NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Sabat Fiction-Fest
Od: 2019-08-16
Do: 2019-08-18

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Harris, Charlaine - "Lodowaty grób"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Harris, Charlaine - "Harper Connelly"
Tytuł oryginału: An Ice Cold Grave
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Data wydania: Lipiec 2010
ISBN: 978-83-7574-284-8
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205 mm
Liczba stron: 320
Cena: 33.00 zl
Rok wydania oryginału: 2007
Seria: Obca krew
Tom cyklu: 3



Harris, Charlaine - "Lodowaty grób" #2

Zadanie dla Xyldy

– Harper?
– Tak?
– Dziwnie na mnie patrzysz. Coś się stało?
– Nie, zamyśliłam się.
– To musiały być niezbyt miłe myśli.
– Uhm.
– Jesteś na mnie zła? Uważasz, że powinienem był sprzeciwić się szeryf?
– Nie sądzę, żeby się to na coś zdało.
– Ja też. To skąd ta mina?
– Jestem zła na siebie.
– To niedobrze, przecież nie zrobiłaś nic złego.
Powstrzymałam westchnienie.
– Ciągle robię coś źle. – Jeśli zabrzmiało to ponuro, cóż, nie mogłam nic poradzić. Zdawałam sobie sprawę, że chcę od Tollivera więcej, niż może lub powinien mi dać. Musiałam ukrywać to przed wszystkimi, a szczególnie przed nim. Byłam zdecydowanie w dołku, a im szybciej z niego wyjdę, tym lepiej.
W drodze powrotnej zadzwoniliśmy do szeryf, prosząc, żeby czekała na nas przed wejściem. Na parkingu przesiedliśmy się do jej samochodu.
– On nie musi jechać – powiedziała Sandra Rockwell, wskazując brodą Tollivera.
– Musi. To nie podlega dyskusji. Wolałabym spędzić godzinę z reporterami, niż jechać gdzieś bez niego.
Spojrzała na mnie ostro, ale wzruszyła ramionami.
– No dobrze, skoro się pani upiera.
Wyjeżdżając z parkingu, manewrowała tak, żeby nie przejeżdżać ponownie przed posterunkiem. Ciekawe, czemu zadawała sobie tyle trudu, żeby zmylić reporterów? Nie potrafi łam jej rozgryźć. Mimo że zjadłam posiłek i chwilę posiedziałam, już na przedmieściach oba urazy zaczęły mi się dawać we znaki. Żałowałam, że torba z lekami została w naszym samochodzie, choć wiedziałam, że nie wzięłabym tabletek przeciwbólowych przed wykonaniem zlecenia.
Nie miałam pojęcia, co by się stało, gdybym zaczęła udawać. Przez chwilę wymyślałam możliwe scenariusze, ale zabawa szybko stała się nudna. Resztę drogi przesiedziałam, opierając czoło o zimną szybę.
– Na pewno da pani radę? – zapytała szeryf niechętnie, kiedy Tolliver pomagał mi wysiąść.
– Miejmy to już za sobą – powiedziałam i ruszyliśmy w stronę grupki mężczyzn stojących przy wrotach niegdyś czerwonej stodoły. Budynek nie był w aż tak opłakanym stanie jak zabudowania przy szlaku, ale między deskami świeciły szpary, farba odłaziła płatami, a całość trzymała się chyba tylko dzięki blaszanemu dachowi. Rozejrzałam się wokół.
Spory kawałek dalej, we frontowej części działki, stał dom, w przeciwieństwie do stodoły bardzo zadbany. A więc właściciel nie był rolnikiem, nie trzymał też trzody. Zależało mu tylko na budynku mieszkalnym i ogródku. Grupka rozstąpiła się, odsłaniając dwóch mężczyzn. Jeden, na oko czterdziestolatek, miał na sobie ciężkie, rozpięte okrycie, a pod nim bluzę i krawat. Był niski, nie wyższy od Doaka Garlanda. Obejmował ramieniem chłopca, może dwunastoletniego. Krępy chłopak miał długie jasne włosy i zdecydowanie mocniejszą sylwetkę niż ojciec. Wydawał się bardzo poruszony, a jednocześnie jakby podekscytowany. Według mnie wiedział, co znajduje się w stodole.
Szeryf wyminęła tę dwójkę, nie przystając, ale zdążyłam przyjrzeć się chłopcu. Wiem, jaki jesteś, pomyślałam. Sądząc po jego minie, czuł, że go rozszyfrowałam. Chyba się trochę przestraszył.
Mój talent umożliwia kontaktowanie się ze zmarłymi, ale od czasu do czasu odbieram sygnały od żywych, którzy wykazują nadmierne zainteresowanie śmiercią. Zwykle tacy ludzie są nieszkodliwi. Wybierają pracę w domach pogrzebowych lub kostnicach.
Chłopiec był jednym z tych, których pociągała śmierć. Nie rozpoznaję ich za często, ale dziecko nie potrafi jeszcze ukrywać uczuć czy tłumić odruchów tak jak dorosły, więc w tym przypadku nie było to trudne. Nie wiedziałam tylko, jaką formę przyjęła jego fascynacja.
Wisząca w stodole żarówka więcej skrywała w cieniu, niż oświetlała. Przestronne wnętrze ziało pustką, jedynie pod tylną ścianą znajdowały się trzy boksy pełne przegniłej słomy. Wyglądały, jakby nikt nie dotykał ich od lat. Poza tym wisiało tu trochę starych narzędzi, na klepisku walały się stare taczki, kosiarka, kilka worków z nawozem do trawy, a w kącie stała piramidka puszek z farbą.
Powietrze było zimne, duszne i nieprzyjemne. Tolliver chyba próbował wstrzymać oddech. Bez sensu na dłuższą metę.
Od razu wiedziałam, że to raczej zadanie dla Xyldy. Powiedziałam to szeryf.
– Co? Chodzi o tę kobietę z pomarańczowymi włosami?
– Tak, wiem, jak wygląda – przyznałam. – Ale posiada prawdziwy dar. A zapewniam, że nie ma tu nic dla mnie.
– Nie ma zwłok? – Trudno było stwierdzić, czy Rockwell czuje ulgę, czy jest rozczarowana.
– Są, to na pewno. Ale nie ludzkie. Wyczuwam tu śmierć, ale jej nie rozpoznaję. Jeśli pani pozwoli, zadzwonię po Xyldę. Jeśli uda jej się odkryć, o co chodzi, może jej pani dać tę część zapłaty przeznaczoną na zlecenie dla mnie.
Rockwell przypatrywała mi się przez chwilę. Chłód wybielił jej twarz. Nawet jej oczy wydawały się jaśniejsze.
– Dobrze – zgodziła się w końcu. – Ale jeśli zrobi z pani idiotkę, pani sprawa.
Xylda i Manfred dotarli na miejsce dość szybko, biorąc pod uwagę okoliczności. Xylda miała na sobie sfilcowany tartanowy płaszcz, a jej długie płomiennorude włosy tworzyły chaotyczną szopę. Xylda była tęgą kobietą, która swoje okrągłe oblicze obfi cie zdobiła pudrem i szminką. Całości obrazu dopełniały grube pończochy uciskowe oraz mokasyny. Manfred naprawdę kochał babkę – większość młodzieńców w jego wieku za nic w świecie nie pokazałaby się publicznie z takim zjawiskiem.
Xylda nie przywitała się z nami, w ogóle zignorowała naszą obecność. Od razu pokuśtykała do środka, podpierając się laską. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy ostatnio już potrzebowała podpory. Manfred podtrzymywał ją lekko w pasie, jakby w obawie, że w każdej chwili może upaść.
Xylda wskazała laską na niewielkie wybrzuszenie klepiska, a potem zamarła. Mężczyźni oraz chłopiec, którzy weszli do stodoły, patrzyli na Xyldę drwiąco, niezbyt dyskretnie czyniąc komentarze na jej temat. Teraz jednak ucichli, a kiedy Xylda przekręciła głowę, jakby nasłuchiwała, wiszące w powietrzu napięcie zgęstniało niemal namacalnie.
– Zamęczone zwierzęta – stwierdziła krótko i z wielką, jak na starszą, schorowaną kobietę, werwą okręciła się, wymierzając oskarżycielsko laskę w chłopca. – Torturujesz zwierzęta, ty mały sukinsynu
– Xylda wyrażała się dość bezpośrednio. – Wykrzykują twoje winy – ciągnęła dalej monotonnym głosem. – Twoja przyszłość napisana jest krwią.
Chłopiec wyglądał, jakby lada moment miał dać nogę, przytłoczony tym ciężkim, świdrującym wzrokiem. Nie dziwiłam mu się.
– Synu! – zaczął drobny mężczyzna w wielkim płaszczu. Spoglądał na syna z rozdzierającym serce powątpiewaniem. – Czy to, co mówi ta kobieta... czy to prawda? Byłbyś zdolny do czegoś takiego?
– Tato! – jęknął chłopak błagalnie, jakby ojciec mógł powstrzymać to, co miało nastąpić. – Nie pozwól im na to.
Tolliver objął mnie w pasie.
Mężczyzna potrząsnął lekko chłopcem.
– Musisz im powiedzieć.
– Było już ranne – szepnął chłopiec. – Tylko patrzyłem, jak umiera.
– Kłamiesz – wychrypiała Xylda głosem ociekającym odrazą.
Potem sprawy potoczyły się lawinowo.


Dodano: 2010-06-28 15:39:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"


 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS