NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Gry Nemezis"

Kloos, Marko - "Punkt uderzenia"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Kossakowska, Maja Lidia - "Zbieracz Burz", tom 2 (miękka)
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Zastępy Anielskie
Data wydania: Wrzesień 2010
ISBN: 978-83-7574-215-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 416
Cena: 33,90 zł
seria: Bestsellery polskiej fantastyki
Tom cyklu: 2



Kossakowska, Maja Lidia - "Zbieracz Burz", tom 2 #1

Nie - za - dzwo - ni

Telefon milczał.
Cisza w antykwariacie z każdą uciekającą minutą gęstniała niczym dym. Smog znad pogorzeliska. Paskudny, ciężki swąd zawiedzionych nadziei. Asmodeusz siedział przy biurku, starając się nie wyłamywać palców, nie bębnić po blacie, nie bawić się egipskim skarabeuszem, służącym za przycisk do papierów, a szczególnie nie gapić wyczekująco to na komórkę, to na wielki, czarny przedwojenny aparat ze słuchawką przypominającą osobliwego morskiego ślimaka.
A telefony milczały zawzięcie.
Nie – za – dzwo – ni, stukał w rytm przyspieszonego pulsu złośliwy, uporczywy telegraf przeczucia.
Paskudnego jak pogoda w przeddzień Potopu.
Nie – za – dzwo – ni.
Nie – za – dzwo – ni.
Nie – dzwo – ni.
Nie.
Skarabeusz wyślizgnął się z palców, z łomotem spadł na szklany blat biurka, sztywne płatki papierów posypały się na podłogę, strącona nieopatrznym ruchem komórka rzuciła się w ciemną przepaść między nogami mebla, wciąż milcząca niby bohaterski straceniec.
Nic. Bodaj smsa. Cholera. Niech to Głębia popieści! Na Seta, Nergala, Hedorę i resztę mrocznego tałatajstwa! La dracu! Ftaghn!
No, toś se chłopie poromansował. Nie ma co. Roztoczyłeś wokół oszałamiający opar uroku osobistego. Szczerzyłeś zęby, stawałeś na łbie fikając nogami, robiłeś z siebie żałosnego balona, to teraz masz. Zeżryj, coś wysmażył.
Zrobiłeś tak piorunujące wrażenie, że laska od trzech dni nie może sięgnąć po telefon i wystukać twego numeru. To z braku tchu, pewnie. Normalnie ją zatkało.
Srita, tita, Pan Wielka Tajemnica zaciągnie cię w krzaki, żeby ci pokazać Mitrę. Dobre. Naprawdę dobre. Istny numer na premierę. Tyle że publice chyba się nie spodobało.
Schylił się, podniósł komórkę i ze złością cisnął na biurko.
Hałas obudził widmokota, który spał zwinięty w kłębek na stercie koptyjskich gobelinów. Nefer przeciągnął się, wygiął grzbiet a potem ziewnął potężnie prezentując zęby godne tygrysa.
– Nie przejmuj się. To zła kobieta była. Skocz do Głębi na demonice, a zaraz poczujesz się lepiej. I w dodatku nie musisz płacić, nie? Wszystko twoje.
Zgniły Chłopiec obrócił się gwałtownie. Nie włożył soczewek kontaktowych, więc jego nieludzkie, fiołkowe oczy świeciły niczym dwa złowrogie reflektory. Bliźniacze, nabuzowane furią strumienie zabójczych laserów.
– Zamknij się! – warknął wściekle.
Nefer obojętnie polizał łapkę.
– Czego się wkurzasz? Pocieszyć chciałem. Zamiast zapadać się w sobie jak czarna dziura lepiej byś się ze mną pobawił. Podobno to bardzo odpręża. Trzydzieści minut codziennego igrania z domowym zwierzątkiem zmniejsza o jedną czwartą ryzyko zawału serca albo wystąpienia objawów angina pectoris. A może puchliny kolan? Zapomniałem. Nie ważne. Grunt, że to dobrze i zdrowo. No nie bądź żyła, ciśnij mi suszony łepek polinezyjskiego kanibala. Przecież też ci się chce śmiać, kiedy wepchnięty pod szafę zaczyna kląć i wywracać oczami.
W jednej chwili z Asmodeusza zeszło całe powietrze. Pozostało tylko gorzkie, przytłaczające przygnębienie.
Czego się tak rzucam, pomyślał z niechęcią. Potrzebne mi to? Zadzwoni, nie zadzwoni. Wszystko jedno. Jakoś przeżyję. Za stary jestem na romantyczne porywy otellowskiego gniewu. Za stary i za bardzo przeżarty zdrowym cynizmem Głębianina.
– Idź w cholerę, Nefer. Sprawdź czy cię nie ma w sarkofagu. Albo lepiej, za drzwiami. Od zewnątrz, gdybyś nie zrozumiał.
Kot prychnął.
– Niewdzięcznik! Taka odpłata za moje szczerozłote egipskie serce. W dzisiejszych czasach nikt już nie umie docenić porządnego kota. Wiesz co pisał Herodot o moim rodzinnym, nieodżałowanym Czarnym Kraju? Lud znad Nilu tak ukochał swoje nieocenione kicie, że w razie pożaru domu najpierw ratował dzieci i koty, a dopiero potem resztę dobytku. Rany, gdzie te piękne czasy? Wokół sama, czarna jak przeklęty Anubis, niewdzięczność…
Zgniły Chłopiec spojrzał podejrzliwie na swoje martwe od wieków, domowe zwierzątko.
– Nefer, czyś ty przypadkiem nie dobrał się do flakonika najczystszej ambrozji, co? Tego, który przyjechał wczoraj razem z lekytem białogruntowanym zawierającym resztki duszy Orfeusza i dokerką wydzierganą ze złotego runa przez znudzonego Jazona? Przyznaj się! Obrobiłeś moją najnowszą dostawę greckich artefaktów?!
Widmokot oblizał pyszczek różowym jak plaster szynki językiem.
– Jasne! – oznajmił radośnie – To dziwne blade mleko wychłeptałem co do kropelki! Było nawet niezłe, tylko trochę ciągnęło piwnicą. A czapeczka jest tutaj. Spałem na niej.
Podniósł na jednym pazurku utytłany w kurzu i pajęczoszarawej sierści smutny, bezkształtny woreczek.
Asmodeusz jęknął w duchu.
Super. Mam teraz w firmie pijaną zjawę starożytnego kota i zmarnowany helleński chłam za kupę forsy. A ten cholerny telefon nie dzwoni.
– Drrryń! – powiedział nagle morski ślimak słuchawki.
Mod rzucił się do aparatu.
– Halo? – szepnął bez tchu.
– Pan Markolf? Saturnin Markolf? – spytał mocno schrypnięty męski głos.
Nie, palancie! Pieprzony demon Asmodeusz w wyjątkowo podłym humorze! – miał ochotę wrzasnąć Zgniły Chłopiec, ale zdołał się powstrzymać.
– Antykwariusz. Słucham? – rzucił oschle.
– Bardzo się cieszę – ciągnął ochrypły – Pańskie usługi polecił mi przyjaciel, który nie mógł się nachwalić…
Asmodeusz przestał słuchać.

***

Kiedy jesteś samotnym demonem, na pustej, zimnej, niegościnnej Ziemi, kiedy za towarzystwo masz milczący telefon i nawalonego, widmowego kota, możesz nabrać ochoty, żeby się po prostu upić. I to nie żadnym tam ziemskim sikaczem, tylko porządną, głębiańską gorzałą. Taką, którą potrafi pędzić w chwilach melancholii stary, poczciwy Mefisto. Złotą jak płomień lata, zjadliwą niczym ironia, złą niby twoje własne, demoniczne serce.
Tyle, że właśnie postanowiłeś bawić się w człowieka. Porzucić dom, kumpli, dobrze prosperujący interes i przeprowadzić się z trzaskiem na zapyziałą, biedną, trzecią planetę od Słońca, żeby leczyć swoje urojone neurozy. No bo właściwie po diabła to zrobiłeś? Dla tej biednej, małej ifrytki, którą twoja szanowna mamusia miała fantazję zamordować jakieś trzy czy cztery wieki temu? Daj spokój, stary. Miej tyle uczciwości, żeby przyznać przed sobą, że nie bardzo już pamiętasz, co właściwie widziałeś w tej niby miłości twego życia. No słodka była, i śliczna, i całkiem taka sama jak setki podobnych. Dżinniji, ifrytek, Głębianek, nawet Skrzydlatych, niech Otchłań przetrąci te zimne, napuszone, świętoszkowate gidie.
Ziemianki. No, one przynajmniej są inne. Ostre. Wyraziste. Z charakterem. Różnorodne jak ryby w Jeziorze Płomieni. Nigdy nie wiesz, co złowisz. I czy zdobycz nie odgryzie ci aby palca, śmignąwszy z powrotem w bystre fale życia.
Taa. Cholerne Ziemianki.
Powiedziałeś: „bystre fale życia”? Ty, który pomagałeś Boccacciowi pisać „Dekameron”? Demon z ambicjami literackimi? Rany, chłopie, odstaw tę wódę, bo robi ci z mózgu wodę z zęzy Arki Noego.
Co z tobą właściwie? Dotknął cię kryzys wieku średniego? Przecież masz dopiero kilkaset tysięcy lat. Za wcześnie na takie numery.
Rzuć to w czorty i wracaj do Głębi. Lucek cię potrzebuje. Wygląda na to, że znów wpakuje się w coś cuchnącego. Coś, co przyklei się do niego na dobre parę wieków. Albo na infernalne zawsze.
Wystawiasz jedynego prawdziwego przyjaciela. I to dla kogo? Dla ludzkiej lafiryndy. Tej małej Blanki Krammer, z fryzurą tyfusowego dziecka i oczami jak niebo nad Królestwem.
Dlaczego ona nie dzwoni? Przecież obiecała. Powiedziała na odchodnym: „Odezwę się”. Szlag, a może: „Odezwij się”? Do diabła, do cholery, Mod! Ty idioto! Ty zapijaczony synu pary najgorszych kanalii we wszechświecie! Przypomnij sobie. Co ona, do całego kosmicznego chłamu, powiedziała? No?
Nie pamiętał. Siedział przy biurku, gapił się na własne palce zaciśnięte na szklance i nie pamiętał.
A przepojona melancholią gorzałka Mefistofelesa buzowała mu w głowie jak flara. Dwie pochodnie Kautesa i Kautopatesa. Raz w górę, raz w dół. Życie i śmierć. Śmierć i życie.
Trzeba wybrać.
Warto wybrać.
Naprawdę.
Więc sięgnął po komórkę, teraz, nagle, szybko, zanim odurzające złoto wyparuje, zostawiając tylko smutek i gigantycznego kaca, wybrał numer i czekał. A jego demoniczne, złe serce czekało wraz z nim, zamarłe, nie ośmieliwszy się uderzyć.
– Halo? – powiedział odległy, stłumiony głos.
– Blanka? To ja, Saturnin – nic więcej nie potrafił wykrztusić.
– Saturnin? – powtórzył głos.
I była w nim ulga, i niepokój, i wyczekiwanie, i jeszcze coś, czego Zgniły Chłopiec nie potrafił określić, coś słodkiego, ulotnego i cenniejszego nad wszystkie skarby Ofiru.
A wtedy trzecia planeta od Słońca drgnęła, zawirowała jak karuzela, rozjarzyła się tysiącem świateł, barw i zapachów. Wypiękniała. Naprawdę, otworzyła się jak pąk piwonii. A krew w żyłach demona, który liczył sobie przecież zaledwie kilkaset tysięcy lat znów mogła popłynąć wartko i żwawo. W stronę nadziei. W kierunku życia.

***

To był stary dom. O wysokich oknach i spadzistym dachu. W mansardowe lukarny na strychu wprawiono kolorowe szybki. Kominy wyciągały się ku światłu jak osobliwe pędy. Białe gzymsy wieńczyły framugi, parapety zrobiono z solidnego kamienia, pośrodku litych, drewnianych drzwi tkwiła wykrzywiona gęba kołatki. Ganek rozwierał szeroko ramiona balustrady. Werandę oplatał gąszcz dzikich róż.
Tak, to z pewnością był stary dom, opatulony niczym pledem, zielonym, kosmatym ogrodem.
Dobry dom, żeby w nim żyć i snuć marzenia.
A także, być może, umrzeć. Kiedyś.
Leokadia Welman nie czuła się jeszcze tak wiekowa, żeby o tym myśleć. W każdym razie, nie za często.
Lubiła swoje kwiaty, kominki i bibeloty. Porcelanę, skórzane fotele, sofę z poduchami. Lubiła stylową, ulotną aurę spokoju otaczającą posesję.
Ucieszyła się, gdy w starej szopie, zwanej niegdyś szumnie „domkiem dla gości” zamieszkały koty. Cały klan popielatych jak babie lato zwierzaków o turkusowych i szmaragdowych oczach. Postawiła im zaraz miseczki z mlekiem, karmą i resztkami z kuchni. W końcu ogród był bardzo duży. Nie znalazła powodu, by nie dzielić go z nowymi lokatorami. Przynajmniej szczury się wyprowadzą.
Suczka Funia i kotka Pusia, rezydujące w domu, tak przyrosły do kanapy, że rzadko wychylały nos poza werandę, a w okolice domku dla gości nie zapuszczały się nigdy, więc odpadał problem terytorialnego konfliktu.
No i jeszcze ten sen.
Ten ciepły jak wrześniowe popołudnie, ożywczy sen, po którym Leokadia obudziła się spokojniejsza i weselsza niż zwykle. Przepojona nagłym poczuciem, że nie jest już sama, że w domu pojawił się gość. Łagodny, serdeczny, przyjazny opiekun. Anioł. No pewnie, że anioł. Co z tego, że niski, chuderlawy, biały jak mgła, z włosami przypominającymi rozczapierzonego mopa?
Anioł to anioł. Liczy się sztuka, nie wygląd.
Poza tym miał naprawdę dobre oczy.
– Możemy tu zamieszkać? – spytał, gdy śniła – Tylko na jakiś czas. Na krótko. Postaramy się nie sprawiać za dużo kłopotów.
Usiadła na łóżku, wcale nie skrępowana nocnym negliżem.
– Och, oczywiście. Bardzo się cieszę. Zostań, jak długo chcesz.
Uśmiechnął się i to był także piękny, prawdziwy uśmiech. Taki, jakim tylko anioły potrafią wyrażać radość.
– Dziękuję – powiedział. – To wspaniale. Jestem bardzo wdzięczny. Urządzimy się w szopie na tyłach ogrodu, dobrze?
– Nie, nie! – zaprotestowała – Ty, posłaniec z Nieba, i twoi przyjaciele, kimkolwiek są, powinniście przecież mieszkać w domu. Zaraz przygotuję pokoje.
Potrząsnął głową, nie przestając się uśmiechać.
– Od wieków nie byłem w Niebie, Leokadio. A moim przyjaciołom będzie znacznie wygodniej w szopie. Naprawdę. Dziękuję za gościnę. Pewnie nie zabawimy długo. Do zobaczenia.
Poczuła ukłucie żalu pod mostkiem.
– Nie odchodź! – zawołała.
– Wcale nie odchodzę. Przecież pozwoliłaś mi tu mieszkać – oznajmił poważnie.
A potem rozwiał się jak opar.
Rankiem, szare koty już buszowały po ogrodzie.

***

Unosił się głęboko w wodzie, ciemnej jak butelkowe szkło. Gładkiej, gęstej, ciepłej toni snów i majaków. Gorączki.
Światło znajdowało się gdzieś nieskończenie wysoko, widoczne tylko czasami przez lepki mrok mętnej toni. Były chwile, gdy bardzo chciał wyrwać się ku niemu, popłynąć w górę, zaczerpnąć tchu, wciągnąć w płuca prawdziwe, ożywcze powietrze, a nie tę dławiącą, rozpaloną maź. Były chwile, gdy naprawdę wierzył, że potrafi to zrobić. Ale nie miał siły. Dryfował pod powierzchnią świadomości, niezdolny się ocknąć, poruszyć, otworzyć oczu.
Ciężka woda zalewała go, ciągnęła ku dnu, pełnemu rozgrzanego błota, kleistego mułu i odwiecznych potworów. Gdyby się tam znalazł, już nigdy nie ujrzałby Słońca. Stałby się cieniem wśród cieni. Topielcem w bagnie gorączki.
Nie walczył jednak. Był zbyt słaby, żeby stawiać opór. Trwał, a wokół niego przelewała się mętna przelewały się mętne fale choroby.
Czasem, w brudnozłotej poświacie nad sobą, widział wykrzywioną, szpetną twarz, otoczoną mdłym nimbem żółtego blasku, niczym szyderczą aureolą. Malował się na niej wyraz troski i współczucia. Przypominała odbicie oglądane w wypukłej, metalowej powierzchni. Może misce lub puszce z wypolerowanego metalu. Jedno oko, małe i kaprawe, było tylko wygiętą w łuk szramą, drugie, wyłupiaste, blade, spoglądało cierpliwym, pustym wzrokiem ryby. Pod płaskim nosem otwierały się zdeformowane, bezkształtne usta, przywodzące na myśl otwór wyszarpany w sparciałej, brudnej gąbce. Zajęcza warga odsłaniała pożółkłe, długie jak u nutrii zęby.
Mimo uderzającej brzydoty, istota nie była zła. Nie, z pewnością nie należała do świata koszmarów. Starała się pomóc.
Czuwała nad nim, ta śmietnikowa święta. Nieustanie, spokojnie, łagodnie była obok, żeby odganiać stwory z dna mętnej wody, żeby nie pozwolić mu pogrążyć się w odwiecznej głębinie.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób tego dokonuje, ale wiedział, że po to właśnie została powołana. Aby nie pozwolić mu osunąć się w mrok.
I nie pozwoliła. Bo chociaż brudna, lepka toń wciąż zalewała go do nowa, światła było coraz więcej. Mżyło niewyraźne niczym widoczna przez brudną szybę zapyziała, pokryta strupami martwych much żarówka. Ale wciąż go przybywało. Z każdym dniem przybywało, na kształt zimowego słońca po dniu przesilenia.
Aż wreszcie martwa woda wzburzyła się, zakipiała i wyniosła go na powierzchnię, gdzie była jasność, powietrze i ból, który natychmiast znów pozbawił go przytomności.

***

Rany, jaka ta Ziemia piękna! – myślał Zgniły Chłopiec – Co za fantastyczne miejsce do życia!
Chodniki lśniły po porannym deszczu, kamienice wystawiały na słoneczne promienie świeżo umyte, jasne fasady. Drzewa mrugały srebrem i zielenią liści. Nigdy przedtem nie zauważył ile w mieście jest drzew.
Witryny sklepowe tryskały barwami, szyldy i reklamy wydawały się takie jasne, wesołe. „Kup sobie coś fajnego!” zdawały się zachęcać. Jasne, że zamierzał ich posłuchać. Bo to był właśnie taki dzień. Dzień, w którym warto zrobić sobie przyjemność. I komuś. Komuś bliskiemu. Zafundować mały drobiazg, niespodziankę. Sprawić radość.
Popołudnie otwierało się przed nim niczym lunapark. Wszędzie kręciły się karuzele, fruwały baloniki, a powietrze miało smak cukrowej waty.
Asmodeusz szedł szybkim krokiem, wcale nie kulejąc i uśmiechał się do ludzi. Wyglądali tak rześko, krzepko, serdecznie, gdy mijali go na ulicy. Tacy różnorodni, pełni życia, ciekawi.
Ludzie. Fantastyczne stworzenia. Naprawdę niezły pomysł Jasności.
A kobiety. Dziewczyny! Cholera, ależ ładne są te Ziemianki. Krążą po mieście takie ciepłe, rasowe, ponętne. Prawdziwe. Z mnóstwem wad i słodkich, małych zalet.
Miał ochotę podarować każdej z nich kwiatek. Klejnot. Uśmiech. Błogosławieństwo wcale nie starego, wcale nie złośliwego diabła.
Trzymajcie się ciepło, ludzie – mówił w duchu do mijanych przechodniów – Niech was Mrok ukoi. Bez was jesteśmy tylko bandą zgorzkniałych, stetryczałych, przedwiecznych cieni. Nikim. Duchami z zakisłych zaświatów. Wisimy na was. Żerujemy na blasku bijącym z waszych dusz. A wy wcale tego nie dostrzegacie. Więcej, nie doznajecie żadnego uszczerbku. Jesteście jak mikroskopijne słońca. Prywatne, buzujące mocą solarium Jasności. Piękni, w jakiś niedoskonały, pociągający sposób.
Bawiło go, że w tym śpieszącym dokądś lub snującym się bez celu tłumie nikt nie widzi mnóstwa niematerialnych istot żyjących od wieków na Ziemi.
Zielony dżinn podpierał ścianę, w smagłej dłoni trzymał brzuchaty bukłaczek. Jego złote oczy patrzyły jednak chytrze i czujnie. Kilka śmietnikowych skrzatów starało się dzikimi minami i wrzaskami odpędzić od ciastka, upuszczonego przez jakieś dziecko, syczącą i prychającą chimerę. Skrzydlata w stroju stróża holowała przez jezdnię staruszkę pełznącą przed siebie z uporem żuka toczącego kulkę. Dwa geniusze kłóciły się zaciekle w cieniu zaułka.
Życie. Wszędzie wokół kipiało, kłębiło się, buzowało życie. Ziemskie. Nieskomplikowane. Po prostu fajne.
A demon Asmodeusz, książę Otchłani, Wielki Zwierzchnik wszystkich kasyn i burdeli w Głębi, doradca i osobisty przyjaciel Lucyfera miał teraz tylko jeden problem. Jaki prezent sprawić Blance Krammer? Coś tak trywialnego jak kwiaty i czekoladki odpadało od razu. Biżuterię? Ryzykowne. I także dość pretensjonalne. Lot balonem? A jeśli ma lęk wysokości? Weekend na karaibskiej wyspie? Nie, cholera, na to jednak za wcześnie. To musi być rzecz osobliwa i niezwykła. Fascynująca. W jej stylu. Więc, co do diabła?
Nie miał na razie pojęcia.
Ale to wcale nie psuło mu humoru. Ani trochę.
Przecież do wieczora zostało jeszcze kilka godzin tego cudownego, furkoczącego wokół balonikami i karuzelami szczęścia popołudnia.

***

Daleko, gdzieś na północnym skraju miasta wysoki, smukły, czarnoskóry anioł w skupieniu wdychał powietrze przesycone słabym aromatem dymu z komina. Piękne, szmaragdowo granatowe skrzydła trzymał ciasno złożone na plecach. Głowę miał odrzuconą do tyłu, oczy zamknięte, twarz nieruchomą jak rzeźba z obsydianu. Tylko usta poruszały się bezgłośnie, w monotonnej inwokacji.
W długich szczupłych palcach prawej dłoni obracał sznur zielonkawych paciorków. Lewa ręka wprawiała w ruch obrotową kołatkę. Głuchy, niegłośny klekot brzmiał groźnie, niczym przekleństwa które mogłyby się wydobywać z ust kościotrupa.
Gdyby ktoś zrozumiał, o czym mówi kołatka, zadrżałby. Bowiem Mambea, czarny mag, szpieg i uczeń Razjela, istotnie pytał o radę umarłych. A gdy już ją uzyskał, zaprzestał śpiewnej, niesłyszalnej recytacji, strzepnął dłonie, jakby pozbywał się niewidzialnych kropel i otworzył złociste, lwie oczy. Oczy polującego drapieżcy.
A potem uśmiechnął się.
W tym samym momencie nagrobna płyta, na której stał, pękła z trzaskiem. Lecz Mambea już zeskakiwał na trawę, zwinnie jak żbik.
Opuścił stary cmentarz, nawet się nie odwróciwszy, obojętny jak wiatr, który niesie w sobie odległy swąd spalenizny.


Dodano: 2010-09-04 15:28:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS