NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" (2019)

Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Niven, Larry - "Pierścień"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Świat Pierścienia
Tytuł oryginału: Ringworld
Tłumaczenie: Patryk Sawicki
Data wydania: Czerwiec 2010
Wydanie: III
ISBN: 978-83-7590-052-1
Oprawa: twarda
Format: 125 x 200 mm
Liczba stron: 360
Cena: 45,90 zł
Rok wydania oryginału: 1970
Wydawca oryginału: Ballantine Books
Tom cyklu: 1



Niven, Larry - "Pierścień" #1

Rozdział 1
Louis Wu

Louis Wu zmaterializował się w samym sercu tętniącego nocnym życiem Bejrutu, w jednym z rzędów publicznych kabin teleportacyjnych.
Jego długi na stopę warkocz lśnił bielą sztucznego śniegu. Skóra i krótko przycięte włosy na głowie mieniły się odcieniami żółci i chromu, tęczówki oczu błyskały złotem, zaś na soczystą niebieską szatę nałożył hologram złotego smoka. W chwili przybycia uśmiechał się szeroko, ukazując perliste, doskonałe, a jednocześnie idealnie standardowe uzębienie. Uśmiechał się i machał dłońmi. Uśmiech jednak już zaczynał się rozmywać i chwilę później zniknął, a obwisła twarz przybysza upodobniła się do nadtopionej gumowej maski. Louis Wu zaczynał się starzeć.
Przyglądał się przez chwilę przepływającym obok mieszkańcom Bejrutu: przybywający z nieznanych miejsc ludzie materializowali się w kabinach, tłumy mijały obserwatora wędrując pieszo po wyłączonych na noc chodników. Potem zegary zaczęły wybijać dwudziestą trzecią. Louis Wu wyprostował się i ruszył dołączyć do świata.
W Resht, gdzie jego przyjęcie właśnie rozkręcało się na całego, był już ranek po jego urodzinach. Tutaj, w Bejrucie była godzina wcześniej. W przytulnej restauracji położonej na świeżym powietrzu Louis zachęcając śpiewaków do wykonywania arabskich i międzygwiezdnych pieśni zamówił kilka kolejek raki. Przed nadejściem północy udał się do Budapesztu.
Czy goście zdali sobie sprawę, że opuścił własne przyjęcie? Musieli uznać, że wyszedł z jakąś kobietą i wróci za kilka godzin. Ale Louis Wu oddalił się sam, teleskokami wymykając się strefie północy, z depczącym mu po piętach nowym dniem. Dwadzieścia cztery godziny to stanowczo za mało, żeby uczcić swoje dwusetne urodziny.
Poradzą sobie bez niego. Przyjaciele Louisa potrafili o siebie zadbać. W tej kwestii miał niezwruszone zasady.
W Budapeszcie czekało na niego wino i akrobatyczne tańce, tubylcy, którzy tolerowali go jak nadzianego turystę, oraz biorący go za bogatego tuziemca turyści. Tańczył i pił wino, po czym odszedł przed północą.
W Monachium udał się na spacer.
Powietrze było ciepłe i czyste, co pomogło mu oczyścić głowę z zasnuwających ją winnych oparów. Szedł po jasno oświetlonych chodnikach, dodając własne tempo do ich standardowej prędkości dziesięciu mil na godzinę. Przyszło mu do głowy, że każde miasto na świecie ma swoje chodniki, i wszystkie one poruszają się z dokładnie taką samą prędkością.
Ta myśl była nie do zniesienia. Nie była niczym nowym, ale po prostu nie mieściła się w głowie. W nagłym przebłysku zrozumienia Louis Wu zobaczył jak bardzo Monachium przypominało Kair i Resht… i San Francisco, i Topekę, i Londyn, i Amsterdam. Sklepy ciągnące się wzdłuż chodnika sprzedawały te same produkty we wszystkich miastach na świecie. Wszyscy obywatele. którzy mijali go tego wieczoru, wyglądali podobnie, i tak samo się ubierali. Nie byli to Amerykanie, Niemcy czy Egipcjanie, lecz zwykli przeciętni obywatele.
Było to efektem, jaki na niewyczerpanej różnorodności ziemskich kultur wywarły trzy i pół stulecia korzystania z kabin teleportacyjnych. Pokrywały świat siecią natychmiastowych podróży. Sydney od Moskwy dzieliła jedynie chwila i moneta o nominale dziesięciu starów. Jak można było przewidzieć, na przestrzeni wieków miasta zlały się ze sobą, aż nazwy miejsc stały się jedynie reliktami przeszłości. San Francisco i San Diego były północną i południową granicą jednego rozciągającego się wzdłuż całego zachodniego brzegu Pacyfiku miasta. Ale ilu ludzi tak naprawdę wiedziało, który koniec jest który? Ostatnimi czasy, żałośnie mało.
Pesymistyczne myślenie jak na kogoś, kto skończył dwieście lat.
Ale stapianie się miast było faktem. Louis sam obserwował ten proces. Wszystkie absurdy danego miejsca i czasu oraz zwyczajów, zlały się w jedno wielkie racjonalne, ogólnoświatowe Miasto, rozpełzające się po całej planecie niczym mętna szara papka. Czy ktoś dzisiaj mówił po niemiecku, angielsku, francusku, albo po hiszpańsku? Wszyscy używali wspólnego. Style tatuażu zmieniały się w jednej chwili na całym świecie, niczym za sprawą wielkiej spiętrzonej fali.
Może czas na kolejny Urlop? Polecieć gdzieś w nieznane, samotnie na pokładzie jednoosobowego statku, gdzie nie będzie musiał maskować koloru skóry, oczu i włosów, z bujną brodą na twarzy…
- Pogięło cię – mruknął do siebie Louis. – Właśnie wróciłeś z Urlopu.
Dwadzieścia lat temu.
Nieubłaganie zbliżała się północ. Louis Wu znalazł kabinę teleportacyjną, wsunął w szczelinę kartę kredytową i wybrał Sewillę.
Wyłonił się w pokoju skąpanym w świetle słońca.
- Co jest, niemżas? – zdziwił się, mrugając oczami. Coś musiało nawalić w kabinie. W Sewilli nie powinnien być teraz dzień. Louis Wu odwrócił się, żeby ponownie wybrać adres, i zamarł.
Za oszklonymi drzwiami znajdował się całkowicie anonimowy pokój hotelowy – sceneria była tak prozaiczna, że jeszcze podwajała wstrząs towarzyszący odkryciu jego lokatora.
Na środku pomieszczenia zwrócone do niego znajdowało się coś, co nie było ani człowiekiem, ani humanoidem. Stało na trzech nogach i przy pomocy dwóch płaskich głów umieszczonych na giętkich, smukłych szyjach przypatrywało się Louisowi Wu. Zdumiewając stwór pokrywała biała i miękka niczym rękawiczka skóra, ale pomiędzy szyjami istoty wyrastała gęsta, szorstka brązowa grzywa, która ciągnęła się ku tyłowi wzdłuż kręgosłupa, żeby zakryć intrygująco wyglądający staw biodrowy tylnej nogi. Dwa przednie odnóża były szeroko rozstawione, tak że małe, szponiaste kopytka istoty tworzyły prawie idealny trójkąt równoboczny.
Louis pomyślał, że istota jest zwierzęciem z odległej planety. W tych płaskich głowach nie było miejsca na myślący mózg. Ale potem zauważył garb wznoszący się pomiędzy podstawami szyi w miejscu, gdzie grzywa przechodziła w gęste ochronne futro… i wtedy jego umysł rozjaśniło wspomnienie sprzed osiemnastu dekad. To był lalkarz, lalkarz Piersona. Mózg i czaszka tego osobnika znajdowały się pod garbem. Istota nie była zwierzęciem – miała inteligencję dorównujacą ludzkiej. Jej oczy, osadzone w głębokich kostnych oczodołach po jednym na każdą z głów, wpatrywały się w Louisa Wu z dwóch różnych kierunków.
Louis spróbował otworzyć drzwi. Zamknięte.
Nie był zamknięty, a odcięty. Mógł wybrać adres i zniknąć. Ale nawet o tym nie pomyślał. Nie każdego dnia spotyka się lalkarza Piersona. Ów gatunek zniknął ze znanej przestrzeni, zanim Louis Wu przyszedł na świat.
- Czy mogę jakoś pomóc? – zapytał Louis.
- Możesz – odpowiedział obcy głosem, który pobudził wizje godne napalonego nastolatka. Gdyby Louis miał sobie wyobrazić kobietę posługującą się tym głosem, byłaby to Kleopatra, Helena Trojańska, Marilyn Monroe i Lorelei Huntz w jednym.
- Niemżas! – Przekleństwo zabrzmiało wyjątkowo na miejscu. Nie ma sprawiedliwości! Żeby taki seksowny głos należał do dwugłowego obcego nieokreślonej płci!
- Nie obawiaj się – powiedział obcy. – Wiedz, że uciec możesz w razie potrzeby.
- Na studiach widziałem wizerunki istot podobnych do ciebie. Odeszliście dawno temu… a przynajmniej tak się nam wydawało.
- Kiedy mój gatunek umknął ze znanej przestrzeni, nie dołączyłem do nich – odpowiedział lalkarz. – Pozostałem na miejscu, gdyż byłem potrzebny tutaj.
- Gdzie się ukrywałeś? I gdzie, do diaska, jesteśmy?
- Przejmować się tym nie musisz. Czy ty jesteś Louis Wu MMGREWPLH?
- Znasz mnie? Chodziło ci konkretnie o mnie?
- Tak. Wiemy, jak manipulować siecią teleportacyjną tego świata.
Louis zdał sobie sprawę, że rzecz była do zrobienia. Łapówki pochłonęłyby małą fortunę, lecz dałoby się to zrobić. Ale…
- Dlaczego?
- Wyjaśnienie tego może zająć trochę czasu…
- Wypuścisz mnie?
Lalkarz na chwilę się zamyślił.
– Podejrzewam, że to nieuniknione. Jednakże dowiedz się, że jestem chroniony. Gdybyś chciał mnie zaatakować, moje uzbrojenie cię powstrzyma.
Louis Wu sarknął z niesmakiem.
– Dlaczego miałbym to zrobić?
Lalkarz milczał.
- A, już pamiętam. Jesteście tchórzami. Cały wasz system etyczny oparty jest na tchórzostwie.
- Sąd niesłuszny, ale niech tak zostanie.
- Cóż, mogło być gorzej – przyznał Louis. Każdy rozumny gatunek miał swoje dziwactwa. Z pewnością łatwiej będzie dogadać się z lalkarzami, niż z gruntu paranoicznymi trinokami, kzinami o morderczych instynktach, bądź też niemrawymi grogami z ich… co najmniej niepokojącymi substytutami rąk.
Widok lalkarza otworzył furtkę na strych pełen zakurzonych wspomnień. Były tam głównie dane o lalkarzach i ich handlowym imperium, poprzednich kontaktami z ludzkością, równie nagłym, co zaskakującym zniknięciu, lecz pomieszane z nimi były inne: smak pierwszego tytoniowego papierosa, jakim zaciągnął się Louis, obecność klawiszy maszyny do pisania pod niezdarnymi, niewyćwiczonymi palcami, listy słówek wspólnego, które należało zapamiętać, brzmienie i posmak angielskiego, wątpliwości i zażenowania najmłodszych lat. Prowadził badania nad lalkarzami, kiedy studiował historię na uniwersytecie, a potem zapomniał o nich na sto osiemdziesiąt lat. To zadziwiające, że ludzka pamięć przechowuje takie detale!
- Cóż, żeby nie nadwerężać twojego poczucia bezpieczeństwa, zostanę w kabinie – odezwał się do lalkarza.
- To niemożliwe. Musimy się spotkać.
Zbite i poskręcane pod kremową skórą mięśnie lalkarza zdradzały, że jest on jednym kłębkiem nerwów. Potem drzwi prowadzące do kabiny transferowej otworzyły się z charakterystycznym cmoknięciem. Louis Wu wszedł do pomieszczenia.
Lalkarz cofnął się o kilka kroków.
Louis opadł na krzesło, bardziej ze względu na lalkarza niż swój komfort. W pozycji siedzącej będzie wyglądał mniej groźnie. Było to standardowe siedzisko, automatycznie dopasowujące się do kształtu siedzącego, zaprojektowane wyłącznie dla ludzi. Louis wyczuł teraz lekką woń, przypominającą mu mieszaninę przypraw i medykamentów, całkiem zresztą przyjemną.
Obcy usadowił się na zgietej tylnej nodze.
– Pewnie zastanawiasz się, dlaczego cię tu sprowadziłem. Nie obędzie się bez wyjaśnień. Co wiesz o moim gatunku?
- Od czasu moich studiów minęło sporo czasu. Mieliście imperium handlowe, prawda? Jak to lubimy mówić, znana przestrzeń kosmiczna była zaledwie jego częścią. Wiedzieliśmy, że waszymi kontrahentami są trinokowie, a my spotkaliśmy ich dopiero dwadzieścia lat temu.
- Tak, prowadziliśmy interesy z trinokami. Z tego co pamiętam, w dużej mierze za pośrednictwem robotów.
- Władaliście imperium handlowym o co najmniej tysiącletniej tradycji i ciągnącym się przynajmniej tuziny lat świetlnych. A potem nagle wszyscy co do jednego odeszliście. Porzuciliscie wszystko. Dlaczego?
- Czy możliwe, że zostało to zapomniane? Uciekliśmy przed eksplozją jądra galaktyki!
- Wiem o tym. – Louis mgliście pamiętał, że to właśnie obcy odkryli reakcję łańcuchową supernowych w samym centrum galaktyki. – Ale dlaczego uciekać już teraz? Słońca jądra przekształciły się w supernowe dawno temu, ale fala uderzeniowa nie dotrze tu przez następne dwadzieścia tysięcy lat.
- Ludzie – skomentował lalkarz – nie powinni być pozostawieni samym sobie. Tylko zrobicie sobie krzywdę. Czy nie zdajesz sobie sprawy z niebezpieczeństwa? Radiacja towarzysząca fali wybuchu uczyni cały ten obszar galaktyki niezdatnym do życia.
- Dwadzieścia tysięcy lat to kupa czasu.
- Anihilacja za dwadzieścia tysięcy lat ciągle pozostaje anihilacją. Mój gatunek ewakuował się w kierunku Obłoków Magellana. Ale część z nas została, w razie gdyby migracja lalkarzy zetknęła się z innym niebezpieczeństwem. Właśnie tak się stało.
- Och? Jakim niebezpieczeństwem?
- Na razie nie jestem upoważniony do odpowiedzi na to pytanie. Ale możesz spojrzeć na to. – Lalkarz sięgnął po coś na stole.
Cały czas zastanawiający się, gdzie lalkarz ma ręce, Louis zorientował się w tym momencie, że funkcję pełniły usta.
Swoją drogą, kiedy lalkarz delikatnie sięgał, żeby podać Louisowi hologram, szybko zdał sobie sprawę z tego, że były to całkiem sprawne chwytaki. Szerokie, gumowate usta rozciągały się poza granicę uzębienia. Były suche niczym palce człowieka, jak również wykończone małymi palcopodobnymi guzkami. Za kwadratowymi zębami Louis dostrzegł szybko poruszający się rozwidlony język.
Skoncentrował się na otrzymanym hologramie.
W pierwszej chwili widział przypadkową zbieraninę danych, ale wpatrywał się w niego cierpliwie, czekając na pełną wizualizację. Pojawił się mały, intensywnie niebieski dysk który mógł być słońcem typu G0, K9 lub K8, z płaską cięciwą znaczącą mroczną, prostą krawędź. Ale jarzący się obiekt nie mógł być słońcem. Częściowo za nim, na tle czarnej otchłani kosmosu, widniała jasnoniebieska wstęga. Idealnie prosta, o ostrych krawędziach, jednolita, najwyraźniej obcego pochodzenia i szersza niż oświetlony dysk.
- Wygląda jak gwiazda obleczona szarfą – powiedział Louis. - Co to jest?
- Jeżeli chcesz, możesz zatrzymać hologram do dalszych badań. Teraz mogę wyjawić ci powód, dla którego cię tu sprowadziłem. Proponuję zebrać ekspedycję liczącą czterech członków, wliczając nas.
- A co niby będziemy badać?
- Jeszcze nie mogę ci tego wyjawić.
- Daj spokój. Musiałbym być niespełna rozumu, żeby wpakować się w coś bez cienia wskazówki.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dwusetnych urodzin – powiedział lalkarz.
- Dziękuję – powiedział wytrącony z równowagi Louis.
- Dlaczego opuściłeś swoje własne przyjęcie urodzinowe?
- Nie twój interes.
- Ależ to jest mój interes. Spełnij moją zachciankę, Louis Wu. Dlaczego opuściłeś własne przyjęcie urodzinowe?
- Po prostu stwierdziłem, że dwadzieścia cztery godziny nie wystarczą na uczczenie dwusetnych urodzin. Więc wyruszyłem z pewnym wyprzedzeniem i wydłużyłem je uciekając przed północą. Jesteś obcym, i tak byś tego nie zrozumiał….
- Czyli byłeś szczęśliwy?
- Nie, nieszczególnie. Nie…
Louis przypomniał sobie, że jego uczucia miały niewiele wspólnego z dumą. Wręcz przeciwnie. Choć impreza należała do całkiem udanych.
Wszystko zaczęło się minutę po północy tego ranka. A co tam, jego przyjaciele i tak rozrzuceni byli po wszystkich strefach czasowych. Nie było powodu, żeby zmarnować choć jedną minutę tego dnia. W całym domu przygotowano sypialnie pozwalające się na krótko zdrzemnąć. Dla tych, którzy nie chcieli przegapić ani ułamka atrakcji przewidziano środki pobudzające, niektóre w formie czystej, inne ze specyficznymi efektami ubocznymi.
Niektórych gości Louis nie widział od setek lat, innymi spotykał na co dzień. W zamierzchłych czasach, niektórzy z nich byli śmiertelnymi wrogami Louisa Wu. Pojawiały się też kobiety, które Wu całkiem wyrzucił z pamięci, więc nieustannie dziwiło go, jak zmienia się jego gust.
Co było do przewidzenia, lwią część jego urodzin pochłonęły powitania. Lista imion do zapamiętania zawczasu przyprawiała o zawrót głowy! Zbyt wielu przyjaciół stało się obcymi mu ludźmi.
I tak kilka minut przed północą, Louis Wu skierował się do budki transferowej, wybrał adres i zniknął.
- Ocipiałbym tam z nudów – powiedział Louis Wu. „Louis, opowiedz nam o swoim ostatnim urlopie naukowym”. „Ale jak udaje ci się znosić samotność tak długo, Louis?” „Louis, to bardzo zmyślne z twojej strony, żeby zaprosić ambasadora Trinoków!” „Dawnośmy się nie widzieli, Louis”. „Hej, Louis, dlaczego potrzeba trzech Jinxów, żeby pomalować wieżowiec?”
- No właśnie, dlaczego?
- Proszę?
- Z tymi Jinxami.
- Och. Jeden trzyma rozpylacz, a dwaj pozostali chyboczą wieżowcem na boki. Znam to jeszcze z przedszkola. Wszystkie rzeczy, które straciły dla mnie znaczenie, wszystkie oklepane dowcipy zgromadzone w jednym olbrzymim domu. Nie mogłem już tego znieść.
- Louis Wu, jesteś człowiekiem, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Twoje urlopy naukowe – to przecież ty zapoczątkowałeś tę tradycję, prawda?
- Nie pamiętam, skąd się wzięła. Przyjęła się całkiem dobrze. Większość moich znajomych czerpie z niej teraz korzyści.
- Ale nie tak często, jak ty. Towarzystwo ludzi męczy cię mniej więcej co czterdzieści lat. Wtedy opuszczasz wasze światy i wyruszasz na kraniec znanej przestrzeni. Pozostajesz na pustkowiach, całkiem sam na pokładzie statku kosmicznego, dopóki ponownie nie odczujesz potrzeby towarzystwa ludzi. Z ostatniego urlopu, czwartego z kolei, wróciłeś dwadzieścia lat temu. Louis Wu, nie potrafisz znaleźć sobie miejsca. Na każdym ze światów leżących w przestrzeni kontrolowanej przez ludzi spędziłeś wystarczającą ilość lat, żeby uznano cię za miejscowego. Dziś opuściłeś własne przyjęcie urodzinowe. Czy znowu odczuwasz potrzebę wyruszenia w podróż?
- Na już chyba mój problem, prawda?
- W istocie. Moim problemem natomiast jest zwerbowanie ciebie. Jesteś dobrym kandydatem na członka mojego zespołu badawczego. Nie boisz się podjąć ryzyka, ale wpierw wolisz rozważyć szanse powodzenia. Samotność cię nie przeraża. Cechujesz się wystarczającą ciekawością, a zarazem inteligencją, żeby po dwustu latach dalej pozostawać wśród żywych. Ponieważ nie zaniedbałeś swych potrzeb zdrowotnych, żywotnością ciągle dorównujesz dwudziestolatkowi. I co najważniejsze, zdajesz się prawdziwie cieszyć towarzystwem obcych.
- Pewnie. – Louis znał kilku ksenofobów i uważał ich za głupców. Kiedy jedynymi potencjalnymi rozMówiącymi byli ludzie, życie robiło się nad wyraz nudne.
- Ale nie chcesz angażować się w ciemno. Czy nie wystarczy, że ja, lalkarz, będę ci towarzyszył, Louis Wu? Czegóż możesz się obawiać, czego ja wcześniej nie postrzegę w kategoriach zagrożenia? Inteligentna ostrożność mojej rasy jest wręcz przysłowiowa.
- W rzeczy samej – powiedział Louis. Prawdę rzekłszy, połknął przynętę. Ksenofilia w połączeniu z niepokojem ducha i ciekawością wzięły górę – gdziekolwiek wybierał się lalkarz, Louis Wu zamierzał mu towarzyszyć. Ale chciał wiedzieć więcej.
Zaś jego pozycja przetargowa była idealna. Obcy nie zamieszkałby w takim pomieszczeniu z własnego wyboru. Ten z punktu widzenia mieszkańca Ziemi przeciętnie wyglądający pokój hotelowy został przygotowany pod rekrutację.
- Nie zamierzasz zdradzić mi, co jest celem wyprawy? – powiedział Louis. – Czy przynajmniej powiesz mi, gdzie to jest?
- Znajduje się dwieście lat świetlnych stąd w kierunku Mniejszego Obłoku Magellana.
- Ale dotarcie tam za pomocą hipernapędu zajęłoby nam niemal dwa lata.
- Nie. Mam statek, który będzie podróżował znacznie szybciej od pojazdu wyposażonego w konwencjonalny hipernapęd. Jest w stanie przebyć rok świetlny w pięć czwartych minuty.
Usta Louisa otworzyły się, ale pokój wypełniła cisza. Minuta i jedna czwarta?
- Louis Wu, to nie powinno być dla ciebie zaskoczeniem. Czy istniałby inny sposób, żeby przesłać naszego zwiadowcę do jądra galaktyki i zdobyć informacje na temat reakcji łańcuchowej supernowych? Powinieneś wydedukować istnienie takiego statku. Jeżeli moja misja zakończy się powodzeniem, zamierzam oddać statek załodze, wraz z planami, dzięki którym będzie możliwa produkcja kolejnych.
- Ten statek będzie waszym… wynagrodzeniem, zapłatą, czy jak chcesz to postrzegać. Możecie obserwować jego charakterystyki lotu, kiedy dołączymy do migrujących lalkarzy. Tam się dowiecie, co zamierzamy zbadać.
Dołączymy do migrujących lalkarzy…
- Dobra, wchodzę w to – powiedział Louis Wu. Szansa zobaczenia całego rozumnego gatunku w ruchu! Ogromne statki, z których każdy będzie transportował tysiące albo miliony lalkarzy, całe latające ekosystemy…
- Dobrze. – Lalkarz wstał. – Nasza załoga będzie liczyła cztery istoty. Teraz udajemy się, żeby wybrać trzecią. – Po tych słowach potruchtał do kabiny transportowej.
Louis wsunął tajemniczy hologram do kieszeni, po czym ruszył za nim. W kabinie starał się odczytać numery na cyferblacie, gdyż dzięki temu mógłby ustalić, gdzie się znajdował. Ale lalkarz wybrał adres za szybko i w tej samej chwili zniknęli.
***
Louis Wu wyszedł za lalkarzem z kabiny do przyciemnionego, luksusowego wnętrza restauracji. Rozpoznał lokal po złoto-czarnym wystroju i rozrzutnemu przestrzennemu ustawieniu wnęk w kształcie podkowy. „Krushenkos” w Nowym Jorku.
Za lalkarzem niosły się pełne niedowierzania i zdumienia szepty. Opanowany niczym robot kelner człowiek zaprowadził ich do stolika, przy którym jedno z krzeseł zostało zastąpione dużą kwadratową poduchą, którą siadając obcy umieścił pomiędzy przednimi a tylnym kopytem.
- Spodziewali się ciebie – zauważył Louis.
- Tak. Uprzedziłem ich. W „Krushenkos” są przyzwyczajeni do obsługi obcych.
Louis przeniósł uwagę na pozostałych obcych gości: czterech kzinów przy stoliku obok i jakiś kdatlyno pod ścianą. Biorąc pod uwagę fakt, że w pobliżu znajdował się budynek Narodów Zjednoczonych, nie było w tym nic nadzyczajnego. Louis zamówił cierpką tequilę i capnął ją łapczywie, kiedy znalazła się na stoliku.
– To był dobry pomysł – powiedział. – Umieram z głodu.
- Nie przybyliśmy tu jeść. Mamy zwerbować trzeciego członka załogi.
- Och… W restauracji?
Lalkarz podniósł głos, żeby odpowiedzieć, ale w istocie nie była to odpowiedź.
– Nigdy nie spotkałeś mojego kzina, Kchula-Rrrita? Trzymam go jako maskotkę.
Louis ledwo utrzymał tequilę w żołądku. Siedzące przy stoliku za lalkarzem cztery imponujące masy kudłów koloru pomarańczy były co do jednego kzinami; po odzywce lalkarza wszystkie obróciły się z wyszczerzonymi igłowatymi zębami. Wyglądało to trochę jak uśmiech, ale w przypadku kzinów ten grymas był daleki od uśmiechu.
Przydomek „Rrit” przynależał tylko rodzinie Patriarchy Kzinów. Opróżniajac pospiesznie zawartość swojej szklanki, Louis pomyślał, że i tak nie miało to znaczenia. Obelga tak czy siak była śmiertelna, a zjedzonym można zostać tylko raz.
Znajdujący się najbliżej kzin wstał.
Gęste pomarańczowe futro, poznaczone nad oczami czarnymi plamkami, pokrywało coś, co mogłoby być bardzo spasionym, pręgowanym, wysokim na osiem stóp kotem. Jednakże tłuszcz w praktyce był muskułami, gładkimi, potężnymi i osobliwie rozłożonymi na równie osobliwym szkielecie. Na wyglądających niczym ubrane w czarne skórzane rękawiczki łapach z otoczek wysunęły się ostre niczym brzytwa, wypolerowane pazury.
Rozumny mięsożerca ważący ćwierć tony pochylił się nad lalkarzem i zadał pytanie.
– A teraz powiedz mi, dlaczego myślisz, że możesz obrazić Patriarchę Kzinów i przeżyć?
Lalkarz odpowiedział natychmiast, bez cienia niepokoju w głosie.
– Na świecie, który okrąża Betę Liry, to ja kopnąłem tylnym kopytem kzina zwanego Chuft-Captain w brzuch, łamiąc trzy elementy jego endoszkieletu. Szukam kzina odznaczającego się odwagą.
- Mów dalej – powiedział kzin z podkreślonymi czernią oczami. Pomimo ograniczeń narzuconych przez strukturę jego ust, wspólny kzina był nieskazitelny. Co ciekawe, w głosie obcego nie dało się wyczuć nawet cienia gniewu, który musiał odczuwać. Sądząc z emocji okazywanych zarówno przez kzinów i lalkarza, Louis mógł równie dobrze być świadkiem odgrywanego nie pierwszy raz rytuału.
Niemniej mięso postawione przed Kzinami było surowe i parowało; zostało błyskawicznie podgrzane do temperatury ciała tuż przed podaniem. A wszyscy siedzący przy stole dalej się uśmiechali.
- Ten człowiek i ja – powiedział lalkarz – będziemy badać miejsce, o którym żadnemu kzinowi się jeszcze nie śniło. Będziemy potrzebowali jednego z was w swojej załodze. Czy kzin odważy się podążyć tam, gdzie poprowadzi go lalkarz?
- Mówi się, że lalkarze są liściożercami i że zawsze oddalaja się od bitwy, zamiast do niej dążyć.
- Sam będziesz w stanie to ocenić. Jeżeli przeżyjesz, twoim wynagrodzeniem będą plany nowego i cennego typu statku kosmicznego, jak również jego model. Możesz to potraktować jako zapłatę za ekstremalne niebezpiecznie warunki.
Louis pomyślał, że lalkarz nie szczędzi kzinom obelg. Kzinowi nigdy nie oferuje się zapłaty za niebezpieczne warunki. Na takie kwestie kzinowie nie zwracali nawet uwagi!
Ale odpowiedź kzina była krótka.
– Zgadzam się.
Jego trzej towarzysze zareagowali warknięciami.
Kzin stojący przy stoliku zrewanżował się im tym samym.
Słuchając jednego tylko kzina odnosiło się wrażenie, że gdzieś w pobliżu toczy się walka kotów. Ożywiona dyskusja czterech brzmiała niczym otwarta kocia wojna na blaszanym dachu. W restauracji natychmiast uruchomiły się wygłuszacze dźwięku i powarkiwania stały się bardziej przytłumione, ale nie ucichły.
Louis zamówił kolejnego drinka. Z tego co wiedział o historii kzinów, ci czterej musieli być nad wyraz powściągliwi, bo lalkarz wciąż jeszcze żył.
Kłótnia ucichła i siedzący przy stoliku kzinowie odwrócili się. Czarnooki wrócił do rozmowy z lalkarzem.
– Jak się nazywasz?
- Przyjąłem ludzkie imię Nessus – powiedział lalkarz. – Zaś moje prawdziwe imię to… - Tu na ułamek sekundy z osobliwych gardeł lalkarza wydobyła się muzyka.
- No dobrze, Nessusie. Musisz zrozumieć, że we czterech tworzymy ambasadę kzinów na Ziemi. To jest Harch, drugi to Ftanss, a ten prążkowany na żółto to Hroth. Jako że ja jestem tylko uczniem i kzinem wywodzącym się z niskiego rodu, nie mam imienia. Mój tytuł utworzono od nazwy mojej profesji: Ten Który Mówi Do Zwierząt.
Wynikające z tego tytułu implikacje wyprowadziły trochę Louisa z równowagi.
- Problem polega na tym, że jesteśmy potrzebni tutaj. Toczą się pewne subtelne negocjacje… ale to was nie dotyczy. Zdecydowano, że tylko ja jestem do zastąpienia. Ale dołączę do was, jeżeli twój nowy typ statku okaże się wart zachodu. W przeciwnym razie, będę musiał dać dowód swojej odwagi w inny sposób.
- Może być – wstając odpowiedział lalkarz.
Louis pozostał na swoim miejscu. I zadał pytanie. – Jaka jest forma twojego tytułu w języku kzinów?
- W Języku Bohaterów… - odparł kzin, po czym warknął coś w narastającej tonacji.
- Więc dlaczego nie podałeś nam takiej formy tytułu? Czy była to celowa zniewaga?
- Tak - odpowiedział Ten Który Mówi Do Zwierząt. – Byłem rozgniewany.
Bardziej przyzwyczajony do swoich zasad taktu, Louis spodziewał się, że kzin skłamie. Wtedy Louis mógłby udać, że mu wierzy, zaś kzin byłby w przyszłości trochę grzeczniejszy… ale wyszło jak wyszło i było już za późno, żeby się wycofać. Louis zawahał się na ułamek sekundy i zadał kolejne pytanie.
– Co nakazuje w takiej sytuacji obyczaj?
- Musimy walczyć wręcz, gdy tylko rzucisz mi wyzwanie. Albo jeden z nas przeprosi drugiego.
Louis wstał. Popełniał samobójstwo, ale niemżaśnie dobrze wiedział, jaki jest zwyczaj. – Wyzywam cię – powiedział. – Zęby przeciwko zębom, pazury przeciwko paznokciom, jako iż nie możemy dzielić w zgodzie tego Wszechświata.
I wtedy kzin zwany Hrothem wtrącił się, nie podnosząc nawet głowy.
– Muszę przeprosić za swojego towarzysza, Mówiącego-Do-Zwierząt.
- Co? – zapytał z niedowierzaniem Louis.
- Taka jest moja funkcja – powiedział kzin o żółtych prążkach. – Uwzględniając naturę naszej rasy, znajdowanie się w sytuacjach, kiedy należy przeprosić bądź walczyć, nie należy do rzadkości. Wiemy, co się dzieje, kiedy walczymy. Dzisiaj nasza liczebność stanowi mniej niż ósmą część populacji z czasów, kiedy kzinowie po raz pierwszy spotkali człowieka. Nasze kolonie są waszymi koloniami, zaś zniewolone przez nas rasy zostały uwolnione i przekazuje się im ludzką technologię oraz zasady waszej etyki. Kiedy więc dochodzi do sytuacji, w ktorej musimy przeprosić albo walczyć, moim zadaniem jest przeprosić.
Louis ponownie usiadł. Wyglądało na to, że jednak będzie żył.
– Za nic we wszechświecie nie chciałbym przejąć twojej roboty.
- Najwyraźniej tak, skoro zamierzałeś walczyć gołymi rękoma z kzinem. Ale Patriarcha uznał, że nadaję się tylko do tego. Mam niski poziom inteligencji, kiepską kondycję zdrowotną i okropną koordynację ruchową. Jak inaczej mogłbym zachować swoją pozycję?
Sącząc powoli swego drinka Louis pomyślał, że byłoby lepiej, gdyby ktoś zmienił temat. Pokorny kzin wpędził go w zakłopotanie.
- Posilmy się – powiedział ten, którego zwano Mówiącym-Do-Zwierząt. – Chyba, że nasza misja jest pilna, Nessusie.
- Skądże. Załoga nie zostala jeszcze skompletowana. Moi współpracownicy skontaktują się ze mną, kiedy znajdą czwartego wykwalifikowanego członka wyprawy. Oczywiście, posilmy się.
Zanim wrócił do swojego stolika, Mówiący-Do-Zwierząt powiedział jeszcze jedną rzecz.
– Louis Wu, twoje wyzwanie było za kwieciste. Kiedy wyzywasz kzina, wystarczy zwykły ryk gniewu. Ryczysz i rzucasz się w wir walki.
- Jasne – mruknął Louis. – Dzięki, zapamiętam to sobie.


Dodano: 2010-06-23 13:45:46
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Świąteczny konkurs z Warcraftem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"


 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS