NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tevis, Walter - "Człowiek, który spadł na ziemię"

Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

Ukazały się

Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"


 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Rowling, Joanne K. - "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz"

 Majka, Paweł - "Berserk"

 Luceno, James - "Katalizator"

 Cichowski, Rafał - "Pył Ziemi"

 Patykiewicz, Piotr - "Tajemnica mroku"

 Cholewa, Michał - "Echa"

Linki

Carey, Mike - "Przebierańcy"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Carey, Mike - "Felix Castor"
Tytuł oryginału: Dead Men's Boots
Data wydania: Sierpień 2009
ISBN: 978-83-7480-143-0
Oprawa: miękka
Format: 135×205mm
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2007
Tom cyklu: 3



Wywiad z Mikiem Careyem

W powieści jesteś tylko ty, tylko ty i czytelnik


Katedra: Witaj. Ten wywiad jest co prawda przeprowadzany dla portalu literackiego, ale myślę, że rozpoczniemy kilkoma pytaniami o świat komiksu, który jest ci zapewne świetnie znany. Mógłbyś w kilku słowach powiedzieć, jak wygląda scena komiksowa w Wielkiej Brytanii i Stanach?

Mike Carey: W ciągu ostatnich trzydziestu lat w Wielkiej Brytanii doszło do wielu zmian. Rynek wydawniczy się przekształcał, stając się coraz mniejszym i mniejszym. Gdy byłem dzieckiem, co niestety miało miejsce już jakiś czas temu, dostępne były dziesiątki brytyjskich tytułów. Powszechne były komiksy humorystyczne dla młodzieży; wiele ukazywało się również komiksów przygodowych, science fiction, wojennych czy wreszcie komiksów pełnych akcji przeznaczonych dla nieco starszej młodzieży. Obecnie brytyjski rynek jest całkowicie zdominowany przez komiksy amerykańskie. Mamy jeden magazyn sf – „2000 A.D.”, który jest sławny, ale w pewnym stopniu trafiały do niego rzeczy, które z jakichś powodów nie załapały się gdzie indziej: paski takie jak „Sędzia Dredd”, „ABC Warriors” czy „Strontium Dog”. Serie te zdobyły dużą popularność, ale obecnie czasopismo przeżywa duży kryzys. Do tego mamy dwie serie humorystyczne... i to wszystko, co zostało.
Jeśli jesteś twórcą komiksów w Wielkiej Brytanii – czy to scenarzystą, czy grafikiem – nie wyżyjesz z pisania dla brytyjskich wydawców; musisz udać się do Stanów lub Francji. Ja wybrałem USA. Ich rynek jest podzielony przez dwa wielkie domy wydawnicze – razem mają, jak przypuszczam, około 80% udziałów w rynku komiksowym w Stanach. DC i Marvel cały czas ze sobą rywalizują, raz jeden jest na topie, raz drugi. Obecnie Marvel prowadzi – mają około 45% sprzedaży komiksów w Ameryce. Jeśli chodzi o gatunek, to przede wszystkim cieszą się popularnością komiksy o superbohaterach. Prowadzona jest lista trzystu najlepiej sprzedających się komiksów. Trzeba dojść do pozycji osiemdziesiątej czy dziewięćdziesiątej, żeby napotkać komiks, który nie jest o superbohaterach.

W Polsce nadal wielu krytyków i media uważają komiks za gorszą formę sztuki. Czy podobnie jest na Zachodzie?

Myślę, że to cały czas się zmienia. Powoli, ale się zmienia. Ostatnimi czasy nastała moda na filmowe adaptacje komiksów. Wiele historii obrazkowych zostało sfilmowanych, inne obrazy czerpały z nich inspiracje. Niektóre z nich były typowymi, nastawionymi na akcję blockbusterami – tak jak „Iron Man”, „Spiderman” czy „Incredible Hulk”. Inne uderzały w trochę inną stylistykę – „Faceci w czerni”, „Droga do zatracenia”, „Historia przemocy” czy „Strażnicy” – choć ci ostatni również są o superbohaterach. Filmy te pokazały szerokie spektrum tematyki, jakim zajmują się komiksy. Dzięki nim również więcej osób zdało sobie sprawę z ich istnienia. Dzięki temu komiksy zaczęto sprzedawać w księgarniach, pojawiły się zbiory powieści ilustrowanych. Dziesięć lat temu komiksy można było kupić tylko w sklepach z komiksami; teraz każda księgarnia ma z nimi regał. Myślę więc, że więcej osób czyta obecnie komiksy i ludzie nie szufladkują już ich tak pospiesznie jako literatury niskich lotów.
Z drugiej strony zjawisko ma tendencję do cykliczności. Ludzie czytają jakiś komiks i stwierdzają: „ale to jest świetne”, później od czasu do czasu wspomną, że coś w komiksie fajnego się trafiło, a następnie komiks popada w zapomnienie. Pytaniem jest więc, czy to, co obecnie obserwujemy, jest trendem, który się utrzyma, czy też jest to jedynie krótkotrwała reakcja na popularność filmów adaptujących komiksy.

Czy Twoim zdaniem w ciągu ostatnich kilku lat ukazały się jakieś komiksy, które będą mogły rywalizować z legendami gatunku?

Obecnie sytuacja na rynku amerykańskim wygląda w ten sposób, że cała branża, cały przemysł jest napędzany przez venty – nie wiem, czy jakiejkolwiek z nich zostały przetłumaczone na język polski. DC i Marvel co roku mają taką ogromną, niekończącą się historię, angażującą większość najpopularniejszych bohaterów. Normalnie kupujesz co miesiąc „Supermana”, „Batmana”, „Green Arrow”, „Green Lantern”, „Wonder Woman” – co lubisz. Każdy z tych komiksów opowiada oddzielną historię, ale raz na rok się ona zatrzymuje i ukazuje się jedna duża, przekrojowa opowieść o tych bohaterach, wiążąca fabuły wszystkich serii. Jest to o tyle korzystne dla wydawcy, że osoba kupująca tylko np. „Wonder Woman” nagle orientuje się, że by zrozumieć całą historię, musi zapoznać się z pozostałymi seriami. I tak wydawałeś 2-3 dolary miesięcznie, a teraz musisz wydawać 20-30 dolarów, by poznać pozostałe części historii. Jest to z pewnością bardzo skuteczne narzędzie z punktu widzenia marketingowego, ale moim zdaniem zaburza nieco narrację, prowadzenie fabuły przez scenarzystę. Miało to już kiedyś miejsce – we wczesnych latach dziewięćdziesiątych... i rynek się załamał. Bardzo wiele osób się zniechęciło i przestało kupować komiksy. Rynek tak naprawdę nigdy się po tym nie podniósł, a tu się okazuje, że znowu popełniamy te same błędy.
Wracając jednak do pytania, czyli do najlepszych komiksów ostatnich lat: moim zdaniem pojawiło się wielu nowych, bardzo utalentowanych autorów. W DC wydaje Grant Morrison – jego dzieła są jednymi z najlepszych w ofercie wydawnictwa, jak na przykład „Final Crisis”. Po stronie Marvela jest natomiast Brian Michael Bendis, który napisał „House of M”, a także Mark Millar i jego „Civil War”. To chyba najlepsze głównonurtowe komiksy ostatnich lat.

Jakie widzisz główne różnice między pisaniem scenariusza komiksowego, a powieścią?

Główna różnica polega chyba na tym, że komiksy są periodykami, publikowanymi co miesiąc. Wymusza to pisanie historii w krótkich odcinkach, niejako ratach. Musisz dotrzymywać terminów, każdego miesiąca działać według z góry ustalonego grafiku. Planujesz więc dłuższą historię z wyprzedzeniem, piszesz pierwszy rozdział, drugi itd. Gdy dochodzisz do szóstego i chcesz coś zmienić we wcześniejszych, nie możesz – w międzyczasie graficy (rysownik, inker) już się zajęli twoją historią. Strony są już gotowe, a te ciężko zmienić. Jest to oczywiście możliwe, ale jest drogie i wydawcy tego nie lubią.
Z powieścią żyjesz o wiele dłużej i nie oddajesz jej nikomu, aż nie skończysz. Możesz ją dowolnie zmieniać podczas pisania. Możesz nawet napisać całą, stwierdzić, że coś nie gra i zmienić początkowe rozdziały, wprowadzić danego bohatera na innym etapie powieści – możliwości są niemal nieskończone. Masz wolność integrowania w strukturę podczas jej tworzenia. Przy komiksie tworzysz na początku scenariusz i musisz się go dosyć sztywno trzymać; możliwości zmian są dosyć ograniczone.
Inna zasadnicza różnica to to, że komiks jest efektem pracy zespołu. Pracuje nad nim pięć czy sześć osób. Scenarzysta może zrobić swoje, ale równie ważni są inni: osoby odpowiedzialne za szkice, kolory, liternictwo itp. Polegasz na innych ludziach; wierzysz, że posiadają odpowiednie umiejętności, żeby twoje pomysły nabrały życia w finalnym produkcie. W powieści jesteś tylko ty, tylko ty i czytelnik. Musisz polegać całkowicie na sobie. Masz całkowitą kontrolę, ale ponosisz także całkowitą odpowiedzialność.

Właśnie, w komiksie za stronę wizualną odpowiadają inne osoby, natomiast przystępując do pisania powieści musiałeś samemu wypracować narzędzia, dzięki którym czytelnik mógł zobaczyć świat przedstawiony. Jak sobie z tym poradziłeś?

To są zupełnie inne sposoby prowadzenia fabuły czy narracji; i wymagają zupełnie innego zestawu umiejętności. To naprawdę fajna sprawa, by polegać wyłącznie na słowach, by odmalować w głowie odbiorcy to, co sobie wyobraziłeś. Najlepsze historie – podobnie jak w komiksie – również są współpracą; ale współpracą między pisarzem a czytelnikiem. Spotykacie się w pół drogi. Pisarz wykorzystuje wyobraźnię czytelnika do wykreowania efektów niemożliwych do stworzenia w filmie czy komiksie – bo najlepsza scena nadal tkwi w ludzkim umyśle.

W jednym z wywiadów wyczytałem, że na początku swojej kariery chciałeś pisać książki, ale skończyłeś jako scenarzysta komiksowy. Dlaczego więc wróciłeś do idei pisania książek tak późno?

Odpowiedź na to pytanie jest dosyć skomplikowana, ale w dużej mierze sprowadza się do tego, że gdy zaczynałem pisać moje pierwsze powieści, nie wiedziałem, jak to się robi. Byłem bardzo złym pisarzem, bo nie myślałem wtedy na poważnie o strukturze powieści, o sposobach prowadzenia fabuły i poszczególnych wątków. Moje książki były jak wielkie, bezkształtne torby: działa się w nich jedna rzecz, zaraz potem inna, ale nie zmierzało to w żadnym konkretnym kierunku, jak ścieżka kończąca się w lesie. Nigdy nie byłem uczony o strukturze powieści, nigdy też sam nie zadałem sobie pytania, jak powinna powieść funkcjonować.
Pisanie scenariuszy komiksowych zmusza cię do myślenia o strukturze. Zwykle masz ograniczoną liczbę stron – i to niezbyt dużą, zwykle są to dwadzieścia dwie strony. Nie może być więcej, nie może być mniej. Na samym początku więc ustalasz, jaką historię masz do opowiedzenia i jakie ma być jej zakończenie. Jeśli ma to być trzyodcinkowa seria, to musisz od razu wiedzieć, jakie cliffhangery będą miały miejsce na zakończeniu pierwszej i drugiej części. Do tego musisz ustalić, gdzie zrobić punkty przełomowe, zwroty akcji etc. Do tego dochodzi określona grupa bohaterów, między którymi muszą zachodzić interakcje – ta część jest bardzo podobna do tworzenia filmu. Każda scena zabiera określoną liczbę stron i musisz podejmować ciągłe decyzje, gdzie coś wydłużyć, a gdzie obciąć. Dodatkowo w komiksach o superbohaterach musisz zmieścić jedną lub dwie strony z ilustracjami na całą planszę, na których rysownik może dać z siebie wszystko i oczarować czytelnika. Gdy je umieszczasz, tracisz miejsce na opowiadanie historii. Tak więc jest to cały czas zarządzanie ograniczonymi zasobami. Stąd też, gdy wróciłem do pisania książek, wiedziałem, jak to się robi; wiedziałem, na czym polega struktura opowieści. Zadawałem sobie pytania o akcentowanie, o tempo akcji, gdzie umieszczać punktu kulminacyjne. Komiksy nauczyły mnie tworzenia historii.

Jakie są główne etapy tworzenia scenariusza komiksu?

Myślę, że są różne – w zależności od twórcy, od jego podejścia. W moim przypadku preferuję przechodzenie od ogółu do szczegółu. Gdy pracowałem nad „Lucyferem”, tworzyłem ogólny plan na dwanaście miesięcy, w którym wyszczególniałem kluczowe elementy fabuły, może ze trzy lub cztery krótkie historie. To nie był długi tekst – kilka stron może, bo miał być jedynie poglądowym przedstawieniem założeń fabularnych. Następnie robię sobie konspekt, w którym szacuję, ile stron zajmie mi każda scena. Następnie zatwierdza to redaktor i dopiero wtedy przystępuję do właściwej pracy nad historią. Nie potrafię pisać bez widoku strony, więc pierwszą rzeczą, jaką robię, to narysowanie szkicu sceny. Wygląda to fatalnie i surowo, z mnóstwem niewyraźnych kresek i notatek. Wtedy dokonuję decyzji co do podziału panelu na ramki, zastanawiam się nad perspektywą. Graficy nie widzą tych schematów, są one tylko dla mnie – żebym mógł zdecydować, co czytelnik zobaczy i w jakiej formie. Dopiero wówczas przystępuję do zapisywania scenariusza. Poszczególne etapy wyglądają więc tak: ogólne spojrzenie, krótka charakterystyka scen, szkice, scenariusz.

Neil Gaiman stwierdził, że znacznie bardziej opłaca mu się napisać książkę niż tworzyć kolejny scenariusz do komiksu. Z drugiej strony Alan Grant powiedział, że znacznie bardziej zyskowna dla niego jest praca przy komiksach. Jak to jest w twoim przypadku?

Na obecnym etapie zdecydowanie o wiele bardziej dochodowe jest dla mnie pisanie scenariuszy komiksowych. Gdy porównać, ile czasu się poświęca na obie te rzeczy i ile się za to otrzymuje pieniędzy, to prawdopodobnie za komiksy dostaję dwa razy więcej niż za książki. Ciężko jednak dokonywać takich porównań. W przypadku komiksów dostaje się honorarium bardzo szybko: niezależnie od tego, czy tworzysz sześcio- czy ośmioczęściową historię, dostajesz pieniądze zaraz po ukazaniu się ostatniej z nich, a przy wznowieniach w zbiorczych wydaniach również otrzymujesz przelew w zasadzie od ręki. W przypadku książek dostajesz zaliczkę przy rozpoczęciu prac nad książką, ale na honoraria musisz czasem poczekać rok albo dwa – dopiero jak sprzedaż osiągnie określony poziom. Ciężko więc jest dokonywać jakichś rachunków i porównań – nie wiesz, kiedy pieniądze wpłyną, nie wiesz, w jakiej wysokości, nie wiesz, kiedy honoraria się zatrzymają. Niemniej myślę, że komiksy pozwalają mi zarobić więcej.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Felix Castor jest bardzo podobny do Constantine’a. Co ty na to?

Tak, jest bardzo podobny, szczególnie na początku. Pewnie dlatego, że gdy zacząłem prace nad powieściami o Castorze, akurat pracowałem nad „Hellblazerem”. Wykorzystałem komiksy z Constantine’em, by przekonać wydawcę; poszedłem do niego, pokazałem je i powiedziałem: „Castor będzie właśnie taki”. Masz całkowitą rację, na początku między Castorem a Constantine’em jest mnóstwo podobieństw. Mam jednak nadzieję, że od drugiego tomu się to nieco zmienia – Felix zaczyna zachowywać się inaczej, zmienia mu się sposób wymowy, zaczyna mieć inne motywacje, kierują nim odmienne impulsy. Z czasem odsuwa się coraz bardziej od „Hellblazera”. Niemniej muszę przyznać, podobieństwa są bardzo wyraźne.

W twoich powieściach odnajduję również wiele z Chandlerowskiego kryminału.

Tak, masz rację. Było to częścią początkowych założeń. Wymyśliłem sobie, że napiszę książkę w stylu Raymonda Chandlera, ale zamiast detektywa, będę miał egzorcystę, który wykonuje swój zawód dla pieniędzy. Uwielbiam Chandlera i starałem się przetworzyć stworzoną przez niego konwencję.

Jak myślisz, dlaczego stworzony przez Chandlera archetyp detektywa i idący za nim kryminał noir zyskały taką popularność? Przecież nie tylko ty inspirujesz się jego twórczością; tylko w samej fantastyce Chandler znalazł wielu naśladowców.

To bardzo potężna formuła. To, co mnie osobiście fascynuje w noir, to niejednoznaczność moralna, skomplikowane relacje między dobrem a złem, prawem a sprawiedliwością. Postać ze świata noir stara się robić dobre rzeczy, ale żyje w świecie, który nie pozwala na dokonywanie jedynie słusznych wyborów. W tym świecie czasami wybory są ciężkie, a żadna z alternatyw nie prowadzi ku szczęśliwemu zakończeniu. A czasem trzeba zrobić straszne rzeczy, by stała się sprawiedliwość. Tak więc ten kontrast między pragnieniem czynienia dobra, a okolicznościami przymuszającymi do zła sprawiają, że historia i wrażenia czytelnika same się nakręcają. Bohater noir jest skompromitowany – robi rzeczy niewłaściwe, czytelnik widzi go jako postać niejednoznaczną – dokonuje czynów moralnie niejednoznacznych, ale widzi się również piętno, które w nim po nich zostaje. Myślę, że dla osób żyjących współcześnie identyfikacja z bohaterem noir jest dosyć prosta: nie jest to biały rycerz – w najlepszym przypadku mamy do czynienia z szarym rycerzem.
Myślę również, że noir jest dramatem zżytym z miastem – ta sceneria ożywa w tego typu powieściach. Powieści o Castorze są osadzone w Londynie, bo jest to ogromne miasto pełne różnorakich historii, które w razie potrzeby można ożywić. U Chandlera jest to Los Angeles – inne miasto, ale w pewien sposób podobne; również jest doskonałą sceną do prowadzenia tego rodzaju narracji.

Jakie książki czytasz?

Przeważnie czytam fantastykę, zarówno fantasy, jak i science fiction. Od małego lubiłem ten gatunek. Zaczynałem od Michaela Moorcocka, później była Ursula K. Le Guin, Roger Zelazny, Mervyn Peake. Nie czytam za dużo horroru – czasem się jakiś trafia, ale wolę science fiction.

Do tej pory ukazało się pięć powieści o Castorze, z czego trzy w Polsce – „Mój własny diabeł”, „Błędny krąg” i „Przebierańcy”. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o tych książkach, które jeszcze się w naszym kraju nie ukazały?

„Thicker than water”, czwarta książka z serii, przenosi Castora z powrotem do Liverpoolu. Czytelnik dowiaduje się wiele o jego przeszłości; o tych jej aspektach, których nie był do tej pory świadom. Sporo miejsca poświęciłem relacjom Castora z bratem, który jest księdzem. Fabuła zaczyna się następująco: w samochodzie zostaje znaleziony okrutnie okaleczony mężczyzna, na jego ciele znajdują się dziesiątki ran. Na wewnętrznej stronie szyby jego własną krwią są napisane inicjały i nazwisko Fixa. Policja sądzi, że ofiara w ten sposób chciała wskazać mordercę, ale Castor przecież wie, że tego nie zrobił. Musi odkryć co mężczyzna w samochodzie chciał mu w ten sposób przekazać. Wiedzie go to do Liverpoolu, do wydarzeń z dzieciństwa. W pewien sposób jest to najbardziej osobista z książek o Castorze, zamieściłem w niej też najwięcej z własnego życia, biografii.
W „Thicker than water” znaczenia nabiera ponownie wątek Rafiego. Jenny-Jane, mroczna i przerażająca kobieta, profesor psychologii paranormalnej, stara się przejąć kontrolę nad Rafim. Gdy jej się to uda, będzie go torturować w imię nauki, będzie chciała dokonywać brutalnych i bezwzględnych eksperymentów. Castor robi wszystko, by do tego nie dopuścić. Próbując za wszelką cenę nie pozwolić na przejęcie Rafiego przez Jenny-Jane, popełnia straszliwe błędy...
To prowadzi nas do piątej książki – „The Naming of the Beasts”, która w większości jest właśnie o Rafim i Asmodeuszu oraz zobowiązaniach Castora wobec przyjaciela. Fix ponownie starając się ratować sytuację, ponownie popełnia błędy.

Zdradzisz w tych książkach coś więcej na temat przyczyn pobytu duchów i demonów na Ziemi?

Pełna odpowiedź na pytanie, „dlaczego na Ziemi pojawiły się te wszystkie nadprzyrodzone istoty?”, znajdzie się dopiero w szóstym tomie. Nie mogę więc teraz zdradzić, dlaczego tak się stało, bo popsułoby to niespodziankę czytelnikom, ale mogę powiedzieć kilka słów o ogólnych założeniach, jakie mi przyświecały. To, co chciałem napisać, to powieść, w której znajdzie się miejsce dla zombie, duchów, wilkołaków i demonów. Nie chciałem jednak wykorzystywać ogranych wyjaśnień (osobnych dla każdego rodzaju istot), których pełno w literaturze i filmie. Chciałem, żeby jedno zdarzenie, jedna okoliczność spowodowała pojawienie się tak odmiennych istot. W świecie Castora, jeśli powrócisz z martwych, to może się to stać pod postacią ducha czy zjawy. Czasami taki duch przyobleka się w ciało, które nosił za życia – wtedy staje się zombie: niczym więcej jak martwym ciałem napędzanym energią ducha. W ten sam sposób duchy mogą opętać ciała zwierząt: wtedy pojawiają się różnego rodzaju łaki, które w książkach nazywam loup-garou. Nawet demony mają pewną więź z ludzkimi duszami i obecnością nieumarłych na Ziemi – nie ma to wiele wspólnego z piekłem, ale właśnie z tym, co się dzieje na Ziemi. Z tomu na tom daję coraz więcej poszlak, poszczególne elementy zaczynają się zazębiać, by w finale dać – mam nadzieję – spójną całość.

Ile tomów przygód Castora planujesz?

Przynajmniej sześć; mam już szósty zakontraktowany i jestem w trakcie jego pisania. Być może będzie ich więcej. Tom szósty jest zwieńczeniem poprzednich, łączącym wiele opisywanych wcześniej wydarzeń. Mam jednak nadzieję, że będę mógł kontynuować pisanie o Castorze; wtedy szósta część byłaby jakby zwieńczeniem pierwszego rozdziału większej opowieści, a po niej nastąpiłby drugi rozdział, na który mam już pewne pomysły.

Nie boisz się ograniczeń, jakie wynikają z pisania cały czas jednej serii? Nie masz pomysłów na inne, niecastorowe powieści?

Oczywiście, że mam kilka innych pomysłów i bardzo chciałbym zacząć prace nad innymi powieściami i cyklami. Tak naprawdę to obecnie równolegle pracuję nad innym projektem: humorystycznym fantasy, które piszę na spółkę z moją żoną i córką. Tak więc mam nadzieję, że nie będę kojarzony wyłącznie z Castorem. Napisałem również w ostatnim czasie kilka opowiadań na prośbę amerykańskich redaktorów. Napisałem tekst o superbohaterach i tekst o zombie dla Christophera Goldena. Cały czas maczam więc palce w innych projektach, jednakże przede wszystkim chcę doprowadzić Castora przynajmniej do końca szóstego tomu, zanim na poważnie wezmę się za inne książki.

Na koniec pytanie bardziej osobiste. Do niedawna jeszcze pracowałeś jako nauczyciel. Czego dokładnie uczyłeś?

Tak, byłem nauczycielem przez szmat czasu. Uczyłem angielskiego i literatury angielskiej. W pewnym stopniu uczyłem też mediów: pokazywałem ludziom jak należy przeprowadzać wywiady, jak się zachowywać i co robić podczas tworzenia programu radiowego – wszystko jeszcze za pomocą obecnie już przestarzałych technologii – taśm magnetofonowych etc. Uczyłem przede wszystkim w szkołach dla starszej młodzieży – szesnasto-osiemnastolatków. Miałem również przygodę z uczeniem osób dorosłych, przynajmniej dwudziestokilkuletnich, którzy po latach wracali do edukacji, by nadrobić wcześniejsze braki. Dawało to wiele satysfakcji i frajdy, ale było również bardzo ciężką pracą: godzinami ślęczało się nad konspektami, przygotowywało się do lekcji. Pisanie jest znacznie łatwiejszym sposobem zarabiania pieniędzy.

Wywiad został przeprowadzony 29 sierpnia 2009 r. podczas Polconu w Łodzi. Rozmawiał Tymoteusz „Shadowmage” Wronka.



Autor: Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Dodano: 2009-09-22 23:19:55
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 08:27 23-09-2009
Niestety autor był dosyć gadatliwy (w tym przypadku stety), a czasu mieliśmy mniej niż zakładano na początku, więc nie zadałem wszystkich pytań.

GeedieZ - 21:31 24-09-2009
Po przeczytaniu pierwszego tomu o Feliksie postanowilem sobie za cel uzbierać cały cykl, bo myślałem, że będą to 2, 3 książki. Teraz chyba jednak zmienię zdanie i nie będę kupował, tym bardziej, że ten pierwszy był najlepszy. Chociaż trzeciego jeszcze nie czytałem to obawiam się nieco o jego poziom. Jak będzie gorszy od drugiego to więcej z pewnością nie kupię.

Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS