NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści" (oprawa twarda)

Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"


 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

 Lisińska, Małgorzata - "Zakonna"

 Burroughs, Edgar Rice - "Llana z Gathol"

Linki

Silverberg, Robert - "Czarnoksiężnicy Majipooru"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Silverberg, Robert - "Majipoor"
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Data wydania: Październik 2009
Wydanie: II
ISBN: 978-83-7590-020-0
Liczba stron: 600
Tom cyklu: 4



Silverberg, Robert - "Czarnoksiężnicy Majipooru" #1

KSIĘGA IGRZYSK

1

Znaki na niebie i ziemi pojawiały się przez cały rok, deszcz krwi nad Ni-moya, grad kamieni w kształcie łzy, spadający na trzy z miast Góry Zamkowej i wreszcie coś wręcz potwornego, wielka czworonożna czarna bestia o płonących rubinowych ślepiach i rogu wyrastającym z czoła, płynąca poprzez zmierzch nad portowym miastem Alaisor. Takiego potwora nie widziano nigdy na planecie Majipoor, nie widziano go na ziemi, a już z całą pewnością nie na niebie. A teraz, w swej niedostępnej dla nikogo sypialnej komnacie stary Pontifex Prankipin leżał, wreszcie umierający, otoczony magami, czarodziejami i taumaturgami, w których obecności dożywał ostatnich lat.
Na świecie zaś panowały napięcie i niepewność. Któż mógł powiedzieć, jakie zmiany, jakie niebezpieczeństwa przynieść może śmierć Pontifexa? Świat przecież przez czterdzieści z gó¬rą lat był tak stały, taki stabilny, przez czterdzieści z górą lat nie zaznał zmiany władcy.
Gdy tylko rozeszły się wieści o chorobie Pontifexa, lordowie, książęta i diukowie Góry Zamkowej zaczęli zjeżdżać się do wiel¬kiego podziemnego miasta w oczekiwaniu na dwie uroczystości: jedną, smutną, było odejście wybitnego władcy; drugą, radosną - powołanie na jego miejsce nowego, energicznego i w pełni sił. A teraz czekali z zaledwie powstrzymywaną niecierpliwością na coś, co bez wątpienia musiało wkrótce nastąpić.
Mijały jednak tygodnie, a Pontifex nadal kurczowo trzymał się życia. Umierał, ale powoli, przegrywał, ale walczył ze śmiercią o każdy oddech. Lekarze władcy dawno przyznali, że sprawa jest beznadziejna. Magowie i czarodzieje władcy nie byli w stanie uratować mu życia swą sztuką. Wręcz przeciwnie, przed wieloma miesiącami przewidzieli, że musi umrzeć, choć samego Pontifexa o tym nie powiadomili. I teraz czekali, wraz z całym Majipoorem, by spełniło się ich proroctwo.
Jako pierwszy z wielkich w stolicy Pontifexa pojawił się książę Korsibar, wspaniały i powszechnie podziwiany syn Koronala Lorda Confalume’a. Korsibar polował na ponurej pustyni, rozciągającej się na południe od Labiryntu, i tam otrzymał wiadomość o zbliżającej się śmierci Pontifexa. Miał przy boku siostrę, piękną lady Thismet oraz arystokratycz¬nych przyjaciół, którzy zazwyczaj towarzyszyli mu na polowaniach. Zaraz po nim w Labiryncie pojawił się Wielki Admirał Królestwa, książę Gonivaul, następnie kuzyn Koronala, diuk Oljebbin ze Stoienzar, mający rangę Najwyższego Doradcy, za nim zjawił się na miejscu nieprawdopodobnie wręcz bogaty książę Serithorn z Samivole, uważający się za spadkobiercę co najmniej czterech Koronalów z dalekiej przeszłości.
Młody, energiczny książę Prestimion z Muldemar - ten, któ¬rego uważano powszechnie za nowego Koronala, skoro Lord Confalume zastąpić miał Prankipina na tronie Pontifexa - przy¬był ze swych apartamentów na Zamku w świcie Serithorna, a wraz z nim jego trzech nieodłącznych przyjaciół: wielki, ponu¬ry Gialaurys, sprawiający mylne wrażenie dandysa Septach Melayn i chytry, niewysoki diuk Svor. Inni wielcy nie dali na siebie długo czekać: Dantirya Sambail, szorstki, lecz imponujący pro-kurator Ni-moya, jowialny Kanteverel z Bailemoony, hierarchini Marcatain, osobista przedstawicielka Pani z Wyspy Snu, aż wreszcie przyszedł czas na Koronala Lorda Confalume’a, wład¬cę wielkiego, zdaniem niektórych nawet najwspanialszego w długiej historii Majipooru. Całe dziesięciolecia rządził w har¬monijnej współpracy z Prankipinem, wprowadzając świat w okres niesłychanego dobrobytu.
Wszyscy więc byli już na miejscu i wszyscy czekali na suk¬cesję. Przyjazd Lorda Confalume’a oznaczał z całą pewnością, że koniec Prankipina musi być bliski, ale to, czego się spodzie¬wano, nie nastąpiło ani dziś, ani jutro, ani po tygodniu. I dalej nie następowało.
Korsibar, syn Koronala, najgorzej chyba przyjmował zwłokę. Był to człowiek energiczny, przyzwyczajony do życia na swobodzie, słynny myśliwy; długonogi, o szerokich ramionach, chudą twarz miał opaloną na brąz od ciągłego przebywania pod otwartym niebem i słońcem. Choćby czasowy pobyt w niezmierzonych podziemnych jaskiniach Labiryntu doprowadzał go do szaleństwa.
Przez niemal rok planował wyprawę myśliwską na połu¬dniowym łuku Alhanroelu. O czymś takim marzył niemal od urodzenia - o ambitnej, dalekiej ekspedycji, dzięki której mógł¬by wypełnić salę, którą już zarezerwował sobie w Zamku Lorda Confalume’a, wspaniałymi trofeami, nieznanymi jeszcze, a cudownymi stworami. W polu był jednak zaledwie dziesięć dni i już musiał odwołać wyprawę, musiał zamieszkać w tym ponu¬rym, dusznym Labiryncie, pozbawionym słońca, pozbawionym radości królestwie ukrytym głęboko pod powierzchnią ziemi.
A teraz wydawało się, że z powodu godności ojca i własne¬go wysokiego stanowiska będzie musiał pozostać całe tygodnie, a może nawet miesiące tu, w tym wielokondygnacyjnym świe¬cie wznoszących się w nieskończoność i w nieskończoność opa¬dających korytarzy, skazany na bezczynność. Nie ośmieli się wyjechać teraz, musi czekać, aż stary Pontifex wyda ostatnie tchnienie i Lord Confalume zastąpi go na tronie. A przecież in¬ni, niżej urodzeni, mogli przemierzać piękny wolny świat, ro¬bić, co im się żywnie podobało. Powoli nadchodziła chwila, w której Korsibar miał powiedzieć sobie: „Nie zniosę tego dłużej”. Śnił o polowaniu, o jasnym, otwartym niebie, o dotyku świeżego północnego wiatru na twarzy. W miarę jak mijały ko¬lejne dni i kolejne noce, podczas których nie miał nic do robo¬ty, niecierpliwość wrzała w nim coraz gorętsza, narastała i już gotowa była wybuchnąć.

- Najgorsze ze wszystkiego jest to przeklęte czekanie - po¬wiedział Korsibar, patrząc po kolei na twarze zebranych w ho¬lu recepcyjnym Sali Sądów o suficie z onyksu. Hol recepcyjny, położony trzy poziomy nad właściwą salą, stał się ulubionym miejscem mieszkającej czasowo w Labiryncie arystokracji. - Czekanie i nic, tylko czekanie! Bogowie! Kiedyż on umrze? Sko¬ro już musi umrzeć, niechże stanie się to jak najszybciej. Niech¬że się wreszcie stanie, niech to się już skończy!
- Na wszystko nadejdzie właściwy czas - stwierdził diuk Oljebbin z namaszczeniem i pokorą.
- Ile jeszcze czasu przyjdzie nam tu siedzieć, nic nie robiąc? - denerwował się Korsibar. - To, co się dzieje, zdążyło już spara¬liżować cały nasz świat! - Właśnie opublikowano najnowszy biu¬letyn o stanie zdrowia Pontifexa. Głosił on, że podczas nocy nie nastąpiły żadne zmiany, Pontifex jest w ciężkim stanie, lecz nadal żyje. Korsibar uderzył się pięścią w dłoń. - Czekamy, cze¬kamy, czekamy, a potem znów czekamy i ciągle nic się nie dzie¬je. Czyżbyśmy za wcześnie przyjechali do Labiryntu?
- Zgodnie ze swą najlepszą wiedzą doktorzy orzekli, że Je¬go Wysokość nie będzie żył długo - stwierdził zawsze eleganc¬ki Septach Melayn. Należał do najbliższych przyjaciół Prestimiona, był szczupły, wysoki, pozował na dandysa i słynął z mistrzowskiego opanowania sztuki fechtunku. - Podjęliśmy więc rozsądną decyzję, przyjeżdżając tu natychmiast i...
Przerwało mu donośne beknięcie i wybuch hałaśliwego śmiechu - tak swą obecność zaznaczył wielki, przysadzisty Farholt, szorstki, prymitywny mężczyzna z otoczenia Korsibara, który wśród dalekich przodków miał Lorda Guadelooma.
- Wiedza doktorów? Powiedziałeś: wiedza doktorów? - rżał Farholt. - Na kości Boga, kim są doktorzy, jeśli nie nieudanymi magami, których czary nie chcą działać?
- Za to czary prawdziwych magów działają, czy to chcesz po¬wiedzieć? - spytał Septach Melayn, przeciągając słowa w najbar¬dziej kpiący sposób. Przyglądał się potężnemu Farholtowi, nie kryjąc niesmaku. - Wyjaśnij mi jedno, drogi przyjacielu... załóż¬my, że podczas turnieju ktoś zranił cię w ramię rapierem, leżysz na ziemi, a jaskrawa krew tryska z rany za każdym uderzeniem ser¬ca. Czy wolałbyś, by podbiegł mag i wymruczał nad tobą zaklę¬cia, czy też raczej by dobry chirurg natychmiast zaszył ranę?
- A kiedy to się zdarzyło, by ktoś przeszył mnie rapierem? - Farholt patrzył na Melayna nieprzyjaźnie, spode łba.
- Ach, przyjacielu, wydaje się, że zupełnie nie zrozumia¬łeś, do czego zmierzam!
- Zmierzam żartem czy ostrzem rapiera? - spytał bystry diuk Svor, który przez dłuższy czas był towarzyszem księcia Kor¬sibara, teraz jednak uznawano go powszechnie za jednego z naj¬bliższych przyjaciół Prestimiona.
Ten i ów skwitował żart krótkim, gorzkim śmiechem, ale Kor¬sibar tylko wściekle przewrócił oczami i wyrzucił ręce w niebo.
- Powinniśmy raz na zawsze skończyć z tym idiotycznym gadaniem - powiedział. - Czyżbyście nie widzieli, jak straszli¬wie głupio spędzamy czas? Marnujemy go tylko w tym śmier¬dzącym, dusznym mieście, w tym więzieniu, podczas gdy mo¬glibyśmy bawić się tam, w górze, żyć pełnią życia...
- Cierpliwości, cierpliwości! - Diuk Oljebbin ze Stoienzar podniósł rękę uspokajającym gestem. Od zgromadzonych był starszy o dobre dwadzieścia lat, miał gęste, rozwichrzone siwe włosy, pomarszczoną twarz, mówił spokojnie, zdradzając wła¬ściwe jego wiekowi doświadczenie. - Z całą pewnością nie bę¬dziemy już długo czekać.
- Tydzień? Miesiąc? Rok? - nie ustępował Korsibar.
- Przycisnąć staremu poduszkę do twarzy i czekanie jesz¬cze dziś się skończy - burknął Farholt.
Niektórzy znów się roześmieli, bardziej szorstko niż po¬przednio, inni jednak spojrzeli na mówiącego w zdumieniu, a najbardziej zdumiał się sam Korsibar. Ten i ów aż westchnął, nie wierząc własnym uszom.
Diuk Svor uśmiechnął się, obnażając na chwilę drobne, ostre zęby.
- Bardzo to prostackie, Farholcie, doprawdy bardzo pro¬stackie - powiedział. - Pomysłem bardziej wyrafinowanym by¬łoby na przykład podkupienie jednego z nekromantów Pontifexa. Dwadzieścia rojalów wystarczyłoby z pewnością. Jakiś czar, kilka zaklęć i stary ruszyłby wreszcie w czekającą go drogę.
- Cóż to, Svorze? - rozległ się od wejścia znany wszystkim głos, dźwięczny i silny. - Cóż to, dyskutujemy, jak popełnić zdradę?
Słowa te powiedział Koronal Lord Confalume, który właśnie wszedł do sali ramię w ramię z księciem Prestimionem. Obaj wy¬glądali tak, jakby już otrzymali nowe, należne im tytuły i jakby we dwóch - Pontifex Confalume i Koronal Lord Prestimion - przy śniadaniu od niechcenia dostosowywali świat do swych zachcianek. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w ich kierunku.
- Wybaczcie, panie - powiedział gładko Svor, obracając się, kłaniając eleganckim, choć krótkim ukłonem i pozdrawiając Koronala należnym mu znakiem gwiazdy. - To był tylko lekkomyślny żarcik. Nie wierzę też, by Farholt mówił poważnie, kiedy zaledwie przed chwilą doradzał uduszenie Pontifexa jego własną poduszką.
- Mówiłeś poważnie, Farholcie? - zainteresował się Koronal. W jego głosie brzmiała delikatna groźba.
Farholt nie słynął z bystrości. Nadal szukał odpowiednich słów, kiedy odezwał się Korsibar:
- Nic poważnego nie powiedziano w tej sali od wielu tygo¬dni, ojcze. Poważna jest tylko zwłoka, której końca nie widać. Zwłoka ta niektórym z nas napina nerwy do tego stopnia, że wręcz grożą zerwaniem.
- Mnie dotyczy to również, Korsibarze. Musimy wykazać się cierpliwością. Być może jednak znam lekarstwo na twą do¬legliwość, i to o wiele lepsze od zaproponowanego przez Svora i Farholta. - Koronal uśmiechnął się. Stanął pośrodku sali, pod szkarłatnym jedwabnym baldachimem zdobionym skomplikowanym ornamentem, w który wpisano symbol Pontifexa wyko¬nany złotym filigranem i czarnymi diamentami.
Koronal Lord Confalume, ojciec imponującego siłą fizycz¬ną Korsibara, był nie więcej niż średniego wzrostu, bardzo moc¬nej, atletycznej budowy. Wręcz biła od niego spokojna pewność siebie, jakże charakterystyczna dla kogoś, kto miał wiele czasu na oswojenie się z własną wielkością. Zasiadł na tronie Góry Zamkowej przed czterdziestu trzema laty - tylko niewielu Koronalów rządziło równie długo - a jednak nadal sprawiał wrażenie człowieka w pełni sił. Oczy miał błyszczące, włosy dopiero zaczꬳy mu siwieć.
Do kołnierza miękkiej zielonej koszuli przyczepiony miał niewielki amulet znany pod nazwą rohilla; delikatne plamy nie¬bieskiego złota o intrygującym, skomplikowanym wzorze ota¬czały oczko z jadeitu. Dotknął go teraz szybkim ruchem palców raz, a potem drugi, jakby dotknięcie to miało mu dodać sił, in¬ni zaś, niektórzy zapewne nieświadomie, dostrzegając ten gest dotknęli swych amuletów. Lord Confalume, być może pod wpły¬wem zamiłowanego w okultyzmie Pontifexa, wykazywał coraz większą skłonność do dziwnych, nowych ezoterycznych filozofii, torujących sobie drogę do serc wszystkich mieszkańców Majipooru. Dwór rozsądnie podzielał tę jego pasję, cały z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych sceptyków.
W tej chwili mogło się wydawać, że Koronal zwraca się pry¬watnie do każdego z obecnych, że poświęca swą uwagę każde¬mu z nich z osobna.
- Prestimion pojawił się u mnie dziś rano z propozycją mo¬im zdaniem słuszną i zasługującą na uwagę. Podobnie jak my wszyscy jest świadom napięcia wywołanego przez przymusową nudę, jakiego doświadczamy. Książę Prestimion proponuje więc, byśmy nie czekali na śmierć Jego Wysokości z początkiem tradycyjnego Turnieju Pogrzebowego, lecz rozpoczęli pierwsze walki od razu. Będziemy przynajmniej mieli co robić.
Farholt chrząknął zaskoczony, nie było jednak wątpliwo¬ści, że pomysł mu się podoba. Poza nim milczeli wszyscy, nawet Korsibar.
- Czy to właściwy pomysł, panie? - spytał w końcu cicho diuk Svor.
- Ze względów protokolarnych, jako precedens?
- Ze względów dobrego smaku.
Koronal przyglądał mu się przyjaźnie i nie zmienił wyrazu twarzy.
- Czyż to nie my jesteśmy arbitrami dobrego smaku?
W grupie najbliższych przyjaciół i towarzyszy polowań Kor¬sibara wszczęło się lekkie zamieszanie. Mandrykarn ze Stee szepnął coś do hrabiego Venty z Haplior, Venta odciągnął na bok Korsibara i szepnął mu coś do ucha. Księcia zaskoczyło chy¬ba to, co usłyszał.
Nagle podniósł wzrok.
- Czy mogę coś powiedzieć, ojcze? - spytał. Widać było, że jest zmieszany, długą twarz o zdecydowanych rysach skrzywił w grymasie, bawił się końcami czarnych wąsów, potężną dłonią masował sobie kark. - Ojcze, widzę to tak samo jak Svor. Pomysł wydaje mi się niewłaściwy. Rozpoczynać Turniej Pogrzebowy, nim Pontifex spoczął w grobie...
- Nie widzę w tym nic złego, kuzynie - stwierdził diuk Oljebbin. - Jeśli tylko pozostawimy parady, uczty i inne tego ro¬dzaju uroczystości na później, nie widzę powodu, by nie rozpo¬cząć walk już teraz. Prankipin nie pożyje długo, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, prawda? Imperialni magowie rzucili czary i powiedzieli nam, że Pontifex wkrótce umrze. Jego leka¬rze są podobnego zdania.
- Mam tylko nadzieję, że opierają te przekonania na moc¬niejszych podstawach niż magowie - wtrącił Septach Melayn, którego znano z kpiącego sceptycyzmu, tak nietypowego w tej niezwykle przesądnej epoce.
Korsibar, wyraźnie zirytowany, machnął ręką przed twarzą, jakby Melayn był zaledwie dokuczliwym owadem.
- Wszyscy wiecie, że nikt bardziej niż ja nie życzy sobie, by skończyło się wreszcie to nieznośne próżniactwo. Ale... - zawahał się, zamyślił głęboko, nozdrza mu drgały; sprawiał wrażenie, jak¬by wyszukanie właściwych słów przychodziło mu z największą trudnością. Zerknął na Mandrykarna i Ventę, szukając u nich po¬parcia. - Błagam wielkiego diuka Oljebbina o wybaczenie, jeśli urażam go, wypowiadając inne zdanie, lecz musimy, ojcze, postę¬pować właściwie. Musimy zachowywać się w sposób odpowiedni. I na Boginię, Svor ma rację - to także kwestia dobrego smaku.
- Zaskoczyłeś mnie, Korsibarze - powiedział Lord Confalume. - Sądziłem, że ty pierwszy pochwalisz ten pomysł. Jed¬nak... to twoje nieoczekiwane przywiązanie do protokołu...
- Korsibar i protokół? - rozległ się od wejścia donośny, we¬soły głos. - Ależ oczywiście, woda jest sucha, ogień jest zimny, słodkie jest kwaśne. Korsibar! Korsibar i protokół! Trzy słowa, a nigdy nie spodziewałem się, że usłyszę je właśnie tak zesta¬wione.
Na sali pojawił się Dantirya Sambail, złośliwy, pełen tempe¬ramentu książę mający tytuł prokuratora Ni-moya. Ruszył przed siebie, stukając podkutymi butami po marmurowej posadzce. Uwaga obecnych natychmiast skupiła się na nim. Prokurator, nie pofatygowawszy się nawet powitać Koronala zwyczajowym gestem, spojrzał mu wprost w oczy i nie opuścił wzroku.
- Błagam o wyjaśnienie. Co za problem próbujemy roz¬strzygnąć przez tak niezwykłe zestawienie przeciwieństw?
Na to pytanie, zadane szorstkim, donośnym głosem, Lord Confalume odpowiedział spokojnie, cicho.
- Zdarzyło się tak, że twój krewniak z Muldemar zapropo¬nował, by Turniej Pogrzebowy rozpocząć natychmiast. Czeka¬my tu biernie, nieszczęśliwi, a Prankipin rozpaczliwie czepia się życia, należy więc coś zmienić. Mój syn sprzeciwił się temu pomysłowi.
- Ach! - westchnął najwyraźniej zdumiony tym pomysłem prokurator. - Ach!
Stanął w charakterystycznej dla siebie, wyzywającej po¬zie, na szeroko rozstawionych nogach. Nieruchomy pod balda¬chimem, pośrodku pokoju, patrzył na Koronala. Miał około pięć¬dziesięciu lat, był wysoki, postawny; gdyby nie krótkie nogi nie pasujące do długiego, muskularnego ciała, nikt spośród obecnych nie dorównałby mu wzrostem. Szerokością barów ustępował tylko Farholtowi. Dantirya Sambail był niewątpliwie po¬stacią imponującą.
A także odpychającą, był bowiem uderzająco brzydki. Miał wielką głowę, szorstkie, kręcone, przeraźliwie rude włosy, bla¬dą skórę ozdobioną mnóstwem wyraźnie widocznych piegów, kartoflowaty nos, szerokie, opuszczone w kącikach, okrutne usta, tłuste obwisłe policzki i mocno wysuniętą szczękę. A jed¬nak wśród rysów tej zwiastującej gwałtowny charakter, nieprzy¬jemnej twarzy patrzyły piękne fiołkowoszare oczy, oczy poety, oczy kochanka. Był trzecim kuzynem Prestimiona w drugim po¬koleniu po kądzieli. Sprawował władzę na dalekim Zimroelu, podlegał wyłącznie jurysdykcji Koronala i Pontifexa. Koronal go nie znosił; prokuratora nie lubił zresztą niemal nikt, nie spo¬sób go było jednak lekceważyć.
- Czy mógłbym dowiedzieć się również, dlaczego nasz Korsi¬bar sprzeciwia się rozpoczęciu turnieju? - Dantirya Sambail w dalszym ciągu zachowywał się tak, jakby oprócz niego i Koronala na sali nie było nikogo. - Należało się raczej spodziewać, że będzie pierwszym, który pochwali ten pomysł. - W pięknych oczach prokuratora pojawił się wyraźny kpiący błysk. - Czyżby wszystko rozbijało się o to, że na ten pomysł wpadł Prestimion?
Bezczelność tego stwierdzenia poruszyła nawet Lorda Confalume’a.
Rzeczywiście, ostatnimi czasy między Prestimionem a Korsibarem pojawiło się jakieś napięcie. Oto z jednej strony stał Korsibar, jedyny syn Koronala, mężczyzna o wielkich przymio¬tach, szanowany i kochany jak świat długi i szeroki, lecz sięga¬jąca tysięcy lat tradycja zagradzała mu drogę do tronu, który ciągle jeszcze dzierżył jego ojciec, z drugiej strony zaś Presti¬mion, nie tak wysoko urodzony, nie tak imponujący, lecz naj¬prawdopodobniej przeznaczony przez Confalume’a na jego na¬stępcę. Nie brakowało takich, którzy w duchu żałowali konstytucyjnej tradycji zabraniającej Korsibarowi zasiadania na tronie, nikt jednak, ale to nikt nie wypowiadał na głos takich opinii, a już zwłaszcza nie ośmieliłby się wypowiedzieć ich w obecności Korsibara, Lorda Confalume’a lub Prestimiona.
Onże Prestimion, który do tej pory nie odezwał się ani sło¬wem, powiedział teraz cichym, spokojnym głosem:
- Czy wolno mi przemówić, panie mój?
Confalume, sprawiający wrażenie nieobecnego, udzielił mu pozwolenia niedbałym gestem dłoni.
Książę Prestimion był niewysoki, muskularny, sprawiał wra¬żenie niezwykle silnego fizycznie. Włosy miał jasne, lecz mato¬we, krótko przycięte, co nie leżało w zwyczajach epoki. Jego ja¬sne, zielononiebieskie oczy, odrobinę za wąsko rozstawione, błyszczały niezwykłą siłą i skupieniem, wąskie wargi wydawa¬ły się zaciśnięte.
Wśród arystokracji Góry Zamkowej książę Prestimion z Muldemar nie rzucał się w oczy właśnie ze względu na niepo¬zorny wzrost, ten jego niedostatek wynagradzała w pełni zręcz¬ność, siła, wrodzony spryt oraz niespożyta energia. Gdy był dzieckiem, a później młodzieńcem, nikt nie prorokował, by wspiął się na szczyty władzy, w ostatnich jednak latach powoli, lecz stale zyskiwał na znaczeniu, aż wreszcie stał się pierwszym na dworze Koronala. Na Górze Zamkowej powszechnie (choć nieoficjalnie, gdyż uznano by za nieodpowiednie mianowanie przez Confalume’a następcy przed śmiercią Prankipina) uważa¬no, że nowym Koronalem będzie właśnie on.
Prestimion chłodno przyjął udzielenie mu głosu. Co naj¬mniej niedyplomatyczne, a w rzeczywistości raczej skrajnie prowokacyjne słowa prokuratora nie wywarły na nim pozornie żadnego wrażenia, ale - również pozornie - na Prestimionie nic nie wywierało przecież wrażenia. Mogło się wręcz wydawać, że w każdej sytuacji rachuje szanse, nic nie robi bez dogłębnego przemyślenia skutków swych czynów. Nawet gdy wypowiadał się bez wahania, co zresztą czynił rzadko, nie lubiący go ludzie mieli wrażenie, że ta impulsywność pachnie wyrachowaniem.
Prestimion uśmiechnął się do Korsibara i prokuratora, po czym przemówił, nie adresując swych słów specjalnie do nikogo.
- Co właściwie upamiętniamy igrzyskami, które tradycyj¬nie odbywają się po śmierci Pontifexa? Kres życia wielkiego władcy, oczywiście, lecz także nowe rządy oraz to, że Koronal zasiada na wyższym tronie Pontyfikatu, a także wybór księcia królestwa na Lorda Koronala. Kończy się jeden cykl, lecz zara¬zem zaczyna drugi. Igrzyska powinny mieć więc cel podwójny, powitanie nowych władców zasiadających na nowych dla nich tronach oraz pożegnanie tego, który nas opuszcza. Dlatego uwa¬żam za słuszne, właściwe i naturalne, by rozpocząć je jeszcze za życia Prankipina. W ten sposób zbudujemy most między sta¬rymi a nowymi rządami.
Umilkł i w sali zapadła cisza. Przerwał ją Dantirya Sambail, głośno bijąc brawo.
- Brawo, kuzynie z Muldemar! Brawo! Cóż za błyskotliwa argumentacja. Głosuję za igrzyskami, tu i natychmiast! A co ma do powiedzenia wielbiciel protokołu, Korsibar?
Utkwione w prokuratorze oczy Korsibara płonęły ledwie powstrzymywaną wściekłością.
- Jeśli tak zdecydujemy wszyscy, jestem gotów przystąpić do turnieju choćby dziś - oznajmił. - Nigdy się mu nie sprzeciwiałem. Zapytałem tylko, czy jest to właściwe. Pośpiech wyda¬je mi się... powiedzmy, nieelegancki.
- Z tym problemem w pięknym stylu rozprawił się książę Prestimion - zauważył diuk Oljebbin ze Stoienzar. - Niechże i tak będzie. Popieram ten pomysł, panie. Uważam też, że oby¬watelom Labiryntu nie powinniśmy zapowiedzieć igrzysk pogrzebowych, lecz po prostu turniej ku czci naszego ukochanego Pontifexa.
- Zgadzam się - ustąpił Korsibar.
- Czy ktoś się sprzeciwia? - spytał Lord Confalume. - Nie? A zatem doskonale. Przygotujcie się panowie do czegoś, co na¬zwiemy Turniejem Pontyfikalnym. Starożytnym, tradycyjnym Turniejem Pontyfikalnym. Na Boginię, któż może wiedzieć, że czegoś takiego nigdy nie było? Od czasu śmierci ostatniego Pontifexa minęło przeszło czterdzieści lat, któż będzie pamiętał, jakie były wówczas obyczaje, a nawet jeśli ktoś je pamięta, to czy odważy się przemówić przeciwko nam? - Koronal uśmiech¬nął się ciepło do każdego z obecnych po kolei i dopiero gdy spojrzał w oczy Dantiryi Sambaila, jakby nieco ochłódł. Potem obrócił się i już miał wyjść, zatrzymał się jednak w miejscu, gdzie hol przechodził w korytarz wejściowy, spojrzał na syna i powiedział: - Korsibarze, jeśli mogę cię prosić, przybądź do moich apartamentów za dziesięć minut.


Dodano: 2009-11-02 14:07:08
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"


 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS