NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryan, Anthony - "Cesarstwo popiołów"

Corey, James S.A. - "Gorączka Ciboli"

Ukazały się

Antologia - "Za tamą"


 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Radecki, Łukasz - "Bóg Horror Ojczyzna"

 Larson, B.V. & VanDyke, David - "Wygnaniec"

 antologia - "Mroczne dziedzictwo. Antologia w hołdzie Jamesowi Herbertowi"

 Weber, David; Zahn, Timothy; Pope, Thomas - "Wezwanie do zemsty"

 Wolski, Marcin - "Pies w studni. Kot w windzie czyli rekonkwista"

 McDonald, Ed - "Zew kruka"

Linki


Esslemont, Ian Cameron - "Powrót Karmazynowej Gwardii", część 2
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Return of the Crimson Guard
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: Grudzień 2009
ISBN: 978-83-7480-149-2
Oprawa: miękka
Format: 115x185
Liczba stron: 456
Cena: 35,00 zł



Esslemont, Ian Cameron - "Powrót Karmazynowej Gwardii", część 2

Rozdział IV

O zwycięstwie lub porażce w bitwie rozstrzygają armie; o triumfie lub klęsce w wojnie decydują cywilizacje.
Mądrość Irymkhazy(Siedem Świętych Ksiąg)

Nevall Od’ Orr, główny faktor Cawn, jadł na śniadanie zielonego melona i popijał go herbatą. Siedział na tarasie, spoglądając z góry na ulicę Chwalebnej Dyskrecji, gdy nagle ten nicpoń, jego bratanek, zawołał z dołu:
– Jeszcze jedna flota, stryjku! Flota!
Nevall zakrztusił się, parząc sobie usta, i wypluł płyn na taras.
– Co takiego? Już?
Podszedł do poręczy i zobaczył, że do portu rzeczywiście zbliża się chmura żagli. Jego perfidny bratanek ruszył już w stronę brzegu w swej nowej, błękitnej lektyce. Bogowie, w dzisiejszych czasach nawet wioskowy głupek mógł podróżować z klasą.
A więc już przybyła. To znaczyło, że zabiła po drodze wszystkich galerników albo wydusiła resztki życia z jakiegoś maga władającego Ruse. Wszystkie jego źródła zgadzały się ze sobą – i czemu by nie, w końcu płacił im fortunę. Kolejny korpus ekspedycyjny do wydojenia. Na bezpłodny członek Kaptura, jak już wydoją całe złoto z drugiej armii, nawet psy będą noszone na jedwabnych poduszkach. Cisnął połówkę melona na brudny od błota i gówna bruk, by bili się o niego żebracy, a potem kazał przygotować oficjalne szaty. Przed opuszczeniem tarasu pomyślał jeszcze, że będzie musiał kupić znacznie większą lektykę.

***

Na nabrzeżu roiło się od gapiów, ale strażnicy domowi utorowali mu drogę.
– Przejście dla waszego wybranego przedstawiciela! – ryczał Groten, odkopując na boki obywateli Cawn.
– Co się dzieje? Co widzisz? – dopytywał się skryty za zasłonami Nevall.
Groten wsadził do środka lśniącą, gładko wygoloną głowę. Otarł dłonią spocone czoło.
– Trochę ich mało, jak na imperialną flotę, szefie.
– Główny faktorze. Czego się spodziewałeś? To na pewno straż przednia.
– Skoro tak mówisz, szefie.
Odsunął cienką tkaninę.
– Groten! Pobrudzisz zasłonę potem!
– Przepraszam. – Wystawił głowę na zewnątrz. – Do tego to raczej marne okręty, szefie.
– Pewnie była zmuszona zarekwirować wszystkie barki i przybrzeżne łodzie, jakie zostały w porcie. Słyszałem, że atak najemników spowodował wielkie straty.
– Skoro tak mówisz, szefie.
Nevall zbył go machnięciem ręki.
– Zaprowadź mnie do tego, kto wysiądzie na ląd.
– Tak jest, szefie.

***

Gdy tylko robotnicy portowi przywiązali cumy do pachołków i opuszczono trap, główny faktor kazał tragarzom postawić lektykę. Potem machnął ręką, żądając, by pomogli mu wysiąść. Po trapie zszedł przedstawiciel floty – komandor albo kapitan. Nevall poprawił ciężkie atłasowe szaty, symbol swego urzędu, i zamrugał krótkowzrocznie, spoglądając na mężczyznę. Ku zaskoczeniu głównego faktora, miał on na sobie długi kolczy płaszcz, ciągnący się po trapie, na głowie wysoki hełm, a na rękach łuskowe, stalowe, folgowane rękawice. Nic z tego nie było przy tym nowe. Poczerniała, podrapana stal wyglądała jak wyjęta z pieca kowalskiego.
– Cawn wita... wita... – Nevall popatrzył na maszty i olinowanie, wypatrując flag czy jakichś herbów – ...wasze siły. Zapewniam, że jesteście wśród przyjaciół.
Mężczyzna zatrzymał się przed nim. Wysoki hełm obrócił się, gdy jego właściciel rozglądał się po nabrzeżu.
– Potrzebujemy koni pociągowych i pod wierzch. A także wozów i tyle prowiantu dla armii, ile tylko zdołacie zgromadzić.
– Oczywiście! Ofiarujemy wam to z przyjemnością. Ale przed wami były tu oddziały secesjonistów. Nie zostawili nam prawie nic. Tego, co mamy, potrzebujemy, by wykarmić siebie i swoje dzieci. – Nevall roześmiał się z autoironią. – Muszę cię ostrzec, że będzie potrzeba wiele, by skłonić nas do rozstania się z zapasami.
Metal zazgrzytał, gdy hełm zwrócił się w stronę faktora.
– Wiele czego?

***

Kolumna Karmazynowych Gwardzistów pięła się w górę drogą położoną na zachód od miasta, oświetlona blaskiem płomieni. Spieszona Blask obejrzała się na płonące Cawn. Budynki zmieniły się już w zwęglone ruiny. Wozy obładowane złupionym prowiantem minęły ją z łoskotem, ciągnięte przez spocone, wywalające ślepia konie wyścigowe czystej krwi, nieprzyzwyczajone do takiego traktowania. Za nimi podążała kolumna wcielonych przymusowo rekrutów z Cawn. Ich piki i włócznie sterczały na wszystkie strony. Młodzi tubylcy również wybałuszali oczy, nieprzyzwyczajeni do takiego traktowania. Potarła bok w miejscu, gdzie Shellarr musiała ciąć głęboko, by uleczyć infekcję powstałą po postrzale z kuszy. To była jedna z najgorszych ran w jej życiu.
Podczas polowej narady Blask sprzeciwiała się rekrutowaniu tubylców, musiała jednak przyznać, że stan sił Gwardii wymagał uzupełnienia. Kadra oficerska złożona z blisko stu zaprzysiężonych dowodziła dziewięcioma tysiącami weteranów oraz prawie piętnastoma tysiącami nowych rekrutów z Baelu, Stratemu i Cawn. Wiedziała, że w porównaniu z armiami imperialnymi to niewiele, ale Zaprzysiężeni byli warci znacznie więcej, niż sugerowała to ich liczba, a do tego był wśród nich tuzin magów.
Spoglądając na widoczne na zachodnim horyzoncie płomienie oraz bijący pod niebo dym, zadawała sobie pytanie, ile miast i osad zostawili za sobą w podobnym stanie. Bardzo wiele! Czy ich nazwa stała się teraz dla wszystkich przekleństwem? Dla cawnijczyków z pewnością tak. Czyż nie przybyli tu jako wyzwoliciele? Zdjęła usmarowaną sadzą pancerną rękawicę i pocierała przez chwilę oczy, jakby chciała zatrzeć wspomnienie tego widoku. Wtem jej uwagę przyciągnęło kaszlnięcie. Obok zatrzymał się malazański renegat, Szara Grzywa. Trzymał hełm pod pachą, a jego jasnoniebieskie oczy przyglądały się jej z wyraźnym zatroskaniem.
– Słucham?
Uniósł porośnięty siwą szczeciną podbródek, wskazując na zachód.
– Kolumna już przeszła, kapitanie.
Blask zmarszczyła brwi i spojrzała we wskazanym przez niego kierunku. Rzeczywiście cała kolumna ją minęła, gdy kobieta stała tu, pogrążona w myślach. Zauważała takie chwile coraz częściej, odkąd ona i inni Zaprzysiężeni przebywali wśród – jak by to ująć? – normalnych ludzi. Od czasu do czasu paru z nich zatrzymywało się, pogrążonych w rozmowie albo we wspomnieniach, i nagle okazało się, że minęło całe popołudnie. To było tak, jakby żyli w innym czasie, czy może raczej inaczej go postrzegali.
Pochyliła głowę, zapraszając Szarą Grzywę, by poszedł z nią.
– Dołączymy do nich?
Pokłonił się, rozciągając mięsiste usta w bladym uśmieszku.
– Wielu Zaprzysiężonych zadaje sobie pytanie, dlaczego jesteś z nami – podjęła, gdy ruszyli naprzód. – Znowu będziemy walczyć z imperialnymi żołnierzami. Być może tymi, którymi kiedyś dowodziłeś.
Skinął z namysłem głową.
– Zetrzemy się z imperialnymi żołnierzami, ale moich wśród nich nie będzie. Nadal pozostają uwięzieni na Korelu. Prawda wygląda tak, że cieszę się jeszcze bardziej, że służę w Gwardii, od chwili, gdy usłyszeliśmy o tej wojnie domowej czy powstaniu, i całej tej Lidze Taliańskiej. Mam wrażenie, że każda, hmm, reorganizacja w centrum imperium może przyśpieszyć wycofanie się z... hmm... zamorskich uwikłań.
Blask przyjrzała się barczystemu renegatowi. Jego długimi, prostymi, siwymi włosami targał wiatr, a okrągła twarz o ostrych rysach przybrała od słońca ciemnorumianą barwę. Niewątpliwie nieraz korzystał z przedłużających życie rytuałów Denul, na jakie pozwalały bogactwa imperium. Przyszło jej na myśl, że to jeden z nielicznych żywych ludzi, których można uważać za bliskich Zaprzysiężonym. Co jednak im do tej pory zademonstrował? Bardzo niewiele. Szczerze mówiąc, większość jej braci i sióstr raczej go lekceważyła. Uważali go za nieudacznika, kiepskiego oficera, który załamał się w trudnej sytuacji. Ona jednak wyczuwała w nim coś więcej. Ukrytą siłę, wystarczająco potężną, by sprzeciwić się nie tylko zwierzchnikom, lecz również korelrijskiej Straży Sztormowej. „Zamorskie uwikłania”. Z całą pewnością był oficerem, który czuł się odpowiedzialny za swych żołnierzy.
– Rozważałam skład swego sztabu. Chciałam ci zaoferować stopień kapitana i dowodzenie skrzydłem w polu.
Uniósł upstrzone siwizną brwi.
– Kapitana?
– Tak. Zgadzasz się?
– Zaszczyca mnie twoje zaufanie, ale ludzie mogą być niezadowoleni...
– Z pewnością będą, ale nikt nie ośmieli się podważać mojej decyzji. Zgadzasz się?
– Tak.
– Świetnie. A teraz powiedz mi, jak możemy zrobić z tych rekrutów godnych zaufania żołnierzy?
Uśmiechnął się, odsłaniając równe, białe zęby.
– Kilka małych zwycięstw bardzo by w tym pomogło.

***

Komnaty Rządzącej Rady Sędziów Li Heng oficjalnie zwano Dworem Roztropności i Sumiennego Przewodnictwa, wielu jednak używało nazwy Pałac Grymasów i Bełkotu. Jak łatwo było przewidzieć, stanowiły one zwierciadlane odbicie miasta. Umieszczoną pośrodku podłogę otaczała galeria. Nad nią zmontowano długi stół z różowego marmuru. Siedzący za nim sędziowie wysłuchiwali czekających na dole petentów.
Ukryty pod skórzaną kurtą tułów stojącej tam teraz Rzut ciasno owijały bandaże. Towarzyszyli jej Storo, Jedwab, Liss, Rell i kapitan Gujran. Zgrzytała zębami, tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymując się przed opuszczeniem absurdalnego przesłuchania. Storo zażądał jednak, by tu przyszła, zrobiła to więc, mimo że miała wielką ochotę się napić. Widziała Jedwabia po raz pierwszy od chwili ataku. Musiał być ostatnio bardzo zajęty albo po prostu unikał spotkania. Chciała mu zadać kilka ważnych pytań dotyczących miejskiego maga, Ahla.
Sędziowie przerzucali papiery, czy raczej robili to za nich siedzący z tyłu służący, pełniący funkcję kopistów. Rzut zauważyła, że wiele spojrzeń kieruje się nie na Stora, czego należałoby oczekiwać, lecz na Rella. Żylasty genabackański młodzieniec stał z pochyloną głową. Długie przetłuszczone włosy opadały mu na twarz. Krążyły niezliczone pogłoski o tym, co zdołał osiągnąć przy Północnej Bramie Ronda Wewnętrznego. Rzut nie była zdziwiona. Widziała go już w akcji i żadne niewiarygodne wyczyny z jego strony już jej nie zaskoczą.
Sędzia Ehrlann uderzył w blat tępym końcem miotełki i odchrząknął.
– Czcigodni sędziowie, zebrani obywatele, apelujący. Zgromadziliśmy się tu, by omówić poważną reakcję na niedawne katastrofy, ściągnięte na miasto przez obecne dowództwo wojskowe. – Siedzący za Ehrlannem sługa, Jamaer, bazgrał na karcie welinu, położonej niewygodnie na kolanach. Sędzia wskazał miotełką na Stora. – Sierżancie Storo Matash, tymczasowo awansowany do stopnia pięści, czy masz coś do powiedzenia na swoją obronę?
Storo opuścił ręce, które do tej pory trzymał splecione za plecami. Jego szeroka twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu.
– Nic.
– Nic?
– Nic.
Siedzący wysoko na górze sędziowie wymienili zaniepokojone spojrzenia. Ehrlann potrząsnął miotełką, jakby chciał zmieść ze stołu bieżącą sprawę.
– Jak sobie życzysz. Nie zostawiasz nam innego wyboru, niż podjąć poważne kroki, na które zdecydował się ten sąd. – Wskazał na niego miotełką. – Pięści, zostajesz pobawiony stopnia, zwolniony ze służby i aresztowany za rażące zaniedbania w pełnieniu swej powinności. – Przesunął miotełkę w stronę kapitana Gujrana. – Ciebie, kapitanie, zgodnie z władzą przyznaną temu sądowi, awansujemy do stopnia pięści, rzecz jasna, tylko tymczasowo, i zlecamy ci wojskowe dowództwo w mieście. Twoim pierwszym krokiem po objęciu stanowiska ma być rozpoczęcie negocjacji z oblegającymi, celem ustalenia warunków kapitulacji. Oto twoje zadanie, pięści Gujran. Wykonaj je.
Rzut rozejrzała się wokół, spoglądając na twarze siedzących w kręgu sędziów. Wszyscy spoglądali spode łba na dół. Zdała sobie sprawę, że w sali nie ma ani jednego okna. Siedmiu staruszków i pięć staruszek patrzyło wyłącznie na siebie, siedząc w okrągłej komnacie. Doszła do wniosku, że choć jedno okno z widokiem na miasto bardzo by pomogło temu sądowi. Stojący obok Rzut kapitan Gujran podrapał się po poparzonym ogniem czole.
– Nie – odparł po prostu.
Miotełka znieruchomiała.
– Nie?
– Nie.
Miotełka zadrżała.
– Zastanów się kapitanie. Narażasz swoją przyszłość, swoją karierę. Proponujemy ci rangę znacznie wyższą niż pozwala na to twe pochodzenie.
Dłonie Gujrana powędrowały do pasa.
– Nie pomagacie sobie takimi słowami, sędzio.
– Dość już tej farsy – wybuchnął sędzia Plengyllen, siedzący w odległości ćwiartki okręgu od Ehrlanna. – Aresztujcie wszystkich. – Wskazał miotełką na strażnika. – Wezwij sądowych strażników. Niech zamkną tych przestępców.
Mężczyzna spojrzał na środek sali, Storo skinął lekko głową na znak zgody. Strażnik wyszedł. Troje sędziów również zerwało się z miejsc i opuściło pośpiesznie salę. Rzut złapała Stora za ramię, by mu to pokazać, ale zbył jej obawy machnięciem ręki. Po chwili sędziowie pojawili się znowu, zmuszeni do powrotu przez wypełniających wszystkie wyjścia żołnierzy.
Sędzia Ehrlann rozejrzał się wokół, zobaczył imperialne barwy i zaklął. Rzucił miotełkę na stół. Wysunął palce za przedni brzeg stołu, wykrzywiając usta w grymasie niesmaku.
– A więc do tego doszło – wysyczał. – Uzurpacja prawowitej republikańskiej władzy. Po raz kolejny okazuje się, że Malazańczycy są w rzeczywistości tylko piratami i bandytami. Wasza władza opiera się na mieczu i pięści. Nasza wywodzi się ze zgody tych, którymi władamy. Przekonamy się, komu przyzna rację historia.
Storo skinął głową do żołnierzy, którzy nakazali sędziom wstać.
– Mam wrażenie, sędzio Ehrlann, że twoja pozycja czyni cię ślepym na fakt, że ucisk ma różne postacie. Zastanów się, jeśli potrafisz, nad tym, jak wąską grupę mieszkańców tego miasta reprezentuje od stulecia wasz krąg.
Sędzia przeszył Stora zdumionym spojrzeniem. Rzut również. Nigdy dotąd nie słyszała, by jej dowódca przemawiał takim językiem. Nasunęła się jej myśl, że za tego rodzaju poglądami z pewnością stoi wiele godzin drogich, prywatnych lekcji. Kontakt ze sferami władzy obudził w nim ukryte talenty.
Gdy żołnierz się zbliżył, Ehrlann obejrzał się na sługę.
– Zrób coś, Jamaer! Oni mnie aresztują! – Mężczyzna skrobał gęsim piórem, wiernie zapisując słowa sędziego. Ehrlann warknął wściekle i wyrwał mu welin. – Nie! Zrób coś, ty durniu! Pracowałeś dla mnie przeszło trzydzieści lat. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?
Jamaer nieśpiesznie, z namaszczeniem, wręczył mu parasol.
Rzut stłumiła śmiech. Liss nawet nie próbowała. Zdumienie i brak zrozumienia malujące się na twarzy Ehrlanna były warte bardzo wiele.

***

Gdy już wyprowadzono sędziów, Storo rozkazał żołnierzom opuścić salę. Czekał, aż pomieszczenie się opróżni, wpatrując się w czarną marmurową posadzkę. Ręce znowu splótł za plecami. Jedwab spacerował w kółko. Rzut zauważyła, że mag nadal nie zmienił obszarpanego stroju na nowy ani nawet go nie załatał, choć z pewnością nawet w oblężonym mieście mógłby to zrobić bez trudu. Nie naprawił też znoszonych butów. Poza tym zwróciła uwagę, że choć mag krąży od końca do końca sali, jego spojrzenie zawsze wraca do Stora. Ten zaś spuścił wzrok, najwyraźniej starając się nie patrzeć na Jedwabia.
Wtem Liss wyprostowała się z sykiem i spojrzała na jedyne wejście na dolnym poziomie. Jedwab znieruchomiał. Do środka weszło trzech mężczyzn, choć Rzut odnosiła wrażenie, że to trzy różniące się tylko strojem wersje tego samego człowieka – Ahla, maga, który ją uratował. Liss wyraźnie wzdrygnęła się na ich widok. W odpowiedzi na panujące w sali napięcie Rell przesunął się i stanął obok Stora. Jego dłonie spoczywały na rękojeściach bliźniaczych mieczy, które wróciły na skrzyżowane pendenty.
Liss skierowała rozgorączkowane spojrzenie na Jedwabia.
– Jak śmiałeś zaprosić z powrotem do miasta tego człowieka, czy raczej to stworzenie?
– Potrzebujemy sojuszników, Liss.
Uniosła tłustą rękę, wskazując na przybyszów.
– Ta ścieżka to plugastwo!
Wszyscy trzej uśmiechnęli się jak jeden mąż, choć ich uśmiechy nie wyglądały identycznie. Temu, który – Rzut była tego pewna – przedstawił się jej jako Ahl, lewa połowa twarzy opadała bezwładnie, jak martwa, drugiemu zaś w taki sam sposób opadała prawa. Trzeci był najwyraźniej wolny od tego rodzaju przypadłości. Przyjrzawszy się im uważniej, zauważyła więcej różnic. Jeden miał włosy krótko obcięte, a drugi długie i rozczochrane. Naznaczyły ich też różne rany. Jeden miał szramę na twarzy, za to drugi zniekształconą, źle uzdrowioną dłoń.
– My też się cieszymy... – zaczął ten, który miał na sobie lekki, żołnierski strój ze skóry.
– ...że cię widzimy... – podjął Ahl odziany w brudne, podarte szaty.
– ...Liss – dokończył trzeci, ubrany w rozciętą u pasa bluzę z baraniej skóry, noszoną wełną po wewnętrznej stronie.
– Wyjaśnij nam to, Jedwab – zażądała Rzut, mącąc ciszę, która zapadła po wybrzmieniu dziwacznej, przerywanej wypowiedzi trzech Ahli. Skierowało się na nią sześcioro czarnych, błyszczących oczu. Czuła moc tego spojrzenia, jakby ktoś podsunął jej pod twarz rozgrzaną do czerwoności żelazną patelnię.
– Później – obiecał mag. Ciężar spojrzenia trzech par oczu opadł z kobiety, pozwalając jej zaczerpnąć tchu.
Liss najwyraźniej miała coś więcej do powiedzenia, ale Storo wyprostował się, westchnął i popatrzył na obecnych. Uśmiechnął się, jakby nagle przyszło mu do głowy coś zabawnego, a potem podrapał się kciukiem po podbródku.
– Ehrlann był bliższy prawdy, niż mu się zdawało. Zebraliśmy się tu, by podjąć poważne kroki.
Jedwab potrząsnął głową, zamiatając na boki rzadkimi, jasnymi włosami.
– Nie – wypowiedział ledwie słyszalnym szeptem. – Nie rób tego.
Staruszka zbliżyła się o krok do Stora, mrużąc podejrzliwie oczy. Zapomniała o trzech mężczyznach.
– Nie rób czego?
– Mają znaczną przewagę liczebną, Liss. Musimy wyrównać szanse. Jest coś, co pozwoli nam osiągnąć ten cel. Tu, w mieście.
Szamanka Seti, podająca się za odrodzone Naczynie Baya‑Gul, patronkę wszystkich jasnowidzących swego ludu, zamarła na chwilę w bezruchu. Rzut odniosła wrażenie, że skłębione sznury włosów staruszki nagle się zjeżyły. Przekrwione ze zmęczenia oczy otworzyły się szeroko. Wypełniło je przerażenie.
– Więc tak właśnie wypełnią się jego ostatnie słowa – rzekła, kiwając głową. – „Uwolnią mnie ci, którzy najbardziej mnie nienawidzą”.
– O kim... – zaczęła Rzut.
– A co z osłonami zamykającymi? – zapytała Liss.
– Jeśli połączymy swe siły, będziemy mieli szanse – odparł Jedwab, oplatając się rękoma.
Szamanka prychnęła pogardliwie.
– My? Wobec osłon stworzonych przez Tayschrenna, samego cesarza i bogowie wiedzą ilu kadrowych magów?
– Jesteśmy przekonani...
– ...że może nam...
– ...się udać.
Tłusta ręka znowu wyciągnęła się w ich stronę.
– Wy się do tego nie mieszajcie. – Kobieta spojrzała na Stora. – Pomyśl, proszę, o tych wszystkich ofiarach. O przelewie krwi.
– O to właśnie chodzi. Liss. Przykro mi, ale on ich rozerwie na strzępy, i to nam odpowiada.
Staruszka potrząsnęła głową.
– A co będzie, gdy to wszystko się skończy, Storo? Co z tymi, którzy zginą w następnych stuleciach?
Pięść spuścił wzrok.
– O to będziemy się martwić później. O ile ktoś z nas przeżyje.
Rzut miała już tego dość.
– O czym wy mówicie?! – zawołała. – Co tu jest grane, kapitanie?
Przez dłuższą chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. Wreszcie Jedwab zwrócił się w jej stronę.
– Człowiek‑szakal żyje, Rzut – odparł, nie opuszczając rąk. – Uwięziono go pod miastem. Zapewne miał być kolejnym ukrytym atutem, które Kellanved tak lubi chomikować z myślą o nagłych przypadkach.
– Słyszałam, że zrzucono go z urwiska.
– Zrzucono – potwierdził Jedwab.
– Słucham? Jestem głupia czy coś mi umknęło?
– Wielu zapewniało, że pozbawiło go życia, ale on ciągle powraca. Niektórzy mówią, że nie można go zabić. Że przetrwa dopóty, dopóki będą istniały równiny. Ale... – Mag spojrzał na trzech braci. – ...są też inne teorie.
Bracia obdarzyli maga swym niepokojącym, łączonym uśmiechem. Na widok chciwego błysku w ich oczach po skórze Rzut przebiegły ciarki. Sprawiali na niej wrażenie stukniętych.
– Tak czy inaczej, Jedwab wie, jak do niego dotrzeć – oznajmił Storo.
Rzut przenosiła spojrzenie z jednej twarzy na drugą.
Bogowie, nie. Ryllandaras. Pożeracz Ludzi. Klątwa Heng. Niektórzy uważają go za boga.
Potrząsnęła głową, przerażona myślą o stuleciach rzezi.
– Nie, kapitanie. Nie rób tego. Będą przeklinać twoje imię przez wieki.
– Proszę! – Liss znowu uniosła rękę. – Przemówiła najrozsądniejsza z was.
Storo kopnął gładką, czarną posadzkę.
– Rell?
Genabackanin nie śpieszył się z odpowiedzią. Zwiesił głowę.
– Nie pytaj mnie o strategię – rzekł wreszcie.
Storo zbył to zastrzeżenie machnięciem ręki. Złapał za pochwę jednego z mieczy młodzieńca i potrząsnął nią.
– Myśl taktycznie.
Rell wzruszył ramionami.
– W takim razie nie ma się nad czym zastanawiać. Toczymy pojedynek. Mamy szansę zranienia przeciwnika. Musimy ją wykorzystać.
– To mi wystarczy.
Storo skinął na Jedwabia, wskazując wyjście.
– Zaczekajcie! – Liss uniosła rękę, by ich powstrzymać. – Tu chodzi o coś więcej. Muszę przemówić jako jasnowidząca. Czyżbyś zapomniał, że Ryllandaras jest ponoć bratem Trake’a? Jednym z Pierwszych Bohaterów? Trake został bogiem wojny i wkrótce potem wojna przybyła do Heng, by uwolnić jego brata? Czy to tylko zbieg okoliczności? Komu właściwie służymy w tej sprawie? Zastanawiałeś się nad tym?
Trzej Ahle już od pewnego czasu rozciągali kalekie usta w szerokich, drapieżnych uśmiechach. Obłęd błyszczący w ich oczach nie pozwalał Rzut myśleć jasno. Odwróciła wzrok.
– To by się przysłużyło Trake’owi, jak sądzę.
– A może go osłabiło? Czy rzuciłby wyzwanie bratu? Czy uwolnilibyśmy jego rywala, pretendenta do pozycji boga? I jakiego rodzaju bogiem by się stał? Zapomniałeś, że Ryllandaras jest wrogiem ludzkości?
– On nie...
– ...jest...
– ...bogiem.
– Ty durniu! – Liss tupnęła obutą w sandał nogą. Marmurowa płyta pękła z hukiem godnym eksplozji pocisku Moranthów. Rzut się zachwiała. Wszyscy się wzdrygnęli, a potem umilkli zdumieni, gapiąc się na grubą kobietę odzianą w kilka podartych spódnic i brudny muślinowy szal. – Seti oddają mu cześć od dziesięciu tysięcy lat!
Storo potarł łysiejącą głowę i zerknął na pozostałych.
– W takim razie jego furia ich ominie i spadnie na taliańskie oddziały. A tego właśnie chcemy.
– Jesteś zdecydowany to zrobić?
– Tak.
Szamanka owinęła się ciaśniej szalem, potrząsając głową.
– Nie licz na moją pomoc.
– Jak sobie życzysz. Przykro mi. – Storo wskazał wszystkim wyjście, podchodząc do Rzut. – Mogą przeklinać moje imię, pod warunkiem, że będą przy tym ginąć – oznajmił jej.



Dodano: 2009-12-07 12:56:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Fantastyka 2017 - plebiscyt

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."


 Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi"

 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Lawrence, Mark - "Szara siostra"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Małecki, Jakub - "Nikt nie idzie"

 King, Stephen - "Uniesienie"

Fragmenty

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Cadigan, Pat - "Alita: Battle Angel. Miasto złomu"

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS