NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Stephenson, Neal - "Cryptonomicon"
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Cryptonomicon
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Data wydania: Listopad 2010
ISBN: 978-83-7480-188-1
Oprawa: twarda
Format: 150 x 230 mm
Liczba stron: 1072
Cena: 89,00 zł
Rok wydania oryginału: 1999



Stephenson, Neal - "Cryptonomicon"

Prolog

Dwa koła w górze. Pisk.
Bambusowy gaj, posiekany
Odgłosy wojny

...to najlepsze, co potrafi na poczekaniu ułożyć kapral Bobby Shaftoe – stojąc na błotniku, jedną ręką trzymając Springfielda, a drugą łapiąc się za lusterko wsteczne, tak że liczenie sylab na palcach nie wchodzi w grę. „Pisk” to jedna sylaba czy dwie? Ciężarówka w końcu postanawia się nie przewracać i z łomotem wraca na cztery koła. Pisk znika – i ulatuje ta chwila. Jednakże Bobby wciąż słyszy śpiew kulisów, a teraz także podobne do strzałów trzaski sprzęgła, gdy szeregowy Wiley redukuje bieg. Może go ponosi? A z tyłu, pod plandekami, telepie się półtorej tony szaf z aktami, lawirują książki kodów, w generatorze prądotwórczym Stacji Alfa chlupie paliwo. Nowoczesność: piekło dla twórców haiku. „Generator prądotwórczy” to ile sylab? Osiem? Nie zmieściłoby się nawet w drugiej linijce!
– Możemy przejeżdżać ludzi? – pyta szeregowy Wiley i uderza w klakson, zanim Bobby Shaftoe zdąży odpowiedzieć.
Sikhijski policjant przeskakuje przez wózek z nawozem. W pierwszym odruchu Shaftoe chciał odpowiedzieć: „No pewnie, a co nam zrobią, wypowiedzą wojnę?”, ale jako najstarszy stopniem w tej ciężarówce pewnie powinien myśleć, albo coś takiego, zatem nie wali tak prosto z mostu, najpierw lustruje sytuację:
Szanghaj, 16.45, piątek, 28 listopada 1941. Bobby Shaftoe i sześciu żołnierzy piechoty morskiej na ciężarówce gapią się w dal Kiukiang Road, w którą właśnie z niebezpiecznym przechyłem skręcili. Po prawej stronie mają katedrę, a więc przystań jest – ile? – jakieś dwie przecznice dalej? Cumuje tam kanonierka patrolu rzecznego Jangcy. Czeka na towar, który wiozą. Jedyny problem tak naprawdę stanowi fakt, że owe dwie przecznice zamieszkuje jakieś pięć milionów Chińczyków.
Choć ci Chińczycy to doświadczone mieszczuchy, a nie spaleni słońcem wieśniacy – kiedy się pędzi szybko i trąbi, schodzą z drogi. I rzeczywiście, większość odskakuje na boki, tworząc złudzenie, że ciężarówka pędzi szybciej niż siedemdziesiątką, którą pokazuje licznik.
Bambusowy gaj nie pojawił się w haiku Bobby’ego Shaftoe’a w celu nadania mu orientalnego smaczku, mającego w domu, w Oconomowoc, zrobić wrażenie na publice. Przed ciężarówką znajduje się mnóstwo ciężkich bambusowych drągów, dziesiątki prowizorycznych szlabanów tarasujących drogę ku rzece, ponieważ oficerowie Floty Azjatyckiej i Czwartej Dywizji Piechoty Morskiej planujący tę skromną operację zapomnieli uwzględnić czynnik Piątkowego Popołudnia. Bobby Shaftoe wyjaśniłby im, gdyby tylko chcieli zapytać skromnego zupaka, że droga konwoju prowadzi przez środek dzielnicy bankowej. Mieszczą się tutaj oczywiście banki Hongkongu, Szanghaju, City Bank, Chase Manhattan, Bank of America, BBME, Chiński Bank Rolny i jest pełno szajsowatych, prowincjonalnych banczków, a kilka z nich ma umowy ze szczątkowym chińskim rządem, pozwalające im na emisję waluty. Interes musi być cholernie nieopłacalny, bo tną koszty, drukując banknoty na starych gazetach, tak że, jeśli umiesz czytać po chińsku, widzisz wiadomości i wyniki meczów polo sprzed roku prześwitujące spomiędzy kolorowych cyfr i obrazków, które czynią z tej makulatury pieniądze.
Każdy handlarz drobiem i rikszarz w Szanghaju wie, że te umowy stanowią, że każdy wydrukowany banknot musi mieć pokrycie w takiej a takiej ilości srebra, to znaczy, każdy może wejść do jednego z banków na krańcu Kiukiang Road, cisnąć na kontuar kupę papierów i (założywszy, że te banknoty wydrukował właśnie ten bank) otrzymać w zamian prawdziwe srebro.
Gdyby Chiny nie były właśnie dziesiątkowane przez Cesarstwo Nipponu, rząd wysłałby pewnie swych urzędników, aby sprawdzali, czy banki mają w skarbcach odpowiednią ilość srebra, a wszystko odbywałoby się dyskretnie i elegancko. Jednakże w tych warunkach bank jest zmuszany do uczciwości tylko przez pozostałe banki.
A robią to tak: podczas normalnego urzędowania mnóstwo papierowych pieniędzy przechodzi przez okienka (dajmy na to) Chase Manhattan Banku. Są wynoszone na zaplecze i wrzucane do skrzyń na pieniądze (z pół metra kwadratowego powierzchni i metr głębokości, ze sznurami na wszystkich rogach), do jednej wszystkie banknoty wypuszczone przez, na przykład, Bank of America, do drugiej wszystkie City Banku, i tak dalej. A w piątek po południu wzywają kulisów. Każdy kulis, albo para kulisów, ma ze sobą długi bambusowy drąg – kulis bez kija jest jak chiński marine bez niklowanego bagnetu – i przetyka go przez liny na rogach skrzyni. Potem każdy z nich zakłada na ramię jeden koniec kija, unosząc pudło. Muszą iść noga w nogę, inaczej skrzynia zacznie się kołysać i wszystko wypadnie. Dlatego idą do celu – banku, którego nazwa widnieje na banknotach – ze śpiewem na ustach i stawiają kroki zgodnie z rytmem dyktowanym przez muzykę. Drąg jest dość długi, muszą więc śpiewać głośno, by się usłyszeć, poza tym każda para kulisów na ulicy śpiewa swą własną pieśń, usiłując zagłuszyć pozostałe, żeby nie zgubić rytmu.
Zatem dziesięć minut przed zamknięciem otwierają się drzwi wielu banków; jak w preludium pieprzonego broadwayowskiego musicalu, wmaszerowują do nich gromady rozśpiewanych kulisów, ciskają na podłogę skrzynie wystrzępionych banknotów i żądają w zamian srebra. Robią tak wszystkie banki. Czasem wszystkie w ten sam piątek, zwłaszcza gdy jest to dzień w rodzaju 28 listopada 1941, kiedy nawet taki trep jak Bobby Shaftoe rozumie, że lepiej mieć w kieszeni kawał srebra niż kupę starych pociętych gazet. I właśnie dlatego, kiedy już zwykli przechodnie, właściciele wózków z jedzeniem i wściekli sikhijscy gliniarze zeszli z drogi i rozpłaszczyli się pod ścianami klubów, sklepów i burdeli na Kiukiang Road, Bobby Shaftoe z kolegami wciąż nawet nie widzą będącej ich celem kanonierki, przez ten poziomy las potężnych bambusowych drągów. I nie słyszą nawet własnego klaksonu, przez tę pulsującą, pentatoniczną kakofonię śpiewu. To nie jest zwyczajna bankowa godzina szczytu. To ostateczne rozliczenie, zanim ogień ogarnie całą wschodnią półkulę. W ciągu najbliższych dziesięciu minut miliony obietnic wydrukowanych na tych skrawkach srajtaśmy zostaną dotrzymane, albo złamane. Srebro i złoto zmieni właściciela, albo nie. Jest to swego rodzaju skarbowy Sądny Dzień.
– Jezus Maria, nie da rady! – krzyczy szeregowy Wiley.
– Kapitan powiedział, żeby nie zatrzymywać się pod żadnym, kurwa, pozorem! – przypomina mu Shaftoe.
Nie rozkazuje Wileyowi rozjeżdżać kulisów, ale przypomina mu, że jeśli ich nie rozjedzie, to będą się musieli z tego tłumaczyć – co będzie dość skomplikowane, bo ich kapitan jedzie tuż za nimi w samochodzie wypchanym chińskimi marines wymachującymi pistoletami maszynowymi. A z dotychczasowych poczynań kapitana dotyczących tej Stacji Alfa można wywnioskować, że ma już na dupie kilka śladów od pasa, wykonanych ręką jakiegoś admirała z Pearl Harbor albo nawet (werble) Kwatery Głównej Piechoty Morskiej, między 8. Street a Eye Street w Waszyngtonie.

***

Shaftoe i pozostali marines od zawsze wiedzieli, że Stacja Alfa to tajemnicza klika chudoszyich próżniaków siedzących na dachu budynku w Strefie Międzynarodowej, w szopie z powiązanych sznurkami desek, z której we wszystkie strony wystawały anteny. Jeśli przyglądałeś się im wystarczająco długo, mogłeś zauważyć, jak niektóre z nich się ruszają, namierzając coś daleko na morzu. Shaftoe nawet napisał o tym haiku:

Antena szuka
Nos tropiciela na wiatr
W dal, w głos eteru.

To było jego drugie haiku w ogóle – z pewnością nie spełniało norm z listopada 1941 – i niechętnie je sobie przypomina.
Jednakże do dzisiaj żaden z marines nie miał pojęcia, jaką wielką rzeczą jest Stacja Alfa. Okazało się, że mają za zadanie opakować w brezent tonę sprzętu, kilka ton papierów i wyciągnąć je na zewnątrz. Następny dzień, czwartek, spędzili, rozwalając szopę, rozpalając ognisko z jej resztek i paląc niektóre książki i notatki.
– Chol-lera! – krzyczy szeregowy Wiley.
Tylko kilku kulisów zlazło z drogi albo w ogóle zauważyło samochód. Od rzeki dobiega ten niesamowity huk, jakby Bóg trzepnął się w kolano grubą na milę bambusową witką. Pół sekundy później na ulicy nie widać ani jednego kulisa – tylko mnóstwo skrzyń z porzuconymi bambusowymi drągami, podrygującymi na wietrze, podzwaniającymi o bruk jak wielkie wietrzne dzwonki. Wiley wrzuca wyższy bieg i wjeżdża w nie. Shaftoe przyciska się do drzwi ciężarówki i opuszcza głowę z nadzieją, że jego staroświecki hełm piechociarza z I wojny światowej na coś się przyda. Pudła z pieniędzmi zaczynają pękać i rozpadać się pod kołami ciężarówki. Shaftoe zerka przez zamieć banknotów i widzi, jak gigantyczne bambusowe drągi wzbijają się w powietrze, odbijają od siebie i wirują nad nabrzeżem.

Liście Szanghaju
Prześwity w stali nieba
Nadeszła zima.

Ugory

Odłóżmy kwestię istnienia Boga na później; na razie przyjmijmy, że na naszej planecie jakimś sposobem pojawiły się samoreprodukujące organizmy i natychmiast zaczęły robić ze sobą nawzajem porządek: bądź zalewając otoczenie swymi przybliżonymi kopiami, bądź też w bardziej bezpośredni sposób, któremu chyba nie muszę poświęcać zbyt wielu słów. Większości z nich się nie udało, ich genetyczne dziedzictwo zostało więc na zawsze wymazane ze świata, ale kilka znalazło sposób na przetrwanie i rozmnożenie się. Mniej więcej po trzech miliardach lat tej niekiedy komicznej, na ogół jednak nudnej fugi, pełnej żądz i krwi, Blanche, żona ewangelickiego kaznodziei Bunyana Waterhouse’a z Murdo w Południowej Dakocie, urodziła syna – Godfreya Waterhouse’a IV.
Od urodzenia Godfrey był, jak każde inne stworzenie na ziemi, niesamowicie zajebistym twardzielem, choć w dość wąskim, naukowym sensie tego terminu – mianowicie, można było wyprowadzić jego genealogię aż do owego pierwszego samoreprodukującego się stwora, którego, zważywszy liczbę i różnorodność jego potomków, można by śmiało uważać za najbardziej zajebistego twardziela wszech czasów.
W kategorii koszmarnie zabójczych, memetycznie zaprogramowanych maszyn śmierci, były to najsympatyczniejsze istoty. Zgodnie z tradycją swego imiennika (purytańskiego pisarza Johna Bunyana, który większość życia spędził w więzieniu lub uciekając przed nim), wielebny Waterhouse nigdy nie nauczał dłużej w jednym miejscu. Kościół co rok czy dwa przenosił go do innego miasteczka w Dakotach. Niewykluczone, że Godfrey uważał taki styl życia za dość alienujący, ponieważ mniej więcej w połowie studiów w kongregacyjnym college’u w Fargo uciekł z zagrody i zaczął latać na wolności. Wreszcie w jakiś sposób zrobił doktorat z literatury klasycznej na małej prywatnej uczelni w Ohio. Akademicy są jednak szczepem nie mniej wędrownym niż kaznodzieje, przyjmował więc pracę wszędzie, gdzie mu zaproponowano. Wykładał grekę i łacinę w chrześcijańskim college’u Bolger (umowa nr 322) w West Point, stan Wirginia, gdzie rzeki Mattaponi i Pamunkey zbiegają się w estuarium rzeki James, a obrzydliwe wyziewy potężnej papierni przenikają wszystkie szuflady, wszystkie szafki, a nawet stronice książek. Jego świeżo poślubiona małżonka Alice, z domu Pritchard, która dorastała, jeżdżąc za swym ojcem – wędrownym kaznodzieją, po połaciach wschodniej Montany – gdzie powietrze pachniało śniegiem i szałwią – tutaj rzygała przez trzy miesiące. Sześć miesięcy później urodziła Lawrence’a Pritcharda Waterhouse’a.
Chłopczyk miał bardzo dziwny stosunek do dźwięku. Nie bał się ani wycia syreny straży pożarnej, ani bicia dzwonów, ale kiedy do domu wlatywał szerszeń i niemal niesłyszalnie brzęczał, kreśląc pod sufitem zamaszyste figury Lissajous, krzyczał z bólu spowodowanego hałasem. A gdy zobaczył lub poczuł coś, czego się bał, zatykał uszy dłońmi.
Jedynym dźwiękiem, którego w ogóle się nie bał, był głos organów w kaplicy college’u. Sama kaplica jest niewarta wspomnienia, ale organy ufundowali właściciele papierni – nadałyby się nawet do cztery razy większego kościoła. Znakomicie uzupełniał je organista, emerytowany nauczyciel matematyki, sądzący, że pewne atrybuty Pana Naszego (starotestamentową gwałtowność i kaprys, nowotestamentowy majestat i triumf) można bezpośrednio przeflancować w dusze zgromadzonych grzeszników za pomocą frontalnej powodzi dźwięków. Nie miało znaczenia, że ryzykował rozbicie witraży, ponieważ i tak nikomu się nie podobały, a wyziewy papierni wyżerały z nich ołowiane łączenia. Niestety, kiedy po mszy środkiem przeszła kolejna starsza dama, zataczająca się z dzwonieniem w uszach, i uraczyła księdza wyjątkowo kąśliwym komentarzem na temat nadmiernego dramatyzmu muzyki, znaleziono innego organistę.
Mimo to, lekcji gry wciąż udzielał matematyk. Uczniom nie wolno było dotykać instrumentu, zanim nie opanowali dobrze fortepianu; kiedy wyjaśniono to Lawrence’owi Pritchardowi Waterhouse’owi, w ciągu trzech tygodni nauczył się grać fugę Bacha i zapisał się na lekcje organów. Jako że miał wtedy zaledwie pięć lat, nie sięgał jednocześnie do manuałów i pedału, musiał zatem grać na stojąco, czy raczej chodząco – od pedału do pedału.
Kiedy skończył dwanaście lat, organy się zepsuły. Rodzina papierników nie zostawiła żadnego funduszu na konserwację, więc nauczyciel matematyki zdecydował, że spróbuje zrobić to sam. Był już wtedy chory i potrzebował zwinnego pomocnika: Lawrence pomagał mu otworzyć instrument. Po raz pierwszy zobaczył, co się działo, kiedy przyciskał klawisze.
Każdy rejestr – brzmienie, barwa dźwięku wydawanego przez organy, np. flet blokowy, trąbka, pikolo – miał oddzielny rząd piszczałek, ustawionych od największej do najmniejszej. Długie rury wydawały niskie dźwięki, a krótkie – wysokie. Ich wierzchołki tworzyły wykres: nie prostą linię, lecz wznoszącą się krzywą. Organista-matematyk usiadł z kilkoma zapasowymi piszczałkami, ołówkiem oraz kartką i pomógł Lawrence’owi zrozumieć dlaczego. Kiedy ten wreszcie pojął, poczuł się tak, jakby jego nauczyciel znienacka zagrał najlepszy fragment fantazji i fugi g-moll Bacha na organach wielkości Mgławicy Andromedy – fragment, w którym wujek Johann poddaje rozbiorowi architekturę wszechświata jednym niemiłosiernie obniżającym się i przeistaczającym akordem, jakby przebijał nogą kolejne warstwy śmieci, i zatrzymał ją w końcu na twardej opoce. Końcówka wykładu kojarzyła się zaś z sokołem, nurkującym przez warstwę po warstwie złudzeń i pozorów; zależnie od tego kim jesteś, przerażającym, denerwującym lub wprowadzającym chaos. Niebiosa się otwarły. Lawrence ujrzał chóry anielskie uszeregowane w geometryczną nieskończoność.
Z płaskiej skrzynki wypełnionej sprężonym powietrzem wyrastały w równoległych szeregach piszczałki. Wzdłuż jednej osi wszystkie ­piszczałki dla tej samej nuty. Wzdłuż drugiej zaś wszystkie tego samego rejestru, lecz nastrojone na różną wysokość. Przy naciśnięciu klawisza odzywały się wszystkie rury dające odpowiednią nutę, o ile ich rejestry były otwarte.
Mechanicznie, wszystko to działało w sposób klarowny, prosty i logiczny. Lawrence przypuszczał, że maszyneria musi być przynajmniej tak skomplikowana, jak najbardziej złożona z fug, które można na niej zagrać. Teraz dowiedział się, że urządzenie o prostej konstrukcji może produkować wyniki o nieskończonej złożoności.
Rejestrów rzadko używano pojedynczo – głównie po kilka naraz, w zestawach uwzględniających składowe harmoniczne poszczególnych dźwięków (kolejny smakowity kęs matematyki!). Z niektórych korzystało się częściej niż z innych. Na przykład, z mnóstwa fletów naraz podczas cichego Ofiarowania. Organy posiadały pomysłowy mechanizm zwany kombinacją, pozwalający organiście błyskawicznie wybrać dane zestawienie rejestrów – takie, które sam ustalił. Wciskał guzik i ze stołu gry wyskakiwało kilka rejestrów, popychanych sprężonym powietrzem; organy w jednej chwili stawały się całkiem nowym instrumentem o innych brzmieniach.
Następnego lata Lawrence i Alice, jego matka, zostali skolonizowani przez dalekiego kuzyna – niesamowicie zabójczą kreaturę zwaną wirusem. Lawrence wywinął się, pozostała mu tylko niemal niezauważalna skłonność do powłóczenia nogą. Alice wylądowała w żelaznym płucu. Później, ponieważ nie mogła skutecznie odkaszlnąć, dostała zapalenia płuc i umarła.
Godfrey, ojciec Lawrence’a, beztrosko przyznał, że nie będzie w stanie udźwignąć całego tego brzemienia. Zwolnił się z posady w małym college’u w Wirginii i przeprowadził, wraz z synem, do domku w Moorhead w stanie Minnesota, nieopodal Bunyana i Blanche. Później znalazł pracę jako nauczyciel w pobliskiej świeckiej szkole.
Wszyscy odpowiedzialni dorośli w życiu Lawrence’a najwyraźniej zawarli w tym momencie cichą umowę: że najlepszym sposobem jego wychowywania – a na pewno najłatwiejszym – jest zostawienie go w spokoju. Rzadkie wypadki, kiedy potrzebował pomocy kogoś dorosłego, zwykle polegały na tym, że zadawał pytania, na które nikt nie umiał odpowiedzieć. W wieku szesnastu lat, nie znalazłszy w lokalnym szkolnictwie niczego frapującego, Lawrence Pritchard Waterhouse poszedł do stanowego college’u Iowa, gdzie zdał maturę. Mieli tam między innym Korpus Szkoleniowy Rezerwy Marynarki, do którego na siłę go zapisano.
Korpus miał między innymi orkiestrę i był zachwycony, słysząc, że Lawrence interesuje się muzyką. Ponieważ na pokładzie pancernika trudno byłoby ćwiczyć na organach, dali mu glockenspiel i parę pałeczek.
Kiedy Lawrence nie maszerował tam i z powrotem na brzegu rzeki Skunk i nie walił w dzwonki, skupiał się na mechanice. Pod koniec nie szło mu za dobrze – dostał się w ręce bułgarskiego profesora Johna Vincenta Atanasoffa i jego dyplomanta, Clifforda Berry’ego. Budowali oni maszynę, która miała zautomatyzować rozwiązywanie pewnych szczególnie upierdliwych równań różniczkowych.
Głównym problemem Lawrence’a było lenistwo. Zauważył, że wszystko staje się prostsze, kiedy się patrzy na wylot – jak Superman swym rentgenowskim wzrokiem – poprzez odwracające uwagę ozdóbki i dostrzega się ukryty pod spodem matematyczny szkielet. Kiedy się rozbierze jakieś urządzenie na elementy matematyczne, wie się o nim wszystko i można nim wtedy dowolnie manipulować za pomocą zaledwie serwetki i ołówka. Dostrzegał matematykę w krzywiźnie srebrnych płytek swych dzwonków, w łańcuchowym łuku mostu i w wysadzanym kondensatorami bębnie maszyny liczącej Atanasoffa i Berry’ego. Prawdziwe walenie w glockenspiel, skręcanie mostu czy dochodzenie, dlaczego maszyna nie działa, już tak go nie interesowało.
Stąd miał złe oceny. Jednakże od czasu do czasu wykonywał na tablicy jakąś matematyczną akrobację, po której profesorom uginały się kolana, a studenci patrzyli nań podejrzliwie i wrogo. Plotka się rozchodziła.
Tymczasem babka Blanche w jego imieniu po cichu odświeżała swe kongregacyjne kontakty. Jej wysiłki zwieńczył triumf, gdy pewien owsiany magnat od Św. Pawła ufundował mu skomplikowane stypendium; jego celem było wysłać ewangelików ze Środkowego Zachodu na rok do porządnej uczelni z Ivy League, co (najwyraźniej) stanowiło okres na tyle długi, by podnieść ich IQ o kilka kluczowych punktów, i na tyle krótki, by ich nie zdeprawować. Zatem Lawrence stał się studentem drugiego roku w Princeton.
Princeton był czcigodną uczelnią i przyjęcie do niej stanowiło wielki zaszczyt, nikt jednak nie wspomniał o tym Lawrence’owi, a ten skąd miałby wiedzieć. Miało to dobre i złe skutki. Przyjął stypendium z tak mizernymi wyrazami wdzięczności, że owsiany magnat się wściekł. Z drugiej strony, łatwo przystosował się do Princeton, dla niego bowiem była to po prostu inna miejscowość. Przypominała mu ładne okolice Wirginii, w mieście było kilka pięknych organów, choć nie do końca podobały mu się prace domowe z inżynierii, dotyczące problemów projektowania mostów i wycinania kół zębatych. Jak zawsze, dawały się uprościć do matematyki, na ogół nie sprawiającej mu problemów. Czasem jednak utykał w martwym punkcie, co sprowadziło go do budynku Fine Hall, kwatery głównej Wydziału Matematyki.
Szwendało się tam pstrokate towarzystwo, często z brytyjskim lub europejskim akcentem. Z administracyjnego punktu widzenia, wielu z nich nie było nawet z Wydziału Matematyki ale z jakiegoś IZBC – Instytutu Zaawansowanych Badań nad Czymś-tam. W końcu jednak wszyscy siedzieli w tym samym budynku i wszyscy wiedzieli to i owo o matematyce. Dlatego Lawrence ich nie rozróżniał.
A kiedy szedł do nich po radę, tylko niektórzy udawali nieśmiałych; większość chętnie go słuchała. Wymyślił na przykład metodę rozwiązania pewnego trudnego problemu dotyczącego kół zębatych; inżynierski sposób wymagał szeregu bardzo rozsądnych, ale mało estetycznych przybliżeń. Metoda Lawrence’a dawała dokładne wyniki. Miała tylko jedną wadę: do obliczeń potrzeba było tryliona operatorów suwaka logarytmicznego i tryliona lat. Teraz pracował nad diametralnie różnym podejściem, które miało zredukować te wartości do biliona i biliona. Na nieszczęście, nie udało mu się nikogo w Fine Hall zainteresować rzeczą tak prozaiczną jak tryby, zanim nie zaprzyjaźnił się z energicznym Anglikiem, którego nazwisko natychmiast zapomniał, a który ostatnio naprawdę zajmował się produkcją kół zębatych. Ten facet wśród tylu możliwości postanowił zbudować właśnie mechaniczną maszynę liczącą – dokładnie, liczącą pewne wartości funkcji dzeta Riemanna:




gdzie s to liczba zespolona.
Lawrence’owi funkcja dzeta nie wydała się ani bardziej, ani mniej interesująca niż inne matematyczne problemy, ale nowy przyjaciel zapewnił go, że jest ona niesamowicie ważna i że najlepsi matematycy na świecie męczą ją od kilkudziesięciu lat. Siedzieli do trzeciej w nocy, próbując znaleźć rozwiązanie problemu Lawrence’a. Ten dumnie przedstawił wyniki swemu profesorowi od inżynierii, który odrzucił je pogardliwie ze względów praktycznych i postawił mu, za te wszystkie trudy, ocenę niedostateczną.
Po kilku następnych spotkaniach Lawrence wreszcie zapamiętał, że sympatyczny Brytyjczyk nazywa się Al Taki-owaki. Był namiętnym cyklistą – wybrali się więc na kilka wycieczek rowerowych w wiejskie okolice Ogrodowego Stanu. Jeżdżąc po New Jersey, rozmawiali o matematyce, a zwłaszcza o maszynach, które wyręczyłyby ich w jej nudnych fragmentach.
Al myślał już nad tym dłużej, niż Waterhouse, i zrozumiał, że maszyny liczące to coś więcej niż tylko urządzenia oszczędzające ludzki wysiłek. Pracował nad radykalnie nową koncepcją mechanizmu liczącego, który rozwiązałby każdy arytmetyczny problem, o ile tylko wiedziałoby się, jak go zapisać. Z czysto logicznego punktu widzenia, wiedział już wszystko co trzeba o tej (na razie hipotetycznej) maszynie, choć jeszcze nie zdołał jej zbudować. Lawrence wywnioskował, że w Cambridge (Cambridge w Anglii – stamtąd pochodził Al), a i w Fine Hall, faktyczne budowanie maszyn uważano za niegodne uczonego. Al z zaskoczeniem odkrył, iż Lawrence nie podziela tego poglądu.
Pewnego dnia zapytał go delikatnie, czy nie miałby naprawdę nic przeciwko, żeby nazywać go pełnym imieniem – Alan, a nie Al. Lawrence przeprosił i obiecał, że będzie się starał mieć to na uwadze.
Kilka tygodni później, gdy siedzieli nad leśnym strumieniem ponad kanionem rzeki Delaware, Alan uczynił Lawrence’owi pewną dziwaczną propozycję dotyczącą penisów. Wymagała ona wielu metodycznych wyjaśnień, przy których często się czerwienił i jąkał. Był kulturalny jak nigdy i kilka razy podkreślił, iż jest świadom, że nie wszyscy na świecie okazują takie właśnie zainteresowania.
Lawrence stwierdził, że prawdopodobnie należy właśnie do tej reszty ludzi.
Alan był bardzo poruszony faktem, że Lawrence w ogóle się nad tym zastanawiał, i przeprosił za tę konsternację. Natychmiast wrócili do tematu maszyn liczących; ich przyjaźń wydawała się nienaruszona. Jednakże na następnej wycieczce rowerowej – mieli nocować pod namiotem na ­Sosnowych Ugorach – pojawił się nowy kolega, Niemiec imieniem Rudy Jakiś‑tam.
Relacja między Rudym i Alanem wyglądała na bliższą, a przynajmniej bardziej wielowarstwową; Lawrence wywnioskował, że koncepcja Alana dotycząca penisów wreszcie znalazła amatora.
Dało mu to do myślenia. Z ewolucyjnego punktu widzenia, jaki sens ma przebywanie razem ludzi, którzy nie zamierzają mieć potomstwa? Musiało to mieć jakieś dobre i bardziej subtelne uzasadnienie.
Przychodził mu do głowy tylko taki pomysł: obecnie w reprodukcji i zabijaniu współzawodniczą nie pojedyncze osobniki, ale całe grupy ludzi – społeczeństwa; a w społeczeństwie jest dużo miejsca dla kogoś, kto nie ma dzieci, o ile tylko jest w jakiś sposób pożyteczny.
Alan, Rudy i Lawrence jechali na południe, rozglądając się za Sosnowymi Ugorami. Po pewnym czasie miasteczka pojawiały się rzadziej, a farmy ustępowały miejsca niskim, anemicznym i kolczastym drzewom, które ciągnęły się chyba aż na Florydę – zasłaniając im widok z przodu, ale nie osłaniając od wiatru.
– Gdzie, do licha, są te Sosnowe Ugory? – zapytał kilka razy Lawrence. Zapytał nawet o to faceta na stacji benzynowej. W końcu koledzy zaczęli się podśmiewać.
– Gdże som te Sosnowe Ugory? – zapytał Rudy, rozglądając się.
– Poszukajmy czegoś wyglądającego na ugór, z dużą liczbą sosen – rzucił w zadumie Alan.
Droga była pusta, jechali więc obok siebie, z Alanem w środku.
– Tak Kafka wyobrażałby sobie las – mruknął Rudy.
W tym momencie Lawrence zrozumiał, że znajdują się właśnie na Sosnowych Ugorach. Lecz nie wiedział kto to taki ten Kafka.
– Matematyk? – strzelił.
– To bardzo straszny pomysł – rzekł Rudy.
– Kafka to pisarz – powiedział Alan. – Lawrence, nie obraź się, że cię o to zapytam... czy ty w ogóle rozpoznajesz jakieś inne nazwiska i imiona? To znaczy, inne niż najbliższej rodziny i przyjaciół.
Lawrence zrobił zakłopotaną minę.
– Próbuję dojść, czy to wszystko wychodzi stąd – rzekł Alan, stukając knykciami w głowę Lawrence’a – czy też czasem przyswajasz jakieś pojęcia od innych istot ludzkich.
– Kiedyś, kiedy byłem mały – odparł Lawrence – w kościele w Wirginii zobaczyłem anioły, ale sądzę, że one pojawiły się w mojej głowie.
– Bardzo dobrze – stwierdził Alan.
Później podjął kolejną próbę. Dojechali do wieży straży pożarnej, która niezmiernie ich rozczarowała: tylko samotne schodki prowadzące donikąd i mała polanka poniżej, błyszcząca od odłamków butelek po trunkach. Rozbili namiot na brzegu stawu pełnego rdzawych glonów, przyklejających się do włosów na ciele. Potem nie pozostało im nic, tylko popijać schnapsa i gadać o matematyce.
Alan rzekł:
– No, to jest tak: Bertrand Russell i ten drugi gość, Whitehead, napisali Principia Mathematica...
– Teraz to mnie nabierasz – odpowiedział Waterhouse. – Nawet ja pamiętam, że to napisał Izaak Newton.
– Newton napisał inną książkę i też zatytułował ją Principia Mathematica. Ona tak naprawdę wcale nie jest o matematyce. Dzisiaj nazywamy to fizyką.
– To dlaczego ją nazwał Principia Mathematica?
– W czasach Newtona niespecjalnie odróżniano matematykę od fizyki...
– A nawet i w dżyszejszych czasach – dodał Rudy.
– ...dokładnie o tym chciałem mówić – ciągnął Alan. – O Principia Ma­thematica, w których Russell i Whitehead zaczęli zupełnie od zera, to znaczy od niczego, i skonstruowali to wszystko – całą matematykę – z kilku fundamentalnych pewników. A mówię ci to dlatego, Lawrence, że... Lawrence! Uważaj!
– Hmm?
– Rudy, weź ten kij, o ten, tutaj, pilnuj Lawrence’a i za każdym razem, gdy zobaczysz ten nieobecny wzrok, szturchnij go!
– To nie jest angelska szkoła, tu nie można tak robitsz!
– No, słucham – powiedział Lawrence.
– Z P.M. wynikał zupełnie nowy i radykalny wniosek: że cała matematyka, ale to cała, może być wyrażona za pomocą pewnego uporządkowania symboli.
– Leibniz powiedział to na długo przed nimi! – zaprotestował Rudy.
– Noo, Leibniz wynalazł zapis, którego używamy w rachunku różniczkowym, ale...
– Nie o to mi chodży!
– I wymyślił macierze, ale...
– I nie o to!
– I robił jakieś rzeczy z arytmetyką dwójkową, ale...
– To całkiem cosz innego!
– No to o czym ty, Rudy, do cholery, gadasz?
– Leibniz wymyszlił podstawowy alfabet – zdefiniował zbiór symboli do wyrażania zdań logicznych.
– Cóż, nie wiedziałem, że do zainteresowań Herr Leibniza zaliczała się także logika, ale...
– Ocziwiszszie, że tak! Chciał zrobić to, co Russell i Whitehead, ale nie tylko z matematyką, lecz ze wszystkim!
– Hmm, zważywszy, że chyba jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który o tym wie, możemy zdaje się założyć, że mu się to nie udało?
– Możesz zakładać sobie co tylko zechcesz, Alan – odparł Rudy. – Ale ja jestem matematykiem i nie robię żadnych założeń.
Alan westchnął urażony i rzucił Rudy’emu Znaczące Spojrzenie, które według Waterhouse’a oznaczało, że później mu to wypomni.
– Pozwólcie mi posunąć się o krok naprzód. Chcę tylko, żebyście się zgodzili, że matematyka może być wyrażona jako ciągi symboli – zabrał Lawrence’owi kij i zaczął rysować na ziemi kształty w rodzaju „+ = 3 ) π” – i naprawdę nie dbam o to, czy będą nimi symbole Leibniza, Russella, czy heksagramy z księgi I Ching...
– Leibniz fascynował się I Ching! – wtrącił Rudy.
– Przestań na chwilę z tym swoim Leibnizem i posłuchaj. To jest tak: ty, Rudy, i ja, jesteśmy w pociągu, siedzimy w wagonie restauracyjnym, gadamy sobie miło. Pociąg z ogromną szybkością ciągną lokomotywy, nazywają się Bertrand Russell, Riemann, Euler i tak dalej. A nasz przyjaciel Lawrence biegnie wzdłuż pociągu i próbuje dotrzymać nam kroku – nie znaczy to oczywiście, że jesteśmy od niego bystrzejsi, ale że jest wieśniakiem, który nie ma biletu. I słuchaj, Rudy: ja w tym momencie po prostu wyciągam rękę przez okno i próbuję wciągnąć go do tego pieprzonego pociągu, ­żebyśmy mogli pogawędzić sobie o matematyce we trzech i nie słuchać przy tym, jak ten biedak sapie i łapie powietrze.
– Dobrze, Alanie.
– Nie potrwa to nawet minuty, jeśli nie będziesz przerywać.
– Ale jest też taka lokomotywa, co nazywa się Leibniz.
– Myślisz, że niewystarczający hołd złożyłem Niemcom? Właśnie miałem zamiar wspomnieć jednego faceta z umlautem.
– Taak, pewnie Herr Türinga? – chytrze zapytał Rudy.
– Herr Türing pojawi się później. Myślałem o Gödlu.
– Ale on nie jest Niemcem, to Austriak!
– Obawiam się, że teraz to na jedno wychodzi.
– Anschluss to nie mój pomysł, nie patrz na mnie w ten sposób! Dla mnie Hitler jest obrzydliwy!
– Wiem, kto to Gödel – wtrącił w samą porę Waterhouse. – Ale moglibyśmy cofnąć się kawałek?
– No pewnie.
– Po co taki kłopot? Po co Russell to zrobił? Czy w matematyce tkwił jakiś błąd? No wiecie: dwa i dwa to cztery, prawda?
Alan podniósł dwa kapsle i ułożył je na ziemi.
– Dwa. Raz, dwa. Dodać... – dołożył jeszcze dwa. – Drugie dwa. Raz, dwa. Daje cztery. Raz, dwa, trzy, cztery.
– Był w tym jakiś błąd? – rzekł Lawrence.
– Ależ, Lawrence, kiedy zajmujesz się matematyką, abstrakcyjną matematyką, to przecież nie liczysz kapsli?
– Niczego nie liczę.
– To bardzo nowoczesny pogląd – oznajmił Rudy.
– Doprawdy?
Odezwał się Alan:
– Przez długi czas w domyśle zakładano, że matematyka to coś w rodzaju fizyki, na kapslach. Że wszystkie działania, które można przeprowadzić na papierze, dowolnie skomplikowane, można – oczywiście teoretycznie – sprowadzić do zabawy z faktycznie istniejącymi liczmanami, na przykład kapslami.
– Ale nie możesz mieć dwóch i jednej dziesiątej kapsla.
– No to dobra, załóżmy, że na kapslach przedstawiamy liczby całkowite, a rzeczywiste, jak dwa przecinek jeden, reprezentujemy jako wielkości fizyczne, jak na przykład długość tego kija. – Alan dorzucił kijek do zbioru kapsli.
– A co z π? Nie możesz zrobić kija, który ma dokładnie π cali długości.
– π pochodży z geometrii. Ta sama bajka – wtrącił Rudy.
– Tak, uważało się, że geometria euklidesowa to w istocie pewna odmiana fizyki, że linie proste i tak dalej są cechami świata rzeczywistego. Ale słyszałeś o Einsteinie?
– Nie mam pamięci do nazwisk.
– Taki siwy facet z wielkimi wąsami.
– Ach, no tak – potwierdził tępo Waterhouse. – Próbowałem zapytać go o sprawę kół zębatych. Twierdził, że jest już spóźniony, albo coś takiego.
– Ten facet wymyślił ogólną teorię względności, która jest jakby praktycznym zastosowaniem nie geometrii Euklidesa lecz Riemanna...
– Tego od twojej funkcji dzeta?
– Riemann ten sam, ale temat inny. Lawrence, nie wdawajmy się w dygresje...
– Riemann wykazał, że może istnieć wiele różnych geometrii, innych od euklidesowej, ale wciąż wewnętrznie spójnych – wyjaśnił Rudy.
– No dobra, to wracajmy do tych Principiów – rzekł Lawrence.
– No pewnie! Russell i Whitehead. To wyglądało tak: kiedy matematycy zaczęli bawić się rzeczami takimi jak pierwiastek z minus jeden albo kwaterniony, przestało się to przekładać na kije i kapsle. Ale wyniki wciąż były sensowne.
– Albo przynajmniej wewnętrznie spójne – dodał Rudy.
– Okej. To oznacza, że matematyka to coś więcej niż fizyka na kapslach.
– Tak się wydawało, ale natychmiast powstało pytanie: czy matematyka to rzeczywiście prawda, czy tylko jakaś zabawa symbolami? Innymi słowy, odkrywamy prawdę czy trzepiemy kapucyna?
– To musi być prawda, bo jak opieramy na tym fizykę, to wszystko działa! Słyszałem o tej tam ogólnej względności, wiem, że zrobili jakieś doświadczenia i wszystko się sprawdziło.
– Ale większosztsz matematyki nie nadaje się do doświadczalnego sprawdzenia – zauważył Rudy.
– Ideą tego dzieła było zerwanie więzi z fizyką – rzekł Alan.
– Ale żeby przy tym samemu nie zlecieć.
– To chcieli zrobić w tych Principiach?
– Russell i Whitehead rozbili wszystkie matematyczne pojęcia na bardzo proste elementy, typu „zbiór”. Stąd wyprowadzili liczby całkowite i tak dalej.
– Ale jak możesz sprowadzić na przykład π do zbioru?
– Nie da się – rzekł Alan – ale możesz wyrazić ją jako długi ciąg cyfr. Trzy przecinek jeden, cztery, jeden, pięć, dziewięć, i tak dalej.
– A cyfry to liczby całkowite.
– Ależ jak to! π samo nie jest liczbą całkowitą!
– Ale możesz obliczyć cyfry π, jedną po drugiej, za pomocą pewnych wzorów. I możesz je zapisać, na przykład tak! – Alan zaczął rysować po ziemi.



– Żeby ucieszyć naszego przyjaciela, oto wzór na szereg Leibniza. Widzisz, Lawrence? To jest ciąg symboli.
– No dobra. Widzę ciąg symboli – przyznał z ociąganiem Lawrence.
– Możemy kontynuować? Gödel kilka lat temu powiedział: „Uważaj! Jeśli kupisz tę historię, że matematyka to po prostu ciągi symboli, to... zgadnij co?”. I wykazał, że każdy ciąg symboli – tak jak ten wzór tutaj – można przetłumaczyć na liczby całkowite.
– Jak?
– To nic szczególnego, Lawrence, po prostu kodowanie. Sposób kodowania wybieramy arbitralnie. Na przykład, zamiast tej wielkiej i brzydkiej sumy możemy napisać liczbę „538” i tak dalej.
– No, teraz to chyba przypomina już trzepanie kapucyna.
– Nie! Nic podobnego, ponieważ Gödel zastawił pułapkę! Wzory matematyczne mogą działać na liczbach, prawda?
– No pewnie. Na przykład 2x.
– Otóż to. Możesz pod x podstawić dowolną liczbę, a wzór 2x ją podwoi. Ale jeśli zakodujemy jako liczbę wzór matematyczny, taki jak ten tutaj, to inny wzór może przeprowadzić na niej działanie! Wzory do działania na wzorach!
– I to wszystko?
– Nie. Potem wykazał, przez bardzo proste rozumowanie, że jeśli wzory rzeczywiście mogą odwoływać się do siebie, można zapisać wzór oznaczający „to twierdzenie nie może być udowodnione”. Co zadziwiło wielce Hilberta i wszystkich innych, oczekiwali bowiem dokładnie odwrotnego wyniku.
– Wspominałeś wcześniej tego jakiegoś Hilberta?
– Nie, Lawrence. To nowa postać w tej dyskusji.
– Co to za jeden?
– Facet zadający trudne pytania. Kiedyś zadał ich całą listę. Gödel odpowiedział na jedno.
– A Türing na drugie – dodał Rudy.
– Kto to taki?
– To ja – odrzekł Alan. – Rudy żartuje. W Turingu nie ma umlauta.
– Ale później wieczorem, będzie w nim umlaut – powiedział Rudy patrząc nań w sposób, który dopiero po latach Lawrence odczytał jako tłumioną złość.
– No, nie trzymaj mnie w napięciu. Na które z jego pytań znalazłeś odpowiedź?
– Na Entscheidungsproblem – odpowiedział Rudy.
– Czyli?
– Hilbert chciał wiedzieć, czy w przypadku dowolnego zdania logicznego można zawsze stwierdzić, czy jest fałszywe, czy prawdziwe.
– Ale po wywodzie Gödla zmienił to – zauważył Rudy.
– To prawda. Potem sformułował to tak: czy możemy ustalić, czy dane twierdzenie jest możliwe, czy też niemożliwe do udowodnienia? Innymi słowy: czy istnieje jakiś mechaniczny proces, za pomocą którego można oddzielić zdania udowadnialne od nieudowadnialnych?
– Alan, proces mechaniczny to miała być przenośnia...
– Oj, przestań, Rudy! My z Lawrencem całkiem dobrze znamy się na maszynach.
– Teraz łapię – oświadczył Lawrence.
– Co znaczy, że łapiesz? – zapytał Alan.
– Twoja maszyna, nie ta od funkcji dzeta, ale ta druga. Rozmawialiśmy, żeby ją zbudować...
– Nazywa się Uniwersalna Maszyna Turinga – rzekł Rudy.
– Głównym celem tego ustrojstwa jest oddzielenie zdań do udowodnienia i nie do udowodnienia, tak?
– Stąd właśnie wziął mi się pomysł – rzekł Alan. – Zatem istnieje odpowiedź na pytanie Hilberta. A teraz chciałbym naprawdę zbudować taką maszynę, która wygrałaby z Rudym w szachy.
– Nie powiedziałeś biednemu Lawrence’owi, jaka jest ta odpowiedź! – zaprotestował Rudy.
– Lawrence sam do tego dojdzie. Dam mu coś do roboty.

***

Wkrótce stało się jasne, że Alan naprawdę chciał powiedzieć: „Dam mu coś do roboty na czas, kiedy my będziemy się pieprzyć”. Lawrence wsunął notatnik za pasek spodni, podjechał kilkaset metrów do wieży pożarniczej, wspiął się na platformę i usiadł; notatnik oparł o kolana, tak by padało nań światło.
Nie mógł jednak zebrać myśli, a potem jego uwagę odwrócił fałszywy zachód słońca, rozjaśniający chmury po stronie północno-wschodniej. Najpierw pomyślał, że nisko wiszące chmury odbijają ostatnie promienie słońca, ale światło było zbyt skupione i migocące. Potem pomyślał, że to błyskawica. Ale było za mało błękitne. Migotało intensywnie, modulowane przez (jak należało przyjąć) wielkie i dziwne zjawisko przesłonięte horyzontem. Kiedy po przeciwnej stronie świata zaszło słońce, łuna nad New Jersey ustabilizowała się, przybierając łagodną barwę latarki prześwitującej przez dłoń pod kołdrą.
Lawrence zszedł na dół, wsiadł na rower i ruszył przez Sosnowe Ugory. Niebawem trafił na drogę prowadzącą wprost do światła. Po kilku godzinach łuna odbijająca się od ciężkich chmur zaczęła rozświetlać kamienie brukowe i zmieniać strumyczki Ugorów w żarzące się rozpadliny.
Droga skręcała w niewłaściwą stronę, Lawrence pojechał więc na przełaj przez las – był już bardzo blisko, a światło na niebie stało się tak silne, że prześwitywało przez rzadki dywan krzaczastych sosen – czarnych pieńków, wyglądających na spalone, choć wcale nie były. Pod kołami roweru pojawił się piasek, ale był wilgotny i zbity; szerokie opony dobrze sobie z nim ­radziły. W jednym miejscu musiał się zatrzymać i przerzucić rower nad płotem z drutu kolczastego. Potem wyjechał spomiędzy drzew na idealnie płaską piaszczystą polanę usianą kępkami trawy; zdumiony ujrzał niski ognisty mur, przebiegający wzdłuż horyzontu, szeroki niemal jak zanurzający się w morzu księżyc w jesiennej pełni. Był tak jaskrawy, że trudno było zobaczyć coś poza nim – Lawrence wciąż wjeżdżał w rowy i meandrujące po polanie strumyki. Nauczył się nie patrzeć bezpośrednio w płomienie. I tak ciekawiej było rozglądać się na boki: płaskowyż znaczyły równo rozsiane największe budynki, jakie kiedykolwiek widział – wzniesione przez faraonów wielkie pudła po herbatnikach, a w kilometrowych odstępach między nimi szeroko rozkraczone gnomony ze stalowych trójkątów – wewnętrzne szkielety piramid. Największy z nich dziurawił środek idealnego okręgu torów kolejowych, o średnicy kilkudziesięciu metrów: dwie srebrzyste krzywe ułożone na płaskiej ziemi, w jednym miejscu przecięte cieniem wieży, wskazującym czas zatrzymanym zegarem słonecznym. Przejechał wzdłuż budynku mniejszego niż inne. Obok niego stały owalne zbiorniki. Z zaworów na górze ulatywała z pomrukiem para, ale zamiast unosić się w powietrze, skapywała po bokach i rozlewała się po trawie warstwą srebra.
Podłużny ogień otaczało pierścieniem tysiąc marynarzy w bieli. Jeden z nich uniósł dłoń i kazał Lawrence’owi się zatrzymać. Ten podjechał do niego i dla równowagi oparł jedną stopę o piasek. Przez chwilę gapili się na siebie, a potem Lawrence, któremu nic innego nie przyszło do głowy, odezwał się:
– Ja też jestem z marynarki.
Marynarz najwyraźniej podejmował przez chwilę jakąś decyzję. Zasalutował Lawrence’owi i wskazał mu mały budynek, nieco dalej od ognia.
Wyglądał jakby był tylko żarzącą się odbitym blaskiem ścianą; ale czasem eksplozja magnezowego błękitnego światła powodowała, że w mroku ukazywały się jego ramy okienne – prostokątna błyskawica wielokrotnie odbijająca się echem pośród nocy. Lawrence nacisnął na pedały i przejechał obok budynku: spiralne stado skupionych filcowych kapeluszy, szturchających cienkie, zwięzłe notatniki eleganckimi wiecznymi piórami, pełzające bokiem fotografie, odwracające swe wielkie chromowane tarcze; równe szeregi śpiących ludzi, nakrytych prześcieradłami razem z twarzami, spocony facet z wybrylantynowanymi włosami, wypisujący na tablicy nazwiska pełne umlautów. W końcu, obszedłszy budynek naokoło, zwęszył zapach gorącej ropy, poczuł na twarzy płomienie i ujrzał jak trawa zwija się w żarze i wysycha.
Zapatrzył się na globus: nie wypełnioną kontynentami i oceanami kulę, lecz sam szkielet – eksplozję południków, zakrzywiających się w klatkę wokół kopuły pomarańczowego żaru. Oświetlone płonącym paliwem południki były cienkie i wyraźne, jak narysowane piórkiem kreślarza. Gdy podszedł bliżej, rozpadły się na sprytne konstrukcje z pierścieni i belek, puste w środku jak ptasie kości. Oddalając się od biegunów, wcześniej czy później zaczynały wędrować, wyginać się, albo po prostu odłamywały się i wisiały w płomieniach, drżąc jak suche badyle. Tu i ówdzie idealną geometrię plamiły sieci przewodów i uprzęże kabli elektrycznych. Lawrence prawie wjechał na rozbitą flaszkę po winie i postanowił, że dalej idzie na piechotę, żeby oszczędzić opony. Położył rower, nakrywając przednim kołem metalowy wazon, wyglądający jak wytoczony na tokarce. Sterczało z niego kilka zwęglonych róż. Kilku marynarzy złączyło ręce w tron, dźwigając kawał węgla drzewnego w kształcie człowieka, pokryty skafandrem z nieskazitelnego azbestu. Kiedy szli, ich stopy plątały się w potężnych zwojach lin i metalowych strun, kabli i drutów; te poruszały się ukradkowym ruchem w promieniu kilkunastu metrów. Lawrence zaczął starannie stawiać stopy jedna za drugą, próbując zmierzyć ogrom tego, co widział. Gondola w kształcie rakiety sterczała skosem z piasku, podpierając parasole pogiętych śmigieł. Ponad nią widniały kilometrowej długości duraluminiowe zastrzały i pomosty. Na ziemi ujrzał otwartą walizkę, z parą damskich butów, jak na wystawie eleganckiego sklepu, kartę dań, spaloną na owalny węgielek, parę zniszczonych paneli z boazerii, jakby z nieba spadł cały pokój – jeden był ozdobiony wielką mapą świata, wielkimi kołami rozchodzącymi się promieniście od Berlina, drugi zaś zdjęciem znanego grubego Niemca w mundurze, szczerzącego zęby na ukwieconej trybunie; za nim znajdował się potężny widnokrąg nowego sterowca.
Po pewnym czasie Lawrence przestał już zauważać nowe rzeczy. Wsiadł więc na rower i ruszył z powrotem przez Sosnowe Ugory. Zgubił się w mroku i trafił pod wieżę dopiero o świcie. Nie przejął się, że zabłądził – jadąc po ciemku przez las, rozmyślał o maszynie Turinga. W końcu odnalazł brzeg stawu, nad którym biwakowali. Misa spokojnej czerwonawej wody ­oświetlona wschodzącym słońcem wyglądała jak jezioro krwi. Alan Mathison Turing i Rudolf von Hacklheber, przytuleni jak łyżeczki, leżeli na brzegu, wciąż umazani glonami ze stawu. Lawrence rozpalił małe ognisko, zaparzył herbatę i wtedy się obudzili.
– Rozwiązałeś ten problem? – zapytał Alan.
– A więc możesz przekształcić Uniwersalną Maszynę Turinga w dowolną maszynę, po prostu zmieniając kombinację...
– Kombinację?
– Przepraszam, Alan. Myślę o twojej UMT jak o czymś w rodzaju organów.
– Aha.
– W każdym razie, jeśli ją zrobisz, będziesz mógł wykonać dowolne obliczenie, o ile tylko taśma będzie wystarczająco długa. Kurczę, Alan, ciężko będzie zrobić taśmę, która jest wystarczająco długa i można na niej pisać symbole, a potem je kasować – bęben z kondensatorami Atanasoffa będzie działał tylko do pewnej wielkości. Trzeba będzie...
– To dygresja – wtrącił łagodnie Alan.
– No... no dobrze. Jeśli masz taką maszynę, możesz wyrazić dowolną kombinację jako liczbę – ciąg symboli. Żeby rozpocząć obliczenia, wpuścisz do maszyny taśmę z innym ciągiem symboli. Cały czas polegamy na dowodzie Gödla – jeśli każda kombinacja ustawień maszyny i danych może być zapisana jako ciąg liczb, możesz po prostu ułożyć wszystkie możliwe kombinacje w olbrzymią macierz, wtedy podpada to pod przekątniowy dowód Cantora; wniosek brzmi: niektóre z liczb na pewno nie dadzą się obliczyć.
– A co z Entscheidungsproblem? – przypomniał Rudy.
– Udowodnienie bądź obalenie twierdzenia, kiedy zakodujesz je jako liczby, jest po prostu działaniem na tych liczbach. Odpowiedź więc brzmi: nie! Niektóre z twierdzeń nie mogą być udowodnione ani obalone przez mechaniczny proces! Dlatego sądzę, że mimo wszystko ma sens bycie człowiekiem!
Dotychczas Alan wyglądał na zadowolonego, ale teraz twarz mu się zapadła.
– No, Lawrence, tutaj poczyniłeś nieuzasadnione założenia.
– Nie słuchaj go, Lawrence! – rzekł Rudy. – On zaraz ci powie, że nasze mózgi to maszyny Turinga!
– Ale przecież udowodniłeś, że jest mnóstwo wzorów, których maszyna Turinga nie potrafi ugryźć!
– Ty też to udowodniłeś, Lawrence.
– A nie sądzisz, że potrafimy robić pewne rzeczy, których nie umie maszyna Turinga?
– Lawrence, Gödel zgodziłby się z tobą – dodał Rudy. – I tak samo Hardy.
– Daj mi choć jeden przykład – powiedział Alan.
– Funkcji niepoliczalnej, którą może wykonać człowiek, a maszyna Turinga nie?
– Tak. I daruj mi sentymentalne bzdury o kreatywności. Uważam, że Uniwersalna Maszyna Turinga mogłaby wykazywać zachowania, które uznalibyśmy za kreatywne.
– No to nie wiem... Postaram się rozejrzeć za czymś takim...
Jednakże później, gdy wracali do Princeton, rzucił nagle:
– A sny?
– Jak te anioły w Wirginii?
– No, na przykład.
– Lawrence, to po prostu szum w neuronach.
– A dzisiaj w nocy śniło mi się, że palił się sterowiec.

***

Wkrótce Alan zrobił swój doktorat i wrócił do Anglii. Napisał do Lawrence’a parę listów. W ostatnim z nich po prostu stwierdził, że nie ma już nic „istotnego” do napisania i żeby Lawrence nie brał tego do siebie. Lawrence natychmiast zrozumiał, że społeczeństwo Alana skierowało go do pracy nad czymś użytecznym – zapewne rozwiązaniem problemu, jak obronić się przed pożarciem żywcem przez jednego z sąsiadów. Zastanawiał się, jaką robotę znajdzie jemu Ameryka.
Wrócił na stanową uczelnię w Ohio, przemyśliwał nad zmianą specjalizacji na matematykę, ale nie uczynił tego. Wszyscy, których się radził, zgadzali się, że matematyka, podobnie jak konserwacja organów, to piękna rzecz, ale trzeba jeszcze jakoś zarobić na chleb. Został więc na mechanice i radził sobie coraz gorzej, aż wreszcie w połowie ostatniego roku ­uniwersytet ­zaproponował, by zajął się czymś użytecznym – na przykład kryciem dachów. Wymaszerował więc stamtąd, wprost w oczekujące ramiona marynarki wojennej.
Dali mu test na inteligencję. Pierwsze pytanie z matematyki dotyczyło łodzi na rzece: „Port Smith jest oddalony sto mil w górę rzeki od portu Jones. Rzeka płynie z szybkością 5 mil na godzinę. Łódź wyciąga 10 mil na godzinę. Ile czasu zajmie rejs od portu Smith do Jones? A ile z powrotem?”.
Lawrence od razu się zorientował, że to podchwytliwe pytanie. Trzeba być idiotą, by przyjąć to prostackie założenie, że szybkość prądu, 5 mil na godzinę, należy po prostu odjąć lub dodać od szybkości łodzi. Pięć mil na godzinę to oczywiście średnia szybkość. Prąd jest szybszy pośrodku nurtu i wolniejszy przy brzegach. Na łukach zmienia się w sposób jeszcze bardziej skomplikowany. Pytanie dotyczy więc hydrodynamiki i da się do niego podejść za pomocą pewnych, dobrze znanych, równań różniczkowych. Lawrence zanurkował w zadanie, szybko (przynajmniej tak mu się wydawało) zaczerniając obustronnie obliczeniami dziesięć kartek papieru. Gdzieś po drodze zauważył, że jedno z poczynionych założeń, wraz z uproszczonymi równaniami Naviera-Stokesa, daje możliwość zbadania szczególnie interesującej rodziny równań różniczkowych cząstkowych. Mimochodem udowodnił nowe twierdzenie. Jeśli to nie dowodzi jego inteligencji, to co mogłoby jej dowieść?
Wtem rozbrzmiał dzwonek. Zaczęto zbierać kartki. Lawrence’owi udało się wynieść brudnopis. Zabrał go do akademika, przepisał na czysto i wysłał do jednego z bardziej przystępnych profesorów matematyki w Princeton, który od razu postarał się o publikację w paryskim piśmie matematycznym.
Kilka miesięcy później Lawrence otrzymał dwa darmowe egzemplarze tego pisma. Był już w San Diego w Kalifornii, na pokładzie dużego okrętu USS Nevada. Okręt miał własną orkiestrę, a marynarka przydzieliła Lawrence’a do gry na dzwonkach, ponieważ testy wykazały, że nie jest wystarczająco inteligentny do innych zadań.
Worek z listami, zawierający wkład Lawrence’a w literaturę matematyczną, przyszedł dosłownie w ostatniej chwili. Jego okręt, wraz z kilkoma siostrzanymi, cumował do tej pory w Kalifornii. Teraz jednak wszystkie zostały skierowane do jakiegoś Pearl Harbor na Hawajach, żeby pokazać Nipom, kto tu rządzi.
Lawrence nigdy tak naprawdę nie wiedział, co chce zrobić ze swoim życiem, ale szybko stwierdził, że posada okrętowego muzyka na pancerniku kotwiczącym na Hawajach, w czasie pokoju, nie jest wcale taka zła. Główna wada: czasem trzeba było siedzieć lub maszerować w upał i wytrzymywać sporadyczne fałsze innych muzyków. Miał mnóstwo wolnego czasu, który wykorzystywał do pracy nad szeregiem nowych twierdzeń z zakresu teorii informacji. Dyscyplinę tę wynalazł i miał prawie na wyłączność jego przyjaciel Alan, lecz wiele szczegółów nadal wymagało dopracowania. Wraz z Rudym i Alanem opracowali ogólny plan: co wymaga jeszcze udowodnienia bądź obalenia. Lawrence pruł przez tę listę jak ścigacz. Zastanawiał się, co porabiają Alan i Rudy w Anglii i Niemczech, ale nie mógł do nich napisać, zachował więc swe prace dla siebie. A kiedy nie grał na dzwonkach i nie pracował nad twierdzeniami, zostawały jeszcze bary i potańcówki. Waterhouse sam trochę popracował penisem, złapał trypra, wyleczył go, kupił prezerwatywy. Wszyscy marynarze tak robili. Jak trzyletnie dzieci, które wtykają sobie ołówek do ucha, odkrywają, że to boli, i więcej już tego nie robią. Pierwszy rok minął mu jak z bicza trzasł. W okamgnieniu. Nie było na świecie bardziej słonecznego i rozleniwiającego miejsca niż Hawaje.


Dodano: 2010-11-23 21:02:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS