NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Hałas, Agnieszka - "Śpiew potępionych"

Ukazały się

Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"


 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

 Pindel, Tomasz - "Historie fandomowe"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana" (2019)

 Clare, Cassandra - "Królowa Mroku i Powietrza"

 Briggs, Patricia - "Dotyk ognia"

 Harkness, Deborah - "Księga czarownic" (wyd. 3)

Linki

Carey, Mike - "Przebierańcy"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Carey, Mike - "Felix Castor"
Tytuł oryginału: Dead Men's Boots
Data wydania: Sierpień 2009
ISBN: 978-83-7480-143-0
Oprawa: miękka
Format: 135×205mm
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2007
Tom cyklu: 3



Carey, Mike - "Przebierańcy"

Rozdział 1

Niezbyt często bywam na pogrzebach, a kiedy już się zjawiam, to zazwyczaj albo pijany w trupa, albo nafaszerowany ziołową bombą ogłuszającą w rodzaju salwinoriny, do tego stopnia, że zaczynam tracić czucie od stóp w górę; przypomina to stopniowe wygaszanie centralnego układu nerwowego. Dziś byłem trzeźwy jak świnia, a to dopiero początek moich zmartwień. Na cmentarzu panował przeraźliwy ziąb – tak mocny, że czułem go nawet przez rosyjski wojskowy szynel (nigdy nie walczyłem, ale szara piechota to stan umysłu). Słońce wciąż tkwiło w zimowej przechowalni, porywisty wschodni wiatr szorował mi twarz ostrym pilnikiem, a poczucie winy atakowało umysł niczym ostry drut, powoli przegryzający się przez bryłę lodu.
– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz – powiedział ksiądz, a przynajmniej do tego właśnie sprowadzały się jego słowa.
Na październikowym mrozie jego włosy i skóra były jasne jak popiół. Żałobnicy niosący trumnę ruszyli do przodu w chwili, gdy wiatr znów powiał mocniej i osłaniający ją całun wydął się jak żagiel. Czekał go jednak krótki rejs: wystarczyły dwa kroki, by znaleźli się obok równej, prostokątnej dziury w ziemi. Tam pochylili się równo jak jeden mąż i ułożyli trumnę na dwóch parcianych pasach, przytrzymywanych przez czterech rosłych grabarzy. Ci jednocześnie ruszyli naprzód i trumna bezszelestnie zniknęła w ziemi.
Spoczywaj w spokoju, Johnie Gittingsie. A przynajmniej śmiertelna część ciebie: co do reszty, będziemy musieli zaczekać i zobaczyć.
Może dlatego właśnie wdowa po Johnie, Carla, stojąca naprzeciw mnie w eleganckiej żałobie, sprawiała wrażenie tak wyczerpanej i spiętej. Jej kostium uzupełniała broszka ozdobiona pękiem czarnych jak noc piór. Gdy tak na nią patrzyłem, przez moment wyobrażałem sobie, że spoglądam na wszystko z wielkiej wysokości, i czerń jej sukni stała się czernią asfaltowanej drogi, na środku której spoczywały szczątki martwego, zabitego przez samochód ptaka.
Ksiądz znów zaczął, wiatr jednak porywał jego słowa i rozdawał na chybił trafił pośród nas tak, że każdemu przypadła zaledwie mizerna cząstka mądrości i pociechy. Zatopiony we własnych myślach, skupionych na śmiertelności i zmartwychwstaniu bez możliwości odkupienia, rozejrzałem się po twarzach innych żałobników. Przypominało to „Who is Who” londyńskich egzorcystów. Byli tam między innymi Reggie Tang, Therese O’Driscoll i Greg Lockyear, przedstawiciele Kolektywu z Tamizy; Burbon Bryant i jego nowa żona Cath, o rysach ostrych jak brzytwa; Larry Tallowhill i Louise Beddows – Larry sam wyglądał jak chodzący trup, jego białe kości policzkowe prześwitywały przez skórę niczym płomień przez papierową latarnię; Bill Schofield, znany z powodów zarówno skomplikowanych, jak i obscenicznych, jako Jonasz; Ade Underwood, Sita Lovejoy, Michelle Mooney – wszystkie z pięknego Południa (czyli z okolic dzielnicy Elephant & Castle), a pośród „i innych” dziewczyna – niezwykle ładna, niezwykle młoda, o sięgających ramion niemal białych włosach, która przyglądała mi się podczas całej ceremonii. Jej twarz miała w sobie coś znajomego i niepokojącego, ale nie potrafiłem tego określić, i niepewność ta bynajmniej nie poprawiała mi nastroju. Podobnie jak nieobecność jedynej londyńskiej egzorcystki, którą miałem nadzieję ujrzeć na tej imprezie. Ale też Juliet Salazar nigdy nie należała do osób przesadnie sentymentalnych. Szczerze mówiąc, wątpię, by znalazła w sobie jakikolwiek sentyment, nawet gdyby jej za to zapłacono.
Ponieważ byliśmy na cmentarzu, zjawiło się też sporo zmarłych. Zebrali się w grupki wokół nas, w bezpiecznej odległości, wyczuwając zgromadzoną tu moc i to, co mogłaby z nimi zrobić, ale byli tak złaknieni jakichkolwiek wrażeń, że nie mogli się powstrzymać. Trudno było nie zerkać na ową żałosną zbieraninę, choć patrząc na duchy, często zachęcamy je, by podeszły bliżej, zupełnie jakby nasza uwaga działała jak przyciągający je magnes. Były ich tu dziesiątki, może nawet setki, stłoczonych tak ciasno, że nakładały się na siebie, ich głowy przenikały przez kończyny i torsy innych, byle tylko lepiej się nam przyjrzeć, a może też obejrzeć nowego. Najnowsze duchy wciąż nosiły na sobie ślady śmierci: wychudzone ciała, nogi i ręce wyginające się pod osobliwymi kątami, a w jednym przypadku wielką ranę na piersi, niemal na pewno stanowiącą pozostałość po kuli. Mieszkańcy o dłuższym stażu albo nauczyli się dosyć, by ukryć pamiątki po śmierci, albo też dosyć zapomnieli, i bardziej przypominali siebie samych za życia. Inni powoli dogasali i rozpływali się, tak że co paskudniejsze szczegóły całkiem zniknęły.
Ksiądz najwyraźniej nie dostrzegał licznie zgromadzonych słuchaczy. Może i dobrze, bo biorąc pod uwagę jego wiek i mizerną kondycję, mógłby nie znieść wstrząsu. Jednakże ludzie uprawiający mój zawód nic nie mogą poradzić na swój szósty zmysł, nie da się go włączać i wyłączać wedle woli. W pewnym momencie mowy pogrzebowej Burbon Bryant sięgnął do kieszeni i wysunął z niej książeczkę zapałek, którą zawsze tam nosi – to jego narzędzie, służące do poskramiania mieszkańców niewidzialnych królestw, tak jak moim jest prosty metalowy flet („Clarke’s Original” w tonacji D). Położyłem mu dłoń na ramieniu i pokręciłem głową.
– Nie teraz – wycedziłem z naciskiem samym kącikiem ust.
– Wypalę tylko parę sztuk, Fix – wymamrotał. – Reszta ucieknie jak spłoszone gołębie.
– Jeśli to zrobisz, złamię ci szczękę – odparłem pogodnie.
Burbon obdarzył mnie zaskoczonym, urażonym spojrzeniem, właściwie odczytał wyraz mojej twarzy i schował zapałki.
Czemu nie upiłem się przed przyjściem? Sądząc po zebranych wokół twarzach, nie byłbym jedyny. Egzorcyści często sięgają po wódkę, by uciszyć swój zmysł śmierci, wielu z nich używa też speedów, kiedy chcą go wyostrzyć. Ale ja starannie dobieram chwile, kiedy sięgam po sztuczne wsparcie: dziś miałbym wrażenie, że próbuję się ukryć przed czymś, czemu się wstydzę stawić czoło, a nie jedynie stępiam nieprzyjemne bodźce. Kiepski precedens.
Starałem się jak najmocniej zdekoncentrować, patrząc poprzez zbiorowisko zmarłych w stronę wysokiego, cmentarnego ogrodzenia z kutego żelaza, zwieńczonego wybitnie niechrześcijańskim drutem kolczastym. Nawet tam jednak nie znalazłem wytchnienia: demonstranci z Tchnienia Życia napierali na pręty niczym turyści w zoo, wykrzykując wyzwiska pod naszym adresem. Na szczęście staliśmy dość daleko, by nie dało się ich zrozumieć. Życiowcy, jak nazywamy ich lekceważąco, to radykalni obrońcy praw zmarłych. Dla nich my, duchołapy, jesteśmy tym samym, co dla wiernych katolików lekarze aborcjoniści. Zawsze pojawiają się na pogrzebach egzorcystów, jeśli tylko zwęszą okazję. Najpewniej ksiądz bądź jeden z grabarzy potajemnie z nimi sympatyzował i przekazał informację.
Ceremonia powoli dobiegała końca. Carla rzuciła garść ziemi na trumnę męża, parę osób ustawiło się w kolejce, by uczynić to samo. Potem grabarze zaczęli na dobre machać łopatami. Teraz, gdy pokłoniliśmy się już rytualnie obrzędowi orania ziemi, mog­liśmy się rozejść, odczekawszy przyzwoitą chwilę. Carla tuż przed pogrzebem odwołała planowaną stypę w swoim domu w Mill Hill, nie podając zbyt jasnych powodów, a sam pogrzeb, który ozdobione czarną obwódką zaproszenia zapowiadały na trzecią, został bez wyjaśnienia przesunięty na wpół do drugiej. Może dlatego Juliet się nie zjawiła.
W chwili, gdy już sobie gratulowałem, że łatwo mi się upiekło, krzyk od strony bramy głównej sprawił, że odwróciłem się w tamtą stronę. Jakiś człowiek biegł ku nam żwawym krokiem, dziwnie kontrastującym z nieskazitelnie skrojonym włoskim garniturem. Zazwyczaj ludzie nie wkładają ciuchów od Enzo Tovare do joggingu, bo pot i błoto nie wpływają zbyt dobrze na delikatne szwy.
Pod innymi względami ów spóźnialski także wyglądał nietypowo. Kasztanowe włosy zaczesał do tyłu w staroświeckim stylu, przypominającym Errola Flynna, miał też pasującą do niego hollywoodzką twarz – owoc albo wspaniałych genów, albo pracy świetnego chirurga plastycznego. Na oko liczył sobie trzydziestkę, ale coś w jego rysach przywodziło na myśl albo przedwczesną dojrzałość, wynikającą z bogatych doświadczeń, albo też wewnętrzny spokój i powagę. Wyglądał staro jak na swój wiek i było mu z tym całkiem do twarzy.
A w dłoni trzymał złożoną kartkę papieru, którą unosił tryumfalnie, demonstrując wszem wobec. To plus eleganckie ciuchy sprawiło, że zwątpiłem w pierwotne założenie, że to jeden z Życiowców, próbujący zakłócić uroczystość ogłuszającą petardą albo workiem z farbą.
Kiedy znalazł się między nami, zwolnił, i gdy mnie mijał, zau­ważyłem, że wcale nie dyszy, mimo szybkiego biegu. Zastanawiałem się, czy do ćwiczeń także wkłada włoskie płótna.
– Pani Gittings – rzekł, wręczając papier Carli. – To nakaz wydany dziś rano przez sędziego Tilneya z sądu dzielnicowego w Hendon. Zechce pani przeczytać?
Carla wytrąciła kartkę z dłoni mężczyzny, który sięgnął szybko, by ją złapać, nim wyląduje w grobie.
– Niech pan stąd idzie, panie Todd – powiedziała lodowato. – Nie ma tu pan nic do roboty. Absolutnie nic.
– Pozwolę sobie się nie zgodzić – odparł uprzejmym tonem facet we włoskim garniturze. Rozłożył kartkę i zademonstrował Carli. – Wie pani, co tu robię, pani Gittings, i dlaczego nie mogę na to pozwolić. To wszystko jest nielegalne. Nakaz zabrania pani grzebania doczesnych szczątków świętej pamięci Jonathana Gittingsa i nakazuje pojawienie się w...
Nagle zabrakło mu pary. Patrzył na grób i wyraźnie dotarło do niego, że jest już zasiedlony i do połowy zasypany ziemią. Może na sekundę stracił wątek: wystrojony, z nakazem w ręku, i wszystko na próżno! Potem ponownie złożył nakaz i zdecydowanym gestem wsunął do kieszonki na piersi. Minę miał poważną.
– Najwyraźniej przyszedłem za późno – oznajmił. – Miałem wrażenie, że ceremonia ma się odbyć o trzeciej. Z pewnością to właśnie mi powiedziano, kiedy dziś rano zadzwoniłem do zakładu pogrzebowego. Może w ostatniej chwili przesunięto godzinę? – Carla zarumieniła się, otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Todd gestem poddania uniósł obie ręce. – Nie zamierzam przerywać pogrzebu, który już się toczy, i przepraszam za zakłócenie powagi chwili. Gdybym zjawił się przed pogrzebem, miałbym obowiązek zapobiec mu. Teraz... wrócę do siebie i rozważę inne dostępne środki. Wkrótce znów porozmawiamy, pani Gittings, i może się pani spodziewać nakazu ekshumacji...
Carla wydała z siebie bolesny okrzyk, jakby te słowa zraniły ją fizycznie. Wówczas Reggie Tang – nietypowy Galahad – stanął między nią a prawnikiem i przygwoździł go morderczym spojrzeniem.
– Czy mogę zobaczyć pańskie zaproszenie? – rzucił.
Zauważyłem, że zwodniczo chuderlawy kumpel Reggiego, Greg Lockyear, podkradł się do Todda od tyłu, patrząc na przyjaciela i czekając na sygnał. Nie mogłem uwierzyć, że zamierzają zrobić coś prawnikowi na oczach pięćdziesięciu świadków, lecz ponura zawziętość na twarzy Reggiego mówiła sama za siebie. Podobnie jak większość nas, znał Johna od wieków i kilka razy pracował z nim, kiedy nie znalazł lepszej oferty. Tak to zwykle działało i przypuszczałem, że może podobnie jak ja, czuł teraz spóźnione wyrzuty sumienia na myśl, że zawsze traktował Johna jak ostatnią deskę ratunku. Może więc uznał pobicie faceta w garniturze za łatwy sposób zrównoważenia złej karmy.
Wystąpiłem naprzód, zaskoczony tym faktem równie mocno jak inni zebrani, i położyłem dłoń na ramieniu Reggiego. ­Zwrócił ku mnie gniewne spojrzenie, zdumiony i oburzony tym, że ktoś mu przeszkadza, kiedy on się dopiero rozgrzewa.
– Zachowuj się, Reggie – powiedziałem. – Nikomu się nie przysłużysz, wywołując tu bójkę, a już na pewno nie Carli.
Jeszcze chwilę patrzyliśmy sobie w oczy i zaczynałem już podejrzewać, że zaraz mnie rąbnie. Przesunąłem się w lewo, by mieć na oku Grega Lockyeara – tak przynajmniej nie musiałbym walczyć na dwóch frontach – ale chwila minęła i Reggie odwrócił się, z niesmakiem wzruszając ramionami.
– Pierdzielone pasożyty – rzekł. – Niech ci będzie, Fix. Ale jeśli się stąd, kurwa, nie zabierze, przyfanzolę mu w twarz.
Posłałem Toddowi spojrzenie, pytające, na co jeszcze czeka.
– Pani Gittings będzie w kontakcie – rzekłem.
– Z pewnością – zgodził się. – Ale naprawdę muszę już zacząć...
– Musi pan lepiej dobierać chwile. Będzie w kontakcie. Na razie proszę to zostawić, dobrze?
Todd powiódł wzrokiem po otaczających go ponurych twarzach i pewnie dokonał w myślach szybkich obliczeń. Rozejrzał się w poszukiwaniu Carli, ona jednak cofnęła się między życzliwy tłumek i słuchała słów pociechy Cath i Therese.
– Jestem gotów zaczekać dzień lub dwa – oświadczył w końcu. – Z szacunku dla wdowy. Dzień lub dwa, nie więcej.
– Dobry plan – zgodziłem się.
Pozdrowiwszy mnie szybkim skinieniem głowy, Todd obrócił się na pięcie. Tym razem poruszał się znacznie wolniej i dopiero po minucie zniknął mi z oczu, pogarszając jeszcze i tak już ponury i nerwowy nastrój.
Rozpraszaliśmy się powoli, bez entuzjazmu wymieniając się uwagami na placyku obok parkingu, bo nikt nie chciał się oddalić w nieprzystojnym pośpiechu. Przywitałem się z Louise – nie widziałem jej od ponad roku – i przez chwilę graliśmy w „czyż to nie okropne”, wymieniając się historyjkami na temat Życiowców.
– Ostatnio organizują zasadzki – oznajmiła Louise z leniwym, przeciągłym akcentem z Tyneside i przypaliła papierosa złotą zapalniczką w kształcie małego rewolweru. – Załatwiają nas kolejno. Uwierzyłbyś? Do Stu Langleya zadzwonili nad ranem. Jakaś kobieta mówiła, że właśnie wprowadziła się do nowego domu i w cholernym kiblu na parterze zobaczyła ducha. Stu kazał jej przyjść rano, ale babka rozpłakała się i zaczęła błagać coraz głośniej i natarczywiej, a Stu był zbyt uprzejmy, żeby rzucić słuchawką.
W końcu ubrał się i pojechał do niej. Na jego miejscu kazałabym jej się powstrzymać albo sikać przez okno. W każdym razie przyjechał na miejsce, gdzieś w Gypsy Hill. Dokładnie tam, gdzie mówiła, zobaczył dom z tabliczką NA SPRZEDAŻ. Drzwi frontowe stały otworem i jak ostatni kretyn wszedł do środka. Nie zastanowił się, czemu w oknach nie świeci się światło ani dlaczego na trawniku wciąż stoi znak NA SPRZEDAŻ, skoro babka już się wprowadziła. Było ich czterech, mieli bejsbole. Załatwili go tak, że wylądował w szpitalu, w śpiączce. Przeżył jeszcze tydzień, potem lekarze odłączyli respirator. Powiadam ci, Fix, nie przestaną, póki nie wykończą nas wszystkich.
– Nawet jeśli, nic to im nie da. – Pokręciłem głową, gdy Louise zaproponowała mi sztacha. – Egzorcyzmy są teraz częścią ludzkiego genomu. Pewnie zawsze były, tyle że nie objawiły się, dopóki nie pojawiło się coś do egzorcyzmowania. Zabicie nas wszystkich nie rozwiąże problemu.
Gwałtownie wydmuchnęła dym nosem.
– Nie, ale pobicie kilkorga z nas daje reszcie sporo do myślenia.
Obok przeszła kolejna grupka żałobników zmierzających do samochodów, jedną z nich była ostra blondynka. Towarzyszyło jej dwóch facetów, których nie znałem. Przechodząc obok, posłała mi kolejne mordercze spojrzenie.
– Wiesz może, kto to? – spytałem Louise, zerkając w bok i wskazując kobietę tak, by nikomu nie rzuciło się to w oczy.
– Kto?
– Ta dziewczyna.
Louise wypuściła z ust powietrze w głośnym westchnieniu i skrzywiła się ze znużeniem.
– Dana McClennan.
– McClennan? – Coś wewnątrz mnie szarpnęło się i opadło pod dziwnym kątem. – Jakaś krewna nieświętej pamięci Gabriela McClennana?
– Córka – wyjaśniła Louise. – I pozostała wierna rodzinnej tradycji, Fix. Jest nawet wredniejsza niż jej stary. Kiedy się dowiedziała, że Larry ma HIV-a, uciekła z prędkością stu mil na godzinę. Myślałby kto, że próbował ją pocałować z języczkiem czy coś takiego. A może babka uważa, że do zarażenia się wystarczy sama rozmowa, tak jak moja mama.
Nie odpowiedziałem. Wzmianka o Gabie McClennanie przywołała całą gamę bardzo nieprzyjemnych wspomnień, w większości wywodzących się z nocy, gdy go zabiłem. No dobra, może pośrednio: tak naprawdę bardzo ułatwiłem komuś innemu zabicie go. I tak nie pozostawił mi wyboru, bo sam chciał mnie załatwić, sam też sprowadził na imprezę wilka, któremu rzuciłem go na pożarcie. Można rzec, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Całkiem sporo przekonujących argumentów, ale żaden nie sprawił, że poczułem się lepiej. Z całą też pewnością nie potrafiłbym się wytłumaczyć wdowie i dzieciom.
– Co ona tu robi? – spytałem.
– Przyjechała z Burbonem. Chyba rozesłał wici w Oriflammie, że dziś pogrzebią Johna. Mówił, że załatwił samochody wszystkim egzorcystom, którzy zechcą przyjechać.
– Jest duchołapką?
Louise wzruszyła ramionami.
– Owszem, tak sama twierdzi. Poszła w ślady ojca. Nie mam pojęcia, czy jest w tym dobra.
Przyjąłem to po męsku, ale te wieści mnie nie ucieszyły. Jeśli córka Gabe’a działa w tej samej branży co ja, w dodatku w Londynie, wciąż będziemy na siebie wpadać, czy nam się to podoba, czy nie. Niezbyt radosna perspektywa. Odprowadziłem dziewczynę wzrokiem aż do bramy. Zobaczyłem jak się zatrzymuje, nie zważając na dwóch oddalających się towarzyszy, i zamienia kilka słów z Życiowcami pikietującymi cmentarz. Ktoś powinien z nią o tym porozmawiać: zachęcanie tych świrów to kiepski pomysł.
– Jak tam muzyka? – spytałem, niezbyt delikatnie próbując rozluźnić nastrój.
Louise grała na basie w zespole o większej liczbie nazw niż koncertów. Zdawało mi się mętnie, że ich obecne nom de sound-stage brzmi jakoś punkowo, jak „Gwiazdy i Buce”, ale jutro z pewnością znów się zmieni.
– Całkiem dobrze – odparła Louise. – Całkiem dobrze. Mamy nowego menedżera, twierdzi, że da radę wkręcić nas do Spitza.
W tym momencie podszedł do niej Larry Tallowhill i objął w talii ramieniem.
– Feliksie Castorze – rzekł z udaną surowością. – Odczep się od mojej pieprzonej kobiety.
– Cóż mogę poradzić na to, że żadna mi się nie oprze? – odparłem. – Jak się sprawdzają nowe leki?
Larry lekceważąco wzruszył ramionami.
– Świetnie – powiedział. – Pożyję, dopóki nie zabije mnie coś innego. Czego więcej mógłbym żądać?
Larry zawsze zdumiewająco pozytywnie podchodził do swojej choroby, będącej wynikiem tak wybitnego pecha, że większość ludzi na jego miejscu toczyłaby pianę z pyska w atakach rozpaczy. Zaraził się HIV od ugryzienia loup-garou, z którym właśnie walczył – moglibyście go nazwać wilkołakiem, tyle że jego zwierzęca część była czymś większym, bardziej długonogim i znacznie dziwniejszym niż sugerowałoby to miano. W dodatku nikt mu nawet za to nie płacił: zobaczył, jak potwór ugania się za dzieciakami na parkingu przy Sainsburym, i bez namysłu wkroczył do akcji. Stwór chciał się tylko posilić, ale skupił się na Larrym, gdy tylko pojął, że mu zagraża, a jak mówiłem, był silny, szybki i bardzo, bardzo wredny. Larry zniósł atak, dokończył robotę z jedną ręką wiszącą w strzępach, a potem przeszedł pół mili do szpitala, żeby go połatali. Spisali się rewelacyjnie: podali leki, wzięli urwany palec, który ze sobą przyniósł i przyszyli, nie pozwolili, by się wykrwawił na śmierć albo dostał tężca, i w końcu przywrócili mu dziewięćdziesiąt pięć procent sprawności nerwów. Jakieś dziesięć, jedenaście miesięcy później dostał wiadomość.
Dla egzorcystów to ryzyko zawodowe: niewielu z nas umiera ze starości.
Zmieniłem temat, bo wcześniej czy później doprowadziłby nas do jeszcze bardziej bolesnej kwestii tego, jak umarł John Gittings – zamknięty w łazience, z lufą dubeltówki w ustach. Trudno mnie nazwać przewrażliwionym, ale całe popołudnie starałem się o tym nie myśleć.
– Jak idą interesy? – spytałem, raz jeszcze sięgając po wytarte, bezpieczne banały.
– Super – odrzekł Larry. – Nigdy nie było lepiej.
– Wczoraj dostaliśmy trzy zlecenia – potwierdziła Louise. – Jest szybki – skinieniem głowy wskazała Larry’ego – wiesz dobrze jaki szybki, ale nawet on nie dałby rady trzem w jeden dzień. Przeszkadzałyby sobie nawzajem: drugie jest cięższe niż pierwsze, a trzecie niemożliwe. Sama więc załatwiłam środkowe i oczywiście okazało się prawdziwym skurwysyństwem. Staruszka, twarda jak cholera. Walczyła i wyrzygałam klientowi cały lunch na dywan.
– Śniadanie – poprawił Larry. – Była zaledwie jedenasta.
– Drugie śniadanie. A ten gość, dyrektor dużej firmy czy coś takiego, mieszka w Regent Quater, mówi: „Mam nadzieję, że przed wyjściem pani posprząta”. Nawet bym to zrobiła, ale nie po tym, jak się odezwał. Przywaliłam mu standardowymi warunkami i wyszłam. Teraz mówi, że nie zapłaci. Ale zapłaci, tak czy inaczej.
Choć udana, próba zmiany tematu nie odciągnęła nas zbytnio od śmierci. Ale tak to już jest u egzorcystów.
Po jeszcze paru uprzejmostkach, Lou i Larry odeszli, trzymając się pod rękę, a ja wróciłem w pobliże grobu, by się pożegnać. Carla stała pogrążona w rozmowie z księdzem. Może nawet zanadto pogrążona. Kiedy podszedłem, wykorzystała okazję i uwolniła się, dziękując mu wylewnie.
– Będę już jechał – oznajmiłem. – Uważaj na siebie, Carla. Odezwę się niedługo, dobrze?
Ona jednak wyciągnęła do mnie rękę z czymś, co okazało się jej kluczykami.
– Fix – odezwała się przepraszającym tonem – odwieziesz mnie do domu? Naprawdę kiepsko się czuję i chciałabym cię o coś poprosić.
Zawahałem się. Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, ale ja należę do nieszczęść najlepiej czujących się w samotności. Z drugiej strony, nie załapałem się na karawanę Burbona i potrzebowałem podwózki do miasta. Przytaknąłem jakieś pół sekundy za późno, by wyglądało to szczerze, i wziąłem kluczyki.
– Raz jeszcze dziękuję, ojcze! – zawołała przez ramię Carla.
Ksiądz odprowadził nas wzrokiem; sprawiał wrażenie nieco poruszonego.
– Spytał, czy mam jakiekolwiek wątpliwości – powiedziała Carla, dostrzegłszy, że się oglądam. – Czy chciałabym z nim pomówić o fragmentach doktryny. A potem, nim zdołałam się odezwać, zaczął mnie zasypywać słowami, jakby próbował wyciągnąć informacje.
– Duchowni są najgorsi – zgodziłem się. – Nie aprobują tego, co robimy, ale i tak muszą sprawdzić. Ta sama zasada, co w tabloidach.
Może zabrzmiało to lekko niesprawiedliwie, ale często się z tym spotykałem. Ludzie zakładają, że ukrywamy jakąś wielką tajemnicę. Musimy, bo w przeciwnym razie jak moglibyśmy robić to, co robimy, nie wiedząc jak to działa? Ale to nie tak. Czy prosilibyście Steve’a Daviesa o wyjaśnienie ruchów Browna, albo Torvill i Deana o wytłumaczenie, jak powstają kryształki lodu? Dysponujemy pewnym zestawem umiejętności, nie księgą wiedzy wszelakiej.
Na parkingu został już tylko wóz Carli: wielka, przestronna stara vectra GLS w odcieniu ciemnej szarości, na której doskonale odcinały się rozbryzgane plamy ptasiego łajna. Otworzyłem przed Carlą drzwiczki – samochód nie miał centralnego zamka – i przeszedłem na stronę kierowcy, po drodze przyglądając się jej uważnie. Teraz, po wszystkim, wydawała się spokojniejsza, ale też zmęczona i trochę stara. Nic dziwnego – samobójstwo kogoś, kogo kochamy, musi być jednym z najboleśniejszych ciosów, jakie może zadać nam życie. Pod innymi względami nadal jednak pozostawała kobietą, którą poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych, nim jeszcze spotkała Johna, kiedy była głośną, zadziorną blondynką, z którą zagrałem w pokera i o mało nie poszedłem do łóżka. Powstrzymał nas mój strach przed bliskością i jej upodobanie do starszych mężczyzn, które zadziałały niemal jednocześnie i zamieniły obiecujący numerek w niezręczną rozmowę o rozgrywkach micro-limit hold’em. W jednym z wierszy Yeatsa jest taki fragment, w którym pyta on czytelnika, czy w jego pamięci dłużej pozostaje kobieta, którą zdobył, czy też kobieta, którą stracił. A kiedy będziecie się nad tym zastanawiać, możecie też specjalnie dla niego ocenić, gdzie się zgina dziób pingwina. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, Carla mogłaby zostać moją panią Robinson, choć nawet w tamtych czasach mniej przypominałem bohatera „Absolwenta”, a bardziej „Nocnego kowboja”.
Uruchomiłem silnik i ruszyłem, zauważając, że ksiądz wciąż nie spuszcza z nas spojrzenia smutnych oczu. W pewnym sensie nawet mu współczułem: w dzisiejszych czasach niełatwo zarobić na życie posługami duchowymi.
Powoli manewrowaliśmy pomiędzy pikietami Życiowców, obrzucani hojnymi porcjami wyzwisk i drwin, wśród których na szczęście zabrakło gróźb i pocisków materialnych. Większość zebranych wymachujących transparentami i skandujących nie przekroczyła jeszcze dwudziestki. Co mogli wiedzieć o śmierci? Tak naprawdę nie zaznali jeszcze nawet życia.
Cmentarz leżał aż w Waltham Abbey, podczas gdy John i Carla mieszkali – czy raczej Carla mieszkała, a John już nie – w Aldermans Hill, tuż za Southgate, w mieszkaniu nad sklepem z kostiumami. Czekała mnie długa droga, a vectra poruszała się ciężko, jak zalana tratwa. Dołączywszy do ruchu, przypomniałem sobie o opróżnionej do połowy butelce metaxy w wewnętrznej kieszeni, wyłowiłem ją jedną ręką i podałem Carli. Bez słowa wzięła flaszkę, odkręciła i pociągnęła długi łyk. Aż zadrżała. Zapewne to alkohol sprawił, że do oczu napłynęły jej łzy, choć ­istniało wiele innych wyjaśnień, tłumaczących czemu szybko otarła twarz grzbietem dłoni.
Zerknąłem w lusterko wsteczne i zauważyłem, że ktoś siedzi nam na ogonie. Zakląłem pod nosem. Była to jedna z furgonetek, którymi przyjechali Życiowcy – duży wóz dostawczy, zapewne wypożyczony z pracy, ciemnogranatowy, z literami układającymi się w nazwę „Usługi porządkowe Bowyera”, wypisanymi odwrotnie na przedniej szybie, bo dobry pomysł to dobry pomysł, nawet jeżeli pierwsze wpadają na niego służby ratownicze. Nie wspomniałem o niczym Carli: zmieniałem tylko pasy kiedy mogłem, żeby utrudnić im życie. Byłem pewien, że zdołam ich zgubić na długo przed powrotem do Londynu.
– O co chodziło w tej awanturze z prawnikiem? – spytałem.
Sposób, w jaki to ująłem, być może zabrzmiał nietaktownie, ale zawsze uważałem, że gniew stanowi świetne antidotum na rozpacz. Rozpacz paraliżuje człowieka, a porządne wkurzenie dodaje energii i utrzymuje na nogach, choć trochę utrudnia rozeznanie, dokąd właściwie zmierzamy.
Carla pokręciła głową, jakby nie chciała o tym rozmawiać, i już miałem dać spokój, potem jednak pociągnęła drugi łyk koniaku i zmieniła zdanie.
– John zawsze powtarzał, że chciałby być pochowany w Waltham Abbey, obok swojej siostry, Hailey – mruknęła. – Zawsze. Oprócz mnie na całym bożym świecie kochał tylko ją. Ale nie był sobą, Fix. Od miesięcy przed śmiercią. Zupełnie go już nie poznawałam.
Westchnęła głęboko i nieco ochryple.
– Istnieje taka choroba, nazywają ją wczesną postacią Alz­heimera. Ojciec Johna zapadł na nią, kiedy miał czterdzieści osiem lat, i nim skończył pięćdziesiąt, nie potrafił nawet sam się ubrać. John był przekonany, że Hailey zaczęła chorować tuż przed śmiercią, i strasznie się bał, że jego też to dopadnie. Kiedyś chciał, żebym mu przyrzekła, że jeśli go to spotka, dam mu pigułki. Gdyby dotarł do etapu, kiedy... no wiesz, kiedy już nic by z niego nie zostało. Ale nie mogłam mu tego obiecać, i ­powiedziałam to. Poza tym fakt, że dopada to członków rodziny nie znaczy, że muszą zachorować wszyscy. Bo przecież nie wiadomo, prawda? Nie ma sensu wybiegać naprzeciw kłopotom. Ale Johnowi zawsze zdarzały się dni, kiedy prawie nie mógł się ruszyć, bo za bardzo o tym myślał. Gdy wpadał w taki nastrój, starałam się go rozweselać i czekałam, aż się otrząśnie. Wówczas zazwyczaj przepraszał za to, że mnie zdenerwował, i tyle. Ale parę miesięcy
przed świętami stało się z nim coś złego. Miał wtedy robotę – coś, za co świetnie płacili, ale co go najwyraźniej nieustannie dręczyło.
– Jaką robotę? – wtrąciłem znacznie lżejszym tonem niż się czułem.
Bo jeśli się zastanawiacie, właśnie stąd brały się moje wyrzuty sumienia. Słyszałem już co nieco o ostatnim wielkim numerze Johna i miałem spore powody do solidnych wątpliwości.
– Nie chciał powiedzieć. Ale raz, gdzieś w listopadzie, wsadził mi do ręki tysiąc funtów i kazał wpłacić do banku, po czym dodał, że będzie tego więcej. Sam wiesz, jak to jest, Fix. Bez urazy, ale najczęściej zarabiacie tylko na czynsz. Jasne, u młodych facetów to świetna sprawa, dwieście, trzysta funtów za parę dni pracy, doskonała zabawa. Ale z czasem sprawy zaczynają wyglądać inaczej, a tobie wciąż nie udaje się nic odłożyć. Toteż byłam naprawdę zachwycona, poważnie. Spytałam go nawet: „Czyżby w Buckingham Palace mieli jakiegoś ducha? Czy możemy ogłosić cię egzorcystą z nadania królewskiego?”. A on się roześmiał i powiedział coś na temat królów East Endu, ale choć pytałam, nie rozwinął tematu. Myślę, że tak naprawdę nieważne, o co chodziło w tej pracy, po prostu nie wiedział, czy sam da sobie radę. Zadzwonił do tych dwóch gości z Kolektywu, Reggiego i jego kumpla, który nigdy się nie myje, ale nie chcieli już z nim pracować. Powiedzieli, że zrobił się zbyt nieuważny i nie mogą na nim polegać, jeśli podczas roboty coś pójdzie nie tak.
Zawahała się, jakby czekała, że się odezwę i zacznę bronić reputacji Johna. Ja jednak tego nie skomentowałem – bo jeśli Reggie tak powiedział, to miał rację. John nigdy nie należał do osób przesadnie zorganizowanych, a z wiekiem tylko mu się pogarszało. Jego obecność podczas roboty bynajmniej nie dodawała otuchy: zazwyczaj stanowiła raczej kolejny powód do zmartwienia.
Nie czułem się jednak zbyt dobrze z tą myślą, bo John dzwonił nie tylko do Reggiego. Do mnie także, trzy razy w ciągu tygodnia. Wiadomości wciąż tkwiły na mojej sekretarce, bo nigdy nie chce mi się niczego kasować. Trzy razy siedziałem i słuchałem, jak John mówi, że może mieć dla mnie pracę, i trzy razy nie podniosłem słuchawki, bo życie jest zbyt krótkie i zazwyczaj staram się unikać spraw, które mogłyby jeszcze je skrócić.
A potem zadzwonił Burbon, de facto ojciec chrzestny londyńskich duchołapów, z wieścią, że John ucałował lufę dubeltówki.
– Wspominał może, dla kogo pracuje? – spytałem, zmieniając ostro biegi i skręcając na wjazd na M25. Niebieska furgonetka wciąż jechała za nami, ale nie przejmowałem się: jeszcze nawet nie zacząłem walczyć.
Carla pokręciła głową.
– Spytałam go. Nie chciał o tym gadać. Powiedział tylko, że to wielka sprawa i że kiedy skończy, trafi do podręczników historii. „To numer do podręczników”, powtarzał. Coś, czego nikt przed nim jeszcze nie dokonał. I ta praca go zmieniła. Wyraźnie coś go gnębiło, miał paranoję na punkcie zapominania. Robił notatki, listy nazwisk, miejsc, i ukrywał je w całym domu. Otwierałam puszkę z herbatą i pod przykrywką znajdowałam złożoną karteczkę. Wyłącznie nazwiska. Potem, następnego dnia, krążył po domu, wszystko zbierał i palił. I po raz pierwszy zaczęłam myś­leć, że może jednak miał rację. No wiesz, co do Alzheimera. Pomyślałam, że może wywołał go stres czy coś w tym stylu.
Znów otarła oczy.
– To był straszny okres, Fix, nie miałam nawet z kim o tym pogadać. Gdyby Hailey żyła, zadzwoniłabym do niej i razem byśmy na niego wsiadły. Ale w ogóle nie mogłam do niego dotrzeć. Zaczął wpadać w szał za każdym razem, gdy choćby wspomniałam, że zachowuje się dziwnie. Doszło do tego, że udawałam, że wszystko jest w porządku, nawet gdy skradał się po domu niczym szpieg na filmie i zbierał tajne liściki, które sobie zostawiał.
Potem, jednej nocy, przyszedł do łóżka i zaczął mówić o śmierci. Oznajmił, że ma przeczucie, że jego czas wkrótce nadejdzie, i zmienił zdanie co do pożegnania. „Zapomnij o Waltham Abbey, Carlo. Musisz mnie skremować”. Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. A co z Hailey? Co z kwaterą, którą już wykupił tuż obok niej? To choroba przez niego przemawiała, nie on. Zrobiłam zatem to co wtedy, kiedy próbował mnie przekonać, bym obiecała, że go otruję. Siedziałam cicho. Nie odezwałam się ani słowem. Nie chciałam przyrzec czegoś, czego nie zamierzałam dotrzymać. A później, po tym jak...
Carla ujrzała przed sobą to słowo i skręciła gwałtownie, by je wyminąć.
– Po tym jak to zrobił... dostałam list od adwokata, Maynarda Todda z jakiejś firmy z trzema nazwiskami, jedno z nich należało do niego. Oznajmił, że John przyszedł do niego przed śmiercią i napisał nowy testament. Nadal zostawiał cały spadek mnie, ale chciał zyskać pewność, że zostanie spalony, nie pogrzebany. Wybrał nawet jakieś miejsce na East Endzie, Grace coś tam. Zapisał wszystko czarno na białym. A na końcu dodał fragment, że musi się zwrócić do nieznajomego, bo nie może zaufać własnej żonie, że spełni jego wolę.
– I co zrobiłaś?
– Nic – oświadczyła z gorzką satysfakcją Carla. – Zignorowałam to. Pomyślałam: pierdolę, może mnie gość zaskarżyć. Zrobię to, czego pragnął mój John, kiedy wciąż jeszcze był sobą, zdrów na umyśle. Załatwiłam zatem pogrzeb, choć Maynard Todd mówił, że mnie powstrzyma, i przełożyłam z trzeciej na wpół do drugiej, żeby zjawił się tam za późno. I tak się stało. – Mówiła coraz bardziej zdławionym głosem i nagle się rozpłakała. – Ale to już nie ma znaczenia, Fix. Nie obchodzi mnie, co zrobią z ciałem Johna. Chcę tylko, by odnalazł spokój. Boże, pozwól mu znaleźć spokój.
Na to nie mogłem już nic odpowiedzieć, więc nawet nie próbowałem; skupiłem się na paskudzeniu życia kierowcy ­niebieskiej furgonetki. Liga przeciwników okrutnych sportów nie byłaby zachwycona, ale jeśli człowiek wie, że go śledzą, może się solidnie poznęcać nad swoim prześladowcą. Nim dotarliśmy do zjazdu w Stag Hill, zgubiłem go, a przy okazji nieco rozładowałem dręczące mnie napięcie.
W milczeniu zjechałem z autostrady i prowadziłem nieskory do współpracy samochód przez ulice Cockfosters i Southgate. Tymczasem Carla zużyła trzy chusteczki i większość zawartości butelki.
Kiedy zajechałem na Aldermans Hill, była już mocno podchmielona. Zaparkowałem przed sklepem z kostiumami, zamkniętym w niedzielę, stawiając wóz na podwójnej ciągłej linii, bo w tym momencie za najważniejsze uznałem dostarczenie jej do domu cało i mniej więcej zdrowo.
Do mieszkania na piętrze wiodły zewnętrzne, ostro skręcające schody. Na framudze wisiało pół tuzina amuletów chroniących przed umarłymi – od gałązki srebrzystej brzozy obwiązanej białą nicią po niezgrabnie nakreślony magiczny krąg ze słowem Ekpiteim, zapisanym greckimi literami. Można to przetłumaczyć jako „spieprzajcie stąd, póki was nie zaproszę, wy bezcielesne dranie”; greka to bardzo zwięzły język.
Carla grzebała w torebce, szukając kluczy; zauważyłem, że trzęsą jej się ręce. Teraz, kiedy spełniłem już swój obywatelski obowiązek, chciałem jedynie wynieść się stamtąd jak najszybciej. Zupełnie się nie sprawdzam w roli ramienia do wypłakiwania.
– Z pewnością już znalazł – powiedziałem nieporadnie i z dużym opóźnieniem. – To znaczy, spokój. John był dobrym człowiekiem, Carlo, na całym świecie nie miał ani jednego wroga. Wiesz, że nie wierzę w niebo, ale jeśli ktokolwiek zasłużył sobie...
Urwałem, bo patrzyła na mnie z miną, jaką zwykle rezerwuje się dla niebezpiecznych szaleńców.
– Nie – przerwała mi ostro. – John nie jest w niebie, Fix, ani gdziekolwiek indziej. Jest tutaj. Wciąż tu jest.
Przekręciła klucz i pchnięciem otworzyła drzwi, ale nawet nie próbowała wejść do środka. Wyminąłem ją i znalazłem się w ­ciasnym przedpokoju. Nozdrza wypełnił mi zastały zapach, jakby od paru dni nikogo nie było w domu.
Po trzech krokach znalazłem się w salonie i zastygłem niczym trup, jeśli wybaczycie mi to określenie. Przede mną roztaczał się obraz nędzy i rozpaczy. Większość mebli leżała wywrócona na podłodze. Telewizor spoczywał w kącie, niczym pobity pijak, patrzący ślepo w sufit: ekran strzaskały trzy mocne uderzenia, wokół których rozciągał się podobny rybiej łusce wzór drobnych pęknięć. Pod stopami chrzęściło stłuczone szkło.
I wtedy zdjęcie w ramkach, przedstawiające uśmiechniętych, trzymających się za ręce Johna i Carlę, zeskoczyło z toaletki o połamanych nóżkach i wystrzeliło w powietrze, wirując niczym szuriken, by eksplodować w zderzeniu ze ścianą dziesięć centymetrów od mojej głowy.
Zmęłłem w zębach przekleństwo i cofnąłem się do drzwi. Obróciłem się, patrząc na Carlę z niedowierzającym oszołomieniem. Raz jeden skinęła głową, jej twarz wyrażała rozpacz i gorycz.
Mimo swych wad, o większości których już wspomniałem, John w gruncie rzeczy był bardzo miłym, łagodnym facetem. A przynajmniej za życia.
Natomiast po śmierci najwyraźniej zgeistował.


Dodano: 2009-09-04 16:03:06
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ostatniego strażnika"


Wygraj "Nawiedzenia"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS