NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

Ukazały się

Tolkien, J.R.R.- "Silmarillion. Wersja ilustrowana"


 Komuda, Jacek - "Samozwaniec. Moskiewska ladacznica"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Mastai, Elan - "Inne dziś"

 Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"

 Kristoff, Jay - "Nibynoc"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

Linki


Literackie zgadywanki 02/2010

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.



John M. Harrison, „Światło”

M. John Harrison dał się poznać polskim czytelnikom w zeszłym roku. Ukazało się wtedy „Viriconium”, książka, w skład której wchodziły mikropowieści i opowiadania osadzone w tym samym, wykreowanym przez autora uniwersum. Mogliśmy wtedy obserwować, jak na przestrzeni lat ewoluowała wizja Harrisona – od klasycznej opowieści osadzonej w posttechnologicznym świecie, do wizji, w której pełno było fantasmagorycznych zdarzeń.
Tym razem nakładem wydawnictwa Mag ukaże się „Światło”. Trudno mi wyrokować, jak zmieniła się twórczość Harrisona, w którą stronę mogła skręcić. Oprócz tego, że tym razem otrzymamy powieść SF. Blurb zapowiada trzy wątki, które będą się ze sobą przeplatać – jeden z nich będzie osadzony w naszych czasach, a pozostałe dwa, datowane będą na rok 2400. Będą tajemnicze przedmioty i będzie związana z nimi tajemnica, będzie także fizyka kwantowa. W jakim natężeniu te wszystkie elementy się pojawią, dowiedzieć się będzie można dopiero z samej powieści. Z pozoru może nie wyglądać to zachęcająco i jestem pewny, że nie będzie to prosta literatura. Autor wysoko zawiesi poprzeczkę czytelnikom, ale wynagrodzi to pięknym językiem, jakim będzie opowiedziana cała historia.
Po „Viriconium” trudno mi przejść obojętnie wobec twórczości tego autora, wydaje mi się też, że czytelnikom, którym owe historie nie przypadły do gustu, „Światło” raczej także się nie spodoba. Przynajmniej tak mogę wnioskować z recenzji, które ukazały się na zachodzie. Z kolei osoby, które lubią wyzwania i spróbują się z prozą Harrisona zmierzyć, raczej nie powinny się zawieść.

Łukasz "Maeg" Najda





Drugi tom z cyklu „Rachel Morgan” Kim Harrison. Pierwsze spotkanie z czarownicą-detektywem nie należało do udanych, pomimo wyraźnych starań autorki. Było jednak kilka ciekawych wątków, które skłoniły mnie do zainteresowania „Dobrym, złym i nieumarłym”. Ciekawa jestem przede wszystkim, czy rozwiąże się sprawa tajemniczego przeciwnika, pana Trenta, i w jaki sposób autorka poprowadziła motyw wampiryzmu. Nie spodziewam się po tej książce rewelacji ani szczególnych doznań czytelniczych, ale chcę sprawdzić, czy styl Harrison i jej podejście do logiczności fabuły się poprawiły. Może zostanę przyjemnie zaskoczona, kto wie?

Anna "Eruana" Zasadzka





Moda na wampiry w powieściach fantastycznych trwa, co gorsza, większość zapowiedzianych na 2010 rok książek będzie należała do gatunku paranormal romance, a ten, mimo całego mojego zainteresowania wampiryzmem, czytam wyjątkowo niechętnie. Dlatego zwróciłam uwagę na powieść Marcusa Sedgwicka, „Królowa cieni”, która opisywana jest jako „nowe odczytanie nieśmiertelnego mitu” i wydaje się być bardziej horrorem dla młodzieży niż powieścią fantasy, a już na pewno nie ma nic wspólnego z romansem. W dodatku autor przenosi czytelników do mrocznej Transylwanii, miejsca narodzin mitu wampira, co sugerować może inspiracje „Draculą” Brama Stokera i zabawę z konwencją. Nie bez znaczenia jest też dla mnie narodowość Marcusa Sedgwicka – jest Brytyjczykiem, a do literatury fantastycznej z tamtych rejonów mam wyjątkową słabość. Akcja powieści toczy się zimą, wpisuje się w więc w mroźny klimat. Ciekawa jestem, czy z wampira można wycisnąć jeszcze trochę świeżej krwi...

Anna "Eruana" Zasadzka




Greg Egan, „Teranezja”

Greg Egan w latach dziewięćdziesiątych brawurowo doszlusował do czołówki autorów SF takimi powieściami jak „Miasto Permutacji” czy „Diaspora”. Ta ostatnia to już ponoć jest zupełnie odlotową podróżą do granic wyobraźni, z bohaterami nie mającymi nawet ciała, „żyjącymi” w wirtualnych enklawach. Powieści Grega Egana charakteryzuje zabawa fizyką, matematyką, biologią i informatyką, co wcale zresztą nie powinno dziwić, gdyż australijski pisarz jest programistą, naukowcem specjalizującym się w badaniach nad AI. Nawet jego ostatnie opowiadanie, „Crystal Nights” z magazynu „Interzone”, to wariacja, oryginalna i wciągająca, na temat zagrożeń związanych z budową (i ewolucją) wirtualnych wszechświatów. Jak zatem na tym tle może wypadać „Teranezja”, uznawana przez zagranicznych recenzentów, ale także między innymi przez Jacka Dukaja za najsłabszą – co nie znaczy złą – powieść autora? Akcja „Teranezji” dzieje się w bliskiej przyszłości, a ściślej, między 2010 a 2030 rokiem. Można więc spodziewać się ekstrapolacji trendów zauważanych przez Egana w okresie pisania książki.
Cóż możemy ujrzeć?
Egan wydał „Teranezję” w 1999 roku, a zatem: rozwój Internetu (informatyka kwantowa? wszak już w „Kwarantannie” Egan bawił się mechaniką kwantową), być może szersze spojrzenie na geopolitykę XXI wieku, także egzotyka kulturowa. Byłaby to droga, którą obrał między innymi Ian McDonald, synkretyzm kulturowy staje się modnym tłem w hard SF (McDonald opisuje Afrykę, Egan - Indonezję), co daje niesamowite pole do zabaw z biologią, do prowadzenia „śledztwa nad światem”. Zastanawiam się, dlaczego krytycy uważają „Teranezję” za powieść najsłabszą w dorobku Egana. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, poza kwestiami czysto technicznymi (typu niewyraźnie zarysowani bohaterowie, z którymi trudno się utożsamić), to brak jakichś wyraźnych, oryginalnych teorii fizycznych. W „Diasporze” poszedł podobno najdalej i zunifikował teorie fizyczne w jedną, Wielką Teorię obejmującą tak fizykę newtonowską, jak i mechanikę kwantową. Owo poznawanie tajemnic świata przedstawionego, przebijanie się przez kolejne warstwy idei, pomysłów, zawsze stanowiło największy atut prozy Egana. Mam nadzieję, że pomysłów naukowych nie zabrakło również w „Teranezji”.

Jan "Żerań" Żerański





Wbrew szumnym zapowiedziom pierwszy tom cyklu „Gone” Michaela Granta nie okazał się powieścią wartą uwagi. Losy nastolatków w odizolowanym od reszty świata mieście stały się tłem dla opisów pojedynków na nadprzyrodzone moce. Zamiast uwspółcześnionej wersji „Władcy much” Williama Goldinga powstała książkowa wersja komiksu o superbohaterach. Czy wszystko przepadło i dla serii nie ma już ratunku? Wątpliwości rozwieje kolejny tom cyklu „Gone. Zniknęli: Faza Druga: Głód”.
Według zapowiedzi bohaterzy będą musieli skoncentrować się nie ma potyczkach pomiędzy sobą, a na walce z głodem. Czy takie wyzwanie spowoduje, że zamiast papierowych postaci karty książki zaludnią bohaterowie z krwi i kości? Czy zamiast walki na pioruny wystrzeliwane z palców zobaczymy obraz „cywilizacji” na skraju zagłady? Możliwości są spore, a kilka fragmentów poprzedniej książki Granta wskazuje, że autor byłby w stanie sprostać wyzwaniu. Tylko czy będzie chciał? W końcu książka jest dzisiaj towarem, a pisanie o umierających z głodu dzieciach raczej nie spowoduje nagłego wzrostu sprzedaży. Może zatem lepiej jest się nie wychylać i napisać raz jeszcze to samo? W końcu najbardziej lubimy piosenki, które już znamy.

Adam "Tigana" Szymonowicz





„Rzeka bogów” Iana McDonalda, zgodnie z oczekiwaniami, w znacznej mierze traktuje o przemianach społecznych w Indiach: pod wpływem globalizacji, technologii, czasu, obcej kultury. Książka tworzy spójną wizję, dotykającą wielu płaszczyzn życia. W zgadywance (i recenzji) porównywałem „Rzekę bogów” do „Accelerando” Strossa – książki te mają faktycznie ze sobą wiele wspólnego – przynajmniej moim zdaniem – lecz u McDonalda wizja przyszłości nie jest dominantą, a jednym z kilku równoważnych elementów. Dla mnie jednym z bardziej istotnych, ale przypuszczam, że czytelnicy o odmiennych preferencjach zwrócą uwagę raczej na inne cechy książki.
Całkowicie spudłowałem zgadując, że powieść McDonalda będzie miała coś wspólnego z prozą Simmonsa; podobnie jak w przypadku nawiązań do Zelaznego. McDonald nie pokazuje też zróżnicowania ludności zamieszkującej obszar dzisiejszych Indii, skupiając się na jej wycinku. Pomyliłem się też sądząc, że tytuł powieści wskazuje na ważną rolę hinduskich bóstw w fabule; nie będę zdradzał puenty książki, powiem tylko, że zabierając się za lekturę, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. W kilku innych przypuszczeniach ocierałem się o prawdę, ale zwykle autor rozwiązywał intrygującą mnie kwestię w inny, niż się spodziewałem, sposób.
W przypadku zgadywanki „Rzeki bogów” chyba najwięcej razy do tej pory się pomyliłem; co samo w sobie świadczy dobrze o książce – to irytujące przecież, gdy powieść jest przewidywalna i nie zaskakuje czytelnika w najmniejszym stopniu.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka





Nie będę owijać w bawełnę – „Żmija” Andrzeja Sapkowskiego to w mojej opinii największe literackie rozczarowanie roku. A miało być tak pięknie. Oryginalna fabuła, pełnokrwiste postaci, barwny język, specyficzne poczucie humoru. Miało być... Tymczasem otrzymaliśmy namiastkę powieści, która w minimalnym stopniu spełnia pokładane w niej nadzieje... Znajdą się jedna czy dwie postaci, o których można powiedzieć, że są, a nie, że jedynie zaistniały na kartach książki. W paru miejscach Sapkowski zabłysnął erudycją, gdzieś rozbawił czytelnika. Niestety te „okruszki” to zdecydowanie za mało by uznać „Żmiję” za utwór choć w części udany. Czy to z powodu zbyt wysoko zawieszonej przez czytelników poprzeczki, czy przez nie najlepszą formę samego autora – musicie ocenić sami.

Adam "Tigana" Szymonowicz





„Przebierańcy” Mike’a Careya udowadniają, że angielski pisarz potrafi pisać dobre paranormalne kryminały... Po chwilowej zadyszce, jaką dla mnie był „Błędny krąg”, otrzymujemy powieść, która powinna zaspokoić oczekiwania nawet najbardziej wybrednych wielbicieli przygód Felixa Castora. Główna w tym zasługa zasady „złotego środka”, jakiej zdawał się hołdować pisarz w trakcie pisania. Z jednej ciekawa intryga kryminalna, gdzie jednym z głównych podejrzanych jest dawno zmarła psychopatka, z drugiej poznajemy kolejne elementy tworzące wykreowany przez Careya świat (organizacja Tchnienie Życia). Pisarz nie zapomniał przy tym i o samym bohaterze komplikując mu raz po raz życie osobiste i zawodowe... W rezultacie wyszedł smakowity koktajl, w którym żaden ze składników nie zagłuszył pozostałych. No i styl – ironiczny, pełen czarnego humoru, z kilkoma dialogowymi perełkami.

Adam "Tigana" Szymonowicz





„Bóg zegarów” Alana Cambella miał zaskoczyć. I zaskoczył, chociaż nie tym, czego się spodziewałem. Trzecia część „Kodeksu Deepgate” okazała się, ku mojemu zdziwieniu, linearną kontynuacją „Żelaznego anioła”... Autor tym razem nie zdecydował się na diametralną zmianę klimatu opowiadanej historii czy wprowadzenie zupełnie nowych bohaterów. Zapomnijmy o nagle urwanych wątkach czy akcji zawieszonej w pół zdania. To nie ta książka. Z drugiej strony czytelnik otrzymuje dokładnie to, do czego Campbell zdążył go przyzwyczaić – niesamowitych bohaterów, wirtuozerskie opisy, nieoczekiwane zwroty akcji. Widać przy tym, że autor to kopalnia świeżych pomysłów, które potrafi przerobić na intrygującą fabułę. W końcu „Bóg zegarów” to z dawna oczekiwany powrót sztandarowej postaci cyklu – okaleczonej anielicy Carnival. I choćby dla niej warto sięgnąć po tę powieść...

Adam "Tigana" Szymonowicz





Zgodnie z obietnicą z weryfikacją zgadywanki dotyczącej „Ostrza Tyshalle’a” Matthew Woodringa Stovera wstrzymałem się do momentu przeczytania całej powieści, podzielonej w Polsce na dwie części i wydanych z prawie trzymiesięczną przerwą. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do recenzji pierwszego i drugiego tomu powieści, a tutaj skupię się wyłącznie na kwestiach poruszonych w napisanej we wrześniu zgadywance.
Stover zaskoczył mnie sytuacją wyjściową Hariego w powieści – spodziewałem się, że zastaniemy go szczęśliwie zarządzającego Studiem na Ziemi. Tymczasem wydarzenia opisane w „Bohaterowie umierają” trwale odbiły się na jego zdrowiu, co w konsekwencji doprowadziło do nieciekawej sytuacji zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Samo to jednak nie spowodowałoby porzucenia dotychczasowego życia i udania się do Nadświata, Stover skorzystał więc z oczywistego rozwiązania – zniszczył bohaterowi dosłownie każdy element życia i postawił w sytuacji bez wyjścia. Wbrew temu co pisałem w zgadywance, powód nie był więc szczytny (choć cały czas istniał on w tle), ale osobisty.
Nie trafiłem z przypuszczeniami (a raczej z oczekiwaniami), że większość powieści będzie się działa w Nadświecie – na dobre akcja przenosi się tam dopiero w połowie książki, choć gdy się tam już znajdzie, to z nielicznymi i drobnymi przerwami scenografia nie zmienia się do samego końca. Ciężko również rozróżnić dualizm Hariego-Caine’a – w powieści obie osobowości głównego bohatera zaczynają się zlewać; nie ma już wyraźnego podziału, który był widoczny w pierwszym tomie „Aktów Caine’a”.
Opinia, że „Ostrze Tyshalle’a” jest lepsze od „Bohaterowie umierają” moim zdaniem nie znalazła potwierdzenia w rzeczywistości. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest to powieść nieznacznie – ale jednak – słabsza od swej poprzedniczki. Dzieje się tak za sprawą bardzo rozbudowanego zawiązania akcji, które jest dosyć monotonne, a także znacznie mniej żywiołowej końcówki, będącej wypadkową wcześniej obranych rozwiązań fabularnych. Stąd uważam, że wysoko zawieszona poprzeczka została jednak strącona i książka przyniosła niewielkie rozczarowanie.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2010-02-05 14:59:47
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

Recenzje

Tchaikovsky, Adrian - "Dzieci czasu"


 Riggs, Ransom - "Baśnie osobliwe"

 Cetnarowski, Michał - "Podwójna tożsamość bogów"

 Dashner, James - "Dziennik osobliwych listów"

 Schwab, V.E. - "Zgromadzenie cieni"

 Orliński, Wojciech - "Lem. Życie nie z tej ziemi"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

Fragmenty

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #2

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS