NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Sanderson, Brandon - "Droga królów" (twarda okładka)

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka", część 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kroniki Belorskie
Tytuł oryginału: Ведьма-хранительница
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Data wydania: Wrzesień 2010
ISBN: 978-83-7574-191-9
Format: 125 x195 mm
Liczba stron: 264
Cena: 31,00 zł
Seria: Obca Krew
Tom cyklu: 2



Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka", część 2 #2

Orsano, pożycz swój sztylet, wytnę wątrobę i zjem, póki cieplutka.

W leżących na trawie ciemnych, paskudnych bryłkach jakoś szło jeszcze rozpoznać ziemniaki, które wraz z utratą skórki skurczyły się dwukrotnie. Pozostawało jednak zagadką, co Orsana zrobiła ze śledziami. Chyba wyżęła.
– Co to jest? – chmurnie zapytał Rolar, podnosząc za ogon bestialsko umęczoną rybkę.
Z naszych wytrzeszczonych oczu Orsana wywnioskowała, że coś jest nie tak.
– Śledź – odparła ostrożnie i po chwili wahania dodała: – Czyszczony.
– No nie mów... w życiu bym nie zgadł – fałszywie zdumiał się wampir, powoli kręcąc śledziem przed oczyma. Miejscami zwisały z niego płaty skórki z łuskami, miejscami widać było kręgosłup. Mimo to z jakiegoś powodu najemniczka nie pofatygowała się wypatroszyć biedactwa. – A co się stało z ziemniakami? Jeżeli miałaś zamiar je gotować, to dlaczego od razu nie włożyłaś do wody?
– I po co w ogóle było je obierać? – poparłam Rolara. – Upieklibyśmy w popiele albo ugotowali od razu w skórce.
– No to sami ugotujcie. – Najeżyła się Orsana. – Ja nie jestem kucharką. No co za problem, ziemniaki się zrobiły trochę ciemne... W wodzie z powrotem staną się jasne.
– A tym bardziej w węglach – złośliwie przytaknął Rolar. – Czy ty wiesz, ile mnie kosztowało zdobycie tego jedzenia.
– To jeszcze mi powiedz, że dla niego zagryzłeś człowieka. – Orsana przeszła w głuchą defensywę, grzebiąc obcasem po ziemi i sapiąc z oburzeniem. Było widać, że jest zawstydzona i zasmucona smętnym wynikiem kucharzenia nie mniej od nas.
– Nie zagryzłem, ale gdyby gospodyni złapała mnie w swoim spichlerzu... Czy ty pierwszy raz na oczy widziałaś nóż i fartuch? – Wampir, niezaspokojony szczerą skruchą Orsany postępował w jej kierunku, oskarżycielko potrząsając nieszczęsnym śledziem. – Jak ci się udało wyrosnąć na wsi i ani razu nie zajrzeć do kuchni, moja ty córeczko tatusia? Czy ty w ogóle oprócz machania mieczem cokolwiek umiesz?
– A ty nawet i tego nie potrafisz – rzuciła Orsana. – Rzemiosło wojownika to machanie mieczem, a nie sterczenie w kuchni...
– O nie, kochana, i tu się mylisz! – Rolar nakręcał się coraz bardziej. – Prawdziwy wojownik musi umieć gotować, prać, a poza tym obejść się bez jedzenia i snu przez kilka dni. Jedna sprawa, to kiedy możesz sobie pomachać mieczem podczas treningu, aż ci się znudzi, umyć ręce, iść do ogrodu wąchać kwiatki i snuć marzenia o karierze wojowniczki, a zupełnie co innego gdy się wraca do obozu po wielogodzinnej rzezi, z jednego ramienia sterczy ci strzała, z drugiego zwisa śmiertelnie ranny towarzysz i nikt nie czeka na ciebie przy ognisku z miską gulaszu i czystą bielizną. I żeby nie było, o świcie trzeba ruszać z powrotem do walki. „Trzeba”, Orsano, a nie „Mam ochotę”!
Czerwona jak mak dziewczyna żałośnie wykrzywiła wargi, mrugając wilgotnymi oczyma. Sprawa miała duże szanse zakończyć się łzami, ale w tym momencie wampir uniósł rękę, by patetycznie potrząsnąć śledziem i tępi rybi pysk dźwięcznie plasnął Orsanę wprost po twarzy.
– Oż ty... – Podskoczyła najemniczka, celując zaciśniętą pięścią w szczękę Rolara. Wampir zablokował i wykonał unik, lecz Orsana zdołała sięgnąć nogą jego boku. Rozsierdzony Rolar stanął w pozycji bojowej i groźnie przywabił dziewczynę palcem.
Walczyli dobrze, ładnie. Można powiedzieć, że wprost fruwali po polanie, tratując stojące na ich drodze przedmioty. Kociołek z wodą się wywrócił, konie uciekły z polany, a ja schowałam się za drzewem, podziwiając pojedynek. Orsanie lepiej szło atakowanie niż obrona, Rolarowi na odwrót, ale on poruszał się szybciej, tak że siły były mniej więcej wyrównane. Może wampirowi udałoby się wziąć dziewczynę na wyczerpanie albo brutalną siłą, jednak na razie najemniczka nie wykazywała oznak zmęczenia ani nie pozwalała podejść bliżej. Niestety, nie doczekałam się zwycięzcy – przeciwnicy wypuścili parę, po czym demonstracyjnie, nie patrząc na siebie nawzajem, podeszli do ogniska od dwóch różnych stron i w milczeniu zabrali się za sprzątanie, zbierając poniewierające się dookoła ziemniaki i gałęzie.
– Oj, dajcie spokój – spróbowałam pogodzić towarzyszy. – Ziemniaki jeszcze są, a śledzie zaraz skończę obierać i je zjemy. W szkole nie takie rzeczy się jadało. Pamiętam, że kiedyś nawet ugotowaliśmy zupę ze śledzich łbów... Co prawda potem to ciężko odchorowaliśmy...
Oboje prychnęli sceptycznie, ale nie protestowali. Rolar zakopał ocalałe ziemniaki i rozpalił ognisko. Orsana usiadła obok mnie i uważnie obserwowała rozbiór śledzia na czynniki pierwsze.
– Nie przejmuj się tak – powiedziałam miękko. – Gotowanie to nie czarowanie, szczególnego talentu nie potrzeba. Raz zobaczysz i już można uznać, że umiesz. Jeżeli to jedyna rzecz, której nie potrafisz, to ci naprawdę zazdroszczę!
– Wydaje mi się, że mu się nie podobam – szepnęła Orsana, zezując w kierunku Rolara. – Dlaczego on cały czas się mnie czepia?
– A może dokładnie na odwrót, podobasz mu się i dlatego się czepia?
– Podobam się, akurat... Chyba jako zakąska – burknęła. – Na twoim miejscu bym mu nie ufała. Przecież sama opowiadałaś, że wampiry niechętnie obcują z ludźmi, a ten się przyczepił jak rzep do... tego miejsca, na którym się siada. Ciekawe dlaczego? Myślisz, że on nam całą prawdę wyjawił jak na spowiedzi, skoro Len ją przed tobą ukrywał przez ponad dwa lata? Pewnie zmyślił jakąś bajkę o obrządku i o twojej nietykalności jako opiekunki, a gdy tylko przekroczymy granicę Arlissu, dobiorą się nam do skóry, póki się niczego nie spodziewamy... Nawet po nocach nie śpi, boi się, że mu uciekniemy...
– Orsano, nie gadaj bzdur. – Zręcznie pozbawiłam śledzia ości. – Teraz mi jeszcze powiesz, że on chodzi w krzaczki, żeby zostawiać znaki dla skradających się naszym śladem rozbójników.
– Dziś już trzy razy był! A mnie w zasadzie wystarczy raz! I on robił w legionie? Dobrze, ja tam jeszcze rozumiem handel z ludźmi, ale służba w ich wojsku?! Ten typ to minimum szpieg, głowę jestem gotowa dać, że coś przed nami ukrywa... Czego ty się śmiejesz? – Dziewczyna nieco straciła rezon. – Coś nie tak powiedziałam?
– Tak, Orsano, po dwakroć tak.

* * *

Ziemniaki piekły się dość długo, lecz my tego czasu nie zmarnowaliśmy – ja porządkowałam sakwę z eliksirami, Rolar ostrzył miecz, a Orsana ćwiczyła rzucanie sztyletami. Szczególnie efektownie wychodził rzut obiema rękoma naraz – szybkie spojrzenie, odwrócenie się tyłem do tarczy i symetryczny rzut nad ramionami. Nie spudłowała ani razu, sztylety pod kątem zbiegały się w jednym punkcie, tylko drzazgi leciały. Ogiery z zadowoleniem szczypały aromatyczne pędy poziomek, Smołka leniwie rozłożyła się wśród stokrotek i po jednym skubała kwiaty.
– Ona tu bez ciebie jakąś żmijukę sharczyła – poinformowała mnie Orsana, po raz kolejny wyciągając sztylety i wracając do pozycji wyjściowej. – Tyle, że zdążyłam ogon zobaczyć: pręgowany, czarno-rudy, nic, tylko się wił i tłukł ją po pysku.
Kobyła z namysłem beknęła i najbliższe kwiaty zamieniły się w czarne zgliszcza. Orsana miała naprawdę ogromne szczęście, że jej znajomość z małą ognistą salamandrą zakończyła się na etapie wijącego się ogona.
Polana zamieniły się już w ledwie żarzące węgle i Rolar kijem wygrzebał z nich ziemniaki. Bezczelnie złapał największy i zaczął śpiesznie przerzucać w dłoniach, próbując ostudzić.
– Dobra, moje panny, zapraszam! Ostatnia idzie na deser!
Nie musiał nam dwa razy powtarzać, i tak już niecierpliwie krążyłyśmy dookoła ogniska. Niestety, nie zdążyłam nawet rozłamać parującego, parzącego palce ziemniaka, gdy wykryłam, że nasz skromny posiłek obserwowany jest przez rozbójników w liczbie siedmiu, którzy bezgłośnie wystąpili zza drzew i cierpliwie czekali, aż w końcu ich zauważymy. Mało prawdopodobne, że zebrali się tutaj, by życzyć nam smacznego, a i my nie mieliśmy zamiaru rozdawać zaproszeń do stołu, nawet dla tych, którzy przyszli z własnym wiktem.
Wydałam z siebie niewyraźny gardłowy dźwięk.
– Poklepać cię po plecach? – Ze zrozumieniem w głosie zaproponowała Orsana, oblizując zatłuszczone śledziem palce. – Ojej!
Rozbójnicy uznali, że formalnościom stało się zadość, i już otwarcie ruszyli w kierunku ogniska z możliwie nieprzyjaznymi zamiarami, czyli obnażonymi mieczami i wyszczerzonymi w uśmiechach kłami. Rolar, który w jednej chwili znalazł się na nogach w pewnej gotowości bojowej, choć jednocześnie spokojnie kończył przeżuwać śledzia, przyjrzał się im i prawie upuścił miecz:
– Ale to są... wampiry! Kvi serrill t’erri?! Lekk irr, dert kessiell, Lerrevanna!
Rozbójnicy udali, że nie rozumieją i że ze zdrajcami nie mają zamiaru gadać.
– Stanowczo nie wyglądają na syrenki z towarzystwa ochrony śledzi – potwierdziłam. – Ojej, a tego znam! Już go biłyśmy!
Rozbójnik też mnie nie zapomniał.
– Wiedźmę bierzemy żywcem – wycedził przez zęby i po chwili wahania dodał: – A przynajmniej żeby za szybko nie umarła.
Poczułam się mile połechtana i z wdzięcznością pokazałam mu pewien znak ogólnie przyjęty za obraźliwy.
– Wolho, ty się tylko nie denerwuj – błagalnie i nieco nie na miejscu szepnął Rolar. – Postój sobie z boczku, sami sobie poradzimy...
– Proponujesz, żebym usiadła na pieńku i się rozluźniła? – prychnęłam, efektownie przerzucając z ręki do ręki bojowy pulsar.
Prawdę mówiąc, warunki były dla ataku magicznego całkowicie niesprzyjające – wrogowie stali za blisko i to pomieszani z przyjaciółmi, a zaklęcia mogły się odbić od drzew, więc należało je stosować z podwyższoną ostrożnością. To właśnie na wypadek takich sytuacji magowie-praktycy noszą przy sobie miecze. Chociaż ja osobiście wlokłam żelastwo ze sobą wyłącznie pro forma – stosunki pomiędzy nami już od pierwszego treningu były mocno napięte. Ale napastnicy wcale nie musieli o tym wiedzieć.
Wyglądało na to, że ten napotkany wcześniej rozbójnik był szefem całej bandy, a na dodatek popędził wykonywać własny rozkaz w pierwszych szeregach. Orsana rzuciła tęskne spojrzenie w kierunku sterczących z drzewa sztyletów, jednak nie miała czasu, by po nie biec, w związku z czym bitwa zaczęła się od pary ziemniaków, które zalepiły fałszywemu wampirowi oczy. Oślepiony, machnął mieczem, wyminął mnie, potknął się o korzeń i hałaśliwie upadł w krzaki, chwilowo wypadając z gry. Ale pozostali dopilnowali, żebyśmy się nie znudzili – trzy wampiry ruszyły w kierunku Rolara, dwa otoczyły Orsanę, a jeden doszedł do głupiego wniosku, że da radę mnie złapać. Chciałam nagrodzić go za odwagę, lecz z jakiegoś powodu pulsar uciekł w bok i z trzaskiem uderzył w pień drzewa, rozłupując go od połowy aż po sam czubek. Na polanę posypały się dogorywające igły.
– Nawet nie próbuj, wiedźmo – ze złośliwą satysfakcją wycedził rozbójnik, potrząsając ręką i demonstrując mi szeroką grawerowaną bransoletę na nadgarstku. – Twoje wstrętne czary są bezsilne wobec mojego amuletu!
– Fajna sprawa! – zachwyciłam się. – Zamienimy się?
Zerwałam z palca smoczy pierścień i niedbałym ruchem rzuciłam go w kierunku przeciwnika. Ten odruchowo złapał i natychmiast znikł, niestety razem ze swoim amuletem, więc wymiana nie nastąpiła. Pierścionek upadł w przyprószoną popiołem trawę.
– Hej, kochani, komu pomóc? – Podniosłam swoją własność i rozejrzałam się dookoła.
Rozbójnicy przycisnęli Rolara i Orsanę do siebie, a moi przyjaciele nieoczekiwanie odkryli w sobie dryg do współdziałania, z powodzeniem trzymając obronę. Jednego już położyli, kolejny krzyknął coś i cofnął się, przyciskając wolną rękę do rozciętego boku.
Pomocy potrzebował ich szef, który akurat pozbył się kompresu z ziemniaków – podle skoczył mi na plecy, narzucił sznur na szyję i powlókł w kierunku krzaków. Ja zapierałam się i walczyłam, tak że zanim pozwoliłam przydusić się do odpowiednio bezwładnego stanu, rozbójnik musiał się chwilę napocić. Ostatecznemu zwycięstwu zła przeszkodził Rolar, który rzucił się na ratunek. Okazało się, że rozbójnik jednak jest za słaby, by wlec moje smukłe, chociaż swoje ważące ciało w sytuacji, gdy gonił za nim wściekły wampir obciążony wyłącznie mieczem. Wyjątkowo oburzającym sposobem zostałam odepchnięta na bok, i póki ja z kaszlem zwijałam się na ziemi, mało zwracając uwagę na otoczenie, problem rozwiązał się ostatecznie.
– W porządku? – Rolar złapał mnie za ramiona i pomógł usiąść.
Spróbowałam skinąć w odpowiedzi i syknęłam z bólu.
– Względnie. Jak tam Orsana?
Wampir obejrzał się pośpiesznie, ale najemniczka nie potrzebowała pomocy. Sparowała pchnięcie, rozbójnik otworzył się dla bezpośredniego ciosu i natychmiast takowy otrzymał. Orsana puściła rękojeść miecza, obiema rękoma złapała za jelec i przekręciła, jak klucz w zamku. W piersi atakującego coś chlupnęło, z jego ust fontanną trysnęła krew, zachlapując koszulę dziewczyny. Ta wyciągnęła miecz i na ślepo wykonała cios przez ramię, nie bawiąc się w odwracanie do stojącego za plecami przeciwnika. Jej szybkość została wynagrodzona ochrypłym jękiem. Orsana kopnęła zsuwające się ciało, uwolniła miecz i szybko obejrzała się dookoła. Ilość amatorów elfiej stali w okolicy znacznie spadła. A raczej spadała. Ostatni rozbójnik słusznie zauważył, że jeden niewiele może i zanurkował w krzaki, z których natychmiast doleciał nas przenikliwy, zatykający uszy gwizd i oddalający się tętent kopyt. Orsana w zapale rzuciła się za nim, ale odnalazła wyłącznie osiadający kurz i zrytą kopytami ziemię. Drań zdążył odwiązać i przepłoszyć konie nieżyjących towarzyszy, po czym zwiać samemu.
Rolar czubkiem buta przewrócił najbliższego trupa, zajrzał w szkliste oczy, a potem gwałtownie machnął mieczem, jednym ciosem odcinając głowę.
– Jakoś to zbyt łatwo poszło – zauważył, przechodząc do następnego.
– Będziesz mi wmawiał, że to było lekko? – wychrypiałam, obmacując gardło.
Po sznurze pozostało mi długie wąskie oparzenie, pewnie został nasączony jakimś antywiedźmim świństwem. Najpierw bransoleta, teraz to... Trzeba było tym rozbójnikom przyznać – do łapania mnie podeszli poważnie, nawet miejsce odpowiednie wybrali, wszystko uwzględnili... oprócz moich przyjaciół.
Wampir dwoma palcami strącił z ostrza krew, po czym pochylił się i spokojnie wytarł miecz o kurtkę ostatniego pozbawionego głowy trupa.
– Wolho, czasami nie mam nic przeciwko połechtaniu mojej dumy, lecz jeśli mierzyć mnie według wampirzych standardów, to wcale nie jestem jakimś wybitnym wojownikiem. Można nawet powiedzieć, że jestem średni. W walkach z ludźmi wygrywam wyłącznie dzięki wampirzej sile i szybkości reakcji. Powiem ci, że te typki reagowały jak ludzie. No dobrze, może odrobinę szybciej. Ale wyglądali jak wampiry i tak też ich odbierałem. Nic nie rozumiem...
– A może są mieszańcami? – zasugerowałam, z trudem podnosząc się i otrząsając z kurzu.
Z jakiegoś powodu Rolar się skrzywił.
– Nie, ich też bym od razu poznał. – Wampir po kolei oblizał zakrwawione palce i skonkludował: – Nieźle. Czysta płeć, zdrowa krew, w końcu będę miał normalny obiad. Orsano, pożycz swój sztylet, wytnę wątrobę i zjem, póki cieplutka.
Najemniczka nieoczekiwanie pobladła, zgięła się wpół i zwymiotowała.
– Zabierz ode mnie tego kretyna – jęknęła – bo inaczej za siebie nie ręczę!
Rolar, który nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji na swój kolejny dowcip, szczerze zawstydził się i zmartwił.
– Leszy by go wziął, Orsano, ja tylko chciałem podnieść ducha bojowego... Wolho, powiedz jej, że wampiry nie jedzą trupów... tylko żywych... czasami...
Jeżeli pomiędzy duchem bojowym i spazmami żołądka rzeczywiście istniały jakieś powiązania, to Orsana właśnie doświadczała na sobie niebywałego przypływu jednego i drugiego.
– Rolar, przestań się nad nią znęcać – oburzyłam się. – Orsano, przecież już nie pierwszy raz się spotykasz z wampirzym czarnym humorem, czas najwyższy się przyzwyczaić. A tak przy okazji, surowa wątróbka jest szkodliwa dla zdrowia, trzeba ją przez godzinę namoczyć w wodzie, a jeszcze lepiej w mleku.
– Ja wże nie rozumiję, hto z was wąpierz – z trudem wyjąkała Orsana, odwracając się plecami do nas i trupów. – Szob u jego skrzydła powidsychały, a w cebe wyrosły! O cholera...
Musiałam pilnie zabrać ją z polany. Rolar został z tyłu, zbierając ocalałe ziemniaki i wyciągając z drzewa należące do Orsany sztylety.
– A gdzie nasze konie? – spytałam, jak przez mgłę przypominając sobie, że Smołka jako pierwsza nawiała z polany, gdy tylko pojawili się na niej rozbójnicy.
Najemniczka nie odpowiedziała, czuła się tak źle, że pytanie po prostu nie dotarło do jej świadomości.
– Chyba wybiegły na trakt, zaraz przyprowadzę – obiecał wampir, podając mi zapomnianą przy ognisku sakwę.
– Bardzo się przyda. – Otworzyłam jedną z buteleczek, odmierzyłam kilka kropli do flaszki z wodą i podałam Orsanie. – Pij. Malutkimi łyczkami. Po każdym głęboki wdech i powolny wydech.
Pierwszy łyk był najtrudniejszy, potem poszło już lepiej. Do powrotu Rolara najemniczka nawet jeśli nie oprzytomniała ostatecznie, to przynajmniej zauważyła, że siedzi na ziemi, a ziele ma paskudny, zgniły posmak. Skrzywiła się i zwróciła mi flaszkę, po czym podniosła się na nogi.
– Znalazłeś konie?
Wampir z niepokojem pokręcił głową.
– Sądząc ze śladów, ruszyły do Arlissu bez nas.
– No to tyle, z legionem się można pożegnać. – Orsana przygryzła wargę, powstrzymując zbierające się łzy, a może kolejny napływ mdłości. Z tak bladą twarzą spokojnie mogła udawać strzygę albo zombi. Rolar zamierzał powiedzieć coś wrednego na temat nienadawania się pewnych tu zebranych, którego to stanu nie zmienia nawet tabun koni i wóz mieczy, ale spojrzał na dziewczynę i się ulitował.
– Nie przejmuj się, znajdziemy twojego Wianka. Jakieś dwadzieścia wiorst stąd las się kończy, za nim będzie duże pole, z trzech stron otoczone przez Krogań. Rzeka tam akurat zatacza szeroki łuk. Mało prawdopodobne, by nasze wierne, ale tchórzliwe wierzchowce skręciły z traktu czy ruszyły wpław i w tym momencie je złapiemy. A ty jak, żyjesz? Możesz iść?
Orsana wsłuchała się w siebie i niepewnie skinęła głową.
– Wszystko w porządku. Przepraszam, że mnie tak ścięło, ale to moje pierwsze trupy. Znaczy się nie moje, tylko ich, ale przeze mnie... wykonane. A tu jeszcze te odrąbane głowy, krew, wątróbka... Wolho, dawaj szybko tę flaszkę!
– No to moje gratulacje. – Wampir uroczyście poklepał Orsanę po ramieniu tak mocno, aż się zakrztusiła. – Idź dalej tą drogą, tylko weź od Wolhy przepis na eliksir, on ci się jeszcze nie raz przyda.
Taktownie przemilczałam fakt, że samo wyliczenie komponentów wchodzących w skład napitku doprowadziłoby nawet trolla do rozstroju żołądka. Rolar zwrócił się w moim kierunku i natychmiast spoważniał.
– Szkoda, że nie wpadliśmy na to, żeby najpierw z nimi sprawę przedyskutować. Albo przynajmniej nie zgarnęliśmy jednego żywcem w celu odpytania. Bo to jakieś takie nieuprzejme z ich strony nie wprowadzić nas w swoje rozbójnicze plany. Mogli się przynajmniej przedstawić, żebyśmy się teraz nie gubili w domysłach, komu stanęliśmy ością w gardle!
– Może ich przeszukamy? – zaproponowałam.
– Niezły pomysł. Nieco poniewczasie, ale nadal słuszny. Orsano, idziesz z nami? Wytrzymasz?
– Spróbuję – westchnęła najemniczka, zamykając flaszkę, ale jej nie oddając. – Chociaż niczego nie obiecuję!


Dodano: 2010-09-10 18:03:43
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS