NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

Drayden, Nicky - "Overwatch: Bohaterka Numbani"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

Linki

Wyndham, John - "Dzień tryfidów / Poczwarki"
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: Styczeń 2010
ISBN: 978-83-7590-039-2
Oprawa: twarda
Liczba stron: 450
Seria: Klasyka SF



Wyndham, John - "Poczwarki" #1

1.


Kiedy byłem całkiem mały, śniło mi się czasem pewne miasto — co było dziwne, ponieważ zaczęło się to, zanim jeszcze dowiedziałem się, czym jest miasto. Lecz w moich myślach zjawiało się miasto, skupione nad łukiem wielkiej, niebieskiej zatoki. Widziałem ulice i stojące wzdłuż nich domy, wybrzeże, a nawet statki w porcie; a przecież na jawie nigdy nie widziałem ani morza, ani statku...
I domy były zupełnie niepodobne do tych, które znałem. Ruch na ulicach był dziwny, wozy jeździły bez ciągnących je koni; a czasem na niebie pojawiały się jakieś stwory, lśniące istoty w kształcie ryb, które z pewnością nie były ptakami.
Najczęściej widziałem to zadziwiające miejsce w świe¬tle dnia, lecz czasem także w nocy, gdy światła kładły się wzdłuż brzegu jak pasma robaczków świętojańskich, a nie¬które z nich wyglądały jak iskry unoszące się na wodzie lub w powietrzu.
Było to piękne, urocze miejsce, i kiedyś, kiedy wciąż jeszcze byłem na tyle młody, że nie orientowałem się lepiej, spytałem moją najstarszą siostrę, Mary, gdzie to śliczne miasto może się znajdować.
Potrząsnęła głową i powiedziała mi, że nie ma takiego miejsca — nie ma go teraz. Ale przypuszczała, że mogłem może w jakiś sposób śnić o dawnych czasach. Sny są czymś zabawnym i są bardzo rozmaite; więc mogło się zdarzyć, że to, co widziałem, było fragmentem świata, jaki istniał nie¬gdyś — osobliwego świata, w którym żyli Starzy Ludzie; zanim jeszcze Bóg zesłał Cierpienie.
Lecz potem ostrzegła mnie bardzo poważnie, żebym o tym nikomu nie wspominał; o ile wiedziała, innym ludziom ani we śnie, ani na jawie takie obrazy nie przychodziły do głowy, więc wspominać im o tym byłoby niemądrze.
Była to dobra rada i na szczęście miałem dość rozsądku, żeby się do niej zastosować. Ludzie w naszej okolicy pa¬trzyli bardzo złym okiem na sprawy dziwne lub niezwykłe, tak że nawet fakt, iż byłem leworęczny, budził lekką de-zaprobatę. Tak więc ani wówczas, ani w kilka lat później nie wspomniałem o tym nikomu — szczerze mówiąc, prawie o tym zapomniałem, bo gdy stawałem się starszy, ten sen przychodził mniej często, a potem bardzo rzadko.
Lecz rada ta utkwiła we mnie głęboko. Gdyby nie ona, wspomniałbym może o dziwnej umowie, jaką miałem z moją kuzynką Rosalindą, a to z pewnością sprowadziłoby na nas oboje bardzo poważne kłopoty — gdyby ktoś przy¬padkiem mi uwierzył. Myślę, że ani ja, ani ona nie zwra¬caliśmy na to wówczas wiele uwagi: po prostu nawykliśmy do ostrożności. Ja z pewnością nie czułem się nikim nie¬zwykłym. Byłem normalnym małym chłopcem, rosnącym w normalny sposób i uważającym świat, który mnie otaczał, za coś naturalnego. To trwało aż do dnia, w którym po¬znałem Sophie. A nawet potem różnica nie ujawniła się natychmiast. To tylko spóźniony refleks pozwala mi ustalić, że w tym dniu zaczęły kiełkować we mnie pierwsze małe wątpliwości.
Tego dnia wyszedłem z domu sam, jak to często robiłem. Miałem wtedy, zdaje się, około dziesięciu lat. Moja druga siostra, Sarah, była o pięć lat starsza, a to znaczyło, że przeważnie bawiłem się sam. Poszedłem polną drogą na południe, wzdłuż granic kilku pól uprawnych, aż doszedłem do wyso¬kiego nasypu, a potem zrobiłem niezły kawałek drogi, aż na jego szczyt.
Ten nasyp wcale mnie wtedy nie intrygował; był dla mnie o wiele za duży, żebym myślał o nim jako o czymś, co mogli zbudować ludzie, nigdy też nie przyszło mi do głowy, żeby go łączyć z tymi wspaniałymi dziełami Starych Ludzi, o których niekiedy słyszałem. Był to po prostu na¬syp zataczający szeroki łuk, a potem biegnący prosto jak strzała w kierunku odległych wzgórz; był zwyczajnie cz꬜cią świata i nie budził większego zdziwienia niż rzeka, niebo czy same wzgórza.
Często wchodziłem na jego szczyt, lecz rzadko zapuszczałem się na drugą stronę. Z jakichś powodów uważałem tamtą okolicę za obcą — nie tyle wrogą, ile znajdującą się poza moim terenem. Ale odkryłem tam pewne miejsce, gdzie deszcz, spływając wzdłuż długiego zbocza, wyżłobił piaszczysty żleb. Jeśli usiadło się u jego wejścia i dobrze odepchnęło, można było z dużą szybkością zjechać w dół, a w końcu przelecieć kilka stóp w powietrzu i wylądować w miękkiej górze piasku na jego dnie.
Byłem tam już wcześniej chyba z sześć razy i nigdy nie spotkałem nikogo, lecz teraz, gdy wspinałem się w górę po trzecim zjeździe i przygotowywałem się do czwartego, jakiś głos powiedział:
— Cześć.
Obejrzałem się. Z początku nie umiałem powiedzieć, skąd ten głos pochodzi, potem przyciągnęło mój wzrok ko¬łysanie się szczytów gałęzi w kępie krzaków. Gałęzie roz¬sunęły się i wyjrzała ku mnie jakaś twarz. Była to mała twarz, ogorzała od słońca i otoczona ciemnymi lokami. Mia¬ła niby poważny wyraz, ale jej oczy błyszczały. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, potem odpowiedziałem:
— Cześć.
Zawahała się, a potem szerzej rozsunęła gałęzie. Zoba¬czyłem dziewczynkę trochę mniejszą ode mnie i może tro¬chę młodszą. Była ubrana w czerwono-brązowe drelichy i żółtą koszulę. Z przodu, na drelichu przyszyty był krzyż z ciemniejszego brązowego materiału. Włosy z obu stron głowy miała związane żółtymi wstążkami. Przez kilka sekund stała spokojnie, jakby niepewna, czy ma opuścić bezpieczne krzaki, potem ciekawość przezwyciężyła ostroż¬ność i wyszła z nich.
Gapiłem się na nią, ponieważ była zupełnie obca. Od czasu do czasu odbywały się zebrania albo przyjęcia, które gromadziły wszystkie dzieci mieszkające o całe mile stąd, więc dziwnie było spotkać kogoś, kogo nigdy przedtem nie widziałem.
— Jak ci na imię? — spytałem.
— Sophie — odparła. — A tobie?
— David — odpowiedziałem. — Gdzie mieszkasz?
— Tam — powiedziała, machnąwszy niedbale ręką w kierunku obcej okolicy poza nasypem.
Odwróciła oczy ode mnie i spojrzała na piaszczystą ryn¬nę, w której się ślizgałem.
— Dobra zabawa? — spytała ze smutnym spojrzeniem. Zastanawiałem się przez chwilę, czy ją zaprosić, a potem powiedziałem:
— Tak. Chodź, spróbuj.
Ociągała się, znowu patrząc na mnie uważnie. Obserwo¬wała mnie bardzo poważnie przez kilka chwil, a potem, zupełnie nagle, zdecydowała się. Wygramoliła się na szczyt nasypu, przede mną.
Zjechała rynną, powiewając lokami i wstążkami. Gdy ja wylądowałem, straciła już swój poważny wygląd, a jej oczy tańczyły z podniecenia.
— Jeszcze raz — powiedziała i zadyszana wspinała się na nasyp.
Wypadek zdarzył się przy jej trzecim zjeździe. Usiadła i odepchnęła się tak jak przedtem. Patrzyłem, jak się ześlizguje i zatrzymuje w burzy piasku. Zrobiła jakoś tak, że wylądowała o kilka stóp na lewo od zwykłego miejsca. Przygotowałem się do zjazdu i czekałem, aż mi zrobi miej¬sce. Ale nie odeszła.
— Usuń się — powiedziałem niecierpliwie. Spróbowała się poruszyć, a potem zawołała:
— Nie mogę. To boli.
W każdym razie zaryzykowałem, odepchnąłem się i wy¬lądowałem tuż przy niej.
— Co się stało? — spytałem.
Miała skrzywioną twarz i łzy w oczach.
— Noga mi utknęła — powiedziała.
Lewą nogę miała zasypaną. Odgarnąłem rękami miękki piasek. Jej trzewik utknął w wąskiej szczelinie między dwoma sterczącymi w górę kamieniami. Próbowałem go poruszyć, ale ani drgnął.
— Nie możesz go jakoś wykręcić? — spytałem.
Spróbowała, dzielnie zaciskając wargi.
— Nie da się.
— Pomogę ci ciągnąć — zaproponowałem.
— Nie, nie! — zaprotestowała. — To boli.
Nie wiedziałem, co teraz robić. Całkiem na pewno ją to bolało. Zastanawiałem się nad tym.
— Najlepiej przetniemy sznurowadła, żebyś mogła wyjąć stopę z trzewika. Nie mogę rozplątać węzełka — posta¬nowiłem.
— Nie! — zawołała z przerażeniem. — Nie, tego nie wolno.
Była tak stanowcza, że poczułem się zakłopotany. Gdyby wyjęła stopę, moglibyśmy sam trzewik uwolnić spomiędzy kamieni, ale skoro nie chciała, nie wiedziałem, co by tu można było zrobić. Leżała na piasku, a kolano jej uwięzio-nej nogi sterczało w powietrzu. — O, jak boli! — mówiła. Nie mogła już dłużej po¬wstrzymać łez. Spływały jej po twarzy. Ale nawet teraz nie krzyczała, wydawała tylko słabe, dziecięce jęki.
— Musisz wyjąć stopę — powiedziałem.
— Nie — zaprotestowała znowu. — Nie, nie wolno mi. Nigdy. Nie wolno mi.
Usiadłem przy niej, nie wiedząc, co począć. Chwyciła obiema dłońmi moją rękę, ściskając ją, gdy płakała. Było jasne, że stopa boli ją coraz bardziej. Chyba po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji, w której trzeba było pod¬jąć decyzję. Podjąłem ją.
— Nie ma rady. Musisz wyjąć stopę — powiedzia¬łem. — Jeśli nie, to pewnie zostaniesz tutaj i umrzesz.
Nie od razu, ale w końcu zgodziła się. Obserwowała mnie lękliwie, gdy przecinałem sznurowadło. Potem po¬wiedziała:
— Odejdź. Nie wolno ci patrzeć.
Zawahałem się, lecz dzieciństwo to okres gęsto najeżony niepojętymi, choć ważnymi konwenansami, odszedłem więc o kilka jardów i stanąłem zwrócony do niej plecami. Sły¬szałem, jak ciężko oddycha. Potem znów zapłakała. Odwróciłem się.
— Nie potrafię —- mówiła, patrząc na mnie ze strachem przez łzy. Ukląkłem więc, żeby zobaczyć, co się da zrobić.
— Nie wolno ci o tym nigdy powiedzieć — mówiła. — Nigdy, nigdy! Przyrzekasz?
Przyrzekłem.
Była bardzo dzielna. Jęczała tylko po dziecięcemu.
Kiedy udało mi się uwolnić stopę, wyglądała ona dziw¬nie; chcę przez to powiedzieć, że była cała skręcona i zapuchnięta — nie zauważyłem nawet wtedy, że miała więcej niż zwykłą liczbę palców...
Udało mi się wydobyć trzewik ze szczeliny i podałem go jej. Ale okazało się, że nie mogła go włożyć na spuchniętą stopę. Nie mogła też postawić nogi na ziemi. Pomyślałem, że mógłbym ją ponieść na plecach, ale była cięższa, niż przypuszczałem, i było jasne, że daleko tak nie zajdzie¬my.
— Muszę iść przyprowadzić kogoś, żeby pomógł — po¬wiedziałem.
— Nie. Będę się czołgała — odrzekła.
Szedłem obok niej, niosłem trzewik i czułem się bez¬użyteczny. Ona szła, kulejąc, zdumiewająco długi kawałek drogi, ale musiała zrezygnować. Spodnie miała przetarte na kolanach, a same kolana były otarte i krwawiły. Nie znałem nigdy ani chłopca, ani dziewczyny, nikogo, kto mógł¬by doprowadzić się do takiego stanu; trochę mnie to prze¬rażało. Pomogłem jej stanąć na zdrowej nodze i podtrzy¬małem ją, gdy mi pokazała, gdzie znajduje się jej dom, z którego komina snuła się strużka dymu. Gdy odwróciłem się, była znów na czworakach i zniknęła w krzakach.
Odnalazłem dom bez większego trudu i trochę nerwowo zastukałem do drzwi. Otworzyła mi wysoka kobieta. Miała delikatną, ładną twarz o wielkich, jasnych oczach. Jej suknia była rdzawa i nieco krótsza od tych, które większość kobiet nosi w domu, lecz zwyczajowy krzyż, od szyi aż do lamówki i w poprzek piersi, był w kolorze zielonym, który harmonizował z przepaską na jej głowie.
— Czy pani jest matką Sophie? — spytałem. Spojrzała na mnie ostro i zmarszczyła brwi. Odparła szorstko i niespokojnie:
— O co chodzi?
Powiedziałem jej.
— O! — zawołała. — Jej stopa!
Przez chwilę znów patrzyła na mnie twardym wzrokiem, potem oparła o ścianę miotłę, którą trzymała w ręku, i spy¬tała energicznie:
— Gdzie ona jest?
Poprowadziłem ją drogą, którą przyszedłem. Na dźwięk jej głosu Sophie wyczołgała się z krzaków.
Jej matka spojrzała na nieszczęsną, spuchniętą nogę i zakrwawione kolana.
— O, moje biedne kochanie! — powiedziała, obejmując ją i całując. Potem dodała:
— Czy on widział?
— Tak — odpowiedziała Sophie. — Przykro mi, mamu¬siu. Bardzo się starałam, ale nie umiałam zrobić tego sama, a to tak bolało!
Matka powoli skinęła głową. Westchnęła.
— No cóż, teraz nic na to nie można poradzić. Wstań.
Sophie wspięła się jej na plecy i wszyscy razem wróciliśmy do domu.
Można umieć na pamięć przykazania i nakazy, których człowiek uczy się jako dziecko, lecz niewiele one znaczą, dopóki nie trafi się na odpowiedni przykład - a nawet wówczas trzeba ów przykład rozpoznać.
Tak więc mogłem cierpliwie siedzieć i patrzeć, jak ob¬mywa się chorą stopę, daje się zimny okład i bandażuje się ją, i nie widzieć związku pomiędzy tym a twierdzeniem, którego słuchałem niemal każdej niedzieli w moim życiu:
„I Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo Swoje. I Bóg postanowił, że człowiek powinien mieć jedno ciało, jedną głowę, dwie ręce i dwie nogi; że każde ramią winno się łączyć w dwóch miejscach i kończyć jedną dło¬nią, że każda dłoń winna mieć pięć palców, że każdy palec winien mieć płaski paznokieć...”. I tak dalej, aż:
„I Bóg stworzył także kobietę na ten sam obraz, lecz z tymi różnicami, zgodnymi z jej naturą: jej głos winien być wyższy niż głos mężczyzny; nie powinna mieć brody; winna mieć dwoje piersi...”. I jeszcze tak dalej.
Znałem to wszystko, słowo w słowo — a przecież widok sześciu palców u Sophie nie poruszył niczego w mej pamię¬ci. Widziałem tę stopę spoczywającą na kolanach matki. Widziałem, jak matka przestaje na krótką chwilę na nią^ patrzeć, unosi ją, pochyla się, żeby ją łagodnie pocałować, a potem podnosi twarz ze łzami w oczach. Było mi przy¬kro z powodu jej strapienia i z powodu Sophie, i z powodu bolącej stopy — ale nic więcej.
Gdy skończyło się bandażowanie, rozejrzałem się cie¬kawie po pokoju. Dom był o wiele mniejszy od mojego — była to w gruncie rzeczy chatka — ale podobał mi się bar¬dziej. Czułem się w nim dobrze. I chociaż matka Sophie była niespokojna i zmartwiona, nie dawała mi odczuć, że w żałosny i nieodpowiedzialny sposób zakłócam ich skądinąd uporządkowane życie — jakie większość ludzi prowadzi we własnym domu. I pokój także wydawał mi się lepszy, ponieważ na ścianach nie wisiały napisy dające ludziom napomnienia i wskazówki. Zamiast nich w pokoju wisiało kilka rysun¬ków koni, które bardzo mi się podobały.
Teraz Sophie, już zabandażowana i ze zmytymi śladami łez, pokuśtykała na jednej nodze do krzesła przy stole. Czując się już całkiem dobrze, z wyjątkiem stopy, spytała mnie z poważną gościnnością, czy lubię jajka.
Potem pani Wender powiedziała mi, żebym poczekał, podczas gdy zanosiła Sophie na górę. Wróciła po kilku mi¬nutach i usiadła przy mnie. Ujęła moją dłoń w swoje ręce i przez kilka chwil patrzyła na mnie poważnie. Silnie od-czuwałem jej niepokój, chociaż z początku nie było dla mnie całkiem jasne, czym ona się tak martwi. Dziwiło mnie to, ponieważ przedtem niczym nie dawała mi do zrozumienia, że może niepokoić się w ten sposób. Myślałem o niej, próbując zapewnić ją i pokazać, że nie powinienem być powodem jej niepokoju, lecz ta myśl do niej nie dotarła. Wciąż na mnie patrzyła, a oczy jej błyszczały zupełnie tak jak oczy Sophie, gdy usiłowała nie płakać. Gdy na mnie patrzyła, jej własne myśli były udręczone i bezkształtne. Próbowałem znowu myśleć za nią, lecz to wciąż do niej nie docierało. Potem powoli skinęła głową i przemówiła tymi słowy:
— Jesteś dobrym chłopcem, David. Byłeś bardzo miły dla Sophie. Chcę ci za to podziękować.
Poczułem się nieswojo i spojrzałem na swoje buty. Nie mogłem sobie przypomnieć, żeby ktoś przedtem nazwał mnie dobrym chłopcem. Wobec takiego wydarzenia nie znajdywałem właściwej odpowiedzi.
— Lubisz Sophie, prawda? — ciągnęła, wciąż na mnie patrząc.
— Tak — odpowiedziałem. I dodałem: — Myślę też, że jest strasznie dzielna. To musiało ją bardzo boleć.
— Czy ze względu na nią zachowasz tajemnicę — po¬ważną tajemnicę? — spytała.
— Tak — oczywiście — zgodziłem się, lecz trochę nie¬pewnym tonem, bo nie zdawałem sobie sprawy, jaka miała być ta tajemnica.
— Ty... ty widziałeś jej stopę? — powiedziała, wciąż patrząc mi w twarz. — Jej... palce?
Skinąłem głową.
— Tak — odparłem znowu.
— Więc to jest tajemnica, David. Nikt nie może o tym wiedzieć. Z wyjątkiem jej ojca i mnie jesteś jedynym czło¬wiekiem, który o tym wie. Nikt inny nie może o tym wie¬dzieć. Absolutnie nikt — nigdy.
— Tak — zgodziłem się i znów poważnie skinąłem głową.
Nastąpiła chwila milczenia — przynajmniej jej głos za¬milkł, lecz myśli jej biegły dalej, tak jakby „nikt” i „nigdy” wywoływały smutne, nieszczęśliwe echa. Potem to się zmie¬niło i stała się wewnętrznie spięta, zawzięta i pełna obaw. Nie było dobrze podążać za jej rozumowaniem, usiłowałem więc niezręcznie podkreślić słowami, że naprawdę myślę tak, jak mówię.
— Nigdy. W ogóle nikt — zapewniłem ją poważnie.
— To jest bardzo, bardzo ważne — nalegała. — Jak mam ci to wyjaśnić? — Ale naprawdę nie potrzebowała niczego wyjaśniać. Jej naglące, napięte uczucie ważności tej sprawy było bardzo jasne. Słowa miały o wiele mniej mocy. Mówiła:
— Gdyby ktoś się o tym dowiedział, oni... oni byliby dla niej strasznie niedobrzy. Musimy uważać, żeby to się nigdy nie zdarzyło.
Uczucie niepokoju jak gdyby zmieniło się w coś twar¬dego jak żelazny pręt.
— Dlatego, że ma sześć palców? — spytałem.
— Tak. O tym nikt oprócz nas nigdy nie może się do¬wiedzieć. To musi zostać między nami tajemnicą — powtórzyła, wbijając mi to do głowy. — Przyrzekasz, David?
— Przyrzekam. Mogę przysiąc, jeśli pani chce — zapro¬ponowałem.
— Obietnica wystarczy — powiedziała.
Była to tak poważna obietnica, że postanowiłem dotrzymać jej całkowicie — nawet wobec mojej kuzynki Rosalindy. Choć w duszy byłem zaintrygowany oczywistą ważnoś¬cią tej obietnicy. Wyglądało na to, że bardzo mały paluszek może wywołać wielki niepokój. Lecz często bywało, że dużo wielkich niepokojów wydawało się nieproporcjonalny¬mi do przyczyn. Tak więc trzymałem się głównego pun¬ktu — potrzeby zachowania sekretu.
Matka Sophie wciąż na mnie patrzyła ze smutnym, lecz jakby niewidzącym wyrazem oczu, aż zrobiło mi się nieprzyjemnie. Zauważyła, że się zaniepokoiłem, i uśmiech¬nęła się. Był to miły uśmiech.
— A więc w porządku — powiedziała. — Zachowamy tajemnicę i już nigdy nie będziemy o tym mówili?
— Tak — zgodziłem się.
Idąc ścieżką od drzwi odwróciłem się.
— Czy mogę niedługo przyjść i znów zobaczyć Sophie?
Zawahała się, pomyślawszy chwilę nad tym pytaniem, a potem powiedziała:
— Bardzo dobrze, ale tylko jeśli będziesz pewien, że nikt się o tym nie dowiedział.

Dopiero wtedy, gdy doszedłem do nasypu i jego szczy¬tem ruszyłem w stronę domu, monotonne niedzielne na¬kazy połączyły się z rzeczywistością. Uczyniły to z trza¬skiem niemal dosłyszalnym. Definicja człowieka recytowała się sama w mej głowie: „...i każda noga będzie dwu¬krotnie połączona i będzie miała jedną stopę, a każda stopa pięć palców, a każdy palec będzie się kończył płaskim pa¬znokciem...” I tak dalej, aż w końcu: „I każde stworzenie wyglądające jak człowiek, lecz nie ukształtowane w ten sposób, nie jest stworzeniem ludzkim. Nie jest ani m꿬czyzną, ani kobietą. Jest bluźnierstwem przeciw prawdzi¬wemu obrazowi Boga i czymś znienawidzonym w obliczu Boga”.
Nagle ogarnęło mnie przerażenie, a także znamienna ciekawość. Bluźnierstwo — jak dość często mi o tym mówiono — było rzeczą straszną. A przecież w Sophie nie było nic strasznego. Była po prostu zwykłą małą dziewczynką — jeśli nie o wiele wrażliwszą i dzielniejszą niż większość innych. A jednak, zgodnie z tą definicją...
Z pewnością musi być gdzieś jakiś błąd. Z pewnością to, że ma jeden malutki paluszek ekstra — no dobrze, dwa malutkie paluszki, bo przypuszczałem, że jest jeden do pary na drugiej stopie — z pewnością to nie wystarcza, żeby uczynić ją „znienawidzoną w obliczu Boga...”
Bardzo zagadkowe są drogi tego świata...


Dodano: 2010-02-04 16:46:04
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"


 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS