NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Gaider, David - "Dragon Age: Powołanie"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Dragon Age
Tytuł oryginału: Dragon Age: The Calling
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
Data wydania: Marzec 2010
ISBN: 978-83-7574-252-7
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Cena: 34.99 zł
seria: Warlock



Gaider, David - "Dragon Age: Powołanie" #2

Głębokie Szlaki

Z pierwszymi promieniami świtu, ledwie barwiącymi niebo na blade odcienie różu i pomarańczy, Szara Straż skierowała się z bronią w gotowości do wrót wiodących na Głębokie Szlaki. Duncan napiął się mimowolnie, gdy król Maric podszedł bliżej. Nie zabrzmiały fanfary, gdy władca wyciągnął kamienny ośmiokątny medalion i przyłożył go do wgłębienia o tym samym kształcie na środku drzwi.
Głośny skrzyp przerwał poranną ciszę, nieopodal stado spłoszonych wron zerwało się do lotu.
Duncan spoglądał, jak wrota rozdzielają się na pół, jak przerwa staje się coraz szersza, gdy skrzydła bramy się rozchylają. Król cofnął się czujnie. Powoli, z trzaskiem i skrzypieniem ciężkie kamienne wrota otwarły się, ukazując ziejącą otchłań tunelu. Z mroku wypłynął słaby smród zgnilizny.
Strażnicy czekali w bezruchu. Duncan spodziewał się, że zaraz z cieni wyskoczy horda potworów i rzuci się na niego i towarzyszy, jednak nic się nie stało. Za bramą panowały tylko mrok i cisza.
Grupa ruszyła do jaskini, lecz zatrzymała się, gdy Julien przemówił.
– Czekajcie – rzekł cicho. Ciemnowłosy wojownik skrzyżował ręce na piersi i skłonił głowę. Szarzy Strażnicy uczynili to samo. Duncan odchrząknął. Przy modlitwie zawsze odczuwał zdenerwowanie. – I choćbym kroczył w mroku i cieniach, zła się nie ulęknę – zaintonował Julien – bo Stwórca mnie prowadzi. I nie zagubię się ani nie zabłąkam na splątanych ścieżkach Zaświatów, albowiem w Świetle Stwórcy nie ma ciemności, a wszystko, co On stworzył, nie pójdzie w zatracenie.
– Amen – szepnął Maric, a pozostali skłonili głowy.
A potem wkroczyli na Głębokie Szlaki.
Niedaleko od wejścia znajdowały się szerokie schody i Duncan stłumił dreszcz, gdy na nie wstąpił. Zrobiło się cieplej, za co był wdzięczny, lecz zimno zastąpiła odraza, z której nie potrafi ł się otrząsnąć. Zejście po kamiennych stopniach było jak zanurzanie się w gnoju – ostry smród wypełniał nozdrza, żołądek skręcał się od mdłości i trzeba było się zmuszać do postawienia kolejnego kroku. Pozostali Szarzy też to czuli. Duncan widział to wyraźnie w ich skrzywionych twarzach i w uściskach pobielałych palców na broni. Posiadali przecież wszyscy zdolność do wyczuwania mrocznego pomiotu, lecz trudno było uwierzyć, że potwory aż tak plugawią miejsce, w którym żyją. Genevieve zapewniła milcząco, że jest bezpiecznie, ale Duncana to nie przekonało. Zapewne komendantka starała się dodać mu otuchy.
Tylko Maric nie mógł nic wyczuć, a jednak wyglądał na bardziej przejętego otoczeniem niż Szarzy Strażnicy. Zamknął się w sobie, oczyma strzelał w każdy mroczny kąt, a jego skóra wydawała się zupełnie biała w migotliwym świetle pochodni. Duncana kusiło, by zapytać, co takiego przydarzyło się królowi przed laty na Głębokich Szlakach, ale uznał, że lepiej nie. Na pewno nie było to nic przyjemnego.
Wydawało się, że schodzą w mrok godzinami, nim pierwsze oznaki skażenia pojawiły się na ścianach: pajęcze sieci czarnej zgnilizny i lśniące płaty przypominające ciemny olej. Duncan dotknął ich zaciekawiony i przekonał się, że to, co wyglądało jak plama oleju, nie jest nawet wilgotne – było suche i przypominało w dotyku skórę węża.
Genevieve chwyciła chłopaka za rękę i spoglądając surowo, ostrzegła, by nigdy tego nie robił. To zmieszało Duncana. Przecież był odporny na zarazę mrocznego pomiotu. Czyż nie to właśnie stanowiło przywilej dostępny jedynie Szarej Straży?
– Kiedy byłem tu przed laty, nie zauważyłem tego. – Maric przyjrzał się dokładniej ścianom. – Nie wydaje mi się, żeby skażenie sięgało wtedy aż tutaj. Natrafiliśmy na nie dopiero za thaigiem Ortan.
– Rozprzestrzenia się – stwierdziła Genevieve.
Kell przeszył półmrok korytarza nienaturalnie jasnymi oczyma. Duncan wiedział, że myśliwy jest bardziej wrażliwy na obecność mrocznego pomiotu niż reszta Strażników. Dla niego zejście na Głębokie Szlaki to jak zanurzenie się w ściekach, a jednak mężczyzna nie tracił panowania nad sobą.
– Jest blisko powierzchni? – zapytał. – Co to znaczy?
– Że musimy być ostrożni – z tymi słowy komendantka obnażyła miecz, lecz nawet na chwilę nie zwolniła tempa.
Reszta grupy wymieniła niepewne spojrzenia i posłusznie ruszyła za dowódcą.
Zdawało się, że minęła wieczność, zanim znaleźli się u stóp schodów, a przynajmniej Duncan tak myślał. Uczucie ciężaru napierającego z góry i równie przygniatająca ciemność sprawiały, że z trudem łapał oddech. Młodzieniec miał wrażenie, że znalazł się pod śmierdzącą wodą i rozpaczliwie próbuje wydostać się na powierzchnię.
Fiona podeszła do jego boku i obrzuciła chłopaka zatroskanym spojrzeniem.
– Dasz sobie radę? Wyglądasz na chorego – szepnęła.
Duncan przełknął kilka razy i zmusił się do głębszego oddychania. Nie było to przyjemne.
– Zaraz się porzygam.
– Doprawdy miła perspektywa.
– Mówię poważnie! Nie czujesz tego?
– Oczywiście, że czuję. Wszyscy czujemy... No, prawie wszyscy – w jej głosie zabrzmiała nerwowa nuta i chłopak uświadomił sobie, że elfka ma na myśli Marica. Mężczyzna szedł na czele obok Uty, nieświadom zjadliwych spojrzeń wbitych w jego plecy.
– Słyszałem, że wczoraj w nocy posprzeczałaś się z królem w obozie – uśmiechnął się lekko Duncan.
– Zadałam mu tylko proste pytanie.
– Z tego, co powiedziała Genevieve, nie było tak proste – zachichotał. – Miło, że przynajmniej raz komendantka nie wściekła się na mnie.
Fiona westchnęła z irytacją. Uniosła laskę i zamknęła oczy, a potem wymamrotała pod nosem parę słów. Duncan poczuł ukłucia i falę mocy, niewielka kula na końcu laski zapłonęła jasnym blaskiem. Światło było silne, odbijające się na ścianach korytarza i odpychające głębokie cienie. Pozostali Strażnicy popatrzyli na czarodziejkę ze zdziwieniem.
– Nie trać mocy – ostrzegła Genevieve, ale w tonie brakowało rozkazującej ostrości. Nawet ona zapewne czuła ulgę, że cienie cofnęły się nieco dalej.
– Proszę. – Fiona uśmiechnęła się do Duncana, wyraźnie z siebie zadowolona. – Lepiej?
– Owszem, tylko nie świeć mi tym w oczy.
– No, teraz po prostu marudzisz.
Dzięki dodatkowemu oświetleniu z laski Fiony Duncan mógł dokładniej się zorientować w wielkości i wyglądzie korytarza, zanim splugawiła go zgnilizna mrocznego pomiotu. Runy, jak sądził. Krasnoludzkie runy, których znaczenia nie potrafi ł jednak odgadnąć. Podobno krasnoludy czciły kamień. Może słowa, jakie w nim wyryły, były modlitwą? Modlitwą splugawioną rozkładem. Czyż nie było w tym swoistej symetrii?
Duncan mógł już wyczuć mroczny pomiot. Genevieve miała rację – potrzeba było czasu, by przywyknąć i przystosować się do otoczenia w Głębokich Szlakach. Mroczny pomiot wychylał się z zakamarków świadomości Duncana, czaił się w cieniach daleko poza zasięgiem wzroku. Uczucie, jakby ktoś stał za plecami – nie słyszy się go ani nie widzi, ale po prostu wie, że tam jest.
Czy mroczny pomiot też wyczuwał obecność Szarej Straży w podziemiach? Według Pierwszego Zaklinacza onyksowe brosze, jakie otrzymali w Twierdzy Kinloch, miały przed tym chronić, sprawić, by Strażnicy stali się niewykrywalni dla zmysłów stworów ciemności, ale chłopak wcale nie był przekonany, że tak się stanie. Swoją broszę przypiął do skórzanego kaftana i teraz obrócił ją, by lepiej się przyjrzeć. Opalizowała słabo wszystkimi barwami tęczy, przesuwającymi się powoli tuż pod powierzchnią kamienia, jak gęsta ciecz. Brosza w dotyku była zimna, przywodziła na myśl porównanie z przygaszoną, zamarzniętą latarnią. Duncan puścił ją, odruchowo rozcierając palce, by przywrócić w nich ciepło.
– Genevieve kazała ci przeprosić? – zapytał Fionę. Czarodziejka pytająco uniosła wzrok. Najwidoczniej jej myśli odbiegły od rzeczywistości, ale kiedy zrozumiała, że Duncan pyta o incydent z królem, potrząsnęła ze zniecierpliwieniem głową, mrużąc powieki. Ma śliczne oczy, nawet jak na elfkę – pomyślał chłopak. Niesamowite oczy były typowe u elfów, Duncan zdążył już to zauważyć – zwykle jasnozielone lub granatowofi ołkowe, w niezwyczajnych barwach, które podkreślały obcość. Ale oczy Fiony były niemal ludzkie, ciemne i wyraziste. Okna duszy jak powiedziałaby jego matka. Zawsze umiała dobierać trafne słowa.
– Nie, nie kazała – odparła czarodziejka krótko. – I nie widzę powodu, dla którego miałabym przepraszać.
– Wiesz, król nie jest taki zły.
– Nie możesz mieć pewności. Wcale go nie znasz. Ja zresztą też.
– To taka elfi a złość? Znałem sporo elfów w Val Royeaux i każdy był taki najeżony. Nawet elfy, które nie pochodziły z obcowiska. Popatrzyła na niego nieufnie.
– Wiesz, mamy powody, by czuć gorycz.
– Tak, tak, wiem. My, straszni ludzie, zniszczyliśmy Dalijczyków. Znałem jednego, który ubzdurał sobie, że jest dalijskim elfem. Malował sobie twarz, żeby wyglądać jak Dalijczyk. Myślałem, że poszedł do lasu szukać swojego klanu, ale okazało się, że go po prostu aresztowano. W każdym razie dużo mi opowiedział o dalijskich elfach. Fiona uderzyła laską w kamienną posadzkę i kula na okamgnienie zabłysła jaśniej. Irytacja czarodziejki na Duncana
była łatwo wyczuwalna.
– Chodzi o coś więcej. O wiele więcej! Nawet nie wiesz!
– Czego? Że twój lud został zniewolony? Wszyscy to wiedzą.
– Były czasy – jej oczy zalśniły gniewnie – gdy elfy żyły wiecznie. To też wiedziałeś? Mieliśmy własny język, tworzyliśmy cuda jakich wcześniej nie widziano na Thedas, mieliśmy też ojczyznę – i było to na długo przed Dalijczykami.
– Ale wtedy zostaliście zniewoleni.
– Przez magów z imperium tevinterskiego, tak. Jeszcze jedna z ich zbrodni i zapewne nie największa. – Fiona odwróciła się od Duncana i przesunęła szczupłą dłonią po plugastwie okrywającym najbliższą ścianę. – Zabrali nam wszystko, co piękne. Sprawili nawet, że przez pewien czas nie pamiętaliśmy, kim byliśmy. I dopóki prorokini Andrasta nie wyzwoliła nas, nie wiedzieliśmy nawet, co utraciliśmy.
– Ale Andrasta była człowiekiem, czyż nie? Nie wszyscy jesteśmy tacy źli.
– Jej pobratymcy spalili ją na stosie.
– Miałem na myśli nas tutaj.
Spojrzała na Duncana z zagadkowym uśmiechem, a w jej wyrazistych oczach zamigotał smutek.
– Andrasta dała dalijskim elfom nową ziemię w zamian za utraconą ojczyznę. Ale w końcu twoi ludzie odebrali także i ją. I teraz żyjemy w waszych miastach jak robactwo lub wędrujemy jak wyjęci spod prawa. Niezależnie – zawsze jesteśmy niechciani.
Chłopak odpowiedział drwiącym uśmiechem.
– Ach, biedne elfy.
Czarodziejka zagroziła mu nadal świecącą laską, ale Duncan zrobił unik, śmiejąc się wesoło. Dźwięk zabrzmiał nienaturalnie wśród mrocznych ścian.
– Zdaje się, że brak mi współczucia – wyszczerzył się. – Wychowałem się na ulicy, więc jeżeli szukasz potwierdzenia, jak dobrzy są ludzie, to niezbyt dobrze trafiłaś.
– Sam pytałeś – przypomniała mu.
– O króla. – A potem wskazał na pozostałych Strażników, którzy zostawili ich w tyle.
Fiona od razu przyśpieszyła kroku, by dołączyć do reszty. Duncanowi jednak aż tak się nie śpieszyło.
– To, o czym opowiedziałaś... To stało się tak dawno temu, że mało kto o tym wie. No, może poza garstką, która trzyma nosy w starych księgach. Poza tym elfy nie są już niewolnikami.
– Tak myślisz? – Oczy elfki pociemniały, głos zabrzmiał ostrzej. – Wydaje ci się, że można znieść niewolnictwo i ono ot tak – zniknie tego samego dnia?
– Nawet jeżeli nie, to na pewno król Maric nie ma z tym nic wspólnego.
Skinęła głową, spoglądając na jasnowłosego władcę idącego na czele grupy. Jakby czując jej wzrok, mężczyzna przystanął i obejrzał się zdziwiony. Elfka nie odwróciła oczu i król uznał, że lepiej skierować uwagę gdzie indziej.
– Wiem o tym – stwierdziła Fiona. – Myślałeś, że nie wiem?
– Jesteś mądra, więc chyba jednak wiesz.
Westchnęła ze znużeniem.
– Jemu się wydaje, że ma ciężkie życie.
– Może tak jest. Ja na pewno nie chciałbym być królem.
– Dlaczego nie? – Fiona zmarszczyła brwi i Duncan wyczuł, że jej gniew powrócił. – Pomyśl, czego mógłbyś dokonać jako król. Mógłbyś zrobić tak wiele. Mógłbyś wszystko zmienić.
Chłopak zaśmiał się szyderczo.
– Wychowałem się na ulicy, ale nawet ja wiem, że król nie może robić wszystkiego. – Przyśpieszył kroku i Fiona została z tyłu. – Nie wiem, co król Maric miałby według ciebie zrobić, ale chyba powinnaś to powiedzieć jemu, nie mnie. A teraz muszę do niego dołączyć i zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Pewnie każe mi znaleźć jakiś nocnik.
– A już cię wysyłał po nocniki? – roześmiała się.
– Jeszcze nie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Jak będziesz się na niego tak gapić, na pewno w końcu będzie potrzebował nocnika.
Minęło wiele godzin. Szarzy Strażnicy wędrowali coraz dalej w mrok Głębokich Szlaków. Oznaki zarazy roznoszonej przez mroczny pomiot stawały się coraz wyraźniejsze. W zagłębieniach zbierała się mętna woda i Kell ostrzegł, by jej nie dotykać. Krótki rozkaz i Hafter cofnął się, rozważnie uznając, że lepiej nie zaspokajać pragnienia w kałuży. Duncan musiał się zgodzić. Z wody wystawały kości... stworzeń... Pod powierzchnią dało się dostrzec ruch, robaki zapewne, ale chłopak wolał się nad tym za dużo nie zastanawiać. Tutaj grzyb był bardziej rozrośnięty, okrywał ściany grubą warstwą, w której pojawiały się narośle przypominające kopce lub naturalne ule, z ciemnymi wąsami rozchodzącymi się niczym żyły. Pokrywała je śliska substancja przypominająca przypalony olej. Odór zgnilizny miejscami aż dusił, nawet pochodnie zaczynały migotać. Szarzy Strażnicy z trudem łapali oddech i tylko ponaglenia Marica zmuszały ich do dalszej wędrówki. Wydawało się, że król wie, dokąd iść. Kilkakrotnie wędrowcy minęli rozwidlenia, ale tylko na pierwszym władca się zawahał. I bynajmniej nie dlatego, że nie wiedział, w którą stronę skręcić, jak zauważył Duncan. Oczy króla spoglądały w dal, w przeszłość, we wspomnienia, o jakich nie chciał mówić. A kiedy nareszcie przemówił i wskazał kierunek, w jego głosie brzmiała pewność.
Duncan zastanawiał się, dokąd prowadzą inne korytarze. Były tak do siebie podobne. Jak król je rozróżniał? Musiał je naprawdę dobrze pamiętać. Jeżeli tak, to może Genevieve miała rację, nalegając na udział Marica w wyprawie. Gdyby Strażnicy poszli sami i skręcili w złą stronę, kto wie dokąd by doszli i jak skończyłaby się ich wędrówka?
Grupa dotarła do krasnoludzkiego posterunku przy drodze, gdy komendantka nakazała się zatrzymać. Z budynku nie pozostało wiele, resztki zaprawy murarskiej w zwalonej ścianie i rozpadające się sprzęty, ale wiadomo było, że Genevieve nie zamierzała podziwiać widoków.
Znajdowali się w pobliżu mrocznego pomiotu. Nie uszło uwadze Strażników, że znajdują się również coraz bliżej thaigu Ortan, jak zapewnił Maric. Duncan wyczuwał mrowiący się tłum, niczym nadchodzącą powoli falę mroku, z którego łypią na chłopaka złośliwe oczy. Sama myśl napełniła go strachem ściskającym wnętrzności. Duncan miał niewielkie doświadczenie z mrocznym pomiotem, a oto dobrowolnie szedł wprost do miejsca, gdzie spotka tych potworów więcej, niż chciałby. Była to przerażająca perspektywa.
Namioty ustawiono bez dyskusji w granicach wyznaczonych zrujnowanymi ścianami posterunku. Tutaj zapewne krasnoludy ongiś zatrzymywały podróżnych wkraczających na Głębokie Szlaki, sprawdzały ich bagaże i ładunki i pobierały opłaty. A może posterunek służł do pilnowania, czy do dziedziny krasnoludów nie wkraczają wrogowie? Duncan nie miał pojęcia. Kiedy rozniosła się Pierwsza Plaga, najdotkliwiej uderzyła właśnie w krasnoludy. Mroczny pomiot zaroił się na Głębokich Szlakach, a krasnoludy wycofały się do Orzammaru, pieczętując wejścia do tuneli i pozostawiając wielu swoich po drugiej stronie bram, skazując ich na nieuchronną śmierć. Jak się czuli porzuceni, gdy zrozumieli, że nie ma dla nich ucieczki? Gdy ujrzeli mroczny pomiot niczym falę powodzi, topiącą wszystko na swojej drodze i niszczącą dorobek starożytnej kultury? Krasnoludy nigdy nie wątpiły, że Plaga powróci, i zawsze okazywały Szarej Straży najwyższy szacunek. Ludzie pod tym względem byli o wiele mniej niezawodni. Zbyt często zapominali o tym, czego nie mieli przed nosem.
Duncan, rzecz jasna, nie czuł się wcale lepszy niż reszta ludzkości i nie patrzył na swoich pobratymców z góry. Wręcz przeciwnie. Po prostu widział w życiu dość, by wyobrazić sobie, do czego zdolni są ludzie. Kiedyś stwierdził nawet, że nie byłoby wcale tak źle, gdyby Plaga wydostała się na powierzchnię i wyniszczyła ludzkość, pozostawiając tylko nagie kości na splugawionej ziemi.


Dodano: 2010-03-19 17:51:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS