie, by trzymał się początkowych założeń do końca, raczej w niespodziewanym momencie dokona twistu i zmieni zasady gry. Może wprowadzi elementy zupełnie innej konwencji; na przykład skieruje tory powieści w stronę thrillera?

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Krzysztof Piskorski, „Krawędź czasu"

Steampunkowe inklinacje Krzysztof Piskorski zdradził już poprzednią powieścią, czyli „Zadrą”, nie jest więc zaskakujące, iż jego nowa książka (wnioskując z notki i wypowiedzi autora na konwentach) również będzie utrzymana w tej stylistyce. Czy więc „Krawędź czasu” będzie powieścią podobną do poprzedniczki, jedynie z lekko zmienionymi realiami? Na podstawie dostarczonych przez wydawcę materiałów wydaje się, że właśnie tak może być, chociaż oczywiście to jeszcze nic pewnego. Niemniej takie myśli nasuwają się, czytając po raz kolejny o XIX-wiecznej Polsce czy fascynacji techniką (w „Zadrze” liczne były gadżety napędzane etherem, tutaj najwyraźniej będzie to już bardziej tradycyjna forma maszynerii).
Są jednak poszlaki dające nadzieję, że w „Krawędzi czasu” pojawi się nowa jakość. Liczę, że Piskorski wykorzysta w dużym stopniu elementy kabały; mieszaniny nauki i sztuki niezwykle tajemniczej, a do tego stosunkowo rzadko w fantastyce wykorzystywanej. Nie mam jednakże pomysłu, jaką formę to obierze. Jakieś poszlaki wskazują, że zaowocuje to kreacją licznych światów alternatywnych, zawieszonych w próżni i czasie, tworzących układ wzajemnie powiązany, ale niekoniecznie na zasadach liniowych. Może to również oznaczać (zdaje się to również sugerować tytuł książki) spore zamieszanie w liniach czasowych; niekoniecznie oczywiście na zasadach podróży w czasie. W tym elemencie upatruję ewentualnej siły lub słabości książki – ciężko jest wykreować przekonującą i logicznie spójną fabułę, gdy żongluje się czasem i przestrzenią. Wyłożyło się na tym wielu tuzów fantastyki, znacznie lepszych od Piskorskiego... niemniej jednak mam nadzieję, że polski pisarz udźwignie ten ciężar i zaserwuje opowieść, której pod tym względem nie będzie można nic zarzucić.
Blurb kończy się słowami: „Efektem jest emocjonująca, wyrafinowana książka, którą trudno porównać z czymkolwiek innym”. Chciałbym, żeby to była prawda, chociaż do tekstów okładkowych należy podchodzić z dużym dystansem. Wątpię, by Piskorski stworzył powieść aż tak prekursorską, by nie dało się jej porównać z niczym w bogatej historii fantastyki. Wyrafinowanie? Oby. Najprościej będzie osiągnąć emocjonującą fabułę, chociaż powiem szczerze, że w dotychczasowych dokonaniach Piskorskiego osobiście również tego za bardzo nie dostrzegłem. Ale: trzymam kciuki.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka





„Wampiry z M 3” nie są do końca tym, czego się spodziewałem. Przede wszystkim do naszych rąk trafia nie powieść, a zbiór luźno połączonych opowiadań. Zwyczajowo – jedne z nich są lepsze, inne gorsze. Jednakże biorąc pod uwagę niezbyt udane eksperymenty Pilipiuka z dłuższą formą, należy to traktować jako atut książki.
Za to zgodnie z moimi oczekiwaniami Wielki Grafoman dużo miejsca poświęcił na odtworzeniu realiów schyłkowej komuny, począwszy od opisu funkcjonowania gospodarki, a skończywszy na prozie życia codziennego. Na czytelników czekają kartki na mięso, Peweksy, targ Różyckiego, cinkciarze i wiele innych atrakcji. Dla wielu będzie to lekcja historii, dla nieco starszych – powrót do nie tak znów odległej przeszłości.
Oczywiście Pilipiuk pozostaje przy tym sobą i wszystkie obserwacje ubarwia pokaźną dawką humoru. I jak to zwykle u niego bywa, raz jest to dowcip dość przaśny, a innym razem bardziej przywodzący na myśl najlepsze osiągnięcia kabaretów Tey, Dudek czy Pod Egidą. Szkoda tylko, że tego drugiego jest zdecydowanie mniej.
I tylko same peerelowskie wampiry wydają się nieco doczepione na siłę. Ale o tym – już w recenzji.

Adam "Tigana" Szymonowicz




„Dzożef” Jakuba Małeckiego spełnił moje oczekiwania – i na tym mógłbym skończyć wypowiedź, gdyż większość zgadywanki poświęciłem właśnie na wyrażanie nadziei, a nie prawdziwe przypuszczenia i próby odgadnięcia, jaką powieść tym razem zaserwuje czytelnikom poznański autor. Udało mu się niemal całkowicie zrezygnować z pewnych manier i przyzwyczajeń; zmienił też sposób konstrukcji powieści oraz zaczął stosować bardziej urozmaicone rozwiązania fabularne.
Małecki napisał kolejny horror, ale straszy on już nie tyle dziwnymi wizjami i sytuacją, w jakiej znaleźli się bohaterowie, ale wprowadza elementy grozy, by podkreślić stan psychiczny, mentalny bohaterów. Być może robi to miejscami jeszcze trochę zbyt dosłownie, nie wszystko zostało tak zgrabnie przedstawione, jak mogłoby zostać, ale efekt jest i tak bardzo przyzwoity.
Sporo miejsca poświęciłem w zgadywance roli, jaką odegra Joseph Conrad i jego twórczość w powieści Małeckiego. Jest to niestety chyba najsłabszy element książki, gdyż nie zawsze autorowi udało się umiejętnie wpleść odwołania. Samo nawiązanie i przesłanie jest widoczne, ale czy aby na pewno Małecki przywołuje elementy charakterystyczne przede wszystkim dla Conrada? Jakkolwiek by nie było, nie jest to wada na tyle poważna, by psuła przyjemność z lektury.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka




Łączone wydanie powieści i zbioru opowiadań (a także opowiadania „Maleńkie ofiary”) Paolo Bacigalupiego jest książką godną Uczty Wyobraźni, chociaż jednocześnie jest chyba najbardziej „zwyczajną” książką w tej serii. Nie zachwyca językiem jak Valente czy MacLeod, nie kreuje niesamowitego nastroju jak Bishop, nie oferuje eksperymentów formalnych jak Duncan czy wreszcie nie zalewa czytelnika rozbudowanymi, technologicznymi wizjami przyszłości jak McDonald czy Stross. Jednakże nie jest to książka przeciętna. Wręcz odwrotnie, jest to jedna z ciekawszych pozycji w Uczcie Wyobraźni, niepozostawiająca uczucia niedosytu, tak jak miało to miejsce na przykład w przypadku Thomasa. Wydaje się, że Bacigalupi odnalazł złoty środek, zaczerpnął po trochu z każdej z tych literackich skrajności, z jakimi w serii mieliśmy do czynienia – chociaż najbliżej mu jednak do McDonalda; z zastrzeżeniem, że wychodzi z innych założeń, a i cel przyświeca mu inny. Obaj autorzy mają wspólny punkt startowy i scenerię, ale ich ścieżki rozchodzą się w różne strony. A dokąd zmierza Bacigalupi? Tam, gdzie pisałem – w zgadywance, a także w późniejszej recenzji.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka




Zgodnie z tym, co odkryłem podczas pisania zgadywanki, powieść Kate Griffin w żadnym wypadku nie można zaliczyć do paranormal romace; jest to natomiast całkiem niezła i oryginalna urban fantasy, z bardzo dobrze wykreowanymi realiami, interesującą fabułą i bohaterami poprawnie spełniającymi przydzielone im role. Tak więc druga część mojej zgadywanki okazała się w ogólnym zarysie trafna; w „Szaleństwie aniołów” miejskie legendy zostają obleczone w ciało, a nieuchwytne elementy miejskości stają się integralnym elementem magii.
Skojarzenia z innymi powieściami również okazały się trafne, chociaż nie zawsze w sposób odpowiadający moim przypuszczeniom i intencjom. Wykreowany świat ma sporo wspólnego z książką Neila Gaimana, ale nie w konkretnych rozwiązaniach (chociaż i tu miejscami można dostrzec powinowactwo pomysłów), a w ogólnych, ontologicznych założeniach. Okładka powieści wprowadziła mnie w błąd. Moim zdaniem nie jest to powieść dla dokładnie tego samego odbiorcy, co powieści o Feliksie Castorze, a takie skojarzenie budziła okładka. Książka Griffin różna jest od twórczości Mike’a Careya, mimo występowania wątków detektywistycznych.
Więcej o skojarzeniach literackich, świecie przedstawionym, a także innych elementach powieści można przeczytać w mojej recenzji.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski



1)Aby nie wprowadzać czytelników w błąd, trzeba zaznaczyć, że faktyczny debiut Rajaniemiego miał miejsce w 2003 roku. Wtedy, na stronie futurismic.com, ukazało się jego opowiadanie „Shibuya no Love”.



Autor: Katedra


Dodano: 2011-02-02 21:24:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS