NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści" (oprawa twarda)

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka", część 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kroniki Belorskie
Tytuł oryginału: Ведьма-хранительница
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Data wydania: Czerwiec 2010
ISBN: 978-83-7574-187-2
Format: 125 x 205 mm
seria: Obca Krew



Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka", część 1 #2

W. Redna idzie na staż

Zmusiłam mój głodny mózg do pracy i zdecydowałam się zjeść śniadanie w „Wesołym Bysiu”. Dodałam sobie rześkości garścią wody, ubrałam się, zaczarowałam drzwi, narysowałam w dolnym rogu framugi klucz - runę dla Welki i, pogwizdując, zbiegłam po schodach na pierwsze piętro. A tam czekała na mnie zasadzka.
Mistrz wynurzył się zza rogu tak nieoczekiwanie i bezgłośnie, że ledwie zdołałam powstrzymać się przed odpędzającym biesy egzorcyzmem. Standardowe „dzień dobry” nie wystarczyło, arcymag z właściwą sobie bezpośredniością złapał mnie za nadgarstek, nie pozwalając się wyminąć.
– Wolho! Jesteś mi potrzebna! Chodź ze mną do gabinetu.
Nie pisnąwszy słówka sprzeciwu, pokornie powlokłam się za nim – a raczej za swoją wyciągniętą ręką. Amulet Lena, który chronił mnie przed nieupoważnionym czytaniem myśli, wisiał na mojej szyi, a dzięki wieloletnim doświadczeniem z telepatią, mistrz takowego nie potrzebował. W związku z czym męczyła nas ciekawość: Czego on znowu chce?! Jak jej się to udało?!
Jednak, o dziwo, tematem naszej rozmowy okazał się być wcale nie egzamin. A przynajmniej nie na początku. Mag zatrzasnął drzwi gabinetu, skinął głową w kierunku jednego z krzeseł, a sam przeszedł na drugą stronę biurka, ale nie usiadł. Stanął obok, opierając się rękoma o wytarty dębowy blat, i troskliwym, acz przenikliwym głosem, na dźwięk którego aż mnie zmroziło, zapytał:
– Czy już zastanawiałaś się nad przyszłością?
Wyobraziłam całą sobą głęboki namysł, lecz udało mi się tylko solidnie wykrzywić twarz.
– Nie rób z siebie błazna – ofuknął mnie mistrz, swoim zwyczajem ściągając brwi. – Twoja edukacja się skończyła. Pozostał staż. Gdzie masz zamiar go robić?
– Oczywiście, że w Dogewie! – odparłam zdziwiona, zaczynając martwić się już na poważnie.
– Nawet o tym nie myśl – uciął.
– A to niby dlaczego? – Oburzona, zerwałam się z krzesła i złożyłam dłonie po przeciwnej stronie biurka.
– Chce pan powiedzieć, że nie dostał z Dogewy zapytania o młodego specjalistę?
Mistrz zmieszał się zauważalnie, ale nadal patrzył mi prosto w oczy:
– Zamówienia złożone przez inne państwa są przez Szkołę rozpatrywane w ostatniej kolejności i tylko przy braku wewnętrznych wakatów.
– A dla mnie mają najwyższy priorytet! – Nie chciałam się poddać, w zapale waląc pięścią w biurko. – Bo co? Że niby znaleźli się chętni dla moich specyficznych talentów?
– Jest wolny etat na dworze – krótko wyjaśnił mistrz.
– Na jakim znowu dworze?
– Oczywiście, że królewskim. – Mag zabrał ręce ze stołu w obawie, że następny cios trafi w jego dłoń. – Dorost przeszedł na emeryturę, król potrzebuje nowego
maga.
– No i co z tego?
– Poleciłem ciebie.
– Po co? – spytałam bez krzty nadziei, myśląc o tym, że póki co rekomendacje mistrza działały wyjątkowo na moją niekorzyść.
– Nie zadawaj głupich pytań. Jesteś najlepszą absolwentką, jedyną kobietą na wydziale magii praktycznej... Do tego dosyć pociągającą. – Mistrz zakasłał ze skrępowaniem i natychmiast spoważniał. – Moim zdaniem po prostu idealna kandydatka.
– I wcale nie mniej idealna dla Dogewy. Tym bardziej, że w odróżnieniu od króla, mój „pociąg” interesuje Lena w ostatniej kolejności.
– Jesteś tego taka pewna? – sarkastycznie zapytał mistrz i natychmiast wylał na moją głowę swój słuszny gniew. – Durne brednie! Każdej innej babie można nie dać jeść, tylko żeby miała okazję pokazać się na dworze, a ta nosem kręci! No jakie ty masz w tej Dogewie perspektywy? Najważniejsze w naszej pracy to stworzyć sobie odpowiednią renomę. Jeżeli magiczka podczas rozmowy kwalifi kacyjnej tak sobie niedbale rzuci:
„A w czasie moich praktyk na dworze...”, pracodawca aż podskoczy z zachwytu. A razem z nim podskoczy honorarium. A teraz wyobraź sobie, że w twoim zwoju pracy jako pierwsza pozycja występuje Dogewa. To podziękuj, jeśli skończy się kopem w tyłek, bo można i na pal trafi ć!
– A dlaczego ja w ogóle mam szukać pracy, jeśli w Dogewie czeka na mnie stała posada?
Mistrz zapatrzył się na mnie z nieudawanym zdumieniem i przerażeniem:
– I ty się zgadzasz spędzić resztę życia w wampirzej melinie?
– Lepsza ich melina niż królewski dwór! – zawrzałam.
– Plotki, intrygi, tanie sztuczki i stuprocentowo skuteczne trucizny sprzedawane bez recepty, zgodnie z jego najwyższą wolą! Gdzie są przygody, które przejdą do legend, wierni przyjaciele, z poznania których można być dumnym, czyny, o których nie wstyd opowiedzieć dzieciom?! Lepiej, żebym już machała mieczem na drodze!
– A pakuj ty się w przygody, ile chcesz! – wydarł się mistrz, nieoczekiwanym rzutem odzyskując kontrolę
nad biurkiem. Ledwo co zdążyłam odskoczyć do tyłu. – Tylko skończ staż, stwórz sobie tyły, jakieś oparcie w życiu, żeby kiedy będziesz wracać z podbitym okiem, miała dokąd! Żeby nie zostać zupełnie z niczym, jak pogonisz na łeb na szyję za zamkiem na lodzie! Popracuj jako dworska magiczka, wyrób sobie imię, zaoszczędź parę groszy, urządź sobie dom, a potem baw się w bohaterkę, ile dusza pragnie!
Trzeba przyznać, że w jego słowach była sporo gorzkiej prawdy. Zostawiając Szkołę, miałam przy sobie dyplom, wyprawkę w postaci dwudziestu kładni i konia, którego musiałam jeszcze spłacić.
– Konia bez stażu nie dostaniesz – mściwie dorzucił mistrz, dokładnie przewidując tok moich myśli. – Kupiony za uczelniane pieniądze. Lewituj sobie na miotle jak ostatnia wiedźma.
– Ale to mój koń! – zaprotestowałam. Nową kobyłę dostałam rok temu zamiast Stokrotki, która zaginęła gdzieś na mokradłach. Myszata Wiewiórka nie miała żadnych szczególnych zalet, ale była lepsza niż nic.
– Koń jest własnością Szkoły i dostałaś go do czasowego, zauważ, czasowego użytku! Zastanów się, co takiego złego jest w dworskim życiu? Szacunek, niewymagająca praca, wysoka płaca, trzypokojowe apartamenty w pobliżu królewskiej sypialni. Skończysz staż i za jakieś dwa lata wykupisz tę swoją Wiewiórkę, a póki co możesz...
– Dwa lata sypiania w pobliżu króla?! A co, gdy on nabierze zwyczaju pukania nocą do moich drzwi?
– To nie otwieraj – poważnie doradził mistrz. – Popuka sobie, popuka i pójdzie precz.
– Pójdzie, już to widzę! Chyba tylko po strażników i taran!
Powód do oburzenia jak najbardziej miałam. Trzecim problemem Belorii, po tradycyjnych durniach i drogach, był jej król Naum, który objął tron jakieś siedem lat temu i od tego czasu zdołał zjednać sobie wyjątkową wręcz niechęć całego narodu belorskiego. Szczęśliwie dla Nauma, naród mu się trafi ł cierpliwy i pobłażliwy, traktujący wszystkie fanaberie monarchy jak zło konieczne. W dowolnym innym królestwie już dawno zostałby on otruty, a w najlepszym razie z hukiem wyleciał z pałacu. Natychmiast po zajęciu tronu Naum rozpoczął swoją karierę zawodową od ataku na sąsiednie państwo – Winessę. Tam ucieszono się z obecności jego osoby jeszcze mniej niż u nas i zgotowano zbrojne powitanie. Król zapłacił okup w postaci solidnego kawałka granicznych terytoriów, zasmęcił się i podniósł podatki, żeby zrekompensować sobie utratę dochodów z kopalni miedzi (które to kopalnie Winessa otrzymała razem z terytoriami). Zwykli ludzie, którym w sumie było wszystko jedno, na kogo harują, porównali minimum życiowe Belorii i Winessy, i jako że ta ostatnia wypadła znacznie lepiej, zebrali swój nędzny dobytek i zaczęli powoli emigrować. W końcu miejsca w ich nowej ojczyźnie znalazło się teraz pod dostatkiem.
Król szybko obniżył podatki, jednak to zaszkodziło jeszcze bardziej – nie mając pojęcia, czego oczekiwać po nieprzewidywalnym monarsze i zwyczajowo spodziewając się najgorszego, chłopi poczęli uciekać do Winessy całymi tłumami. Gospodarka zachwiała się w posadach, ale szczęśliwie dla Nauma, Starmin zalały fale uciekinierów z Atrii, niewielkiego królestwa na północy, na którego tronie zasiadał nie mniej durny władca. Nie zdążyli nawet zadomowić się w nowym miejscu, kiedy Naum, który w tym czasie odzyskał pewność siebie, ponownie podniósł podatki, co spowodowało, że nowo przybyli bez chwili wahania poszli w ślady rodowitych mieszkańców. A poza tym to Naum zarządził reformę monetarną (dzięki której cena belorskiego kładnia spadła dwukrotnie), wymyślił prawo dotyczące kościelnych ziem (z błogosławieństwa archipatrona, głównego belorskiego kapłana, Naum poddany został ogólnej anatemie, którą po trzykroć ogłaszano codziennie we wszystkich świątyniach), wprowadził i prawie natychmiast zniósł prawo pierwszej nocy poślubnej (z racji katastrofalnego wzrostu zachorowań na choroby weneryczne), wymyślił dodatkowy podatek od koni (na skutek którego biedne stworzenia masowo padły ofi arą epidemii), a oprócz tego popełnił mnóstwo innych, wcale nie mniej sławetnych czynów, które wpędziły wszystkich myślących ludzi Starminu w głęboki smutek.
Z wyraźnym naciskiem wyłożyłam mistrzowi swoje uczciwe zdanie o pracodawcy i natychmiast miałam okazję poczuć na sobie wszystkie uroki blokady psychosomatycznej. Nie mogłam poruszyć nawet palcem, a mistrz biegał po gabinecie, ze wzburzeniem powiewając brodą, i wznosił ręce do sufi tu, jak gdyby przywołując Wyższy Rozum do podziwiania mojej głupoty – że niby magiczka nie ma prawa marzyć o niczym innym, jak o mieszkaniu w pałacu i spełnianiu królewskich zachcianek.
– Gdy dożyjesz moich lat, zrozumiesz, że chciałem dla ciebie tylko dobrze!
– A jeśli nie dożyję? – Deaktywacja zaklęcia zajęła mi tylko kilka chwil, czego mistrz zupełnie się nie spodziewał: zamilkł w pół słowa i z wyrazem zaskoczenia na twarzy odwrócił się w moim kierunku.
– Tak szybko poradziłaś sobie z neutralizacją?!


Dodano: 2010-06-24 17:28:46
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS