[phpBB Debug] PHP Warning: in file /home/klient.dhosting.pl/karolwisnia/katedra/public_html/art.php5 on line 373: getimagesize(http://katedra.nast.pl/literatura/okladki/na _tropie_jednorozca_large.jpg) [function.getimagesize]: failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 400 Bad Request
Resnick, Mike - "Na tropie jednorożca" - katedra.nast.pl
 
 
NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Resnick, Mike - "Na tropie jednorożca"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Resnick, Mike - "Fable of Tonight"
Tytuł oryginału: Stalking the Unicorn
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Data wydania: Październik 2009
ISBN: 978-83-7574-121- 6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205 mm
seria: Obca Krew
Tom cyklu: 1



Resnick, Mike - "Na tropie jednorożca"

Delirium tremens?

Właśnie zabierał się do wzniesienia toastu za utracone kapciuszki, kiedy dostrzegł, że przed jego biurkiem stoi niski, zielony elf.
– Śliczniusi jesteś – powiedział, nie kryjąc podziwu. – Ale gdzie są różowe słonie?
– John Justin Mallory?
– Wy, elfy, nigdy nic nie mówicie – rzucił marudnym tonem Mallory. – Nic tylko siedzicie i śpiewacie „Santa Lucię”. – Zmrużył oczy i rozejrzał się badawczo po biurze. – Gdzie jest reszta ferajny?
– Tak zapić mordę – mruknął elf z niesmakiem. – Niefajnie, Johnie Justinie. Naprawdę nieładnie.
– Twoi kumple zapili mordy?
– Nie oni. Ty zapiłeś.
– Jasne, że zapiłem. I dlatego widzę małe zielone ludziki.
– Nie jestem ludzikiem, tylko elfem.
– Mnie tam wszystko jedno – wypalił Mallory i wzruszył ramionami. – W każdym razie jesteś mały i zielony.
– Raz jeszcze rozejrzał się po pomieszczeniu. – Gdzie są te słonie?
– Jakie znowu słonie? – zapytał elf.
– Moje słonie – odparł Mallory, takim tonem, jakby wyjaśniał oczywistą oczywistość zapóźnionemu w rozwoju dziecku. – A ty kim jesteś i co tutaj robisz?
– Mürgenstürm – powiedział elf.
– Mürgenstürm? – powtórzył Mallory, marszcząc brwi. – Coś mi się wydaje, że on mieszka piętro wyżej.
– Nie. Ja jestem Mürgenstürm.
– Rozgość się zatem, Mürgenstürm. No i napij się ze mną choć jednego, zanim znikniesz. – Sprawdził, ile whisky zostało w butelce. – Jednego, ale małego.
– Nie przyszedłem tutaj na popijawę – zgasił go Mürgenstürm.
– Dzięki ci, Panie, za te małe łaski – mruknął Mallory, natychmiast przytknął butelkę do ust i osuszył jej zawartość. – Dobrze – powiedział, rzucając ją do kosza na śmieci. – Ja już skończyłem. Możesz teraz
zaśpiewać albo zatańczyć, czy co wy tam macie zwyczaj wyprawiać, a potem spadaj i zrób miejsce dla słoni.
Mürgenstürm skrzywił się.
– Coś mi się widzi, że musimy doprowadzić cię do stanu używalności, i to szybko.
– Jeśli to zrobisz, znikniesz – ostrzegł Mallory, wytrzeszczając złowieszczo oczy na elfa.
– Dlaczego to musiało się stać akurat w Nowy Rok? – westchnął mały zielony ludzik.
– Pewnie dlatego, że wczoraj mieliśmy trzydziestego grudnia – wyjaśnił rzeczowo Mallory.
– Dlaczego musiałem trafić na pijaka?
– Ty, kurdupel, licz się ze słowami! – ostrzegł Mallory. – Może i jestem nawalony, ale na pewno nie masz do czynienia z pijakiem.
– Dla mnie to bez różnicy. Potrzebuję cię tutaj i teraz, ale najwyraźniej nie jesteś w stanie podołać zadaniu.
Mallory zmarszczył brwi.
– Patrz, a ja myślałem, że to ty mi jesteś potrzebny...
– powiedział wyraźnie zmieszany.
– Może ten profesor zoologii... – mruknął Mürgenstürm pod nosem.
– Te słowa zabrzmiały jak pierwsza linijka limeryku.
Elf westchnął ciężko, z rezygnacją.
– Nie mam czasu. Tylko ty mi zostałeś.
– A to z kolei brzmi jak tekst marnej piosenki o miłości.
Mürgenstürm przeszedł za biurko, pod fotel Mallory’ego, i uszczypnął go w łydkę.
– Auć! Dlaczego mi to zrobiłeś, cholera ciężka?!
– Żeby ci udowodnić czarno na białym, że tutaj jestem, Johnie Justinie. Potrzebuję twojej pomocy.
Mallory wpatrywał się w niego, jednocześnie rozcierając bolącą wciąż nogę.
– Widział kto kiedyś równie przemądrzałą halucynację?
– Mam dla ciebie robotę, Johnie Justinie Mallory – powtórzył elf.
– Musisz znaleźć kogoś innego. Ja opłakuję dzisiaj moją utraconą młodość i inne atrybuty przeszłości,
zarówno wyimaginowane, jak i te prawdziwe.
– To nie jest sen, to nie jest żart, to nie jest delirium tremens – zapewnił go solennie elf. – Ja naprawdę potrzebuję pomocy zawodowego detektywa.
Mallory sięgnął do szuflady, wyjął z niej nieludzko obszarpany egzemplarz książki telefonicznej
i rzucił ją na blat biurka.
– W tym mieście jest siedmiuset, a może nawet i ośmiuset czynnych detektywów – powiedział. – Wystarczy poszperać.
– Wszyscy pozostali są albo zajęci, albo zrobili sobie wolne na Nowy Rok – oświadczył Mürgenstürm.
– Chcesz przez to powiedzieć, że jestem jedynym cholernym prywatnym detektywem z Nowego Jorku, którego można złapać o tej porze w biurze? – zapytał z niedowierzaniem Mallory.
– W końcu mamy dzisiaj sylwestra.
Detektyw wpatrywał się w elfa przez dłuższą chwilę.
– Co by oznaczało, że nie jestem pierwszym, którego odwiedziłeś.
– Zacząłem od tych na literę A – przyznał Mürgenstürm.
– I tak dojechałeś aż do Mallory i Fallico? Chłopie, ty chyba szukasz detektywa od początku października.
– Potrafię być piekielnie szybki jeśli trzeba.
– Skoro tak, może zabrałbyś stąd piekielnie szybko swoje chude, zielone dupsko? – zaproponował
Mallory. – Zmuszasz mnie do myślenia.
– Johnie Justinie, uwierz mi, nie przychodziłbym do ciebie, gdyby nie była to sprawa życia albo śmierci.
– Czyjego?
– Mojego – odparł elf załamującym się głosem.
– Twojego?
Zielony człowieczek przytaknął.
– Ktoś dybie na twoje życie?
– To nie jest takie proste.
– To nigdy nie jest takie proste – przyznał oschle Mallory. – Cholera! Zaczynam trzeźwieć, a to była
moja ostatnia flaszka!
– Pomożesz mi? – zapytał elf.
– Nie zadawaj głupich pytań. Za pół minuty i tak znikniesz.
– Zapewniam cię, że nie mam zamiaru nigdzie znikać! – wrzasnął zdesperowany elf. – Ja tu zginę!
– Tutaj? – zapytał Mallory, na wszelki wypadek odsuwając fotel na kilka stóp od biurka, żeby zrobić
miejsce dla padającego ciała.
– O świcie, jeśli mi nie pomożesz.
Mallory przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Mürgenstürma.
– Niby w czym?
– Powierzono mi coś bardzo cennego. I to coś mi zginęło. Jeśli nie odnajdę tego czegoś do świtu,
będę zgubiony.
– A co ci zginęło?
Mürgenstürm odwzajemnił świdrujące spojrzenie.
– Na tę wiedzę nie jesteś jeszcze gotowy, Johnie Justinie.
– Jak mam pomóc w odnalezieniu czegoś, skoro nie wiem nawet, czego szukamy? – zapytał Mallory.
– Racja – przyznał elf.
– Więc...
Mürgenstürm spojrzał raz jeszcze na detektywa, westchnął i w końcu wydusił z siebie:
– Chodzi o jednorożca.
– Sam nie wiem, czy powinienem zaśmiać ci się w twarz, czy raczej wywalić na zbity pysk – powiedział
Mallory. – Spieprzaj stąd, żebym mógł się rozkoszować tą nędzną resztką oszołomienia alkoholowego, jaka mi jeszcze pozostała.
– Ja nie żartuję, Johnie Justinie.
– A ja nie kupuję twoich bzdur, Morganthau.
– Mürgenstürm – poprawił go elf.
– A możesz sobie być i Ronaldem Reaganem. Spadaj!
– Wymień kwotę – poprosił Mürgenstürm.
– Za znalezienie jednorożca w Nowym Jorku? – zapytał z bardzo wyczuwalnym sarkazmem w głosie Mallory. – Dziesięć tysięcy dolców za dzień plus wydatki.
– Załatwione! – ryknął elf, zmaterializował prosto z powietrza gruby plik banknotów i cisnął go na sam środek pustego blatu biurka.
– Dlaczego mam wrażenie, że ta forsa nie jest rzeczywista? – zapytał Mallory, przeczesując kciukiem szeleszczące, nowiusieńkie studolarówki.
– Zapewniam, że wszystkie numery seryjne znajdują się w wykazie banknotów wyprodukowanych dla Departamentu Skarbu, podpisy także są autentyczne.
Mallory uniósł brew z niedowierzaniem.
– A skąd pochodzi ta forsa?
– Ode mnie – wyjaśnił ostrożnie Mürgenstürm.
– A skąd ty pochodzisz?
– Słucham?
– Przecież słyszałeś – powiedział Mallory. – Niejedno już widziałem w tym mieście, ale takiego cudaka jeszcze nigdy.
– Ja tu mieszkam.
– Gdzie?
– Na Manhattanie.
– Możesz podać dokładny adres?
– Mogę zrobić coś znacznie lepszego. Zabiorę cię do siebie.
– Ani mi się waż – ostrzegł Mallory. – Teraz zamknę oczy, a jak je otworzę, nie będzie tutaj ani ciebie, ani tej forsy, za to zobaczę na biurku różowe słonie.
Zacisnął powieki, policzył do dziesięciu i otworzył oczy. Mürgenstürm z pieniędzmi nie zniknął. To zbiło detektywa z tropu.
– Ta zabawa trwa nieco dłużej niż zazwyczaj – skomentował. – Ciekaw jestem, co znajdowało się
w tej butelce?
– Tylko whisky – odparł elf. – Nie jestem częścią twoich rojeń. Masz do czynienia ze zdesperowanym
klientem, który naprawdę potrzebuje pomocy.
– Przy odnalezieniu jednorożca.
– Zgadza się.
– Tak z czystej ciekawości, jak ci się udało go zgubić? Znaczy, rozumiesz, jednorożce do małych raczej nie należą.
– Skradziono mi go – wyjaśnił Mürgenstürm.
– W takim razie nie potrzebujesz pomocy detektywa – odparł Mallory.
– A czyjej?
– Żeby schwytać jednorożca, trzeba chyba mieć dziewicę. A na całym Manhattanie nie ma ich dzisiaj więcej niż dwa tuziny. Wystarczy, że będziesz je odwiedzał po kolei, a w końcu trafisz na tę z jednorożcem.
– Chciałbym, żeby to było takie proste – powiedział z żalem Mürgenstürm.
– A niby dlaczego nie jest?
– Na twoim Manhattanie może i jest tylko dwadzieścia dziewic, ale na moim są ich tysiące. A zostało już tylko dziesięć godzin.
– Chwila, chwila – wtrącił Mallory, ponownie marszcząc brwi. – O co chodzi z całym tym „moim” i „twoim”?
Mieszkasz na Manhattanie czy nie mieszkasz?
– Przecież mówiłem, że mieszkam – Mürgenstürm pokiwał głową.
– Zatem w czym problem?
– Mieszkam na Manhattanie, który ty możesz dostrzec wyłącznie kątem oka – wyjaśnił elf. – Każdy z ludzi czasami widuje jego odbicia, ale kiedy odwraca
twarz w ich stronę, wszystko znika.
– Ot tak? – Mallory uśmiechnął się i pstryknął palcami.
– Barwy ochronne – wyjaśnił Mürgenstürm.
– A gdzie tak naprawdę leży ten twój Manhattan?
Za drugą gwiazdą na prawo i prosto aż do świtu? A może po drugiej stronie tęczy?
– Jest wokół ciebie, tutaj i teraz – odparł elf. – I wcale wiele się nie różni od twojego, to po prostu ta jego część, której nigdy nie widziałeś.
– Ale ty go widzisz?
Mürgenstürm potwierdził skinieniem głowy.
– Trzeba tylko wiedzieć, w jaki sposób patrzeć.
– A w jaki sposób trzeba patrzeć? – zapytał Mallory, sam dziwiąc się swojej ciekawości.
Mürgenstürm wskazał pieniądze.
– Przyjmij tę robotę, a wszystko ci pokażę.
– Nie licz na to – powiedział Mallory. – Ale jestem ci wdzięczny, mój mały, zielony przyjacielu. Jak tylko się obudzę, natychmiast spiszę całą naszą pogawędkę i wyślę ją do jednego z tych czasopism traktujących o seksie, aby przeanalizowano mój przypadek. Zdaje się, że oni płacą pięćdziesiąt dolców za każdy opublikowany list.
Elf opuścił głowę w geście rezygnacji.
– Czy to ostateczna decyzja? – zapytał.
– Ostateczna.
Mürgenstürm wyprostował się na całą, choć i tak mikrą, wysokość.
– Zatem muszę szykować się na spotkanie ze śmiercią. Wybacz, Johnie Justinie Mallory, że zająłem ci tyle czasu.
– Nie ma sprawy – powiedział detektyw.
– Ty wciąż nie wierzysz w ani jedno moje słowo?
– W ani jedno.
Elf westchnął ciężko i podszedł do drzwi. Otworzył je, wyszedł na korytarz, ale zaraz wrócił.
– Spodziewasz się gości? – zapytał.
– Widziałeś różowe słonie? – zaciekawił się Mallory.
Mürgenstürm pokręcił głową.
– Raczej dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn z widocznymi wybrzuszeniami pod pachami. Jeden z nich ma bliznę na lewym policzku.
– Szlag! – mruknął Mallory, ruszając z kopyta do kontaktu, by zgasić światło. – Zdawało mi się, że mieli czekać na dole! – Wrócił truchtem do biurka i przyklęknął za nim.
– Może znudziło im się czekanie – zasugerował elf.
– Ale oni nie mnie szukają! – jęczał Mallory. – Powinni ścigać Nicka Fallico!
– Wyglądają mi na zdesperowanych – powiedział Mürgenstürm. – Coś mi się zdaje, że dadzą wycisk pierwszemu, którego spotkają.
– Cóż... – Mallory marzył o jeszcze jednym, choćby malusim drinku. – Coś mi się widzi, że nie tylko ty nie dożyjesz sędziwego wieku.
– Zamierzasz ich zabić? – zainteresował się elf.
– Nie mówiłem o nich!
– Nie wystrzelasz ich?
– A niby czym? – zapytał Mallory.
– Pistoletem, a czymże innym.
– Nie mam żadnego pistoletu.
– Detektyw bez pistoletu? – zdziwił się elf. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem.
– Nie potrzebowałem broni – wyjaśnił Mallory.
– Nigdy?
– Aż do dzisiaj – uściślił detektyw.



Dodano: 2009-10-13 21:53:14
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS