NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Komuda, Jacek - "Samozwaniec", tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Samozwaniec
Kolekcja: Orły na Kremlu
Data wydania: Maj 2010
ISBN: 978-83-7574-174-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 368
Cena: 32,90 zł
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki
Tom cyklu: 2



Komuda, Jacek - "Samozwaniec", tom 2 #2

W gościach u Moskwy

Dydyński zakołysał się na rozstawionych szeroko nogach. Spoglądał na wrogie oblicza Moskali. Na pijanych pocztowych. Na pistolety z kurkami opuszczonymi na panewkę, które nagle pojawiły się w rękach Radiszczewa i Izmajłowa.
Pozbierał się, bo wiedział, że wszystko skończone. I raz jeszcze postawił całą rzecz na jedną kartę.
- Dość już - wycharczał, szukając wzrokiem oczu Izmajłowa - tej błazenady. Hej, ojczulku, gadaj zaraz, jakie są nowe rozkazy z Dworu... Od Starca?
Moskal spojrzał nań, odsunął na bok rękę z pistoletem.
- A skąd ty wiesz, Lachu, co to jest Dwór?
- Wiem nawet, co to Niedźwiedzi Chrest, bo całowałem go, wypowiadając Słowo i przysięgając w imię Najwyższego słu-ży-ć Starcowi do końca.
Moskale zamarli. Dydyński, choć pijany, wyczuł może nie zmianę ich zamiarów, ale wahanie. Kosooki popatrzył pytająco na Izmajłowa, a z samego grymasu jego zarośniętej gęby Dydyński wyczytał nieme pytanie: Prać, batiuszka?!
- Ty, Izmajłow, poskrom mużyków! - rzekł Dydyński z udawaną złością, choć tak naprawdę, gdyby nie był pijany, pewnie trząsłby się jak liść osiki. - Służę Dworowi. I zapytuję: jakie są rozkazy? Co w sprawie Dymitra, którego nie udało się porwać pod Samborem i dostarczyć żywcem do Starca?
- Służysz Dworowi? Doprawdy? - Izmajłow pozostał chłodny i obojętny. - A cóż to takiego Dwór? Chyba dwór cara Borysa, naszego gosudara preswietnego?
- Nie obracaj kota ogonem! Wiesz równie dobrze jak ja, co to Dwór Starca!
- I o tym słyszałeś? - rzekł cierpko Izmajłow. - A więc dobrze, Lachu. Sprawdzimy, co wiesz o Dworze. Mamy czas. Mamy dużo czasu. Patrz!
W wyciągniętej ręce kołysał się mały drewniany chrest z łbem niedźwiedzia.
Dydyński nie czekał ani chwili dłużej. Runął na kolana przed Izmajłowem, uchwycił krzyż, podniósł go do ust.
- To ku czci Trojcy Swiatej. Ku pamięci Marii Przeczystej Dziewicy.
Izmajłow spojrzał na niego, jakby zobaczył ducha.
- Płocho, płocho całujet! - zakrzyknął Golicyn, ale widać było, że jest poruszony.
- Skąd to zna? Kto to? Jak? - bełkotał podpity Radiszczew.
- Słowo! - Dydyński wbił oczy w oblicze Izmajłowa. - Mów Słowo, suczy synu. Słowo, co było na początku. U waszego Boha!
- Az jesm' s wami i niktoże na wy - wybełkotał bojarzyn.
- Jakie są rozkazy od Starca?! - zagrzmiał Dydyński, gramoląc się z kolan, co zważywszy na jego stan pomroczności, przypominało nieco syzyfowe prace. - Co masz mi do przekazania?!
- Nic... nie wiem - rzekł Izmajłow kompletnie zbity z pantałyku. - Jesteśmy tu osamotnieni. Tropili nas ludzie cara Borysa, ale poukręcałem im łby... Ale czekajże, Jacku Aleksandrowiczu! Wstrzymaj się z pytaniami i zaspokój najpierw naszą ciekawość. Jak to jest, że ja, zakrystianin Dworu, nigdy nie słyszałem o tobie?!
Jednym ruchem Dydyński wyszarpnął z ręki Moskala Niedźwiedzi Chrest. Odwrócił się, podskoczył do gruby i cisnął krzyż prosto w płomienie.
Izmajłow wrzasnął niby żgnięty nożem, skoczył do pieca, zatrzymał się z wyciągniętą ręką.
- Wot pizda gorbataja! - ryknął wściekle. - Poszeł ty w buju, bliadyn syn! Coś ty zrobił, Lachu! Łapcie go, z ognia ratujcie!
Służba bojarska zafalowała, jedni wyciągnęli pistolety w stronę Dydyńskiego, inni skoczyli do gruby - nie wiedzieli, kogo ratować i łapać - Lacha czy krzyż. Ale było już za późno; Chrest sczerniał, zmalał, sczezł w płomieniach.
A Jacek nie czekał. Widząc, że lufa pistoletu bojarzyna nie mierzy już w jego głowę, skoczył na Moskala. Był pijany, słabo utrzymywał się na nogach, potknął się, uderzył kolanem w deski podłogi i zerwał, wkładając w utrzymanie równowagi tyle trudu co w przetoczenie stuwiadrowej beczki piwa. Chciał odtrącić Izmajłowa i biec do drzwi, lecz bojar wrzasnął przeraźliwie, zszedł mu z drogi. Szlachcic uderzył go ramieniem, omal nie upadł.
Moskal usiłował strzelić, ale Dydyński - bardziej dzięki ślepej Fortunie i szczęściu niż zamysłowi - chwycił lewą ręką za lufę pistoletu, rąbnął pięścią. Trafił tamtego w łokieć, wyrwał broń. Izmajłow podskoczył jak młoda sarna.
A Dydyński zatoczył się na słabnących nogach. Uderzył plecami w glinianą ściankę pieca. Poła jego żupana musnęła płomienie, na chwilę w izbie zapachniało spalenizną.
Chwiejąc się na nogach, trzymał broń równie pewnie co pijus ostatnią flaszę trunku uchronioną z potopu.
Mierzył w łeb Izmajłowa.
- Brać go, bliaduna! - wrzeszczał Moskal. - W łyka, w dyby! W łańcuchy! Psa lackiego!
- Stać! - Dydyński nacisnął na spust, cofnął palec, nim zwolnił sprężynę kółka. - Każ tylko się ruszyć... ppachołkom! Zrobię ci... we łbie... dziu-rę sze-rok-ą jak niebiańskie wrota! Ro-zu-misz? - wybełkotał. - Cofać się, psie krwie!
Służba zafalowała, jedni opuścili broń, inni przeciwnie - mierzyli w pierś Dydyńskiego z samopałów i moskiewskich pistoletów. To był pat. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.
- Strzelać! - wycharczał bojarzyn, ale zupełnie bez przekonania.
- Tak! Strzelajcie! Dalejże, każ zabić jedynego Lacha na służbie Dworu, suczy pomiocie! Cofnąć się, powiedziałem!
Służba krążyła wokół nich, zdesperowana, niepewna, co zrobić i w kogo mierzyć. Czarne oczka luf zaglądały w oczy Jackowi jak ślepia ptaków czekających na swoją kolej na polu pełnym trupów.
- Skąd wiesz, że jesteś jedynym Lachem u Dworu?! - zacharczał Izmajłow. - Kto cię zaprzysiągł do służby? Kogoś Chrest całował?
- Waarłama Jaickiego.
- To zdrajca! Zmiennik, pies jak i ty! On nam Dymitra uprowadził na Litwę! Opuść broń do dytka!
- To sam każ odłożyć piszczele pachołkom.
- Nie.
- Nie?
- Na pewno nie! - potrząsnął głową bojar. - Mierzyć w niego! Nie patrzeć na mnie! Najpierw, panie Lach, daj dowód, że mówisz prawdę i jesteś naszym bratem! Albo nie wyjdziesz stąd żywy, choćbyś miał wpakować we mnie nie jedną, ale trzydzieści kul.
- Daj dowód na to, że gadasz prawdę - zahuczał Glicyn ukryty za szerokimi plecami czeladzi niczym za murami twierdzy.
- Taaa jest - zamruczał Radiszczew, który nie wstał od stołu.
Dydyński milczał skołowany, pijany. Nic nie przychodziło mu do głowy. Wpatrywał się prosto w oczy Izmajłowa. Między nim a możnym bojarem były cztery kroki, pusta przestrzeń. I lufa pistoletu.
- Sprowadźcie Borysa Włodzimierowicza! - rzekł bojar,nie próbując wycofać się z linii strzału. - Ruszać się!
Załomotały kroki. Moskiewscy zafalowali, rozstąpili się jak wilki przed niedźwiedziowatą postacią Borysa. Oboleński szedł wolno, niewzruszony, wyższy o głowę od obecnych. Mrużył oczy nienawykłe do blasku kaganków i łuczywa.
Teraz, przemknęło przez głowę Dydyńskiego, zapłacę za wszystkie zniewagi.
Jednak Borys, ujrzawszy rusznice i pistolety wymierzone w szlachcica, zamarł. Spojrzał na Izmajłowa. Spojrzał na Jacka. A potem... Skrzywił się ze złością.
Wyszarpnął spod płaszcza pistolet z krzoską... Strzeli! - pomyślał Dydyński. Do mnie!
I wtedy Oboleński wymierzył broń w Izmajłowa.
- Co to wszystko ma znaczyć?!
- Ty mi to powiesz! - warknął bojar. - Ty mi wyjaśnisz, jak Starcowi na spowiedzi, co, jak i dlaczego.
- Ot, naszła kosa na kamień! A czego ty, ojczulku, chcesz mego batiuszkę ubić?
- Batiuszkę? Jakiego batiuszkę, łajdaku! - Izmajłow już krzyczał, nie wiedzieć, bardziej zły, czy też zdezorientowany. - Jedziesz na Litwę złapać i sprowadzić Dymitra. Wracasz bez niego, za to z Lachem zmiennikiem, sobaką rimskowo papy! I jeszcze mianujesz go swoim ojczulkiem?! A ja o niczym nie wiem!
- Schwytali mnie na dworze fałszywego cara, byłbym zatańczył na stryczku, gdyby nie batiuszka Jacek Aleksandrowicz. On rzekł, że rozkazy zmieniono. Bo i po co chwytać Dymitra, skoro on sam wraca w granice świętej Rusi?
- Zaraz, ja czegoś nie rozumiem? Przyjmowałeś rozkazy od Lacha? Uwierzyłeś mu?
- Ukazał mi Chrest. Znał Słowo. Tak jak w zakonie. Oddałem mu pokłon i całowałem krzyż.
- Co? Coś powiedział?
- Biłem mu pokłony.
- To zdrajca! Lach nieszczery! Psi syn! Sługa zdrajcy Jaickiego.
- Moja sprawa - Borys przeniósł na niego zmęczone oczy - słuchać. Tego, u którego Chrest i władza. I Słowo od Starca.
- Teraz z tym koniec! - krzyknął Izmajłow. - Brać Lacha w dyby. A ty, Borysie Włodzimierowiczu, bij pokłony. Od dziś znowu będziesz słuchał mnie! Nie Lacha! A z nim zaraz sprawimy się jak z wieprzkiem!
- Nie słuchaj go! - ryknął Dydyński. - Pamiętaj na przysięgę!
- Lach to zdrajca! Na kolana, pachołku!
- Niech pokaże Chrest! - rzucił przebiegle Dydyński, jakby sam diabeł przemawiał przez jego usta. - Borysie, każ mu pokazać Chrest!
- Milcz, Lachu. Jeszcze z tobą nie skończyłem!
Borys zawahał się. Pistolet drgnął w jego ręku. Ale nie odwrócił głowy w stronę szlachcica.
- Jacek Aleksandrowicz prawdu każe - rzekł. - Pokażcie Chrest Starca, ojczulku. Powiedzcie Słowo. A wtedy stanie się ono ciałem i będę bił wam czołem jak rab.
- Tak jest, Izmajłow. Pokaż mu Chrest! Albo rozwalę ci łeb! - zawtórował jego słowom Dydyński.
- Jaki chrest?! Milcz, Lachu niewierny!
- Niedźwiedzi Chrest - spokojnie odparł Borys. - Tako rzecze Stariec. A jego słowo jest święte.
- Już pokazywałem! Jemu! - wrzasnął Izmajłow, a Jacek wyczuł, że bojar traci grunt pod nogami.
- Pokaż mi tu i teraz!
- Jak ci mam go pokazać, bliadunie?! Jak ci mam nim zaświecić w oczy, skoro Lach go spalił! Wrzucił do ognia.
- Nieprawda - skłamał gładko Dydyński. - Nie było żadnego Chrestu. Iwan Jakowlewicz łże nie jak sobaka, ale jak tuzin pohańców. On nie ma władzy. Nie pokaże ci go, Borysie! To zdrajca! Szpieg Godunowa.
Izmajłow nic nie odrzekł. Zamiast tego uśmiechnął się, błysnął oczyma i rzekł już zupełnie spokojnie, bez gniewu:
- Wygrałeś, Jacku Aleksandrowiczu. Nie, nie mam Chrestu. Nie mogę zażądać pokłonów ani od ciebie, ani od Borysa. Lecz mogę uczynić jedno: zatrzymać cię tu siłą. I sprowadzić jedną jedyną osobę, która zadecyduje, kim jesteś - protopopa Witalija Trofimowicza z Rylska. Tak, Jacku Aleksandrowiczu, nie pytam nawet, czy go znasz, bo niechybnie to potwierdzisz. A mnie ciekawi, czy on pozna ciebie. Bo jeśli nie, tedyś jest zdrajcą, który wśliznął się w nasze szeregi.
- Stariec chciał, abyśmy towarzyszyli Dymitrowi - rzekł Dydyński. - Nie możesz sprzeciwić się jego woli.
- Mogę i uczynię to! Złóż broń i czekaj tu ze mną na Witalija. Jeśli mówisz prawdę, uderzę ci czołem. Lecz jeśli zełgałeś, potercza Starca pożrą twoją duszę!
- Nie wierzę ci.
- To źle. Czyżbyś zapomniał, że zgodnie z orderem bractwa nie mogę nic ci uczynić? Wszystko, czego chcę, to abyś przyjął u mnie gościnę do czasu przybycia Witalija. Tylko on może wiedzieć coś o twojej sprawie. Niechaj Borys potwierdzi, że mogę i mam prawo żądać takiego poświęcenia od ciebie dla dobra naszej sprawy, prawda, Borysie?
Oboleński pokiwał głową i opuścił broń. Dydyński został sam. Zupełnie sam w izbie pełnej Moskali.
Gdyby był trzeźwy, pewnie wywiesiłby białą flagę, ale moskiewska gorzałka i zacne wino wciąż zmieniały jego krew w likwor, w którym rodzi się niczym w ogniu szlachecka fantazja.
Opuścił broń, wsunął pistolet pod lewą pachę, złapał za lufę i podał - rękojeścią w stronę Izmajłowa. Postąpił krok do przodu... jeszcze jeden.
Bojar wyciągnął dłoń, ujął kościaną rękojeść, kładąc palec na spuście. A wtedy szlachcic puścił lufę, chwycił za rękaw szuby Moskala, przyciągnął sługę Dworu do siebie, czyniąc krok w bok, aby zejść z linii strzału.
Bóg świadkiem, że Dydyński nie chciał uczynić mu krzywdy, a tylko chwycić, zasłonić się jego ciałem od luf czeladzi. Nie zdołał spełnić nawet pierwszego z zamierzeń. Nagle bowiem huknął strzał, tuż obok, szlachcic poczuł, jak gorąca błyskawica przemknęła pod jego lewym ramieniem. W nozdrza uderzył kwaśny, siarczany i tłusty prochowy dym!
Gromowy pogłos rozbrzmiał, jak gdyby na głowy spadła im powała. A potem... Jak zwykle bywa w pijackich zwadach i bijatykach, nie bardzo było wiadomo, co tak naprawdę się stało... Dydyński poczuł, że ciało Izmajłowa osunęło się na niego całym ciężarem, zwaliło z nóg, przygniotło, dziwnie bezwładne i mokre. Błysk - jakby kilku uderzających po sobie piorunów - był tak mocny, że szlachcic miał wrażenie, iż bojarski dwór wylatuje w powietrze...
Nic już nie słyszał, dźwięki strzałów zlały się w jeden przeciągły szum, oczy zaszły bielmem. Nie! To była zasłona kurzawy wystrzałów, tak gęsta i kwaśna, że mogłaby wypalić dziury w jego delii i żupanie. Rozumiał i nie rozumiał nic... gdzieś kołatała w nim myśl, że służba dała ognia z rusznic.
Wypuścił z rąk ciało bojarzyna, wstał z kolan, oślepły od oparów, nie widząc nic na wyciągnięcie ręki. Dźwięki, krzyki, wrzaski, tupot stóp zbiły się w jeden szum. Opary ustępowały. Odgłos wystrzałów i impet prochowych gazów w ciasnej, zatłoczonej izbie był tak morderczy, że fala gorąca i huku wywaliła okna przesłonięte okiennicami; siarczany dym uciekał tamtędy jak przez dymnik, rozrzedzał się, znikał, odsłaniając krajobraz niczym po tatarskim najeździe. Okrwawione ciała dygocące między powywracanymi stołami, pachołków wciąż trzymających dymiące rusznice, trupy leżące między ławami, a czasem na stołach, pozalewane sosami, uchą, winem i gorzałką, które utworzyły na drewnianej podłodze rozległe plamy.
Dydyński nic nie słyszał, a tylko patrzył. Jak między czeladzią uwija się zakrwawiony Borys z czekanem i szablą. Wbija ostrze w plecy uciekającego Moskala, potem wolno, jakby czas nie płynął, ale ciekł, skacze nad ławą, zagania szablą w kąt dwóch służalców.
Jak z ławy zrywa się Świrski, którego Jacek miał za pijanego na umór. Podbija rękę z pistoletem mierzącą w jego stronę, w chwili gdy z zamka błyskają iskry, a z lufy ogień, dym i podmuch rozrywający na strzępy przestrzeń izby.
Jak Borek i Mykoła pracują dzielnie szablami, rąbiąc Moskwę, ścigając uciekających bez pardonu.
Patrzył, jak Borys dopada do chwiejącego się na nogach Golicyna... Jak bojar wali się na kolana, wyciąga błagalnie ręce przecięte chwilę później błyskiem szabli.
Świrski jest tuż obok. Coś krzyczy. Potrząsa Dydyńskim za ramiona, jak gdyby chciał wytrząść z niego duszę. Otwiera usta bezgłośnie. A szum wypełniający głowę szlachcica rozbrzmiewa głośniej, rozpada się na krzyki, wrzaski, zawodzenia, brzęk stali i łoskot podkutych butów.
Świat rusza nagle z kopyta, pędzi przed siebie, a stolnikowi wie już, że chyba nigdy nie dogoni poprzednich chwil...
- Cały jesteś, waszmość?! - ryczał pocztowy. - Bierz broń i na nich, w imię Boże! Bij! Morduj!
Nie musiał tego powtarzać. Dydyński poszedł za nim jak wierzchowiec za przewodnikiem stada. Wpadli na pachołków Izmajłowa, wzięli ich na szable. Świrski ciął jednego w rękę, poprawił w bok, w łeb, popchnął kopniakiem na stół i dobił płaskim, prostym sztychem w brzuch. Dydyński zastawił się poziomo, odbił cios, posłał prostą, ale mało przyjacielską odpowiedź, chlasnął z góry, zmieniając kierunek w zwodzie, rąbnął z prawej!
Pachołek zbyt późno zniżył szablę do zastawy, szlachcic chlasnął go przez pierś, poprawił z drugiej strony i jeszcze raz... i jeszcze.
Borys rozwalił łeb kolejnemu słudze. I stał się koniec.
Nie było już z kim walczyć. Izba zalana krwią, zasnuta oparami prochu, pokryta dywanem z ciał Moskali wyglądała złowieszczo.
Świrski złapał Jacka za ramię, bo stolnikowic, nie wiedząc sam o tym, zachwiał się na nogach.
- Utaiłem się na ławie! - wrzeszczał pan Herakliusz. - Bo się spodziewałem podstępu. Za często nam do kielichów dolewali! Trzeba by wszakże piekielnej gorzały, by zwalić z nóg szlachcica polskiego! Wszystko słyszałem!
Szlachcic ledwie rozumiał słowa czeladnika. W jego głowie obracał się wielki spiżowy dzwon. I Dydyński zatoczył się, omal nie walnął głową o piec. Pochylił się przy dogasającym palenisku i z jękiem objawił światu zawartość swego pijackiego żołądka...
- Nie wiem, kto strzelił. Chyba Izmajłow. Albo jeden diabeł. Trafili jego i siebie wzajem, resztę z Borysem wzięliśmy na szable... Jegomość, tak było jak na weselu u Bębnowskiego, bękarta, który zalecał się córce pana Pszonki i posagu nie chciał po niej. Kiedy z darami przy jechał, pogonili go krewni panny młodej, tak że ze wstydem odjechał. Ten Bębnowski od stanu swego wziął miano
- że bękato rósł, zwano go bęben. A kiedy dorósł, przezwał się Bębnowskim. Potem słyszałem - murwę krakowską pojął, przechodkę, co i woźnice z nią obcowali. Będą jego potomkom mówić: po bękarcie, z kurwy synu!
Dydyński słuchał go, bo nie miał siły przerwać kolejnej opowieści pana Świrskiego.
Na zalanej, zasłanej resztkami jadła podłodze poruszyły się dwa trupy. Borys skoczył tam z nożem w ręku, ale zatrzymał się w pół kroku. Spomiędzy ciał wypełzł pijany jak stara małpa Damian Nieborski z wyrazem zdumienia pomieszanego z oburzeniem na obliczu. Wyciągnął rękę z cynowym, spłaszczonym kubkiem, nie zdając sobie sprawy, że przespał smacznie całą zawieruchę.
- Wina dajcie...
- Śpij, stary diable! - warknął Świrski.
Więc pan Nieborski posłusznie skłonił głowę na piersi trupa i przymknął długorzęse powieki, sadowiąc się do spoczynku, jak obok towarzysza pijackiego luśtyka.


Dodano: 2010-04-22 18:30:33
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS